Miesiąc: grudzień 2012

gossip girls

Najpierw proszę włączyć teledysk, który jest na dole wpisu. Będzie przyjemniej. Dziękuję

 

Traktujesz mnie jak luźne drobne pieniążki brzęczące na dnie twojej torebki

I chyba nawet tego nie zauważasz, bo bujasz się po ulicy z tą poświatą świeczki urodzinowej.

W jasny dzień.

 

Mark Lanegan nie wpadł na szczyt moich podsumowań i nie chuchnął, nie dmuchnął i nie zdmuchnął z pierwszego miejsca Marillionowej „Mocy”.

Znowu mija rok, znowu podsumowań czas! Jak ten czas leci! Przecież prawie nie dalej, jak wczoraj pisałem o kończącym się 2011 roku! Nie wierzę!

Nagrałem sobie płytę z moimi piosenkami roku 2012. Weszło tego tyle, ile weszło. Na całym świecie rządzi Gotye z Kimbrą. Piosenka roku wszędzie oprócz Polski, Australii, Belgii i Holandii, bo w tych krajach „S.t.i.u.t.k.” zamieszało jeszcze pod koniec 2011 roku.

Co sobie nagrałem?

Marillion – Power

Angus i Julia Stone – Yellow Brick Road/Draw Your Swords

Mark Lanegan – St Louis Elegy/Grey goes Black/Gravedigger’s song

Gotye i Kimbra – Somebody That I Used to Know (w 2011 byli też wysoko wymienieni. Nieźle)

Anathema – Untouchable

Coma – Los Cebula i Krokodyle Łzy (dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień, przestań wyć – chodziło za mną cały rok)

Nosowska – Kto? – cóż za genialny tekst! Kto tak pięknie pisze-e piosenki-i? No, Kasia!

Karolina Kozak – Mimochodem

Pete Murray – Blue Sky Blue

Ellie Goulding – Lights (na ingaurację Euro2012 kolega-muzyczny-freak mi „tom paniom” zaprezentował i tak już zostało)

Pokazujesz światła, które powstrzymują mnie przed zamienieniem się w kamień. Zapalasz je, gdy jestem sama. A mówię sobie, że będę silna. I marzę gdy one odchodzą.

Ojej, to ja takiego wierszoklectwa słuchałem?

Dead Can Dance – Amnesia

Birdy – People Help the People – 13 stycznia sobie pomożemy

Seal – Wishing On a Star

 

I po płycie. Szkoda, że moje wszystko odtwarzające de-fał-de nie odtwarza mp3 z płyty. Zmieściłbym całą setkę. Daimondy też by się znalazły nań.

 

Patrzę sobie w niebo i widzę jak leci samolot.

 

Państwo z Europy na K już gdzieś na niebie. Wybrali sobie państwo na „Ha”. Nie żaden tam Honduras, czy HindoChiny, tylko naszą, europejską Ispanię.

Właśnie napisali es-em-esa, że we Frankurcie drinki piją. Heh, może i ja bym sobie piwko łyknął?

Pani Inżynier ze Szczecina też „packen machen” i się wybiera do Modlina na lot do Szkotlandii. Na szczęście Modlin jej zamknęli i z Okęcia frunie. Się dziewczyna zabawi na Sylwestra.

A ja? A mój Sylwester? No chyba zgodnie z tradycją w domu…znowu. Znowu choroba mną zawładnęła. Nic mi się nie chce. Dzwoniłem do muzycznego freaka, co by go uprzedzić, że mogę go absencją w poniedziałek uraczyć. A u nich też szpital. Szanowna małżonka chora jak nigdy. Dzieci też swoje przechodzą. No i kolega jakiś taki nie wyraźny. To zabawa byłaby przednia – herbatka z malinami albo z miodem. Tylko byśmy tęsknym wzrokiem patrzyli na balkon, nie widząc nas tam palących. Heh, do dupy ta końcówka roku znowu.

 

Patrzę na niebo i … coraz częściej myślę o Mieście. Przeklinam tego, kto wymyślił złotą myśl:

Jak raz zobaczysz Nowy Jork, to albo znienawidzisz albo pokochasz to Miasto.

 

A niech se łokieć poliże za te credo.

 

Sylwester w domu? No nic, przynajmniej kaca na drugi dzień nie będzie. Znowu obejrzę jakąś „Mocz przebojów” w TVP albo super sztuczna zabawę z Placu Konstytucji w Polsacie. Nawet Hey sobie ręce pobrudził, bo zapowiada się uczestnictwo mego ulubionego ensamble w tvp2. Kasa rządzi światem.

Filmów będę się bał oglądać, bo rok temu zobaczyłem „BodyGuarda” i niecałe półtora miesiąca później Whitney dołączyła do niebiańskiego chóru. Mam nadzieję, że do niebiańskiego, bo piekło to miała na ziemi. Ale każdy jest kowalem swego losu.

 

Nie chcę też pisać o planach wyjazdowych do Miasta, bom zasiurpryzować chciałbym Ulę. Ale muszę chyba się ujawnić, bo potrzebujemy łącznika w Mieście do zakupu 3 biletów na mecz NBA. Sami Lakersi zagrają. Tzn. nie sami, tylko sami we własnej osobie. Lubię ten zespół nadal, mimo, że koszykówką już się nie zapalam.

Pan K. kazał wynik meczu śledzić. O 16 naszego czasu Manchester United, najlepsza drużyna swiata, zaczyna grać. Ooops, już kwadrans grają.

Heh, West Bromwich się tak wystraszył, że sam sobie gola strzelił.

 

100 dolarów kosztują najtańsze bilety na mecz Los Anheles Lakers vs Brooklyn Nets. A ponoć i tak nie można ich kupić. I tu właśnie przydałaby się pomoc naszej koleżanki Urszuli. Może kogoś zna, a może ten ktoś kogoś zna, kto zna, kto wie, jak kupić bilety? To chyba wypadałoby się zapowiedzieć z nalotem?

Na Broadway bilety też niczego sobie. No kosztowny będzie to wyjazd.

 

Co do dalszych wyjazdów, to planujemy, z naciskiem na wyraz „planujemy” wyskoczyć 26 grudnia 2013 do nowej Zelandii i Australii, czyli Down Under. Nie zapomnieć wyrobić nowego paszportu, nie zapomnieć wyrobić nowego paszportu, nie zapomnieć … bo nie wpuszczą!

Polecieć na koniec świata i się wrócić, to dopiero byłaby … głupota (?)

Dziś się na Onecie zaczęli podniecać niby od niechcenia nagranym coverem w wykonaniu Dody. Ponoć na próbie pani wzięła się za hit disco-dance „Titanium”. Niby przypadkowe wykonanie, niby na próbie, a wyszedł z tego zgrabny teledysk. Powiem tak, Doda według mnie ma świetny głos. I nic więcej dobrego nie mogę o niej powiedzieć. Śpiewa jakiś badziew dla nastolatek. Ten cover też niestety słabo jej wyszedł. Mam wrażenie, że nie rozumie tego co śpiewa. Ale kierunek dobry. Fajna, rockowa pioseneczka.

 

Co jeszcze o tym roku 2013? 37 liczbą tą będzie. A czy 36 było szczęśliwe? Nie wiem. Kompletnie sobie tym głowy nie zawracałem. Ale 37? No taka to pierwsza liczba, może wygram w totka?

A co na 36. miejscu w USA w piosenkach roku? Maroon 5 i Christina Aguilera „ Moves Like Jagger”. No ruchy jak Mick Jagger mam. Choć to się sprawdziło.

 

Kto piorunom ostrzy groty? Kto z impetem nimi miota?

 

A sprawdźmy los dla pani inżynier ze Szczecina. Nie będę głośno wytykał wieku, ale kto na 42. miejscu w podsumowaniu roku 2012 na jej ulubionej liście Trójkowej? T’Love i „Lucy Phere”. Się dziewczyna ucieszy.

 

Wspominając Ti laf, wymienię najgorsze upiory tego roku.

T’Love Lucy Phere, cokolwiek Luxtorpedy, Czeski badziew (jakbyśmy nie mieli polskich artystów do promowania), cokolwiek Piotra Bukartyka, i pewnie wiele innych.

 

Z książek – bezapelacyjnie rządzą „Poniedziałkowe Dzieci” Patti Smith. Niestety muzycznie pani Patti nie załapała się wysoko u mnie.

 

Sporo koncertów widziałem w 2012 roku. dEUS, Mark Lanegan, Diana Krall, Marillion. Hm, chyba jedna nie sporo. Nic ciekawego nie było. Dałem sobie spokój z Madonną, Coldplayem. A w przyszłym roku odpuszczam Depeche Mode. Mam traumę po występie na Legii w 2006 roku. Gdyby Marillion nie był Marillionem, to bym powiedział, że trafił mi się jeden koszmarny występ. Ale jako, że Marillion to Marillion, więc wiele wybaczam. Ale kolejnym razem zastanowię się 100 razy czy pójść znowu. Taki mnie sentyment ujął po występie Anglików w Stodole, że od razu kupiłem sobie ich koncert z Bostonu. Panowie po raz pierwszy od lat zawitali za oceanem. Podesłałem link do kolegi ze Szwajcarii, który już kilka razy krzyżyk na zespół postawił ale był skory posłuchać, bo płyta go zainteresowała.

Co napisał kolega w podziękowaniu za darmowy link do występu live naszego bandu”

Przecież się tego kurwa nie da słuchać. Wyłączyłem w trzecim kawałku.

 

Tak jak powiedziałem, kolega już kilkukrotnie krzyżyk na zespół postawił. I teraz chyba już definitywnie. Ja nadal ich cenie i słucham. Ale na koncert nie wiem czy znowu pójdę.

 

 

Dziś pan K. opowiedział o swojej wizycie w Lidlu. Bo ja tyle o tym sklepie mówię. Rozczarował się. Więcej tam nie wróci. Eh, łza na rzęsie mnie się trzęsie. Mój pierwszy raz też mnie rozczarował. Wleciałem jak głupi do sklepu. Przeleciałem wszystkie półki i stwierdziłem – nic tu nie ma. Ale dałem druga szansę i wszystko się odmieniło. Dziś też wstałem o 5:10 i pierwsze co zrobiłem, to sprawdziłem, o której otwierają. Niby nic nie potrzebowałem ale znowu z pełną torbą wyszedłem.

Zrobiłem kotlety zmielone z małym dodatkiem. Jako, że łosoś nie wyglądał świeżo, postanowiłem otwarty ser z lodówki dorzucić do mięsa. Do tego doszły zmiażdżone czerwone fasolki z puszki. Oczywiście nie mogę zapomnieć o sosie rybnym, zamiast soli, której nie używam.

4 białe śmierci:

– sól

– cukier

– mąka

– lekarz pierwszego kontaktu – to chyba po tej aferze z łowcami skór w Łodzi

 

Kotlety wyszły dobre. Do tego moja ulubiona surówka z białej rzodkiewki. Nie wiem czemu nie mogę nigdy osiągnąć smaku tych dań mojej mamy. U niej zawsze kotlety zmielone i surówka z białej rzodkiewki smakują jak niebo w gębie. A mnie wyszły po prostu dobre.

 

Wstałem o 5:10 nie po to, by pojechać do Lidla. Aż tak źle ze mną nie jest. Po prostu obudził mnie mój natarczywy, nieznośny kaszel. Przypomina mi się wyjazd z czasów studenckich do Suwałk. Ula wtedy też kaszlała jak opętana. Dopiero dziś pochodziłem w jej butach. No cholerstwo straszne. Aż mam wrażenie, ze za chwilę gardło zdrapię.

 

Pokaszlałem się więc po Lidlu i w drodze powrotnej zaszedłem do apteki po nowy syrop. Opisałem moje objawy i pan magister już zacierał ręce na zaproponowanie mi czegoś.

– Aha, do 10 zł poproszę – dodałem na koniec niespiesznie.

Panu mina zrzedła, czując, że z utargu nici.

– Za 10 zł to my za dużego wyboru nie mamy.

– Im tańsze tym lepsze te syropy. I dorzuci pan jeszcze witaminę C 1000, dziękuję.

 

Za wszystko wyszło 11,90 z czego 7,90 za turbo witaminę C. Czyli jest syrop do 10 zł.

Co do tego typu lekarstw, to już dawno przekonałem się, że im taniej, tym skuteczniej.

 

Ostatnia wizyta u lekarza skończyła się wydatkiem sporym na medykamenty. I co? Zjadłem już wszystko, a nadal czuję się fatalnie. Ale chyba w międzyczasie złapałem inną infekcję, więc chyba się nie liczy.

Eh, jakżebym chciał być zdrowy.

Na co komu te szóstki w totku, na co komu materialne rzeczy? Zdrowie jest najważniejsze.

 

 

W tym roku wspominałem o motywie ognia, a widzę, że i niebo się pojawiało często.

Patrzę na niebo i widzę jak leci samolot – „St Louis Elegy”

Blue sky blue come on shine your rays on another fool’s day – “Blue Sky Blue”

 

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie!

 

Lucy Phere na 42-im miejscu. Heh, ależ się pani inżynier ze Szczecina ….

Dobrze, że dopiero po wylądowaniu odczyta ona ten post. Jeszcze gotowa awanturę zrobić w samolocie.

I pamiętajmy – nie używamy słowa „bomba”, jak jesteśmy na lotnisku albo w samolocie. Kosztowny to może być wyraz.

Poproszę B jak Bomba za 10 000 dolarów

 

 

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=1aZxKeANsIw]

You carry me around
Like loose change jingle-jangling
At the bottom of your bag
You don’t seem to feel it though
As you swing down the street
Walking that unique birthday-candle glow
In broad daylight
In broad daylight
And you don’t even know… the way I love you

You never knew power, did you?
Y’thought that power was in a strong arm
People passing laws and gold
Tsunamis and Mushroom Clouds

Oh babe that’s nothing..

You think it’s kinda sweet
The stammer and the tremble in my voice
But don’t mistake it for weakness
Or some kind of incompleteness
Cause round about now
I can feel it tingle-tangling
It’s coiled up inside me
And it’s ready to blow

idą święta

 

 

Kiedy święta się zaczynają? Kiedy ja jestem chory. Rok 2012 zamyka się i tworzy się piękna klamra. Sylwester ostatni w łóżku w chorobie. Teraz też zażywam kąpieli łóżkowych. Dosłownie. Pływam w moim pocie. Ale to chyba dobrze, że się wypocam. Trzeciego dnia nastąpiło przesilenie. Mam już dosyć gnicia w pieleszach, nie mam co jeść, bom wyczyścił lodówkę.

Czas do sklepu było pójść. Na sam przód jakiś klient mnie staranował na owocach, przepychając na paczkowane wędliny. Moja uwaga zabrzmiała zniewieściale. Głos miałem taki, jak spotkany Michael Jackson na Manhattanie w kwietniu. Eh, znaczy, że nadal osłabionym. Ale pan przynajmniej przeprosił.

Postanowiłem zrobić mój przysmak i poszedłem stać za łososiem. Oczywiście kolejka w rybnym mnie nie zdziwiła. Zdechły karp na lewo, żywy na prawo. A po środku pan się co chwilę przeciskał z paletą na zaplecze krzycząc niemiło „przepraszam”. Szkoda, że akurat nie trafił na mnie, kiedy chciałby się przecisnąć.

Oczywiście bałagan na rybnym. Sklep rozdawał jakieś eko-torby na karpia. Bo nie było innej opcji na zabranie „zwierza” do domu. Trochę mnie zdziwiła kolejka za żywą rybą. Basenik metr na metr. Ryb od metra. Szlam się unosi na powierzchni wody, co chwilę jakaś rybka mniejsza (ale to chyba już nie karp, może pokarm dla karpiów?) opalała się w świetle reflektorów sklepowych leżąc bokiem i unosząc się bezwiednie na powierzchni wody. Raz na jakiś czas co większy U-Boot karp przemierzał akwen robiąc zamieszanie. Nie wyglądało to za apetycznie. Nie rozumiem, jak ludzie mogą kupować coś takiego w takich warunkach.

Za karpiem nie przepadam. Nie krzyczał nigdy z wigilijnego stołu „zjedz mnie”. A może krzyczał, a ja otępiony słuch po tym maku miałem? Ale dwa lata temu, z nudów chyba, sięgnąłem po rybkę. Oczywiście opcja w galarecie nie wchodziła w rachubę. Obślizgłe to i mdłe z samego widoku. Skosztowałem smażonego. Uwielbiam wszystko w panierce, no może oprócz anyżu. Zjadłem jeden kawałek. Było super. Białe mięso, chrupiąca panierka. Ości w ogóle nie było czuć, nie było widać. No łosoś stawów!

Do każdej eko-torby, powiedzmy, że z żywym, karpiem dolewana była woda z kranu. Jeden z kupujących zaczął lamentować, że po co mu ta woda, dlaczego ma płacić za wodę! Troszkę pan przesadził, bo dolewali wodę już po ważeniu.

Pani eks-pedientka zwróciła panu uwagę, że warunki sprzedawania karpia po ludzki są na tabliczce nad basenem z rybami.

Klient: co mnie to obchodzi?!

Kolejka chórem, jak w starożytnym teatrze: to nie dla Pana, to dla ryby!

Klient: ?!?!

Kolejka: morduje pan rybę! Ona też chce żyć!

Klient: to moja sprawa

Kolejka: zwierze się męczy! Smacznego podczas wigilii

Klient: dziękuję, wzajemnie

 

Jestem dumny z kolejki. Taka eko-świadomość.

 

Zrezygnowałem z łososia, gdyż 15 minut stania mnie zmęczyło.

Postanowiłem zrobić coś innego:

– boczek w plastrach

– śliwka suszona – element świąteczny

– ser grecki

 

W boczku zawijamy śliwkę z kostką sera. Przedziurawiamy wykałaczką… już wiem czego nie kupiłem!

Na 10 – 15 minut do pieca. Mam nadzieję, że wyjdzie. I znów pół Szczecina będzie zachwycone daniem.
Czas wziąć pigułkę. Z tym tez to mnie pani doktór zjeżyła.

Po co mi opakowanie 50 tabletek za 100 zł, oraz 30 za 20 zł, skoro będę potrzebował około połowy! Człowiek w tej chorobie, to naprawdę ma czujność osłabioną.

Poza tym, kiedy mnie maligna opuściła, poczytałem ulotki.

– zakażenia skóry, błon śluzowych wywołanych opryszczką typu I (usta) lub typu II (chyba nie muszę pisać gdzie)

– inne zapalenia pochodzenia wirusowego (np. podostre stwardniające zapalenie mózgu)

– leczenie wspomagające u osób o obniżonej odporności

Uf, ten ostatni podpunkt mnie uspokoił. Nie muszę się martwić, co mnie tak swędzi, albo czy naprawdę na mózg mi się rzuciło.

To był ten droższy lek, za stówę.

 

Ten drugi stosuje się:

– reumatoidalne zapaleniu stawów

– młodzieńcze reumatoidalne zapaleniu stawów – heh, komplement?

– zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa

– ostre bóle stawowo-mięśniowe

– ostre napady dny moczowej – muszę w końcu poczytać o tym dnie oka i tej dnie moczowej

– łagodzenie bólów o umiarkowanym nasileniu (urazy tkanek miękkich) oraz bolesnych miesiączek

 

Zabij, nie wiem, czemu mi to przepisano!?

Do tego witaminka C 1000 oraz duże ilości herbaty z lipy.

Lipa z tą chorobą.

 

A tak w ogóle, to gdzie do jasnej ciasnej jest ten koniec świata?! Liczyłem na to.

Dobrze, że nie wyjechałem na południe Francji lub do Meksyku, żeby to przeżyć.

 

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie. Świećmy więc jasno – czy jakoś tak

Diamondy

wilno051

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie

Mojej słabości do pewnej wokalistki proszę nie komentować. W sumie, to Britney Spears już dla mnie odeszła do lamusa, mimo tego, że co chwilę nagrywa coś sama albo z kimś. Ostatnio z Will.i.am’em. Kupcia lekka. Królewka pop sili się na akcent brytyjski chyba.
Ryj Jana, czyli Rihanna. Rok temu nuciłem jak mantrę „znaleźliśmy miłość w beznadziejnym miejscu”, a teraz powtarzam po tysiąckroć – jesteśmy piękni jak diamondy na niebie.
Nasuwa mi się od razu pewna myśl – że coś smakuje jak G. Skąd ludzie wiedzą jak smakuje G?
Nie widziałem nigdy diamondów, nie wiem więc jak wyglądają na niebie. Dlatego też nie wiem, czy Ryj Jana mnie nie obraża. Zapewne chodzi o piękność rozczepionego światła? Jesteśmy piękni jak światło przechodzące przez pryzmat? To już sobie jestem w stanie wizualizować. Ale co to ma znaczyć?
Zarzucają Ryj Jance, że sztuczna, że sama od siebie nic, że słabizna, że nieautentyczność jej drugim imieniem. Oczywiście jadem tak plują w Polsce. Powiem tak, jeśli dziewczynka od 2005 roku ma na liście amerykańskich hitów numerów jeden tyle samo, co stara królowa pop-u, to o czymś to świadczy. Kariera Madge liczy sobie już lat ze trzydzieści. Fakt, że barbadoska ma dwa numery jeden kolaborując z innymi. Ale 10 zaśpiewała sama.

Find light in the beautiful sea, I choose to be happy

Morze mnie nie przekonuje. Może dlatego, że nie przepadam za dużymi akwenami i dużą ilością wody. Mam respekt przed żywiołami. Ale ja również biorę los we własne ręce i wybieram się być szczęśliwym. No bo jakże by inaczej?
Sam się dziwię, że słucham takich popowych dziwolągów. Nawet pani inżynier ze Szczecina się śmieje ze mnie i nie dowierza. Lany Del Rey pani naukowiec też nie rozumie i nie docenia.
No ja tak mam! Muzyka jest dobra albo zła.
Najnowsza płyta Ryj Jana nazywa się „Unapologetic”. Fajny wyraz. Wydaje mi się, że dziś jestem troszkę anapologetyczny. Chyba przez to ciśnienie.

Ach, zapomniałem nadmienić, że jeszcze 3 razy muszę w tygodniu wstać i Święta.

Dziecku znajomych na szczęście już nie muszę puszczać PSY’aja i koszmarnego „Gangnam Style”. Jakimś cudem przemyciłem Green Jelly i ich klasyk „Three Little Pigs”. Co prawda muszę tłumaczyć, kto to Rambo ale i tak dziecko nie jarzy tej postaci. Więc mu mówię, że to taki jakby Janosik. Walczy o sprawiedliwość. Ciekawe, czy dzisiejszy 5-latek, wie kto to Janosik?
Na szczęście dzieci nie rozumieją, że takie coś co się dziwnie pali, to nie jest papieros. Więc kwestię palenia jonitów w teledysku przemilczam.
Młody tak się wkręcił w piosenkę, że powtarza sobie „chuchnę, dmuchnę i zdmuchnę” zapominając co chwila o kolejności tych czasowników.

Little pig, Little pig let me in…
Well, i’m huffing, I’m puffing, I’ll blow your house in

Co do kwestii Świąt, to mój zapał gaśnie. Miałem pojechać do Białego już w środę ale im bliżej wyjazdu, tym bardziej natarczywe staje się jedno pytanie – Co ja tam będę robił tyle czasu?
Podarki nakupione. Część już zawieziona miesiąc temu, więc waliz mieć nie będę.
Może zabiorę chłopaków do kina? Tylko, że weź wybierz coś dla prawie 6-latka i 11-latka na raz? „Frankenweenie” dozwolone od lat 12. Jak zabiorę tylko starszego, to młody powie – babciu, wujek mnie chyba nie kocha. Aż się serce kraja. Poza tym, Tim Burton i tak jest osobliwy, więc nie wiem, czy i ten 11-latek złapie sens filmu. Czarna to niby komedyja. Już ja to widzę.

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie

Koniec roku się zbliża. Pora wybrać piosenkę roku, no bo zaraz zaczną się rankingi i podsumowania.
Waham się pomiędzy Marillion „Power”, a Angusem i Julią Stone „Draw your swords” i „Yellow Brick Road”. A może Mark Lanegan wpadnie na ranking i chuchnie, dmuchnie i zdmuchnie całą konkurencję?
Sylwestra trzeba jakoś jeszcze spędzić. Jakoś dwie propozycje wyjazdu mnie nie przekonują. Do Barcelony nie chce mi się w sumie lecieć na tak naprawdę jeden dzień. W sobotę na 20:00 byśmy się dostali do hotelu. Cała niedziela zwiedzania i o 8 rano w sylwestra pakowanie się do taksówki na lotnisko. Szkoda mi trochę wyjazdu, bo Barcelonę chciałbym zwiedzić na dłużej. No i przy tej opcji pozostaje nadal problem spędzenia Sylwestra. Przylot do Modlina byłby o 16:00. Wydostanie się stamtąd do domu zajęłoby ze dwie godziny. Czyli już prawie zabawę czas zacząć.
Z drugiej strony jest Londyn. Wyjazd na okres niedziela – wtorek. Tylko co tam robić? I to o takiej porze roku. Byłem tam już z 5 razy, więc jakoś nie patrzę na przód na ten wyjazd. Chyba jednak coś w Warszawie trzeba zorganizować.
Ponoć Hey zagra na jakiejś telewizyjnej imprezie we Wrocławiu! „Mocz przebojów” w TVP2, czy jakoś tak. „Koniec świata panie Popiołek”.

Jesteśmy piękni jak diamondy na niebie

Wczoraj widziałem „Wyjazd integracyjny”. Państwo wróciło z teatru i Pani włączyła TV. Zapytałem się jej po co? Przyznała, że w sumie to sama nie wie. Już lepiej było zostać przy muzyce i alkoholu – wino dla Pań, Żak Daniels dla Panów. No ale jak już włączyło się grające pudło, to postanowiliśmy coś wybrać. Niestety nie było kompletnie nic. VOD się też zepsuł. Mam nadzieję, że się zepsuł, a nie że Pani zapomniała zapłacić … znowu. Mąż się strasznie denerwuje, jak na czas nie jest płacone. Także dosyć często wracaliśmy na ten kanał z „Wyjazdem integracyjnym”, że w sumie sporo widzieliśmy. Ponoć komedia (dla mnie dramat) z obsadą doborową. Prawie wszyscy polscy aktorzy tam grają. Poniżej recenzja filmu.

Kiedy święta zaczynają się?

Święta, przynajmniej w Warszawie, i zależnie od tego skąd się jedzie, zaczynają się wtedy, KIEDY dojedzie się, na przykład, autobusem nr 422 do skrzyżowania Belwederskiej, Gagarina i Spacerowej. Oczywiście od strony Sadyby.

Pięknie, wyświecone lampkami, lampionami, lampiczkami i innym świecącymi pizdeczkami ulice. Kolorowo i ładnie, że aż hej. Wtedy właśnie zaczynają się święta. Ale ładne to jest. Bo tak, to jest szaro, buro i ponuro.

A wiem stąd, że znowu, tak jak pawie 3 lata temu, zrywam się beztrosko o 5 i lecę do roboty na 7. Nie wiem co mi, ale tak mam od dwóch dni. Mam dziwne de-ża-wi, bo prawie 3 lata temu też taki luz miałem i mi po chwili podziękowali za przyjeżdżanie na 8 rano. Mam nadzieję, że tym razem historia nie będzie się lubiła powtarzać.

Ależ ten Dave Bruback mnie relaksuje! Bez żadnych takich. Po prostu miło mi gra mój ostatni zakup. Empik zrobił super promo – kup 3 płyty, a za każdą zapłacisz 19,99 zł. Oczywiście nazbierałem 5 płyt bez problemu. Z popu nie było co wybierać. Same starocie, a taki jazz jest ponad czasowy.

Miałem też w ręku klasyczne utwory bluesowe z zachodniego lub wschodniego wybrzeża ale na szczęście odsłuchałem na sam przód i płytę oddałem z niesmakiem wielkim po 3 utworach. Brrr.

Padło w końcu na Dave’a Brubecka „Time out”, którego polecam wszystkim miłośnikom muzyki. Do tego dołączył Tomasz Stańko ze swoim kwintetem sprzed 3 lat oraz Cannonball Adderley „Somethin’ Else”. W przypadku tej ostatniej pozycji, to nie wiem co jest artystą, a co tytułem albumu. Okładka mnie się spodobała. Pan wyglądający jak Forrest Whitaker pali sobie papierosa i siedzi na krześle. Pozycja ta urzekła mnie pierwszym utworem „Autumn leaves”. Znam to z różnych wykonań ale najlepiej z wersji Erica Claptona.

Na muzyce się w sumie nie znam. Bo jak znam się na wszystkim, to nie znam się na niczym. Ale przyznać muszę, że jak nawet jazzem się nie interesuję, to wiem, kto to Dave Brubeck. Pewnie to taki Britney Spears jazzu. „It’s Britney bitch!” – jak śpiewała sama królewka popu kiedyś w swoim teledysku. A może to było „it’s Britney’s beach”? Nie najlepiej język lengłicz znam, heh.

 

Porzucam muzyczne kwestie i przechodzę do durnego snu. Śniło mi się, że wracam do domu. Idę sobie korytarzem po klatce za sąsiadką. Mija moje mieszkanie, a ja za nią. Nie zatrzymuję się, tylko też mijam mój miniapartament, patrząc na prawo na otwarte drzwi. Światło się świeci i widzę, że wszystko jest wyczyszczone. W końcu wchodzę i patrzę, że wszystko zostało ukradzione. Nawet szafa, lodówka, szafki itp. Ściany pozrywane, gołe. W sumie to nie wiem z czego te ściany miałyby być pozrywane? Z farby? W każdym bądź razie wyczyszczono mi mieszkanie do zera. Najbardziej żal mi było płyt CD. No bo co innego? Talerze? Ubrania? Laps? Można zawsze kupić nowe, a płyty CD zbierałem przez lata i są warte … hm, 500 płyt razy średnia na płytę 35 – 40 zł równa się… Wolę nie liczyć.

Później zacząłem się martwić gdzie będę spał. Już nawet ekipę remontową załatwiałem.  Konkluzja snu była taka, że w końcu zrobię remont, który od dawna w rzeczywistości planowałem zrobić.

Czyli moja (pod)świadomość podpowiada mi we śnie, że mam zrobić w końcu remont? Bardzo bym chciał, aby modernizacja mieszkania się ziściła. Ale nie z takiego powodu jak oniryczna przepowiednia!

Święta już za 11 dni. Muszę sąsiadkę uruchomić do pilnowania mieszkania na czas mej dłuższej nieobecności. 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑