dziwnie tak bez kluczy

heh, właśnie mnie Arek-Zegarek poinformował, że w Trójce Paweł Kostrzewa prowadzi audycję Trójkowy Ekspress! Słuchało się tego na studiach i po. Przecie to pan Paweł pokazał mi The Twilight Singers. Ze 20 lat go nie słyszałem!

Trójka w tym roku faktycznie punktuje i z martwych powstaje. Raz na jakiś czas byli redaktorzy wracają na antenę. Marek Niedźwiedzki był. Anna Gacek też. Piotra Kaczkowskiego też można posłuchać. Stara się pani dyrektor, stara.

Pawła Kostrzewę bardzo lubiłem. Fajny miał głos. Bardzo radiowy. Jakie „miał”! Nadal ma!

PawełKo podsumowuje ćwierćwiecze. Jak to brzmi! Ćwierćwiecze. Ostatnie 25 lat. 25 lat nowego millennium! Czas leci. Pamiętam jak dziś panikę przed Y2K.Heh, żyjemy, nic się nie stało.

Dziwnie tak bez tych kluczy. 22 grudnia stałem się bezdomny. Chatę opchnąłem i nie mam gdzie mieszkać. Dobrzy ludzie mnie przygarnęli na razie. Ale od 12 stycznia będę chyba pod mostem.

Przyszli właściciele oglądali mieszkanie przed wycieczką do Miasta, czyli na początku października. A może to był koniec września? Nic to. Ponad miesiąc był ciszy. I się odezwali w listopadzie. Zdecydowali się. Zapytali kiedy mogę wyprowadzić się. Jak powiedziałem, że z końcem roku, to poprosili, żeby szybciej. No i tak się zgodziłem na 22 grudnia. I się wkurzyłem, bo w sobotę 27 i poniedziałek 29 grudnia w oknach było ciemno! Tak im się spieszyło! Syn student 3 roku. Przecie przerwa świąteczna jest, pewnikiem mogłem pomieszkać do dziś, czy coś! Tak im śpieszyło. Pewnie młody siedzi na wsi z rodzicami i świętuje. A ja się tułam po ludziach. Eh.

Ooo! The Twilight Singers w radio!

Nowy lokal na razie niedostępny. Bo najemcy okupują. Niby chcą się do końca roku wynieść. Dziś dostałem maila od pośredniczki, że jednak w połowie przyszłego miesiąca, bo do domu na święta na Ukrainę chcą jechać. Też mnie zgrzali, bo we wspomnianych wcześniej dniach i u nich było ciemno. Tak się pewnie mocno pakowali, że albo zapomnieli zapalić światło, albo i światło też spakowali. Mhm! Zobaczymy przy przejmowaniu liczników.

Także dziwnie tak bez kluczy. Tak bez niczego. Pakowałem się wczoraj na wyjazd sylwestrowy do Szwecji i się zdziwiłem, że tylko dowód i okulary ze sobą zabieram. No i słuchawki. Tak bez kluczy. Dziwnie.

z jednym butem wracam z ameryki

Stało się. Po prawie 6 latach wróciłem do Stanów. 15-ty raz. I muszę powiedzieć, że czar Nowego Jorku prysł. Tłoczno, syfiasto. I ten niemożliwy do zniesienia smród/zapach (niepotrzebne skreślić) trawy.  Ale byłem, odwiedziłem i mam odklikane. Fajnie, że Ulę i jej chłopaków odwiedziłem. Miszka już duży chłopak. Jej. Jak ten czas leci. Bardzo fajny młodzieniec. Klasyczny nastolatek. Zakręcony i żyjący w swoim świecie.  

Wycieczka na luzie. Codziennie albo Manhattan, albo shopping. Albo jedno i drugie.  

Powracałem na raty. Do Kopenhagi i dzień później do Waw. Przy okazji zdarzyła mi się zmiana czasu, także o dziwo jet legu nie miałem. Ale pierwszy raz po przylocie do USA trafiło mnie. Jakiś niedorobiony byłem. Ścinało z nóg wcześnie. Nie było tak nigdy. Zawsze wstawałem rano i energii miałem co nie miara.

Ale już jestem, wróciłem, żyję. 

Wracając do Europy stwierdziłem, że muszę kupić walizkę do Waw, bo 3 pary butów nie mieszczą się w małej walizce i plecaku. Ulcia dała mi starą, do wywalenia po powrocie, walizkę. Napakowałem się jak głupi. Na lotnisku w Kopenhadze były bezduszne automaty do zrzucenia bagażu. Kładę, skanuję, sprawdzam. 23,3 kg pokazuje na wadze i za chwilę komunikat, że za dużo. Walizka nie odjeżdża. Wyjąłem jeden but i walizka pojechała.  z jednym butem w plecaku wracałem z tej Ameryki.  

Aha, miałem air tagi w walizkach. Nie polecam, stresujące. Jak wylądowaliśmy w Kopenhadze, to pokazało mi, że 1 walizka jest ponad 6 000 km ode mnie. Stresik. Ale po chwili wszystko wróciło do normy. W Waw miałem już 2 walizki i 2 air tagi (po 1 w walizce). Mała walizka była wsadzona w dużą. Także jak pokazało mi, że jedna jest przy mnie, a druga 686 km ode mnie, to się uspokoiłem. No bo jakim cudem? 

Wyjazd był ciekawy też kulinarnie. Codziennie inna kuchnia. Chińskie w China Town bardzo słabe. Hitem była dla mnie restauracja birmańska. Polecam  

ostatni dzień sierpnia

od kilku lat o tej porze słucham sobie tego barda warszawskiego.

Kolejne lato mija. Za 4 miesiące będzie … szykowanie się na bal. Eh, czas gna.

I co sobie mam powiedzieć?Jest 93 rok

W ’93, w sierpniu, zdałem na prawo jazdy. Za drugim razem, ale kto by to pamiętał. Teraz, po 32 latach mogę powiedzieć tak – pół Polski, pół Europy, pół Stanów przejechane. Ciekawe co by teraz powiedział mój instruktor? Ciekawe czy on jeszcze żyje. Duży fiat, pomarszczony stary dziad wiecznie z papierosem pomiędzy żółtymi palcami. I ten, przepalony, chrapliwy głos. Tylko raz mnie pochwalił, że dobrze sobie radzę. Ale wtedy to pijany był. Czuć było.

Faktycznie Fugessi byli 3 lata później. Wakacje 1996 rok w Holandii, zarobkowe wakacje. 25 guldenów zarobiłem. Hehehehehe dobry czas to był. Coffee shopy odwiedzane. I właśnie wtedy album The Score był lansowany na świecie. Nawet myślałem, czy nie kupić by tego albumu. Ale nie kupiłem. Oooo, a może teraz na streamingu posłuchać? Ok, słucham.

Rok mija szybko. Strasznie szybko. W marcu odwiedziłem Sztokholm, żeby zobaczyć zmartwychwstały zespół Kent. Podobało mi się w stolicy Szwecji. Zimno było, ale słonecznie. Czapka z pomponem była grana oraz okular p-słońce. A propos czapki, Monia się odezwała w tygodniu tym mijającym. Czapkie mnie na drutach dzierga. Powiedziałem, że koniecznie z pomponem musi być! Kiedyś mnie mrozy zaskoczyły w USA. Silne mrozy. Ula mnie wtedy poratowała czapką z pomponem i spodobała mi się. Także dziergaj Monia, dziergaj. Gwiazdka za niecałe 4 miesiące. Eh, czas gna.

A propos Stanów, to ciągnie mnie. Już nawet jestem po słowie z szanowną przyjaciółką mom. Przygarnie na tydzień. Wiza ważna do 2027, paszport do 2033. Można się przelecieć do Miasta.

Tym razem tylko na tydzień, bo w robocie nastąpiły zmiany. Urlopy 4 i 6-tygodniowe to przeszłość. Nie da się. Trzeba roboty i zespołu doglądać. W marcu mnie wzięli i awansowali. Za marne grosze, ale tytuł jest przed nazwiskiem.

Ale nie ma co marudzić, urlop dwutygodniowy też jest fajny. W lipcu 3500 km przejechane. Spełniłem swoje marzenie i odwiedziłem Chorwację. Powiem tak – drogo! Ale ciekawie. Rogoznica koło Splitu bardzo fajna. Novigrad na północy już mniej, ale nudy nie było. Za to Zagrzeb był rozczarowaniem. Ale byłem, znam się, orientuję, mogę się wypowiedzieć, c’nie?

W drodze do Chorwacji, dokładnie na granicy ze Słowenią (akurat był korek na bramce, więc odkręciłem okno, żeby poczuć zapach Świata i posmażyć się w upale) mój samochód wyświetlił mi komunikat „Wysoka temp. skrzyni biegów. Zatrzymaj się bezp.”. No akurat nie było gdzie. Swąd zacząłem czuć. I w takiej sytuacji człowiek zaczyna myśleć – CO RATOWAĆ z auta? W znaczeniu, co załapać przy okazji uciekania z auta w razie pożaru maszyny. Stwierdziłem, że NIC, ale, bo zawsze jest jakieś „ale”, gdyby był ułamek sekundy, to bym złapał pierwszą lepszą torbę z bagażnika. Ajuści nie chciałem ryzykować realnego zaistnienia takiego dylematu, więc włączyłem klimę i po chwili zjechałem na siku, dolanie płynu do spryskiwaczy i ogólnie, przerwę.

Chorwacja ogólnie na plus. Mili ludzie, jedzienie OK. język taki, jakby ktoś pomieszał polski z rosyjskim i zabrał samogłoski. Ale dogadalim się.

Włochy jednak podobają mi się bardziej, więc jeśli będę miał wybór: droga Chorwacja czy słoneczna Italia, to zawsze padnie na Włochy. Odwiedziliśmy Triest i Jesolo (50 minut od Wenecji). Było słońce i pogoda. Piaszczyste plaże i ciepłe morze. Dużym plusem było to, że hotele miały własne leżaki z parasolem, więc nie trzeba było walczyć o miejsce. Każdy miał swój numerek. Fajnie!

W drodze powrotnej odwiedziliśmy Lubljanę i Bratysławę. Jak już mknęliśmy przez Słowenię, to postanowiłem zahaczyć o stolicę. I to był strzał w 10. Serdecznie polecam każdemu. Mile spędzony czas.

Z kolei do Bratysławy od dawna chciałem pojechać. Wszyscy mówili, że to takie fajne miasto na weekend. Po pół godzinie miałem ochotę wracać do Polski.

Dziś mijają 3 lata jak zaczęto projekt „Tramwaj do Wilanowa”. Miało trwać to wszystko półtora roku. Pan od Państwa z Europy na K. twierdził, że będzie trwało 2 razy dłużej. No nie wiem, czy można przyznać mu rację. Bo niby tramwaje puścili z miesiąc temu (wcześniej jeździł do Wilanowa, teraz już też na Stegny), to droga nadal jakaś niedorobiona. Ogólnie mam wrażenie, że Rafałek Czaskoski wziął się za robotę po przegranych wyborach. Miasto rozkopane, jutro szkoła rusza, więc będziemy mieli Armagedon. A ja kolejne 5 lat bez prezydenta będę…

suchy styczeń

czyli dry january, czyli tu pić, czy tu nie pić.

Rok temu znajomi ze Szwecji zrobili sobie suchy styczeń. Zero alku przez miesiąc. Cóż, w kraju katolickim, takim jak Wolska, przecie mamy sierpień – miesiąc bez alkoholu. I znam ludzi, którzy czczą to. W tym roku i ja postanowiłem sobie zrobić przerwę od alkoholu. Na miesiąc. Takie podśmiechujki były, że może jeszcze luty. Ale ja poważnie mówiłem, że „nie wiem”, albo „nie mówię „nie””. Wczoraj pozwoliłem sobie na to i owo w restauracji, ale tak sobie myślę, że może dać sobie spokój z trunkami i w lutym?

Ktoś powiedział nawet żartem, że teściowa czyjaś zrobiła sobie „white january”, czyli biały styczeń. Piła wszystko co białe – wino, woda, wódka. Można? Można.

W styczniu nauczyłem się dwóch rzeczy:

1 piwo bezalkoholowe już nie jest tak ohydne jak kiedyś

2 Heineken i Carlsberg są całkiem całkiem.

3 napoje bezalkoholowe są droższe niż alkoholowe (gin i piwo porównywałem)

To trzy rzeczy. Na naukę nigdy za późno.

Dawno temu pisałem o książce, którą sprawiła mi pani prof. ze Szczecina – dlaczego czas biegnie szybciej, gdy się starzejemy. Zabrałem ją do samolotu do USA, i chyba w tym kraju ona została. Nie dało się tego czytać. Ale wniosek teraz mam jeden. Tuż przed zmianą, kolejną zmianą, kodu – czas nie biegnie szybciej, gdy się starzejemy. Czas … gna (nie chcę być wulgarny w 2025 roku).

W radiostacji mej ulubionej, prowadzący różne audycje sięgają do muzyki sprzed 40 i 30 lat. Faktycznie fajna muza. A ćwierć wieku temu tak się przecie baliśmy Y2K! i jakoś się nic złrgo nie stało. To już ćwierć wieku!

2025 zapowiada się ciekawie. Niespokojnie. Ale tak pozytywnie niespokojnie. W pracy dużo pracy. Zmiany i awanse. Ukośne awanse, jak ja to nazywam. Czyli więcej pracy za tę samą zapłatę. Sceptycznie podchodzę do tego. Ale praca to praca. Nie jest to numer 1 na liście moich priorytetów.

Tak sobie myślę, że szczęściarz jestem. Dużo już mych marzeń się zrealizowało. Jedno nawet w 2024. Muzyczne marzenie to było – The Cardigans na żywo.

A w tym roku kolejne – road trip do Chorwacji oraz zobaczenie kolejnych idoli na żywo w Sztokholmie – Kent.

A to mi się do dziś bardzo podoba

 

piekło zamarza

a kiedyś tak The Eagles nazwali swoją płytę. Po 14 latach ciszy wydali album koncertowy. A jak się pytali wcześniej Dona Henleya, czy zespół zagra jeszcze, to odpowiedź padła szybka i jasna – jak piekło zamarznie.Glenn Frey bardziej merkantylny był, ale również nie zakładał powrotu ( “I just rule out the possibility of putting the Eagles back together for a Lost Youth and Greed tour.”). No I piekło zamarzło. Panowie wrócili i nagrali kilka płyt – tę koncertową, jedną studyjną i coś tam kompilacyjnego.

Piekło zamarzło, bo dziś tramwaj do Wilanowa ruszył. Ja od razu stwierdziłem, że moja noga w nim nie postanie, ale chyba się muszę przeprosić, bo okazało się, że autobusy „pięćsetki” finalnie zlikwidują. Także nie będzie jak dojechać do centrym. Tylko ten cholerny tramwaj zostaje. A inwestycja miała trwać półtora roku. Cały burdel ruszył pod koniec sierpnia 2022 roku. Dwa miesiące temu usłyszałem, że wszystko potrwa dwa lata, ale 8 tygodni obsuwy jest. Czyli akurat na koniec października debiut tramwaju wypadł. Pan od Państwo z Europy na K twierdził, że jak mówią, że półtora roku, to to potrwa 3 lata. No i też ma rację, bo odnoga na Bonifacego (na szczęście w stronę Stegien, nie Sadyby) ruszy latem 2025 roku. A tak w ogóle, to nadal jest burdel i drogi są zwężone. Mnie najbardziej Budimex irytował tym (delikatnie mówiąc), że kompletny był chaos dla pieszych. Strzałki mówiły co innego, a życie co innego. Szło się na robotę, komunikat „do przejścia” zakończony był kierunkiem prosto. I po kilkunastu krokach … koniec mapy – barierka. Wracało się do karteczki z informacją, szło się w drugim kierunku, a tam znak drogowy „nie ma przejścia dla ludzi”. Grrrr. No nic. Tramwaj już jest. Także bliżej niż dalej do przywrócenia ładu.

No i piekło zamarzło, bo Kent się reaktywował! Ju-hu! Poznałem ten band pod koniec lat 90. ubiegłego wieku. A pan w radio katował i po szwedzku, i po angielsku, bo zespół szykował się na podbój Europy. No coś tam się udało, ale Abba to nie była. I nawet nie Roxette. Ale muzyka została. W 2016 panowie powiedzieli dosyć. Już nawet nie myślałem o nich w kategorii marzeń, tylko raczej cudu. Joakim Berg solowo był aktywny, ale o Kent nie było mowy. No i w połowie października dostałem pytanie ze Szwecji – do you like Kent?

I się zaczęło. Ekstaza, szok, niedowierzanie. Panowie w altruistycznym odruchu postanowili zaprezentować się publiczności młodej, która nie miała szans poznać zespołu w latach ich aktywności. Ja to nazywam „piniondze się skończyli”. Byłem i podekscytowany, i … przekonany, że nic z tego nie będzie. Wiedziałem, że ludzie rzucą się 26 października o 12.00 na bilety. Ale to co się wydarzyło przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po 25 minutach czekania w kolejce, udało mi się mieć możliwość kupienia biletu. Nie tam i nie wtedy, kiedy ja chcę, tylko wtedy, kiedy są bilety jeszcze dostępne. Koncerty się sprzedawały piorunem – 21, 22 i 23 marca. My chcieliśmy na sobotę, ale okazało się, że przerzuciło mnie na niedzielę. Wszystko wcześniej było wyprzedane. Nie wiem nawet w jakim miejscu są te bilety. Brałem co dawali. W międzyczasie okazało się, że czwarty termin zespół ogłosił. Poszło raz-dwa. Skończyło się na 6 koncertach – wszystko wyprzedane! I tak, w marcu 2025 roku będę mógł powiedzieć, że kolejne marzenie się spełnia. A w życiu najważniejsze jest być szczęśliwym. A ja to realizuję poprzez stawianie i osiąganie sobie celów. Małych, dużych celów. Realnych i nierealnych celów. I się tak to raz spełnia, raz nie. Jak się uda, to szczęście, a jak nie, to idę dalej, stawiam nowe cele.

to były piękne dni

Już czas. Czas ruszyć dalej. Do Warszawy przeprowadziłem się 1 lipca 2004 roku. A właściwie 30 czerwca wspomnianegoż roku. W Portugalii europejski czempionat w nogę się dział. CR7 się objawiał światu. To były piękne dni. Nie zapomnę nigdy tego, że przygarnęło mnie Państwo z Europy na K. do siebie. Na Ochotę. Mieszkałem 2 miesiące, bo w końcu zrozumiałem, że środowe dodatki wydania Gazety Wyborczej pod nazwą DOM zostawiane na stole kuchennym, to nie przypadek, nie aluzja, a … motywacja. Do tej pory się z tego śmiejemy. Dzięki wspomnianemu Państwu, po kilku miesiącach, a właściwie roku, trafiłem na Sadybę. Bo ich znajomi akurat sprzedawali mieszkanie. I pomyśleli o mnie. Kompletnie nie miałem pojęcia, co i gdzie jest Sadyba. Oczywiście serial Klan rozreklamował to osiedle. Pojechałem z panem od Państwa z Europy na K. (a tak się składało, że właścicielka, to koleżanka Pani od Państwa z Europy na K.) i tak nonszalancko się po chacie rozejrzeliśmy. Przed wejściem ustaliliśmy, że mam się nie zachwycać chatą, żeby mieć miejsce na negocjacje. Chcieli 130 000 zł! Strasznie zagracone mieszkanie mieli.

 

A 5 lat wcześniej byłem z Panem od Państwa z Europy na K. na bowlingu, czyli kręglach. Ja wtedy byłem przyjezdny, dopiero miesiąc, czy dwa na stażu w stolicy. Kolega wybrał Sadybę. Kompletnie nic mi to nie mówiło. Pojechaliśmy, nie zagraliśmy, bo albo nie było torów wolnych, albo nie można było kartą płacić, a my hajsów nie mieliśmy. Wyszliśmy na autobus. Chyba musieliśmy stać na przystanku przy cmentarzu. Pamiętam, że rozejrzałem się i pomyślałem – gdzie ja kurwa jestem? Co to za zadupie? Chyba nie byłem świadomy, że na Sadybie jestem. Ale jestem pewien, że gdybym nawet wiedział, to i tak nic mi by to nie powiedziało. I się okazało, że po 5 latach, to miejsce stało się moim miejsce na Ziemi. Pamiętam też jak w wieku 29 lat czytałem w pracy artykuł na Gazeta Mężczyzna (?) o 30-latku, który płakał, że ma nawiedzone mieszkanie, bo mieszka sam koło cmentarza. Na głos czytałem. Pan się bał. Uważał, że ma duchy w domu. Boki z koleżanką zrywaliśmy. Śmieliśmy się z niego, że jakiś nieogar z niego. Po długim czasie dotarło do mnie, bo ja pamiętam takie sceny z życia mego, że ja mieszkam ze 100 metrów od cmentarza i też mam 30 lat. A o duchach w moim mieszkaniu już pisałem. Ale nie beczę z tego powodu. Fajnie jest mieszkać w nawiedzonym domu.

1 września 2005 roku Maciusiek się wprowadził na Bonifacego. Po kilku latach dotarło do mnie, że imieniny Macieja i Bonifacego są w tym samym dniu – zimy ogrodnik. I to mnie scaliło z tym miejscem na wieki. Przekonało mnie to ostatecznie, że Sadyba to moje miejsce na tym padole.

Opowieści miałem tu co nie miara. Pisałem o nich. Po prawie 20 latach chcę się przeprowadzić. Kawalerka to jednak za mało. Ale nie chcę daleko szukać nowego lokum. Stegny to ewentualnie ostateczność. Szukam jednak na Sadybie. Fajnie by było zostać na Bonifacego. Na oku mam mieszkania vis a vis ulicy, ale cholera nikt banerów „sprzedam” nie wywiesza. Szukam dalej. Ceny powalają. Ale bądźmyż pozytywni. W ubiegłym tygodniu oglądałem coś przy ul. Powsińskiej. Spodobało mi się nawet, ale dotarło do mnie, że czas sprzedać moje gniazdko, żeby szukać czegoś nowego. Jak znajdę coś konkretnego, to już będę konkretny. Kredyt w Banku na pozostałą część dostanę. Ale o tym cii, bo to tajemnica bankowa.

Wysłałem dziś maila do pośrednika nieruchomości z opisem mojego gniazdka i zdjęciami. Czas ruszyć dalej. Ale imprezę pożegnalną zrobię. Ze względu na metraż robiłem dwie parapetówki. Na jednej było nawet 16 osób. Czyli lechutko ponad 1m2 na osobę w salonie. Ech, będę do końca życia wspominał moje mieszkanie na Bonifacego. To były piękne dni.

 

powieść w odcinkach, czyli …

powrót do słuchania Trójki.

Jakoś nie zrobił na mnie wrażenia fakt, że Agnieszka Szydłowska objęła stery w Trójce. A niech sobie grają – tak myślałem. Nikt nie będzie lepszy od Radio 357. Zaintrygował mnie jednak transfer Katarzyny Borowieckiej z Radio 357 do Trójki na stanowisko pani kierownik. Przejrzałem wtedy rubrykę „kogo nie słychać w Radio 357”. I się zaskoczyłem. Rysa na radiostacji się pojawiła.

Gawędziłem też nie tak dawno z Rafałem i jego małżonką o Trójce. Że niby tak ładnie zmartwychwstają. Ale ja wtedy nadal nie dawałem się przekonać, bo kilka razy podsłuchałem Trójki i jakoś nie przekonali mnie. O ile jeszcze muzyka była ok, to prowadzący kompletnie niepasujący do mojego starego radia.

Ale w sierpniu okazuje się, że apka Polskiego Radia częściej włączana niż Radio 357. Muzyczna Poczta UKF, czy w Tonacji Trójki powodują, że łza na rzęsie mi się trzęsie. Jedynie Listy Przebojów nie mogę przebrnąć. Mają dziwną kolejność, czy też szyk prezentowania piosenek. Listy Piosenek w Radio 357 też nie słucham, ale tylko dlatego, że jest nudna.

Podczas obecnego urlopu w chłodnej Szwecji mogę w spokoju posłuchać porannego pasma trójkowego. I znowu natknąłem się na Powieść w Odcinkach! Jakże jam lubił ten kącik. Choć zawsze uważałem, że słuchanie audiobooków to oksymoron i nieporozumienie. Ale paradoksalnie w Trójce zawsze z przyjemnością słuchałem tych czytanych fragmentów powieści. Może tak twierdziłem, że wolałem w tym czasie posłuchać muzyki. Szkoda było czasu na słuchanie książki. Ale jeszcze zależy wszystko od tego, kto czyta. Piotra Frączewskiego bardzo lubię słuchać. Na Netflix jest kilka filmów, które chciałem obejrzeć. Problem był taki, że musiałem włączać lektora. I niestety czasem włączał się głos Anny Nowaczyk. Słuchałem ją w radio Muzo FM. Muzykę prezentowała ciekawą, ale głos miała irytujący. I bardzo często używała tych samych wyświechtanych zwrotów. Ale ad rem. Tak mnie kilka lat temu zaintrygowały czytane fragmenty powieści Bracia Sisters, że postanowiłem poszperać. Na sam przód znalazłem … film. I to nawet w dobrej obsadzie. Nie dokończyłem nawet oglądania. Książka czytana była o niebo ciekawsza i bardziej działająca na wyobraźnię.

W tym tygodniu odczytywana jest powieść kryminalna pt. Wiosna Zaginionych Anny Kańtoch. Czyta Maria Seweryn. Cholera – do koszyka dziś włożyłem całą trylogię. Ale w ostatniej chwili powstrzymałem się i usunąłem Lato… i Jesień…. Zobaczymy, czy będzie kontynuacja po pierwszej cześci. Swój adres mailowy kindle’a odnalazłem. Mam nadzieję, że amazon nic nie zmienił i przesyłanie plików jest nadal banalne.

W sprawie wakacji uprzejmie donoszę, że Malmo odkrywam na nowo. Do Helsingborga się w końcu wybrałem. I nie zawiodłem się. Ciekawe miasto na półdniową eskapadę.

Malmo

 

Helsingborg

nawiedzony dom

a nawet i dwa. Nie pisałem tego nigdy, ale mam wrażenie, że duch pierwszej właścicielki mieszka ze mną. Czuję jej obecność czasem. Na szczęście dobra to mara. Kupiłem mieszkanie od wnuczka pewnej pani. I on mi powiedział, że to mieszkanie jego babci. No to chyba musiała umrzeć w tym mieszkaniu, c’nie? Ale on mi tego nigdy nie powiedział. Poza tym, hmmm, on jest młodszy ode mnie o rok, a kupiłem chatę 19 lat temu. To jeszcze jedna moja babcia żyła. Czyli w sumie jego też mogła. Może zabrali ją rodzice do siebie? A wnuczek się wprowadził? Nie wiem. Wolę wszystkim opowiadać, że ta pani tu zmarła i ja czuję jej obecność.

Pisałem już, że bez mała dwa miesiące temu odeszła moja sąsiadka. Ilekroć przechodzę koło jej drzwi, to zerkam i mam obawę, czy za chwilę nikt ich nie otworzy. To znaczy, nie nikt, tylko, że ta moja sąsiadka właśnie. Ta zmarła. Bo ja w sumie szurnięty jestem zdrowo i wierzę w takie paranormalne rzeczy. Na Netflix obejrzało się kilka seriali „dokumentalnych” o takich zjawiskach. Lubię sobie do snu popatrzeć na bajki.

Z tydzień temu spotkałem sąsiada. Tak się zastanawiam, skąd ludzie tyle wiedzą o naszym bloku. Ja nie interesuję się, nosa nie wtykam, nie znam, nie orientuję się. I tak sobie z sąsiadem Marcinem gawędziliśmy. I zeszło na puste mieszkanie po pani sąsiadce. Marcin mówi, że siostrę miała, a ta miała dzieci, więc pewnie one odziedziczą mieszkanie.

Aha, jak tylko zmarła pani Zosia, to ja od razu pomyślałem o kupnie mieszkania jej. Ale stwierdziłem, że zaczekam aż ostygnie. A tu w dniu pogrzebu karteczkę w drzwi ktoś wsadził. Wyjąłem i czytam, że jakiś sąsiad jest zainteresowany kupnem. No co za bezczelność – pomyślałem. W dniu pogrzebu już fliperować! Oczywiście zabrałem karteczkę. Jak spotkam kogo, to zapytam osobiście, czy są zainteresowane pozbyciem się nieruchomości.

Wracając do pogawędki z Marcinem.

– no ona ma siostrę bliźniaczkę – mówi

– co ty gadasz – odpowiadam zsiurpryzowany

– pewnego razu wychodzę z domu i widzę panią Zosię w drzwiach. Schodzę na dół, a tam ona. To się pytam, czy ona windą tak szybko zjechała (przypominam, że mieszkamy na 1 piętrze). A ona zrobiła wielkie oczy i nie rozumie o czym ja mówię – informuje mnie sąsiad

– matko boska, jakie to szczęście, że ja cię spotkałem! Przecież gdybym ja zobaczył jej siostrę na korytarzu, to bym na zawał zszedł! – odpowiadam zszokowany

Sąsiad się uśmiecha. Pożegnaliśmy się.

Serio, gdybym nie wiedział o tym szczególe i gdybym ja ją kiedyś zobaczył na korytarzu, to na 100% kopyta bym wyciągną ze strachu! Jak to dobrze czasem z sąsiadami pogadać!

i cóż, że ze szwecji

 

Muzykę szwedzką lubię. Od dosyć dawna. Zawsze wydawała mi się taka … skandynawska. Jakoś za norweskimi i duńskimi szlagierami nie przepadałem.

Najbardziej lubiłem Roxette. Później doszedł Kent. Inni też się przewijali przez moje muzyczne fascynacje. Kent już pewnikiem nie zagra razem, więc nie ma co marzyć. The Hives widziałem w ubiegłym roku – hałaśliwe i energetyczne chłopaki.

The Cardigans zauważyłem w takiej głupiutkiej pioseneczce Carnival. Głupiutkiej, ale bardzo urokliwej. Później było gorzej, bo przeboju filmowego do Romeo i Julii nie mogłem znieść. Pamiętam, jak witaliśmy 1999 rok w Żegiestowie. Często przesiadywaliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy MTV. Polowaliśmy na Mariah Carey i jej słodki przebój „Sweetheart”. I wtedy często prezentowany był My Favourite Game. The Cardigans wydał dwa miesiące wcześniej kolejny album – Gran Turismo. Fajny klip, piosenka też świetna.

 

Później chyba kariera ich przygasła, ale wciąż byli aktywni. Wydali dwa albumy w 2003 i 2005 … i już. Koniec. Nina Persson, w pierwszej dekadzie milenium, wzięła udział w projekcie A Camp i wydała solowy album w 2014. I koniec. Można rzec – słuch o nich zaginął.

Z każdej płyty mieli znaczące dla mnie przeboje. Z Long Gone Before Daylight był sentymentalnie brzmiący For What It’s Worth. A z Super Extra Gravity, inny niż inne ich piosenki – I Need Some Fine Wine and You, You Need to Be Nicer. Wracałem często do tych piosenek. Grało mi ładnie w uszach.

Jakiś czas temu Suzi powiedziała, że czasem widuje Ninę Persson w pociągu do Kopenhagi. Wokalistka wróciła z Nowego Jorku (gdzie mieszkała z mężem) do Malmo właśnie. Ze względu na rodzinę i dzieci. Ale zapowiedziała od razu, że nie ma szans na nagranie albumu z kolegami. Powiedziałem wtedy mojej serdecznej koleżance, że fajnie by było The Cardigans zobaczyć na żywo. Ale stwierdziła, że raczej marne szanse. I jakąś chwilę po tym zdarzeniu wypatrzyłem, albo ktoś mi uprzejmie doniósł, że na South Ocean Festival w Malmo 13 lipca 2024 roku zagra … The Cardigans. Szwedzki Robert szybko kupił bilety na festiwal. W ramach akcji „early bird” było całkiem przystępnie. Później bilety stały się trochę kosztowne. Ale nie wiem, jako że to było moje marzenie, to nie zapłaciłem za nie.

Czas oczywiście zleciał piorunem. Klasyczne szast-prast.

W międzyczasie okazało się, że większy Bąbelek wraz ze swoją szanowną dziewczyną wybierają się na zwiedzanie Malmo i Kopenhagi. A trochę później dołączyła do nich moja siostra z młodszym Bąbelkiem. Jako że nie wszyscy Szwedzi chyba lubią The Cardigans, Robert oddał swój bilet mojemu chrześniakowi, a sam zajął się resztą wycieczki.

Do Szwecji zalecieliśmy dzień wcześniej, oddychając z wielką ulgą wysiadając z samolotu w Kopenhadze. Była gigantyczna różnica pomiędzy warszawskim +33 stopniami, a skandynawskimi +18! Szło żyć.

Niestety całą sobotę lało. Deszcze ustały dopiero o 18. Ale The Cardigans zaczynało występ dopiero o 22.30, także nie było najgorzej. Na festiwal weszliśmy dopiero po 21. Obok, na scenie mniejszej Czarna Kurtyna (Svart Ridå) występowała. Coś w stylu umieram za grzechy nasze i będę wyć o tym. Bo śpiew to nie był.

Taki opis znalazłem w necie:

Svart Ridå is a new local band from Malmö making dramatic and very cinematic music somewhere halfway between pop and rock.

No to by się zgadzało.

Kilka chwil przed 22.30 na scenie zaczęły się pojawiać po kolei litery, które finalnie stworzyły napis – the cardigans. Zaczął się show.

Nina Persson weszła w takim zielonym kostiumie, z żabotem. Powiało chłodem. Oho, królowa śniegu – pomyślałem sobie. Ale to było mylne. Fajnie zagrali. No może wokalistka nie jest zbyt wylewna i rozmowna, ale widać było od razu, że nie ma mowy o żadnej barierze między nami. Cieszyli się grą. Widać było, że jeszcze nie są pewni siebie, że dawno nie grali. Miesiąc wcześniej wystąpili na festiwalu w Sztokholmie.

Panowie dali czadu. Muzycznie brzmiało to bardzo dobrze. Nina dawała radę ze śpiewem. Powiedziała może ze dwa lub trzy krótkie zdania do nas. A tak to tylko czasem krótkie „tack” (czyli „dziękuję). Raz powiedziała, że fajnie, że już nie pada. Raz powiedziała, że dawno nie grali i się ogólnie bardzo cieszą i mają nadzieję, że miło wieczór spędzamy. Pardon my Swedish. Nie wszystko jeszcze rozumiem.

Zagrali fajnie dobrany zestaw piosenek. Około połowy nie znałem, ale brzmiało to wszystko jak stare, dobre The Cardigans.

  • Losing a Friend
  • Step on Me
  • Erase/Rewind
  • Communication
  • And Then You Kissed Me
  • Slow
  • For What It’s Worth
  • Happy Meal
  • Carnival
  • Marvel Hill
  • Junk of the Hearts
  • Live and Learn
  • You’re the Storm
  • Feathers and Down
  • Good Morning Joan
  • Hanging Around
  • Give Me Your Eyes
  • Higher
  • Lovefool
  • I Need Some Fine Wine and You, You Need to Be Nicer
  • My Favourite Game

Sprytnie przeszli z utworu Happy Meal do Carnival. Nina zgięła się w pół po skończeniu pierwszego utwory, żeby po pół sekundzie wystrzelić do góry śpiewając:

I will never know‘Cause you will never showCome on and love me nowCome on and love me now

Tłum od razu wpadł w euforię. Zaczął podśpiewywać, klaskać. Sporo ludzi jednak się zebrało. Moi szwedzcy znajomi mówili, że zespół jest całkiem popularny i chętnie Szwedzi przyjdą ich zobaczyć.

Podczas końcówki jednego utworu Nina Persson szybko uciekła ze sceny. Panowie grali dalej. Myślałem, że coś się jej stało. Po skończeniu plumkania przez band, któryś z panów zaczął przywoływać ręką koleżankę. Wyszła ochoczo, ale już w innym stroju, czyli pobiegła się przebrać. Fajne miała botki. Od razu skojarzyły mi się z okładką płyty Kate Bush – The Red Shoes. Dziwne. Nie wiem czemu.

Pani piosenkarka jest bardzo zdolną muzykantką. Nie tylko śpiewa, ale również gra na harmonijce i gra na gitarze. Na trąbce chyba już nie umie, bo pan przyszedł na scenę i zadął nam (chyba) podczas For What It’s Worth.

Na koniec zespół zostawił sobie My Favourite Game. Jak poleciały pierwsze dźwięki wraz z laserowym, migającym światłem, to wszyscy oszaleli.

Po wszystkim zespół ukłonił się, zabił nam brawo i sobie poszedł. Bisów nie przewidywali.

Wzruszyłem się tym koncertem. Wracałem myślami do lat 90-tych, do mojego uwielbienia dla tego zespołu. I pomyślałem sobie, że wtedy nawet mi do głowy nie przyszło, żeby pomyśleć, czy też zamarzyć o tym, żeby ich kiedykolwiek na żywo zobaczyć. A gdyby nawet taka myśl mi wtedy do głowy przyszła, to by było to w strefie nierealnych zachcianek. Fajnie jest mieć marzenia i spełniać je. Nie ważne czy duże, czy małe. Po prostu fajnie jest czasem coś osiągnąć.

Wczoraj wróciliśmy do Polski. Na dzień dobry dostałem żarliwym podmuchem w twarz. Jak żyć? Dziś praca zdalna w klimatyzowanym mieszkaniu. Uff jak gorąco.

kraczka dziwaczka

Loren Kramar wydał płytę.

Niestety wykrakałem wczoraj. To moja przemiła pani sąsiadka Zofia przeszła na drugą stronę. To o niej ta klepsydra. Oj. Wielka szkoda. No pisałem, że kilka dni temu widziałem ją na chodzie, a 25 maja takie nieszczęście. Na Powązkach ma grób rodzinny.

I o mało co, a nie wykrakałby swojego obrządku przejścia na tamten świat. Wczoraj opisałem hipotetyczny scenariusz, jak należy mnie pożegnać. A dziś o mało co … Och, do teraz nie mogę dojść do siebie… (przymrużenie oczka).

Dziś rano, przed robotą, postanowiłem, że kroki porobię. Kilka tylko, ze 4 tysiące, żeby było na zaś. Przecie całą sobotę w aucie spędzam. Oczywiście z kroków nici. Bo zachciało mi się pozmywać naczynia! I pech chciał, że jak chowałem pudełko plastikowe, w którym trzymałem kolendrę mrożoną, to mi taki mały nożyk od sera spadł. I to tak niefortunnie, że ostrzem w stopę! Grrrr. No może to nie żadne ostrze, ale z pewnej wysokości wszystko może być śmiertelne. A nie mógł nożyk drugą stroną? W Radio 357 pan doktór Rożek kiedyś odpowiedział na pytanie „dlaczego chleb posmarowany masłem zawsze spada masłem do dołu?”. Odpowiedział psychologicznie i filozoficznie, że nie. Nie zawsze i nie częściej. Prawdopodobieństwo jest równe. Po prostu my zapamiętujemy spadnięcie masłem do dołu bardziej. Bo wtedy nas to bardziej irytuje. To dlaczego ten cholerny nożyk od sera spadł ostrzem w dół? Na szczęście tępym ostrzem. Pan chirurg nawet pochwalił wieczorem, że piękne cięcie.

Przycisnąłem szybko ranę piętą i odczekałem chwilę. Poszedłem przemyć. Zakleiłem czym się dało. Mam jeszcze artykuły opatrunkowe po zabiegach chirurgicznych wcześniejszych. Także zdezynfekowany i zaciśnięty pojechałem do Luxmedu. Było przed 10 rano. Pani powiedziała, że na 11.40 może mnie umówić. Długa historia krótko – nie mogłem się umówić, bom pracował i jeździłem dziś jak głupi po regionie mazowieckim. 200 km przejechane. Na domiar złego, w Wołominie jakiś bachor mi na stopę nadepnął. Na TĘ stopę!

Także pani w recepcji poinformowała, że mogę pojechać później do szpitala św. Barbary przy ul. Nicniemówiącejmi. Jak zapytałem, gdzie to, to powiedziała, że na Moko. Także ok. Po robocie wrzuciłem adres w mapy i okazało się, że to koło Starego Domu. Pojechałem więc. Budynek kojarzyłem. Byłem tu już kiedyś. Pani w recepcji pytała się, czy pierwszy raz tu jestem, czy byłem, bo nie wie, czy mi kartę zakładać. Powiedziałem, że kojarzę to miejsce, że byłem, ale kompletnie nie pamiętam z czym. Może na głowę? – zażartowałem (?). na szczęście byłem drugi w kolejce. Ufff. Także w mniej niż godzinę się uwinąłem. Zastrzyka na tężca nie brałem, bo lubię ryzyko. Żarcik, nie brałem, bo w sumie sterylnie było. Nożyk nieużywany, umyty. A rana była czyszczona.

Także siedzę teraz ze szwami i czekam 10 dni na zdjęcie. Palcami w sumie ruszam. Będzie ok. A miałem nie jechać w ogóle. Blizny ponoć urody mężczyźnie dodają. Don’t hate me because i’m beautiful – jak powiedział kiedyś Johnny Bravo.

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑