Ale zanim o kwietniowym wojażu po zachodnio-północnej Wolsce, to muszę odtrąbić sukces PiS-u! Gloria in excelsis Deo! Właśnie usłyszałem w radio, że pan Niedzielski zakomunikował, że przynajmniej jedną dawką zaszczepiono ponad 22 miliony Polaków. Poziom ten osiągnięto o M I E S I Ą C wcześniej niż zakładano. Dobry PiS! Dbający PiS! Efektywny PiS! Proszę już nie psioczyć na partię rządzącą! Namacalny dowód na cud mamy właśnie. Święty PiS.
Wczoraj przejeżdżając się (no bo nie przechadzając, bom rowerował) po Polu Mokotowskim chyba widziałem Naczelnika Rzeczpospolitej Wolskiej, Konusa Wielkiego, Jarosława Ka. No pan podobny do tego naszego dziada. Ale zadziwiające było to, że szedł sam. Kolega stwierdził, że ochronka mogła być, ale niewidoczna, nierzucająca się w oczy. Może pani z dzieckiem? Pan grabiący liście? Nie, nie widziałem za bardzo nikogo idącego w kierunku tegoż pana. A może Naczelnik Jarosław ma brata bliźniaka? Może to rodzina szła, a nie Wódz we własnej osobie? Nieważne. Porzućmyż ten wątek.
Po drugie, oświadczam, że prostuję. Dementuję. Będą segregował śmieci! Nie ma to jak życzliwe ludzie. Słodkokwaśna przesłał mi nocą zdjęcie, na którym jak drut Miasto Stołeczne Warszawa pokazuje, że skorupki po jajkach wyrzucamy do BIO. Czyli test był zły, niedobry, oszukańczy jakiś. Także z radością powracam do starych nawyków. Będę apiać rządził i dzielił (odpady).
Słodkokwaśna, to pomóż jeszcze w kwestii tej pianki po goleniu, bo mi się żel za chwilę skończy i będę w skołowaniu.
Słupsk!
baszta czarownic
biblioteka miejska
brama młyńska
brama
malowidło ścienne
gruzy
hwdp
kamienica
kościół pw. św. Jacka
kurcze bar
młyn zamkowy
grafitti
grafitti 2
wewnątrz ratusza
wewnątrz ratusza 2
ratusz
telefony
słupski tramwaj
Słupsk to takie ładne miasto. Przyjazne. Niebo niebieskie.
Podobało mi się zawiadomienie na drzwiach okulisty, że Jerzy jest chory. Fajne, sympatyczne, ludzkie.
Choć fotka na drzwiach bardziej przypomina rysopis z programów 997 lub “Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”.
Widzę również, że jakaś pani wyskoczyła z butów, jak wypłaciła hajsy z bankomatu pewnego najlepszego, największego, najbardziej nowoczesnego banku. Czyli PKO Bank Polski potrafi zaskoczyć swoich klientów.
A może to buty z … obuwniczego?
Może pani w obuwniczym miała taki ruch, że aż się jej …
Dziś Iga Świątek kończy 20 lat. W samo południe nasza tenisistka wychodzi na kort i zaczyna obronę tytułu wywalczonego w 2020 roku na kortach Rolanda Garrosa. Trzymam kciuki za 7 zwycięskich meczów w Paryżu.
Dziś Wielki Pe kończy … nie 20 lat.
Wszystkim jubilatom życzę wszystkiego najlepszego. Dużo radości, miłych niespodzianek, gości i szampańskiej zabawy.
Eh, mieć znowu 20 lat! Ooo, jak miałem 20 lat, to pojechałem pierwszy raz za granicę – Holland!
Het is een fijn land, Nederland.
Wszystkim Magdom również wszystkiego dobrego. Jakoś 2 dni temu nie miałem weny na wpis na blogu. Ale życzenia zasyłam szczere.
Muszę coś wyznać. Bardzo osobistego. Ludzie mnie albo znienawidzą, albo będą krzywo na mię patrzeć, albo będą robić „hm”.
Ostatnio rozmawiałem z sąsiadem Marcinem. Ten od tego fajnego psa i od tej córki, co wydawało mi się, że jest wampirzycą, bo przez kilka lat wyglądała tak samo. Nie rosła. A wiemy, kto się nie starzeje! Wampiry.
Ale ostatnio zauważyłem, że dziecko mówi ludzkim głosem i do szkoły chodzi. Czyli znaczy, że urosła, zestarzała się. Człowiek żywy znaczy.
Ah, bo ta rozmowa z sąsiadem to też pokłosie tego co żem zaobserwował w moim śmietniku.
Ludzie mają głęboko w nosie segregację. Pomijam nakrętki po słoikach i butelkach w sekcji „szkło”, ale wywalanie zmieszanych do kontenerów „metal”, czy „papier” jest już dużym … niedopatrzeniem, niedbalstwem.
Raz nawet powiedziałem do chłopca i dziewczynki, że wyrzucanie do „bio” śmieci w woreczku plastikowym mija się z celem. Chłopiec odparł, że torebka jest biodegradowalna.
Mhm, no tak. Rozłoży się za 1 000 lat pewnie.
Ale cóż, ja na ludzi nie patrzę, segreguję.
I z tym sąsiadem Marcinem tak sobie rozmawiamy i on mówi, że nie zamierzają segregować śmieci, bo to nie ma sensu. No ma rację. Nie upilnujesz wszystkich lokatorów. Ale wychodzę też z założenia, że zmiany najlepiej zacząć od siebie.
Także dalej segregowałem. Do dziś chyba. Przestaję dzielić śmieci. Po co zatem to wiaderko z Nowym Jorkiem kupiłem? Zbytek za 6 zł.
Dziś zrobiłem sobie test, czy umiem segregować. Zdobyłem 11 na 20 możliwych punktów. Przybiło mię to, ale zarazem spowodowało, że oświadczyłem „w dupie mam segregowanie”. Najbardziej poległem na biośmieciach. Wielcem zdziwionym był, że skorupki do jajek idą do zmieszanych. Także nie zdałem, nie umiem, nie znam się, nie segreguję więcej.
Najlepiej w tym teście poszło mi w kategorii „kolory”. Tu się jakoś znam. Na prawie wszystkie pytania odpowiedziałem właściwie.
Przejechałem się tylko na pytaniu:
Opakowanie po piance do golenia wyrzucimy do pojemnika:
– żółtego
– zielonego
– niebieskiego
– brązowego
– czarnego
– inne
Podpowiadam, że nie mam tego kontenera u mię pod blokiem. I w sumie nie używam pianki do golenia. Żel u mię stoi w łazience. Pianki nigdy nie lubiłem.
Także przestaję segregować! Oświadczam!
A tak w ogóle to zielono mi (nie, nie wiem, czy to jest jakaś wskazówka na odpowiedź na powyższe pytanie).
Nie uważacie, że do dziś do 11.30 wyglądałem jak Goeff/Jeff/Dżef z lat 80-tych XX wieku?
Jakby się ktoś pytał co u baranka i owieczki, to donoszę, że jagnię (okazało się, że to dziewczynka) ma się dobrze, Mee też. Bee niestety się izoluje po tym, jak Wielki Pe kazał go … (baranek już niestety dzieciątek mieć nie będzie). Po czym kolega zjadł ze smakiem baranie jądra. No dziad nie zaczekał na mię. Nie podzielił się. Wszystkie Mee (3 sztuki) oraz Bee są już ogolone i wyglądają dziwnie. Jak kot sfinks. Chyba nie będę już głaskać. A jedna owieczka wygląda jak … lama. Sam już nie wiem co Lulumpuś hoduje tam u siebie w tym Kwakowie.
jeszcze wczoraj napisałbym nic albo krótkie „motyla noga”, bo przecie nie bluzgam i nie użyję staropolskiego „kurwa mać”, c’nie?
We wtorek się zaszczepiłem po raz drugi i mam pewne przemyślenia.
Po pierwsze, 14 maja miałem imieniny i tylko jedna osoba spoza rodziny złożyła mi życzenia. Reszta? A widziałem się tego dnia z niektórymi (akcja podłoga) i rozmawiałem przez telefon. Hm, foch i wielkie „buu” proszę Państwa. Zapamiętane.
A tak na serio, to ludziki się chyba mogą pakować i znikać z planety Ziemia. Duran Duran zrobiło pierwszy teledysk wyreżyserowany przez Huxley. Niby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to sztuczna inteligencja.
Po drugie i po dalsze, i tym samym wracając do dziabnięcia, to wszystko zakończyło się wielkim „auć!” jak pani wyciągała igłę z ramienia. Do tej pory mam czerwone na ręce. Niedobra pani. Za pierwszym razem młody pielęgniarek (pielęgniarz?) mnie dziabał i było bezboleśnie.
Dziś szczepił się mój pan (kierownik) i powiedział mi, że ponoć jest jakaś różnica między świeżo otwartą (ledwo rozmrożoną) szczepionką, a taką już lekko … zdechłą, tzn. przeleżaną, oczekującą na wkłucie. No nie wiem. Moja druga szczepionka była świeżo otwarta, a pierwsza już chyba nie za bardzo, bo gołym, okiem widzę różnicę.
I teraz, i w kwietniu niebo po południu było pochmurne. Tylko tym razem złapał mnie kapuśniak jak próbowałem skompletować 10 000 kroków. Już pod nosem mruczałem, że źle się to skończy.
Oczywiście asekuracyjnie zaaplikowałem sobie apap. Tym razem skóry tanio nie sprzedam – pomyślałem. Siedzę sobie wieczorkiem w domu, relaksuję się relaksując się relaksującymi rozrywkami i czuję jak mię zaczyna rozbierać po 22.00. Drugi apap poszedł w ruch. Jaki ty Maciek zapobiegawczy jesteś – mówiłem sam do siebie. Lubię z kimś mądrym czasem porozmawiać.
Zasnąwszy szybko, koło 23.00. Obudziwszy się jeszcze szybciej. Już po otworzeniu ocząt mych błękitnych wiedziałem, że środa to musi być ledwo zaczęta. Paczę na zegar – 00:19. Kacze pióro! – zakląłem szpetnie i poszedłem dalej spać.
O 2:39 koniec snu, Maciuś wyspał się, czy nie, mój organizm stwierdził, że … bedzie tego.
Poprzewracałem się z boku na bok. Zacząłem myśleć o … pracy. No nienormalny jestem. Dziwna ta szczepionka. Pewnie to dlatego, że świeżo otwarta była. Przecie ja nigdy o pracy a) nie myślę, ani b) nie śnię.
Po 3 rano zagraniczne towarzystwo wpadło na wirtualną domówkę. Każdy z osobna.
Mark z Australii w sumie nie kumał tematu, bo on drugą dawkę dopiero dostaje w czerwcu. Mike z Kansas City albo się przejęzyczył, albo wyłączyło mu internet, albo miał awarię prądu, bo biedak najwyraźniej nie dokończył swej myśli w wiadomości – you look awful.
Jestem pewien, że chciał napisać, że wyglądam strasznie super, strasznie bardzo dobrze, strasznie niestrasznie jak na drugą-dawkę-szczepionki-która-cię-dobija. Także Majkowi daję straszne „buu”. Choć z drugiej strony wyglądałem strasznie … nieuczesanie.
Odnośnie wyrażenia ze słowem strasznie, to muszę przyznać, że strasznie to dziwny dodatek jest. Oglądałem dziś film i grała tam (na szczęście grała, bo twarz się w końcu jej ruszała) Nicole Kidman. I ona tak przejmująco (żeby nie powiedzieć strasznie) smutnym głosem powiedziała do dziecka, które żegnała You were an awfully good guest. Ale zabrzmiało to jak kondolencja.
I tak sobie pomyślałem, że w sumie po polsku się mówi na przykład strasznie mi miło, czy też strasznie mi się podoba. Ale to strasznie strasznie mi się kojarzy z negatywną emocją. No bo coś co jest straszne, nie jest miłe i pozytywne.
A właśnie, wczoraj oglądałem horror przed zaśnięciem. Chciałem się zrelaksować i szybciej zasnąć. O Marysiu! Jakie straszne gówno. Młode małżeństwo dostało ścichapęk lalkę brzuchomówczą, która okazało się, że ożywa i pewnie się wszyscy domyślają co robi. Film strasznie … hm … kiepski. Raptem 3 osoby ubite. Nuda.
Wracając do moich nocnych rozmów …
Michael z Chicago okazał się empatyczny, bo sam przechodził covid-19 w sierpniu i szczepienie źle zniósł. Wziął przed drugą szczepionką profilaktycznie 3 dni urlopu, bo wyczytał, że tyle się agoniuje. Niestety okazało się, że tyle dni właśnie się męczył. Na szczęście, to nie była żadna agonia, bo przeżył.
Ule moje oczywiście, jak to baby, miały wiele pytań. A co tam? A jak tam? A masz gorączkę? A co masz na sobie? A uważaj, bo za Tobą Dolina Śmierci. I takie tam.
Odpowiadałem, że i am hotter than Death Valley.
Co do „czy masz gorączkę?”, to odpowiadam, że nie wiem, nie mierzę, mam do dupy dwa termometry. Tzn. sprawdzają temperaturę ciała również rektalnie, ale nigdy nie testowałem tego. One są po prostu durne i źle wskazują, według mię. Jeden termometr jest srebrny (srebrzysty?), tzn. na srebro. Unia Europejska ponoć wycofała śmiertelne rtęciowe termometry. No niby ten sreberkowy niczym się różni. Ale. Bo zawsze jest jakieś ale. Strasznie ciężko jest go strząchnąć. Ma takie urządzonko, w które się wkłada termometr i się strzącha. Do dupy ten termometr. A drugi kupiłem elektroniczny. Ale pani magister uprzedziła, że może być niedokładny. I zrobiłem test. Sreberko pokazało 36,5 stopni C, a elektronik … 34,8. No bardzo niedokładny.
Dziś pani prof. ze Szczecina uświadomiła mi, że na allegro można kupić rtęciowy. Za grosze! Zadzieram kiecę i lecę! Całe życie na rtęci jechałem.
No i tak sobie się poprzekomarzałem z zagranicznymi znajomymi. Ule najfajniejsze jednak, bo i pogadać można i w ogóle. Wiadomo, dziewczyny z Texasu i New Jersey są najlepsze.
Przez cały czas myślałem o robocie. Że muszę umowę sponsorską przygotować koniecznie. Durne to, bo w sumie mam na to kupę czasu, impreza dopiero w lipcu. A ja cały czas o tym, czy zdążę, czy dobrze tę umowę przygotuję.
O 3:30 zjadłem śniadanie, bo a) mię ssało i b) nie chciałem brać pigułki na pusty żołądek.
Hm, od tego apapu to mię tylko łeb rozbolał.
I tak do 6 rano to, już obok tej pracy, zacząłem myśleć o tym, co ja na obiad zrobię o 9 rano. A na kolację o 14.00? Się rozregulowałem.
Rano się zdrzemłem. Do 7:30, bo wtedy budzik zatrąbił. Resztką sił a) zgrabnym ruchem napisałem do pana mojego, że biorę urlop i wyłączam telefon, b) ustawiłem asystenta nieobecności w outlooku i c) wystawiłem wniosek urlopowy. Na telefonie się ciężko to robi. Strasznie duże/grube palce mam, nie trafiam dokładnie!
Dziś, w czwartek, już lepiej. Żyję. Wróciłem do żywych. Nawet do pracy zdalnie siadłem.
No fatalnie te szczepionki na mię działają. Kolega neurolog twierdzi, że to dobry znak, że organizm walczy, że system odpornościowy wspaniały. Mhm, ciekawe, gdzie była ta odporność jak 6 infekcji w ciągu roku łapałem?
Wniosek z tego wszystkiego – muszę pójść do fryzjera, c’nie?
O kurczaczki! Wykrakałem. Taki doktor Dolittle jestem.
Dziś mnie Wielki Pe przysłał fotkę. Myślałem, że sobie nowe zwierzątko przygarną. Ale się przyglądam i … ta da!
Baran jednak wie o co kaman i owieczce zawrócił w głowie.
Najpierw zobaczyłem foto i pomyślałem, że to może jakieś nowe stworzenie kolega przygarnął. Ale się przyglądam i widzę, że to jakieś ciapate. Mix Bee i Mee. To się pytam i kolega potwierdził. Owieczka wydała owoc. Czyli miałem rację wcześniej, że dama przy nadziei była.
Wielki Pe mówił, że dziś rano widział owieczkę na boku leżącą i pomyślał, że może się w coś wplątała? Podszedł do niej później, a tam … maleństwo się kręci. Pępowina się jeszcze ciągnęła. Nowe zwierzątko na świat przyszło. Baran się dumnie prężył, że ojcem został. Tu liznął, tam przygarnął. No rodzina na pierwszym miejscu u barana.
Maleństwo się wdało w tatusia, bo jak się doń podchodzi, to spieprza do mamy.
No ok. Słodka rodzina, słodkie maleństwo. Trzeba będzie odwiedzić znowu Kwakowo i zobaczyć jak tam barania familia się ma.
A swoją drogą, to ciekawe jak sobie zwierzątka radzą bez człowieka. Owieczka się wzięła położyła i wydała na świat nowe życie. A propos, jak takie maleństwo wyszło z mamusi! No cud życia. I ciekawe jest to, że zwierzątka szybciej się usamodzielniają. Mały człowiek, to przez kilka(naście) ładnych lat trzyma się maminej spódnicy. Ciekawa ta matka natura.
Kilka godzin później Wielki Pe przywiózł nowe zwierzątka. Dwie owieczki.
I baran zachował się jak rasowy samiec. Już się dzieckiem nacieszył. Już starą porzucił. Zaczął się przymilać do nowych panienek. Powiedziałem koledze, żeby barana jednak wykastrował, bo mu jakaś farma owieczek i baranków powstanie. W sumie stwierdził, że może być. Zawsze to weselej będzie.
Co do maleństwa to nie wiemy jeszcze czy to chłopczyk, czy dziewczynka. Różek/rożków na razie nie widać. No słodkie jest jagniątko.
Nie, to nie będzie o najlepszym serialu na świecie. Choć …
Mało osób wie, że jestem gigantycznym fanem przygód porucznika Borewicza. A zdradzę, że pani prof. ze Szczecina jest chyba gigantyczniejszą!
Ileż to my razy ten serial oglądali razem. Ja u siebie, a uczona przyjaciółka u siebie. Ile się nakomentowaliśmy o fryzurach i strojach sierżant Ewy. A o Sławku ile? Że bystrzacha, że taki bon vivant. Że jakimi mądrościami sypie. I tak dalej. No normalnie z panią profesor taki Sherlock i Holmes byliśmy, jeśli chodzi o serial.
Dawno, dawno temu, mój kolega z bloku spotkał pana Bronisława Cieślaka na Mazurach. Był z córką Kasią. Kolega oko nawet zawiesił, czyli dziecię porucznika musiało być w podobnym co mój kumpel-sąsiad wieku. Ponoć szalenie sympatyczny pan aktor, człowiek znaczy.
Serial oglądałem z tysiąc razy. Ale za każdym razem coś nowego odkrywa(łe)m. I donosiłem pani profesor ze Szczecina. A ona tylko przytakiwała swoim uczonym „mhm”.
Okazuje się, że pani aktorka Elżbieta Kijowska grająca prokurator Zofię Ołdakowską często się kręci w mojej okolicy i przy ulicy Dolnej. Musi z Moko, tak jak ja. Sąsiadka znaczy.
Za którymś razem, bodajże 865, usłyszałem jak Sławek jakieś dziuni, co do niego na chatę chce wbić, podaje adres. O jeżu! Sobieskiego 70! Toż to obok mnie. Tylko w serialu porucznik mówi „aleja Sobieskiego”, a teraz jest ulica. Ale może kiedyś, jak nie było Miasteczka Wilanów, a nowa Sadyba i Stegny dopiero co powstawały, to może to była aleja (topolowa aleja). Moi sąsiedzi, a właściwie kolega, bo żona przyjezdna, mówią, że tam gdzie niby Sławek mieszkał i ja, to kapusta rosła, strefa zalewowa Wisły była. Ale to były lata 60. Mój blok oddano do użytku w grudniu 1969, czyli umówmy się w latach 70.
W internetach jak widzę kwizy z serii „czy dobrze znasz serial 07 Zgłoś się?”, to bez zastanowienia je wypełniam. Taki fan jestem.
Także żegnaj panie poruczniku Borewicz. Obejrzałem nawet 2 epizody na VOD w dniu Twego odejścia. Będę często wracał do Pana przygód.
Ja nie o serialu, ja o starych czasach. MO, czyli Milicja Obywatelska.
W końcu zainstalowałem sobie apkę MObywatel. No bywa się to tu, to tam, to wypadałoby mieć. Milicja w sumie w Wolsce znowu jest, więc wszystko się zgadza. Fajna ta aplikacja. Dzięki Panie od Państwa z Europy na K. za inspirację.
Czekam, aż mi wbiją certyfikat szczepienny. Ula z Nowego Dżerzeja mi dziś podesłała link do artykułu, że jak jesteś zaszczepiony, to możesz żyć jak dawniej. Może by się tak przelecieć? PO-bywać to tu, to tam? W Teksasie jakieś ciekawe rzeczy się dzieją. Jak nie strzelanina (Austin), to tygrysy na ulicę wychodzą (Houston). No może. Pożyjemy, zobaczymy. Szczerze mówiąc, to nawet nie wiem, czy coś lata za ocean. I czy dadzą nam jakieś certyfikaty w języku inglisz, żeby na lotnisku JFK pan oficer skumał, że mam ochronkę. No zobaczymy.
Oczywiście na sam przód zainstalowałem swoje dokumenty tożsamości. Prawo jazdy i stan punktów karnych. Po raz kolejny pokazuje mi stan zerowy. Ale teraz aplikacja zsumowała się i wyświetliła mi 3 możliwe powody czystego konta:
– nie mam punktów
– punkty są nienaliczone jeszcze
– przekroczyłem limit 24 punktów
– nie mam uprawnień
Hm, to 4 powody.
Już od dawna powtarzam, że muszę chyba w końcu zrobić te prawo jazdy (mrugnięcie oczkiem).
A może mi się punkty skasowały? W lipcu 2020 dostałem liścik ze zdjęciem, że 18 marca ktoś po ul. Grójeckiej o 36 kmh za szybko jechał. Oj tam, oj tam. 86 kmh to nie jest tak prędko znowu. Przesadzają te fotoradary. Żeby od razu fotki robić. Nieuczesany wtedy byłem. Odesłałem oświadczenie dzień po i we wrześniu oficjalnie mandat przyszedł. Także nie wiem od kiedy swoje konto punktów karnych rozdziewiczyłem – w marcu (bo złapali mnie na gorącym uczynku)? W lipcu (bom się przyznał w oświadczeniu)? We wrześniu (bo oficjalny mandat dostałem)?
Dowód osobisty też się “zaciągnął”, jak tylko zalogowałem się przez profil zaufany. Dobra ta Wolska Cyfrowa! Wszystko mam teraz w telefonie. Taki … kompaktowy już jestem. XXI-wieczny. Drzewiej, jak się na miasto szło, to kieszeni brakło: klucze, fajki, zażygałka, portfel, telefon. A teraz? tylko telefon i klucze. Może sobie kupić klamkę na kod? Wtedy to i kluczy nie trzeba będzie mieć. Choć pamiętam jedną sytuację. Jedyną, jak na razie sytuację. Szedłem do Państwa z Europy na K. i tak pomyślałem, że po co mi te klucze? Telefon wystarczy. Wezmę jeden tylko klucz (na kółeczku miałem wtedy 7 kluczyków – wejście do bloku, skrzynka na listy, wejście na korytarz, drzwi pierwsze górny zamek, drzwi pierwsze dolny zamek, drzwi drugie górny zamek, drzwi drugie dolny zamek. No to sami porachujcie ile tego miałem. Pomyślałem wtedy, że w sumie nieopodal idę, to zamknę chatę na jeden spust i już. Dwoje pierwszych drzwi (blok, korytarz) otworzę kodem na domofonie. Ale coś mnie tknęło, że nie jest w sumie tak ciepło, to odziałem się w coś, co miało kieszenie i klucze mogłem schować. Czyli żaden to ambaras był. Wracam ja ci lekko chwiejnym krokiem przed 3 rano, a tu awaria domofonu! O jeżu pod drzwiami bym spał! Ale miałem nosa. Od tej pory jak wychodzę gdzieś na dłużej albo do Słodkokwaśnej, to zawsze, ale to zawsze klucze biorę. W ciągu dnia już nie, bo zawsze można sąsiadów wydzwonić, żeby odkryli drzwi. Ale o 3 w nocy chyba nie wypada, c’nie?
Muszę teraz tylko się zdoktoryzować, czy dokumenty w MO-bywatelu są wiążące w razie jakiejś kontroli milicji. W sumie to prawa jazdy i tak można nie mieć przy sobie. Ale chyba wciąż jakiegoś dokumentu tożsamości wymagają. Hm, no trzeba to sprawdzić.
Certyfikat szczepienny się jeszcze nie pokazuje. Ale to może 18 maja, jak mnie drugi raz dziabną? Pan od Państwa z Europy na K. mówi, że ma w swoim MO-bywatelu. No zobaczymy. Dlatego w sumie właśnie ściągnąłem tę apkę.
A dziś 14 maja. Zimni Ogrodnicy. Imieniny Bonifacego i … No a kto mieszka przy ul. Św. Bonifacego? Ożesz halabarda! Ponoć jakiś święty, Apostoł, patron … pierwszoklasistów hehehehehehehe. Rzeźników? O, to już lepiej 🙂
Każdy kto mię zna, to wie, że ja taki mały kuchmistrz jestem. Lubię pichcić, lubię w garach zamieszać. Lubię też kuchnię … sprzątać.
Ale nigdy mi nie wychodziły mączne! Nie wiem czemu. Słyszałem mądrości ludowe, że to wymaga czasu, praktyki, że jak się nabędzie wprawy, to żadna to filozofia ciasto ugnieść.
Otóż nie! Uważałem nawet, że „aż ciasto będzie odchodzić od ręki” to jakaś ściema. Nie ma takiego stanu. Ale jak widziałem w telewizorze jak u pani Ewy, czy u pana Makłowicza odchodzi, to robiłem „grrr” i przecierałem oczy ze zdumienia. Imposybilność jak na mój gust to wielka. Ciasto po prostu od ręki nie odchodzi. Od mojej nie odchodzi.
A weź jeszcze dosyp mąkę, jak łap nie możesz odkleić!
Także w moim domu pizzy nigdy nie było. Rok temu pojawiła się jak kometa Halleya chałka (ze zmiennym szczęściem mi wychodziła. Na szczęście Słodkokwaśna dobre proporcje podał). A z ciast od wielkiego dzwonu piekę te, które nie wymagają mąki. Ale tu wyjątkiem był najpyszniejszy na świecie, według dwóch pań, sernik. Ale w tym ciastku to mąka akurat się łatwo ukręca.
Drzewiej piekłem nawet chleb na zakwasie. Ale to też żadne mecyje. Sypiesz, mieszasz, dolewasz i kładziesz w formę.
Także mąka u mnie tylko do panierki szła. Albo rzadko do zagęszczania sosów.
Będąc po raz pierwszy u Wielkiego Pe zobaczyłem, że ten makaron sam robi. Oh, od razu przypomniało mi się jak u babci Klary robiłem te kluchy. Nitki takie dłuuuuugie do rosołu z babcinej kury, co kilka godzin wcześniej bez głowy po podwórku biegała, bo dziadek jej łeb obciął. Pamiętam, że zabawa była przednia i ja chyba tylko kręciłem takim ręcznym mikserem i kroiłem na końcu makaron.
Oh, a pierogi!? Uwielbiałem wycinać kółeczka przykładając szklankę.
Pierogi zrobiłem w swoim życiu trzy razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Ale wtedy nie było jeszcze dobrze rozbudowanego internetu i nie było tego beznadziejnego serwisu typu Ania gotuje (szczerze nie polecam). To były moje początki mieszkania w stolicy. Mieszkałem kątem grzecznościowo u Państwa z Europy na K. W podziękowaniu, i jako, że pierwszy z roboty wracałem, gotowałem obiady. I raz, latem, korzystając z wysypu jagód, zrobiłem przepyszne pierogi. Oczywiście moje były pierwsze, bo wjechały na stół jako pierwsze. Nie wiem co mnie podkusiło, ale zostawiłem pierogi w garnku z wodą. Nie chciałem, żeby się posklejały, jakbym wyjął i przełożył na talerz. Państwo wróciło do domu i na obiad mieli taką quasi zupę jagodową z kluchami. Po dwóch miesiącach dostałem wymówienie ze stancji.
No i u Wielkiego Pe mówię, że makaron chętnie zrobię. Że pierożki na kociołek też pomogę skleić. Hmmmm, chyba kolega nie był kontent. Coś się nie kleiło. Moja wina. No coś nie tak ze mną. Mączny czar rzucam, czy co?
Chleb też raz zaoferowałem się zrobić. Na drożdżach. Oj. Drożdże i mąka to już w ogóle czar nad czary. Ni chu chu mię to wychodzi. Wielki Pe łypał spode łba i chyba ciśnienie mu podnosiłem. Wszystko nie tak robiłem. Źle sypałem mąkę, źle mieszałem, woda też pewnie nie taka jak trzeba. I zapewne nie pod tym kaloryferem te drożdże rosły. Chleb nie wyszedł.
Taką traumę kolega ma teraz, że jak jestem z wizytą, to on się nie odważa sam niczego mącznego robić. Po moim wyjeździe miał jeszcze gości i mówił mi, że chleb nadal kupny ma. Teraz chyba sam jest i też mówi, że nie podjął wyzwania jeszcze. No szkoda.
Oj! Pamiętam jak rok temu piekliśmy ze Słodkokwaśną i jego panią bułki wietnamskie na banh mi. Czar musiałem rzucić, bo kolega klął jak szewc. Oj znowu. Przecie mniej więcej wtedy na działkę jechaliśmy i mieliśmy pałaszować hambuksy. Grill był, mięso było, garniry też. Bułki tylko trzeba było wypiec. No i Maciuś dostał zadanie. Wydaje mi się, że po dwóch dniach można było tymi bułkami gwoździe wbijać.
No nie umiem mącznych i czar rzucam!
Ostatnio pożyczyłem maszynkę do makaronu. Wyprasuje ciasto, potnie. Tylko gotować i jeść.
Stała się rzecz wielka! Ciasto zaczęło mi odchodzić od ręki! Od mojej ręki. Makaron na jajku, makaron bezjajeczny wychodzi mi jak ta lala. To znaczy ciasto wychodzi. To znaczy odchodzi od ręki. To chyba znaczy, że wychodzi mi, c’nie?
Problem mam tylko, że coś się nie chce kroić. Wszystko się później lepi, skleja, ciągnie.
Do dupy jestem z tą mąką. Ale nie tak do końca, bo finalnie coś tam mi zawsze wychodzi. Byle jak, ale wychodzi. I jestem z siebie dumny. Dziś nawet zrobiłem na zaś.
Czaru jedynie nie rzucam w restauracji Segment. Tam o dziwo zawsze pyszna picka!
Już się umówiłem z właścicielem na sobotę. Odmrażają ogródki knajpowe.
Dziś poczytałem, że w Białymstoku spada liczba zainteresowanych szczepieniem. Coś w tym jest. Od kilku dni dzwonię do Białego próbując przyśpieszyć zaaplikowanie drugiej dawki. I za każdym razem fiasko, zero, czyli nic. Słyszę tylko – nie mam wolnych terminów na druga dawkę.
I dziś o dziwo sukces. Na 18 maja na godzinę 14.00 udało mi się przełożyć wizytę. Czyli coś jest na rzeczy z tym malejącym zainteresowaniem. Trochę się boję, bo wszyscy mnie straszą tym drugim zastrzykiem. Ula z Teksasu to prawie na tamten świat już się wybrała. Brrr.
Ale za to jaka odporność będzie!
Lektor rosyjskiego nie widzi maili z powiadomieniem o wpisach na moim blogu. Hehehehehehe. To znaczy xe-xe-xe-xe-xe-xe.
Teraz mnie naszło! Bo ja syn młynarza jestem! Nie opalam się! To może temu taki sztukmistrz jestem i czar mączny rzucam?
O kurczaczki, to było w 2011 roku! 10 lat temu! No dobra 19 grudnia 2011, to jeszcze nie dekada temu. Nikt wtedy nie myślał o lokdałnach i obostrzeniach. Jestem pewien, że gdybym spotkał wtedy siebie z przyszłości i powiedziałbym sobie o pandemii, to pewnie bym siebie sam wyśmiał. I jeszcze powiedział, że herezje jakieś głoszę. W tym wpisie sprzed prawie 10 lat Pan od Państwa z Europy na K. nazywał się po prostu Pan K. Wniosek – życie 10 lat temu było prostsze!
19 grudnia 2011 miałem przed sobą już tylko 5 lat i 12 dni palenia tych wstrętnych i śmierdzących papierosów. Ale nie wiedziałem wtedy tego jeszcze. Mogłem w sumie zamiast bredzić o pandemii powiedzieć sobie o rzuceniu palenia (gdybym oczywiście spotkał wtedy siebie z przyszłości). Dziś z dumą porachowałem, że 1591 dni już bez tego nałogu jestem.
Za Sorry Boys już tylko tak nie szaleję. Ale jak usłyszę w radio, to się uśmiecham i posłucham.
Chodzi za mną ten kawałek.
Na gościnnej gitarze legenda – Jan Bo, a w chórkach Bella. Lubiłem zawsze Muchy. Takie fajne, proste, szczere rockowe granie. I teraz powrót po latach. Ale jaki!
Z muzycznych njusów, to ponoć Piasek się ujawnił. Hmm, pies na niego … Płytę Piesek wydał i się pewnie chciało szum zrobić w mediach. Tylko po pierwsze – ludzi to chyba nie interesuje, a po drugie – tajemnicą poliszynela jego orientacja była/jest. Piesek, Piasek … jeden pies. Ale urodziny potrafi chłopak wyprawić. Taka impreza, że aż pracę stracił. Nergal to faktycznie dobry przyjaciel.
No dobra, ja nie o Piasku.
Stała się dziś rzecz straszna! Mój urlop, pardon, mój DWUiPÓŁtygodniowy urlop, dziś przeszedł do historii. Szara rzeczywistość nastała. Ledwo się pozbierałem w robocie.
Na plus mogę zaliczyć, że w końcu mam kod na badanie moich genów. Przy okazji policzą moje przeciwciała. Do wyboru miałem test na koronawirusa, albo na przeciwciała. No to wybrałem tę ostatnią opcję. Zobaczmyż jak tam moja Moderna szaleje we mnie.
A propos szczepienia, to ten rząd chyba już nie ma przyszłości. Teraz skracają okres między pierwszym, a drugim szczepieniem. Po to, żeby … młodzi mogli na wakacje pojechać. Bo ktoś w PiS-ie porachował, że druga dawka, w aktualnym tempie wypadnie na początek/połowę sierpnia i młodzież wtedy może powiedzieć „srał na to pies. Lato, lato wszędzie, a nie jakieś drugie szczepienia”. Starszyzna się wściekła, bo okazuje się, że im starsi, tym później zakończą proces chronienia się przed wiruskiem. Ja od kilku dni staram się przyspieszyć podanie drugiej dawki albo zmienić miejsce jej podania. Bez skutku. Dziś pani powiedziała po raz kolejny, że wcześniejszych terminów nie ma wolnych na drugie szczepienie. A odnośnie zmiany miejsca, to muszę sobie sam takie miejsce znaleźć. Ale ona nie winszuje mi sukcesu, bo oni sami nie robią takich rzeczy, więc dlaczegoż inni by chcieli. Eh.
Z innych ważnych rzeczy, to muszę zacząć pisać bardziej po polsku, bo mój lektor rosyjskiego zapisał się na mój blog i od teraz chyba dostaje maile z nowymi wpisami. Oj. Krzywdę chyba panu nauczycielu zrobię swoimi bazgrołami. Przecie tu czasem ani składnie, ani po polsku.
Odezwa do mojego lektora:
Алексей, Алёша, Лёша, Лёха, Алешонок, не читай эту глупость в моем блоге, потому что … ты сойдешь с ума
Tłumacząc na polski: Szanowny Panie Lektorze, uprzejmie informuję, że jest mi niezmiernie miło, żesz będzie Pan czytał mój wspaniały blog, dzięki czemusz pogłębi Pan wiedzę z mojego języka ojczystego i będziesz Pan mówił szanowniej, piękniej, kwieciściej i dostojniej. A jak przyjedziesz Pan do Polski, to moi rodacy padną z wrażenia jakim szwargotem Pan się posługujesz. Mickiewicz by pozazdrościł.
A może mu nie mówić, że te maile z powiadomieniem o nowym wpisie do folderu “trash” trafiają?
Dobra, zakończam, gdyż czas siedzenia do 1 w nocy minął. Na jakiś czas minął. Dziś już tylko wspomnieniem miłym jest. Od wczoraj grzecznie do łóżeczka przed 23.00. No dobra, od dziś, bo wczoraj mi nie wyszło. Nie umiałem jeszcze.
O jeżu, żeby tylko nie zapomnieć teraz pisać po polsku, bo mnie lektor nie skuma!
o jeżu = o essu = o Jezu = ojej = olaboga
O jeżu znowu! Zapomniałem donieść. Oglądałem jakiś durny horror na Netflix. Crawl się chyba nazywał. Dałem się podejść. Jak małe dziecko dałem się podejść. Wystrachałem się. „Oj” powiedziałem przelecony strachem. A jak większość może wie, ja bardzo rzadko, jak właściwie nigdy, „oj” nie mówię oglądając horrory. Raczej prędzej umrę ze śmiechu, niźli ze strachu. A tu się im udało. Nic się nie działo w tym filmie. Ale tak się nic nie działo, że pioruńsko wystraszyło mnie drzewo wpadające przez okno do mieszkania. Wtedy właśnie zrobiłem takie nieme „oj”. Film koszmarnie koszmarny. Wszystko było kretyńskie. Dziewczynka pędziła przez deszcze i huragany do domu, do ojca. A ten dom to nie wiem na czym stał, bo córunia zeszła do piwnicy w poszukiwaniu papy. A tam? O Jeżu! Bagno jakieś, lochy, szambo. No jak można mieć taki syf w domu!? Dziewczynka pełza co chwilę pokazując w co jej ręce wlazły. Niby jakieś gluty, błoto, odchody. No koszmar. Po chwili znalazła nieprzytomnego ojca i zaczęła go (filigranowa dziewczynka) ciągnąć na czworaka. Okazało się, że jakiś wielki … aligator do domu im wlazł. Sorry za spojlerowanie, ale mam dziwne wrażenie, że nikt tego raczej nie będzie chciał paczeć. Łapkę dałem w dół. Brrr, koszmar.
Dobra, czas na toalety i lulu.
Oj i jeszcze zagadka. Co robią Burgery Nocą w dzień?
O 9 włączyłem nowe radio 357, żeby zacząć słuchać polskiego topu wszech czasów. Drzewiej kompilację najlepszych piosenek krajowych artystów można było podziwiać w Trujce, ale jak wiemy to już inna cywilizacja i wymiar.
A kilka razy udawało mi się słuchać topu w Stanach:
O polskim topie pisałem 3 maja 2016. Trzy razy aż. Ale to w Polsce było.
Dziwnie się człowiek czuje słuchając radio w innej strefie czasowej. Pan w pudełku mówi, że minęła 21, a świat za oknem mówi, że nie. Tak samo jest teraz w Polsce będąc, kiedy słucham podcastów. Też się udało mi wzdrygnąć, jak wybiła w audycji 20, a ja wystraszony, że tak późno zrywam się na nogi.
W tygodniu jakiś pan napisał do radio, że zamierza pobić ubiegłoroczny rekord robienia kroków podczas słuchania listy polskich przebojów. 53 tysiące z groszem wydeptał wtedy. No pomyślałem sobie, że dobry pomysł. Wyruszyłem po 10. Na Stare i Nowe Miasto mnie zaniosło. Przez Łazienki. Wróciwszy do domu, opadłem bez sił na sofę. Na liczniku bez mała 25 000 kroków. A pan z radio donosi, że rekord już pobity – 53 500. Kurczaczki. To ten pan musiał równo od 9 iść i to prędko! Dobra, ja jeszcze może pójdę. Ale blisko. 30 000 może złamię?
Ah, a propos 50 000 kroków i więcej. Raz mi się przytrafiło to. Zakopane 2016. Maciuś wybrał się nad Morskie Oko. A tam na Czarny Staw. No widok piękny. Później przedarłem się do Doliny 5 Stawów. No bajka! Dech zapierające widoki. Później głuptasek Maciuś wymyślił, że przejdzie górą na Kasprowy i zjedzie kolejką. Nie wiedział wtedy głuptasek Maciuś, że ta trasa to Orla Perć, jeden z najbardziej niebezpiecznych szlaków górskich w Polsce. No to Maciuś się wdrapuje. Coś ciężko mu idzie. Kolanko zaczyna się odzywać. Te półmaratony odcisnęły piętno. No ale jak Maciuś sobie do łba wbije, to nie ma zmiłuj. Trzeba iść. Niestety, za każdym razem jak stawiałem prawą nogę, to czułem przykry ból w kolanie. Zerkam ja ci w niebo, ku słońcu i widzę ścianę, z której schodzą prawie pionowo ludzie. O o – pomyślałem – nie wdrapię się. Nie dam rady. I zawróciłem. Chyba po raz pierwszy podjąłem słuszną decyzję.
Ja już chyba dziś nie idę więcej. Na lewej stopie mam takiego bąbelka i na małym paluszku u prawej też.
Ale nie! 30 000 kroków do łba wbite. Odpocznę troszkę. Pyzy mamine odmroziłem. Posilę się i idę.
Na mieście sporo psiarni. Na każdym rogu stoją. Nie wiadomo czego. Może konstytucji bronią? 3 maja dziś. Pierwsza na świecie, druga w Europie (mrugnięcie oczkiem) ta nasza ustawa zasadnicza. Także policji od groma dziś. A ulice puste. Ludzi też jakoś nie za wiele.
Fajne stare tramwaje puścili na miasto. Zielony i czerwony szynowóz widziałem.
ogród Saski
plac Piłsudskiego
Marszałkowska
Biały Dom 🙂
Rynek Starego Miasta
Maria Skłodowska-Curie
Coś opowieści z zach-pomu nie chcą się jednak napisać. Może będę wrzucał wstawki z tegoż wojażu? Już dawno nauczyłem się, że ja nie umiem przewodników pisać.
Połczyn-Zdrój/Oycowizna
Byliśmy w Połczynie Zdroju. Nie mam żadnego zdjęcia stamtąd. Park zdrojowy wygląda blado, ale ponoć i tak lepiej niż kiedyś. Ale tym NFZ zarządza, więc się wodotrysków nie spodziewałem. Stara część “miasta”, nazwijmy to ryneczek, nawet nawet. Uliczka-deptak Grunwaldzka taka urokliwa. Pysznego loda własnej roboty i kawę spałaszowaliśmy tam. I już. Po wycieczce po tym uzdrowisku. Gdyby ktoś mnie wywiózł to Połczyna-Zdrój na godzinę lub dwie, to bym się obraził. Byłem, nie wrócę. Niby kobiety tam często wysyłane były na kurację borowiną. Że niby bezpłodność leczyli tym zielskiem. Mhm, takie podśmiechujki są, że to niby zasługa młodych pielęgniarzy.
Wielki Pe, winiarz nad winiarze, umówił nas na spotkanie z lokalnym winiarzem od napitków sygnowanych etykietą Oycowizna. Panowie sobie porozmawiali jak fachowiec z fachowcem. Ja spojrzałem na butelkę pod kątem estetycznym, marketingowym. Ładne, pomysłowe, proste, nie za krzykliwe. Córka pana winiarza ponoć się zajmuje opakowaniem i lansem produktu na insta i fejsie. Wzięliśmy dwie butelki.
Pan winiarz mówił, że tego Marszałka z 6 tygodni trzyma. Wielki Pe stwierdził, że długo. I wino dzięki temu ma ładny kolor. I … to tyle dobrego o tym napitku – bardzo ładna, głęboka barwa. A tak to ocet w gębie. Stwierdziliśmy, że można by ostawić resztkę na marynowanie mięsa. Później się okazało, że ktoś się połasił na tego niedobrego Marszałka. Bo zdziwiłem się wielce, jak pustą butlę do kontenera “szkło” wynosiłem. Kilka dni później spróbowaliśmy tegoż wina w wykonaniu winiarni kwakowskiej. Faktycznie kolor blady, ale smak zupełnie inny. Tzn. smak jest. Także Kvakovo vs Oycowizna 1-0.
Cabernet Cortis otworzyliśmy kilka dni po Marszałku. Nic dobrego nie mogę powiedzieć. Zapach nieprzyjemny uderza w nos i tam zostaje. Smak niewykrywalny. 90 zł za dwie butelki poszły w piach. Szkoda. Ale już wiem, że wino Oycowizna z Ojcowizny będę omijał.
A niby pan tylu powracających klientów ma. Hmm.
Podczas obecnego urlopu zawitaliśmy też w Gorzowie Wielkopolskim. Wiem, wiem, to nie zach-pom. Ale cóż, zajechaliśmy tam. Województwo lubuskie zawsze mnie zastanawiało. Po cóż je stworzono? – często się zastanawiam. A opolskie? To samo. Po co?
Gdyby ktoś mnie wywiózł do Gorzowa na kilka godzin, lub powiedzmy pół dnia z opcją spanie i kolacja, to bym się … nie obraził. Przyjemna miejscowość. Czułem się tam jak … nie w Polsce. Zaszedłem na pocztę (w sumie to nie wiedziałem, że to poczta, budynek zwrócił moją uwagę. Jak już zacząłem go obfotografowywać, to zorientowałem się co jest w środku) po kartki, bo jeden znajomy historyk ma hobby zbierania widokówek. Kolekcjonuje kolega wszystko jak leci, ale oprócz tego co wychodzi spod szyldu wydawnictwa DDK. Ponoć kiepskie kartki robią. Znajomość z historykiem nauczyła mnie, że miasta, miasteczka mają w swoich urzędach dział promocji, która często ma takie widokówki i rozdaje je za darmo. Tako promocja miasta. Tym razem, jak już byłem na poczcie, to stwierdziłem, że kupię ze 2-3 widokówki. Przy okazji zapytuję lokalne panie gdzie tu rynek jest.
– ??? – minuje się panienka z okienka skonfundowana
– no rynek – powtarzam
– rynek? – zapytuje inna kolejkowiczka
– no miejsce, które się odwiedza. Do którego turyści najczęściej chodzą – wyjaśniam
– aaa. To pójdzie pan tam, gdzie katedra jest. Tam jest wszystko – usłyszałem w odpowiedzi
poczta
poczta
praczki
rynek
katedra
katedra
rynek
kloszard
opis
No rynek to to może nie jest, ale wycieczka mi się podobała. Także Gorzów Wielkopolski (FG) na plus. Gdyby ktoś mnie chciał zapytać z kolei o Koszalin (ZK), to odpowiadam, że nie ma o czym mówić. Nie podoba mi się to miasto. Jakoś dziwnie się po nim autem jeździ. Mają jakieś dziwne skrzyżowania i wielkie ronda. Nic mnie tam nie zaciekawiło, urzekło, oczarowało. Dział rybny w Makro Cash and Carry ssie!
To na razie tyle o wycieczce po zach-pomie i nie tylko. W kolejnym odcinku m.in. opowiem o Słupsku.
Może następnym razem trzeba będzie wziąć misia w teczkę? Będzie ciekawej na wycieczce. Może zrobi fiku miku. Albo siku? A pan doktor będzie pijany? I przyklei się do okna, bo ściana będzie mokra? Chyba „misiek strasznie pierdzi, i mówię, że to śmierdzi”.
Jakoś nie mogę zabrać się za wspominki o eksploracji zach-pomu. Dziś na sam przód zabrałem się za śniadanie.
Truskawków sobie wczoraj nakupiłem. I chudego twarożku. A to dlatego, że jogurt mi się ostał.
Zawsze jak jestem w Sokółce, to kupujemy sobie słoiki z domowym jogurtem. Muszę się Słodkokwaśnej dopytać o nazwę tej cukierni. No py-szo-ta!
I tak od kilkunastu dni zaglądam do słoika. Jedna łyżeczka, dwie łyżeczki, no ze trzy łyżeczki. Do tego owoc, twarożek, otręby owsiane lub inne (cholera, zapomniałem dziś dosypać!). Śniadanie lekkie, pożywne, dobre, smaczne (serio, to co do dwóch pierwszych zalet to nie wiem. Zgaduję).
Przed wyjazdem otworzyłem ostatni słoik. Większość zdążyłem zjeść, ale pomyślałem sobie, że zostawię – dokończę po powrocie – pomyślałem.
Wczoraj wracam, otwieram lodówkę i się nie dziwię. Pusto. No w sumie, czemu miałoby być pełno. Odkręcam słoik, zaglądam i nie wiem. Waham się. Niby dwa tygodnie temu otwarty, od 9 dni niezaglądane było. To dobre to, czy nie?
No kilka razy zaglądałem do słoika i wszystko, niepodejrzanie, białe było.
I w takich wątpliwych, niepewnych sytuacjach zawsze na pomoc przychodzą mi różne znajome osoby. Wczoraj padło na mikrobiologa. Pytam się hamletowo – jeść, czy nie jeść?
Jezeli nie splesniał to dobry – słyszę w błyskawicznej odpowiedzi (pisownia oryginalna).
Jak ja lubię takie proste odpowiedzi. Wszystko jasne!
Bo z pleśnią mam tak. Kiedyś usłyszałem, że jak na miękkim się pojawia meszek, to całość wyrzucamy. Jak na twardym, to odkrawamy i jemy. I ja tej zasady prostej się trzymam. Ale Wielki Pe ostatnio mi zaburzył mój spokój mówiąc – a sery pleśniowe jesz?
jakoś nie mogę zabrać się za wspominki o eksploracji zach-pomu. Dziś na sam przód zabrałem się za wiosenne porządki.
Ale muszę wpierw podziękować panu od Państwa z Europy na K., który opiekował się moim zieleńcem. Cudowną ma pan rękę do szpinaku, powinien pan kosztować go często w swoich daniach.
Bazylia jakoś nie polubiła ani mnie, ani kolegi. Siedzi w ziemi.
Poranne, sobotnie porządki wzięły się stąd, że ja w sobotę zawszę się krzątam po domu. Dziś na szczęście nie muszę odkurzać, gdyż ssak podłogowy śmiga po mieszkaniu. Na zdrowie.
Dziś, na drugie na szczęście, nie muszę zupy nastawiać, bo się okazało, że ostatnio przezornie zamroziłem bulion. Na zdrowie.
Walizkę wczoraj rozpakowałem i postanowiłem spakować zimowe szaty. Wiosna niech i w szafie zawita mej.
Buciory prędko powędrowały do pawlacza. A ich miejsce zajęły lekkie botki.
Między innymi trzewiki od Calvina Kleina. I tu mnie wstrząsło! Pamiętam dokładnie tę parę i skąd się wzięła u mię.
Manhattan, sklep obuwniczy w Macy’s (coś koło 34th ulicy, Harald Sq?). Lubię ten sklep, bo ma fajne schody ruchome. Drewniane. I często jak kupuję buty, to ścichapęk pan sprzedawca dodaje mi rabat. Na metce -50%, a na kasie dodatkowe -20. Ameryka. W Polsce często spotykam się z odwrotną sytuacją. Zakupy robione były pod koniec wojażu – maj 2018 roku. Także botki nowiusieńkie przyleciały na Sadybę.
Prawda, że ładne.
Pamiętam ten dzień. Słoneczna sobota. Wchodzę do mieszkania, z lekka rozpakowuję walizkę. Zmęczenie jest spore, ale zasada jest prosta – nie śpimy. Za jedzeniem nie ma co się rozglądać, bo 6 tygodni mnie nie było. Oczywiście od razu zakupy spożywcze przyszły mi do głowy. Zaświtał mi też pomysł zadebiutowania w nowych butach. Zadać szyku na Sadybie i Stegnach chciałem. Ściągam skarpetki, wsuwam zmęczone stopy do botków i lecę do FRACa (delikatesy 1800 kroków ode mnie).
Wydaje mi się, że ból pojawił się po 100 metrach. Krew po 200, a łzy i przekleństwa po 250. No ale Maciuś jak do głowy wbił zakupy i zadanie szyku, to przecie nie będzie się wracał. Idę. Do sklepu jeszcze z 600 metrów. Na czworakach chyba doszedłem. Pięty obdarte do krwi. Kości widać! Oczy opuchnięte od łez. Ale szyk jest. Kelwin Klajn na nogach. Autobusem wracałem.
Ulga jaką poczułem zrzucając buty po osunięciu się na sofę w domu jest nie do opisania. Ulga!
Pięty goiły się ponad tydzień. Na sam widok botków bolało mnie całe ciało. Po 3 miesiącach stwierdziłem, że czas na ponowny szyk. Tym razem w centrum Warszawy. Niech w pracy patrzą na kelwiny klajny.
Podczas tej samej wycieczki po USA nabyłem sobie skarpetki-stopki. Sklep-outlet w New Jersey – Century 21. Ula z NJ doniosła mi, że się zwinęli podczas pandemii. Szkoda. Wszystkomający był.
Także do pracy szedłem uzbrojony w skarpetki. One specjalne są, bo na pięcie mają taki żel/silikon, żeby się nie ześlizgiwać z nogi. Na przystanku pod domem poczułem jak mi się skarpetki zrolowały pod stopą. Do biura wszedłem zły, wkurwiony, z otartymi do krwi piętami, ze łzami w oczach. Na szczęście w kiosku pod wejściem pani miała plastry na sztuki. Nabyłem dwa i zakleiłem pięty. Nie trafiłem w jedną! I plaster się już nie chciał na nowo kleić.
Do domu wróciłem wściekły. Buty odstawiłem na kolejne miesiące. Raz czy dwa jak chciałem założyć kalwiny klajny, to zakładałem długie skarpety. W nosie mam modę i savoir-vivre. Mam jedną zasadę – stanowcze nie dla białych skarpet. Chyba, że sportuję się. Ale to też nie, bo się później nie chcą doprać.
I dziś spojrzałem na moje śmiercionośnie i zabójcze kalwiny klajny i tak myślę – zadać szyku dziś, czy nie zadać? Ból już się zaprojektował.
Ale zakładam.
Auć! Cholera, kroku nie zrobiłem, a już czuję i ból, i jak leje się krew!