Miesiąc: luty 2022

jestem przerażony

“Son, it’s not how many Germans you kill that counts
it’s how many people you set free”

A miał to być tłusty czwartek. Miałem się cieszyć zerem pączków. Ale nie. Dzień to jeden z najstraszniejszych w moim życiu.

Wczoraj się przekomarzałem z Wielkim Pe o pączkach. Dodatkowo winny/winowy (?) kolega donosił na boku, że z córcią faworki smażą. Ślina nam poleciała, bo my pączków nie mieliśmy mieć. Nie mówiąc o innych chrustach. Ale za to poczytaliśmy sobie o tym zwyczaju tłustego obżerania się.

Wcześniej bułeczki nadziewano (Oooo, Vlad Palovnik by się ucieszył) mięsem, słoniną, boczkiem. I popijano wódką. Obficie! Dopiero od XVI wieku zaczęto robić pączki na słodko. Wyglądały one nadal nieco inaczej niż obecnie – w środku miały bowiem ukryty mały orzeszek lub migdał. Ten, kto trafił na taki szczęśliwy pączek, miał cieszyć się dostatkiem, szczęściem i powodzeniem. No ja nigdy nie trafiłem! To już wszystko jasne.

 

Staropolskie przysłowie mówi: Powiedział Bartek, że dziś tłusty czwartek, a Bartkowa uwierzyła, dobrych pączków nasmażyła.

 

W innych krajach, a właściwie w większości obchodzi się we wtorek ten tłusty dzień. Anglicy chyba naleśniki jedzą, bo u nich to Pancake Tuesday. Amerykanie mają Mardi Gras. Ale co ja tu będę Empik robił i w, i o językach prawił.

Najważniejsze jest, że przetrąciłem tylko JEDNEGO pączka. A dostałem ich aż pięć. Załatwiałem służbową sprawę w Starym Domu i mnie poczęstowali przysmakami z cukierni. Oczywiście, jako że dziś, to dziś, to dali mi pączki. Zawiozłem do biura, otworzyłem pudło, wyjąłem jednego pączka i … wsunąłem. Pyszny, ciepły przysmak. Powiedziałem koleżance, żeby zaniosła do domu resztę, dla chłopaków. I kazałem oczywiście z pola widzenia mego zabrać, co by koleżanka jednak miała co zabrać.

W Danii ponoć w poniedziałek świętują. No może pocelebruję? Zobaczymy. Będę obok, to czemu nie. Może poproszę koleżankę co w Kopenhadze pracuje, żeby coś przywiozła po robocie.

A we wtorek Szwedzi mają swoje semla. Wygląda jak nasz ptyś, ale to bułeczka pszenna. A do tego masa migdałowa i zbita śmietana.

Niektóre regiony dodają kardamon. Oj, mam nadzieję, że Skania nie! Ale zdecydowanie zjem we wtorek. Trzeba poznawać inne kultury, otrzaskiwać się, c’nie.

I nawet słońce dziś ładnie świeciło. Tylko co z tego. Jeden chory człowiek chce bezmyślnie zapisać się w historii. Słuchałem radia do 10.00 i wyłączyłem. Nie dałem rady już słuchać.

Po 16.00 wracałem do domu i autobus łaskawie nas wypuścił przy Łazienkach, bo chyba byśmy z godzinę siedzieli zamknięci. Przeszedłem się w dół do Belwederskiej mijając biuro jakiejś marionetki, ponoć prezydenta Wolski i zaraz za nim ujrzałem rząd radiowozów i tłum około 100 ludzi. Posłuchałem co pan mówił przez megafon. Głos mu się łamał, a mnie ściskało serce.

Na Instagramie dziewczyna z St Petersburga, co ją obserwuję i uczę się z jej postów języka wrzuciła story informujące o tym, że Rosjanie nie chcą wojny z Ukrainą, nie chcą Krymu, nie chcą Donbasu. Rosjanie chcą pokoju i sprawiedliwości w swoim kraju. Ale nie wiedzą kto ich teraz wysłucha.

Wojna jednego człowieka, nie Rosji, ze światem. Smutne. Później zadzwonię do mojego korepetytora z Biełgorodu i zapytam co on sądzi o tym wszystkim. Kontakt nam się urwał jakiś czas temu, ale odnalzałem hasło do Skajpa i na nowo rozmawiamy od kilku dni. Aleksjej obronił doktorat, „trochę schudnąłem się” [sic!], dziecko mu rośnie, wietnamska „żona też wszystko normalnie”. Twierdzi, że już zapomniał język polski, za dużo „się” daje, ale uważam, że świetnie mówi po naszemu.

Update. Właśnie rozmawiam z nim. 40 km od granicy z Ukrainą mieszka (najbliższe miasto Charków). O 6.00 rano obudził go hałas, szyby w oknach jego mieszkania drżały, dźwięk był straszny. Rakiety były czerwono-żółte. O północy mieli prąd w jego mieście wyłączyć. Na szczęście nie wyłączyli. Ukraińcy kilka rakiet wystrzelili w ich stronę. Mógłby w sumie wyjechać do Wietnamu, do kraju rodzinnego żony. I tam żyć w spokoju. Ale boi się, że nie będzie mógł zarabiać za granicą (uczy historii, rosyjskiego i polskiego przez Skype). Albo będzie mógł, tylko, że rubel nie będzie nic warty. W sumie, to wyjazd z kraju nie wchodzi w rachubę, bo … z kraju nie może wyjechać.

Mam nadzieję, że nikt nas na tym Skype nie podsłuchiwał. Kolega przyznał wprost na kogo NIE głosował w wyborach prezydenckich. Mam nadzieję, że go nie zamkną. A jeśli coś się ze mną stanie, to idźcie tym tropem. Ruska inwigilacja.

Wieczorem słucham radia, audycji muzycznych, przeplatanych wiadomościami. Amerykanie twierdzą, że w ciągu 72 godzin Kijów zostanie zdobyty … Łzy mam w oczach. Myślałem, że nigdy nie dożyję wojny …

chuda środa

Jutro wiadomix co jest! Przyrzekam, że ani jednego nie wtranżolę! Rok temu byłem blisko, ale niestety na koniec dnia pękłem. Dałem nawet wpis, że łamiąca wiadomość. Najgorsze było to, że ten pączek wieczorem był już starawy, więc mała przyjemność.

Teraz tak myślę, że jak mam jednak zostać pokonany przez moją słabą silną wolę, to może od razu z rana ze 2 wsunąć? Przecie jak siebie znam, to znowu, robiąc kroki, jakaś cukiernia mnie złapie i zbałamuci!

W Carrefourze dziś ładne takie mieli. Kolorowe. Zapakowane w plastikowe pudełeczka o kolorze transparentnym, czyli moim ulubionym.

No tak teraz myślę, czy to dobry pomysł? Złamać się od razu z rana i zjeść pyszunie, świeże pączusie? Czy starać się nie złamać i znowu jakiegoś starucha przetrącić o 19? Dylematy.

Paluszki sobie się goją. Na jednym cięcie cały czas widać. Na drugim ta linia jakaś przerywana. Pani pielęgniarka mówiła, że nie będzie śladu. Czekamy.

Nadal nie czuję czubków palców. Jak dotykam, to jakby nie moje. Dziwne. Ale pani pielęgniarka mówiła, że tak może być, ale wszystko wróci do normy. Czekamy.

Trochę stopy pobolewają, ale chodzę sobie dzielnie. Żałuję tylko, że biegać nie mogę i grać z chłopakami w bada znowu. Na szczęście na siłkę mogę uczęszczać, więc jakiś tam ruch jest.

Siłownia zmieniona. Jest … inaczej. W końcu w szafkach są wieszaki zamontowane na stałe, więc nie wędrują i nie giną. Szatnia jest jakaś bardziej przestronna. Tylko znowu obsługa numerki rozdaje jakoś nieroztropnie. Non stop koło mnie ktoś się kręci. A dookoła pusto. Dziwne. Ostatnio akurat się ubierałem i jak zakładałem dres to musiałem skakać na jednej nodze, bo ktoś akurat wchodził z lewej, a ktoś wychodził z prawej. A skakać tez nie mogę.

Ciszej jest. (Chamska) muza już tak nie napie…ala jak na starej siłowni. Powierzchnia do ćwiczeń ze dwa razy większa. Na dole ciężary w dwóch salach, a na górze oddzielna część na aeroby i oddzielna na takie tam (na nogi, na ręce, piłki, maty). Fajnie, podoba mi się. Nie ma też napakowanych osób, co śmiertelnie poważnie traktują zajęcia. Nikt tu nie zapisuje w kajeciku, że właśnie podniósł coś z milion razy. Także Nowa Siłka vs Stara Siłka 10 – 1.

A ten jeden to za to, że jak dzieci wchodzą do szatni, to ani be, ani mee, ani kukuryku. Na starej siłce wszyscy mówili „cześć” na wejściu i wyjściu. No może nie wszyscy, ale z 95%. Na nowej siłce z 95% … nie mówi.

Wczoraj pani prof. ze Szczecina zasmuciła mnie wiadomością. Też pisałem na moim blogu o tym panu, że widziałem go nie raz, nie dwa. Ale więcej już nie.

Przyjaciel Kurta Cobaina, Layne Staley’a, Anthony’ego Bourdain’a. Courtney Love wyciągnęła mu pomocną dłoń, kiedy za mocno się zatracił w niedobre substancje. Ponoć rozważali amputację ręki, bo była zmasakrowana nakłuciami. Wokalista Screaming Trees. Miał przygodę z Queens of The Stone Age, z PJ Harvey, z Mad Season, UNKLE. Genialne płyty wraz z Isobel Cambell. Duet z Gregiem Dullim, jako The Gutter Twins. No i solowe płyty ze swoim bandem. Mocny, mroczny głos. Koniec. Szkoda.

 

fiskusowe czary mary, czyli

dziś zeżarłem ostatnie jedznie z zamrażalnika, które sobie nakupiłem na czas byczenia się z nogami wyciągniętymi. Niby zapasów miało starczyć na 12 obiadów, a tu proszę, proszę, 15 lutego, czyli 1 miesiąc i 1 dzień po cięciu paluszków! Ludzi dobrej woli jest więcej! Jak mówiłem o moich boleściach, to każdy od razu mi oferował pomoc. Także raz jeszcze WIELKIE DZIĘKI ludzie dobrej woli! Jestem z Wami tu nadal.

Dziś drogie Państwo udostępniło i porachowało pity. Za siódmym razem udało mi się zalogować i zobaczyć co się wydarzyło podatkowo w roku 2021. Strach na mnie padł! Pamiętam drzewiej dopłaty po około 1 500 zł. Klikam, loguję się i nic. 6 razy się loguję i nic. Wieczorkiem wróciłem z siłki i próbuję po raz siódmy. Ta-dah! Udało się w końcu.

Patrzę na wynik i widzę czerwone. Nie dobrze – myślę. Zerkawszy na cyferki i … 177 zeta chce Państwo ode mnie. Ufffffff, nie tak strasznie tym razem. Ale ja już dawno mówiłem, że każdy grosz od Państwa wolskiego wyciągnę! Także teraz fiku-miku, czary-mary i …

KABOOM!

 

2 022 zł!!!!! Oddawać moje hajsy!

Dwa razy złożyłem PIT. Ciekawe czy dwa razy mi przeleją moje hajsy? Za każdym razem pokazywał mi się komunikat „OK”, ale jak później sprawdzałem w „wysłanych” i „złożonych” dokumentach, to nic nie było. Odczekałem 40 minut, zalogowałem się ponownie i … prace serwisowe. A to Wolska właśnie.

Na emeryturę, do której nie dożyję pewnie w tym ładzie, odłożyłem i odliczyłem. Każdy grosz wyrwę.

Darowiznę w 2021 roku dałem stowarzyszeniu będącym Organizacją Pożytku Publicznego w wysokości 300 zł. Okazało się, że od podatku odliczyli 99 zł! Czyli chyba zacznę myśleć i o tym sposobie odbierania hajsów. Pomagając coś tam zyskam.

Teraz trzeba się wziąć za zwrot za paluszki. Ale coś nie widzę tych czarów-(kosz)marów w ubezpieczalni. Ale kto nie spróbuje, ten nie ma, c’nie? Klinika nadesłała kartę zdrowia. Trzeba tylko zliczyć wydatki z karty kredytowej, wypełnić formularze i już. Ale pomyślę o tym jutro.

Z innych czarów-marów, to mój prywatny czajnik, który daaaaawno temu przekazałem w formie darowizny rzeczowej do biura odkamieniowałem. Zabrałem go do domu, do wody wsypałem magiczny proszek ze Szwecji, pomerdałem łyżką i na drugi dzień … KABOOM! Czystość.

 

 

głośniej niż decybele

tak, zdecydowanie się wybiorę za ocean w tym roku. Mąż pani prof. ze Szczecina był, siostra cioteczna mi donosi, że w sierpniu się będzie wojażować do Miasta. Po raz pierwszy.

Powspółczułem jej terminu, ale zarazem pozazdrościłem. Lato w Nowym Jorku to makabra, ale w sumie da się znieść. Ja, z moimi potami, zniosłem. Trzeba z Ulą porozmawiać i rozejrzeć się za biletem. Ta pandemia już się przecie kończy. Początek końca – tak pan minister mówił ostatnio.

 

Paluszki mi uwolnili i poszedłem w tango. Na nowo zacząłem chodzić. I tu niespodzianka! Nie umiałem chodzić. Odruchowo stawałem na piętach albo na boku stopy. Pierwszego dnia wolności miałem skurcze łydek, lewego uda i ból prawej stopy. Szybciutko zapisałem się na wizytę masażysty. Poluzował mi trochę nogi.

Na siłkę wróciłem. Tym razem do S4 poszedłem, bo ten Zdrofit to … eh, szkoda gadać.

Miło, fajnie, przestrzennie. I 4 wieszaczki w każdej szafce!

 

Dziś, w ramach relaksu po słonecznym spacerze, przeglądnąłem internety. I znalazłem artykuł o selekcji krajowej do Eurowizji. Ojej. Nawet dali 9 teledysków. Jedna piosenkarka ukrywa się i dopiero w sobotę najbliższą, albo ciut przed, pokaże co nagrała.

Powiem tak. 8 propozycji nie zostało nagranych dla mnie. ale nauczyłem się, że jest taki gatunek piosenki jak … power ballad. Nie ballada, ale power ballad. I w tej dziesiątce są dwie power ballady, jedna zwykła ballada, jakieś popy, folk oraz … latino pop. Dziewuszka od nas z jakąś koleżanką z kraju latynoskiego nagrały coś razem. Takie słodko-pierdzące, letnie plumkanie. Jednym uchem wleci, drugim wyleci. Na wakacje może się sprawdzi.

Już mam zamykać internety, kiedy widzę pozycję ostatnią. Patrzę na język wykonywanej piosenki i widzę … nie wierzę własnym oczom, myślałem, że to żart, pomyłka … widzę język migowy!

Chyba w sobotę siądę przed laptopem i obejrzę te preselekcje i zagłosuję na tych miłych ludzi. Już cztery raz posłuchane było. Fajne!

Bardzo bym się nie zdziwił, gdyby ludzie, dla hecy wysłali ich do Włoch na konkurs piosenki.

Tu bije serce Europy!

 

palcy lizać

dawnom nie pisał, gdyż weny mię opuściły … chyba. A może po prostu się pandemia kończy i znowu nie mam o czym pisać. Bo w czasie zarazy się strasznie rozpisałem. W 2020 ze 123 posty. Rok temu też grubo ponad 60.

Ten rok zaczął się jakoś krwawo! Boleśnie.

W grudniu 2020 zapisałem się do pani podolog na terapię. Pani się ucieszyła i mnie pocieszyła, że ten mój problem to szast-prast wyleczy. Trzeba tylko czasu. No i hajsu, bo to prywatna klinika.

Ok, pani podolog fajna. Taka, że można oko zawiesić. Poleciła mi też ekipę od klimy, bo akurat wtedy jakoś na tapet, i ona, i ja, wzięliśmy temat chłodzenia latem chaty.

No to chodziłem na terapię. Pani założyła akryle na palce i czekaliśmy na zdrowie paluszków.

W październiku jakoś pani podolog nie kryła się ze zwątpieniem i brakiem koncepcji dalszego leczenia. Stwierdziła, że to … grzybica. Zapytałem, po czym wnosi? Po spojrzeniu na palce tylko? Wydawało mi się, że choroba stóp wygląda zupełnie inaczej. Zapytałem, czy pobierze próbkę i zbada. Ale okazało się, że nie. Na odchodne poelciła mi spray na palce i kazała przyjść za miesiąc.

Po 2 tygodniach wysłałem jej fotkę medykamentu z pytaniem, czy to to, bo:

– nie kosztowało to 70 zł, tylko 17

– nie ma wyrazu „spray” na opakowaniu, tylko „deodorant”

Pani podolog odrzekła, że to nie to i że za chwilę mi wyszuka na necie. Po pół godzinie napisała, że nie może znaleźć i kazała używać to, co kupiłem.

Po dwóch dniach zarekomendowała mi pana doktora chirurgii w klinice Zdrowa Stopa.

W ten sposób zakończyłem historię z panią podolog.

Wysłałem mail ze zdjęciami i opisem mojej przygody z leczeniem wcześniejszym. Zdrowa Stopa odpisała, że widzą ewidentne błędny w leczeniu i zapraszają.

Pan doktór od razu naświetlił sprawę – plastyka opuszka. Chirurgiczna inwazja. 2-3 tygodnie leżenia w domu z nogami wyciągniętymi.

Zapisałem się na zabieg 14 stycznia. Niestety przychodnia na drugim końcu miasta.

Znieczulenie zadziałało. Nie czułem nic, ale i też nie widziałem, bom zasłonięte stopy miał parawanem.

Ale słyszałem co się dzieję. Pan stukał, pan piłował, pan ciął, pan walił młotkiem, stopami moimi targał. Strasznie na wyobraźnię działały mi te dźwięki. Byłem pewien, że pół nogi już nie mam.

Równo po godzinie pan chirurg zaszył i założył opatrunek.

Jedynym obuwiem od tamtego czasu są klapki.

Przed zabiegiem nakupiłem sobie jedzenia i zacząłem czekać na gojenie. W między czasie ludzie dobrej woli wpadli z zakupami i pocieszeniem. Także dzięki ludzie za pomoc i chęć niesienia pomocy.

Pierwszy tydzień był makabryczny. Z wielkim trudem i bólem stawałem na pięty i szurałem do łazienki lub do kuchni.

Aha, obejrzałem nowego Matrixa. Niestety nie da się tego odzobaczyć.

Trzeciego dnia zmartwychwstałem. Jak głosiła pani pielęgniarka-podolog i pan chirurg, bolało 3 dni. Ale na szczęście nieznośnie, a nie baaaaardzo boleśnie.

Lek, jakiś na narkotyku, brałem tylko 2 razy dziennie, a nie 3×1, jak rekomendował pan chirurg.

Ogłupiający trochę ten lek. Szkoda, że na receptę, bo można by jeszcze zażyć czasem.

Rozmawiałem z siostrą pierwszego albo drugiego dnia i mówiła, że jakiś ogłupiony jestem, czy co.

Po 72 godzinach musiałem zmienić opatrunek. O-mój-boże. Myślałem, że zemdleję na widok masakry na palcach! Sine, opuchnięte, niewyglądające jak palce! Dużo soli fizjologicznej poszło, żeby odkleić zakrwawiony opatrunek. Ale udało się.

W drugim tygodniu już mogłem chodzić. Tylko co z tego, jak chodzenie powodowało ból stóp. W sumie to też żadne chodzenie. Łóżko-kuchnia, łóżko-łazienka.

Trzeci tydzień to już latałem po chacie jak ta lala. Ale oczywiście mało, a nogi często miałem w elewacji. Zgodnie z rekomendacjami mogłem tylko leżeć albo siedzieć z wyprostowanymi nogami. Strasznie niewygodnie się je i gotuje, tak siedząc.

W czwartek, trzeciego tygodnia, odwiedziła mnie Monika. Się naplotkowaliśmy, najedliśmy, … napiliśmy. Się znieczuliłem. Trzeba było się wcześniej spotkać. Ból miałbym już wcześniej uśnieżony.

Na koniec tego uwięzienia naszło mnie na tatara! Ale jak!? I jeszcze mnie ludzie drażnili wysyłając mi fotki tatarów i innych pyszności.

W sobotę wykorzystałem okazję i zamówiłem ten pyszny, surowy dań. Się kolega nie znał, zadzwonił do mamusi po radę, a ta mu uprzejmie powiedziała, że na tatara najlepsza … polędwica. No nie będę się sprzeczał. Kto bogatemu zabroni. 600 gram polędwicy piechotą nie chodzi. Było mniam i mlask!

I tak trzy tygodnie mijają. 5 fala mnie ominęła. Igrzyska się zaczęły. Pandemia się niby kończy, bo Szwecja, Dania, Włochy już ogłosiły powrót do normalności. Szwecja przynajmniej. Co do pozostałych krajów, to tak jednym uchem tylko podsłuchałem. Ale też jakoś życie ma być już u nich łatwiejsze.

Do Stanów mi się chcę. Mąż pani prof. ze Szczecina był w Mieście i opowiedział mi to i owo. Da się pojechać. Burdel jest. Nikt nic nie wie, ale ludzie latają. To może jakiś maj? Bo paszport kowidowy mi skrócili ze stycznia 2023 na wrzesień 2022.

Najgorsze mam za sobą. Teraz tylko czeka mnie regularność w dalszej terapii, ostrożność i wyrzekanie się przyjemności. Mogę zapomnieć o bieganiu, o nartach i innych aktywnościach, które powodują jakiś nacisk palców na obuwie. I tak przez rok. Eh.

Wczoraj i dziś poszedłem za blok wyrzucić śmieci. Jakaż to była radość! Zima, nie zima, w klapkach też można o tej porze roku chodzić.

Jutro jadę zdjąć szwy. Radość mnie szalona naszła! Do ludzi! W świat! Życie oglądać! Dosyć już tych czterech ścian!

Spojrzałem w lustro i zobaczyłem jakiegoś jaskiniowca. Fajnie – pomyślałem. Zapuściłem brodę i może w końcu uda się marzenie spełnić – broda a la Świetny Mikołaj!

Ale później rzuciłem okiem na fotkę z Wiednia, z października roku minionego, co taki chory poleciałem. Świeżo po primpingu byłem. Krótko na głowie i na buźce. I zobaczyłem młodzieńca, młodszego od tego jaskiniowca w lustrze o … ze 20 lat!

To se wyciągłem maszynki z szafki! Irokeza zrobiłem, bo zawsze marzyłem o nim. Ale jakoś nie stanął za dobrze. To dokończyłem dzieła.

Lżej! Młodość! Życie! Radość!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑