życie

hejdå sverige [czyt. hejdo swerie]

czyli do widzenia Szwecjo! Czyli mamy Katar!!!

Wczoraj miałem podejść do Segmentu na przy okazji pizzę i zimnego Pilsnera Urquella i przede wszystkim na popatrzenie na naszych jak (nie) radzą sobie z awansowaniem na Mistrzostwa Świata w Katarze.

Ale jakoś odechciało się.

Siurpryza taka, że awansowaliśmy. W radio 357 dziś panowie deliberowali o tym, na kogo możemy trafić w grupie i na kogo wolelibyśmy nie trafić, bo napsuli nam już dużo krwi we wcześniejszych czempionatach. No i wyliczali, że Senegal nie, Ekwador nie, Niemcy wiadomo, że nie. I tak dalej. W końcu jeden pan radiowiec zapytał rezolutnie, że może lepiej wymienić reprezentacje, które nam nie pokrzyżowały szyków. I nastała cisza. Krótka pauza, ale wymowna i zauważalna. W końcu ktoś wymienił bez zająknięcia – Haiti i Peru.

Pierwszy mecz 7-0 niby. Piszę niby, bom za młody by pamiętać. 1974 rok i trzecie miejsce, i Lato królem strzelców. Żeby było ciekawie, nasi wrócili ze … srebrnymi medalami. Bo rozdawali złote, srebrne pozłacane, srebrne i brązowe. Czyli niby trzecie, a prawie jak drugie.

Mecz z Peru pamiętam tylko z wyniku. Bom zasmarkaniec taki wtedy byłem, że nic nie kojarzyłem. Ale przed oczami mam żywo Mistrzostwa Świata w Meksyku. Pamiętam blamaż z Brazylią 0-4, pamiętam Garego Linekera, który nam władował trzy bramki, co mocno pomogło mu zostać królem strzelców, no i pamiętam mecz Argentyna – Anglia z „ręką boga” w roli głównej. Pamiętam też, że bramkarz przyszłych mistrzów Pumpido doznał kontuzji i zastąpił go Goycochea, którem ja bardzo mocno kibicowałem. Lubiłem Argentynę do czasu pojawienia się tego z metra ciętego Messiego.

Wracając do meczu z Peru. Taka głupotka. Przez długi czas byłem pewien, że z nami grał Peru-Kameru. No tak to sobie wtedy w główce ułożyłem. Nie wiem czemu. Może dlatego, że koszulki mieli dwukolorowe, przedzielone taką linią przekątną (?). No nie wiem, młody byłem i to bardzo. Dopiero później, po latach uzmysłowiłem sobie, że w grupie mieliśmy i Peru, i Kamerun. I że to były dwa mecze, nie jeden. Ale zostało mi to Peru-Kameru.

Także wracając do Kataru, to pies ich trącał. Kompletnie oglądanie sportu mnie już nie pociąga. Niech sobie kopią z kim chcą.

W niedzielę się bardzo zdziwiłem, że Oscary rozdają. Pamiętam jak, bodajże, dwa lata temu dałem się skusić i, idąc w ślady mojego kumpla ze Stanów, obejrzałem te najważniejsze filmy. W różnych kategoriach – aktor, aktorka, film. Cóż, chyba połowy nie dałem rady przejść. Ale przynajmniej miałem pojęcie, co i kto jest nominowany. W tym roku, jakieś dwa tygodnie temu niecałe, trafiłem na którejś platformie na ten film o psie – rok psa, pazury psa, czy jakoś tak. Power of the dog w oryginale. Ale wiadomo, jak to jest z tymi tłumaczeniami – wirujący sex (dirty dancing) nadal rządzi w tym temacie. Dzieło widziałem ze 20 minut i podziękowałem. Nic się nie działo. Akcja w tempie ślimaczym się toczyła. Western psychologiczny dramat. No dramat!

W poniedziałek okazało się, że Will Smith oprócz policzkowania dostał nagrodę za najlepszego aktora za film King Richard. Od razu mnie zniechęciło, gdyż nie lubię filmów historycznych i kostiumowych. Dopiero później olśniło mnie, że to o siostrach Williams. A jak wiadomo tenis uwielbiam, siostry Williams szalenie lubię. I tu niespodzianka – hbo max ma to u siebie. Wczoraj więc zasiadłem bez popcornu i patrzę. Cóż mogę powiedzieć? Obejrzałem do końca, choć kusiło porzucić w diabły. Tak nieciekawego i nudnego filmu dawno nie widziałem. Ale nauczyłem się jednej rzeczy – na hbo max nie można dać łapki w dół, czy też łapki w górę, tak jak na netflixie. Albo nie wiem gdzie tego szukać. W każdym razie zmarnowałem ponad 200 minut.

I taka paralela mnie się wyświetliła w głowie. Kiedyś sięgąłem po książki świeżo upieczonych noblistek. Ze trzy ich było. I za każdym razem twierdziłem, że to był ostatni raz i nigdy więcej kobiety-noblistki. Nie dało się tego czytać. Ale postanowiłem liznąć dzieł tej naszej pani, nie pamiętam nazwiska. Olga Jakaśtam. O! Tokarczuk. Czytam i czytam. Akcja się dzieje niemrawo. Przeczytałem 50 stron i dopiero dotarło do mnie, że to raptem w akcji minęło ze 30 minut! O Marysiu przenajświętsza jakie nudne i długie opisy. Rzuciłem w czorty tom i przysięgłem sobie, że nigdy więcej pani-noblistki.

I teraz mam też lekcję, żeby uważać na Oskarowe filmy.

Wracając do tenisa – jestem dumny z naszej Igi Świątek! Numer jeden na świecie od 4 kwietnia. Brawo 1ga!!! Duma, duma, duma.

Mamy Katar, apsik!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.