Miesiąc: lipiec 2017

dziur

Dziura, dziurka, dziureczka. A jakie jest zgrubienie tego wyrazu? Dziurasko? Dziur? A może właśnie dziura?

Nie ma się nad czym rozwodzić, bo faktu to nie zmieni, że poirytowany dziurkami jestem. Tymi w dętce rowerowej. No na psa urok! 4-ty raz w ciągu 3-ech miesięcy. Motyla noga i kacze pióro! Już nawet wysnułem teorię spiskową, że to ten mój pan od punktu rowerowego jaki urok na mój rower rzucił? Może faktycznie użyć koneksji i jakiego Specialajzda kupić? Ale Specialized nie nadaje się do trzymania w rowerowni w piwnicy. Musiałby na ścianie w apartamencie mym wisieć. I tu właśnie dochodzę do kolejnejgo planu – wywalić szafkę pod telewizor, którego nie mam. Kupić jakiś słupek/komódkę, przełożyć rzeczy (których i tak tam niewiele) i pozbyć się tego „entertaiment set“. Wtedy cała ściana byłaby odkryta i ukazywałaby Manhattan. Hm, a propos Miasta, już mam zakładki porobione do właściwych stron www na lapsie. Pierwsza to – wniosek wizowy online, a druga – jak ma wyglądać zdjęcie do wizy. A wiza coraz tańsza, bo dolar spada. To jest chyba ten czas.

No i na tym Manhattanie wisiałby mój nowy rower. Pomyślimy po Islandii.

Pan od roweru wraz ze swoją małżonką prowadzą taki punkt nieopodal. To chodzę, serwisuję, łatam dziurki i dziureczki i wymieniam dęteczki. A niech to, wspierajmyż polski biznes, nawet jak jest mikro biznesem. Jutro zaprowadzę rower i muszę się w końcu zaopatrzeć w łyżeczki i klucze i będę sam wymieniał dętki.

I tu miał nastąpić koniec. A właściwie to ten wpis miał nie powstać, bo co to za temat – dziura!?

Żaden.

Do tej historii z rowerem doszedł jeszcze jeden temat, a właściwie enuncjacja. Wczoraj, 22 lipca (olaboga jaka ładna i słodka data) A.D. 2017 był ostatnim dniem gotowania w domu. Nie włączam już pieca, ani grila elektrycznego. No piekarnik się w chacie robi! Także jem na mieście od dziś.

Aha, mięsa jak na razie nie jem 6 dni w tygodniu. Muszę tylko zanotować – nigdy więcej tuńczyka z puszki.

 

Mam jeszcze jedno usprawiedliwienie na stworzenie tego wpisu. Najważniejszy to faktor w sumie był.

Dostałem maila od pani inż. dr hab. ze Szczecina. Ucieszyłem się z tej informacji. Awanse otrzymała nasza uczona. Gratulację spieszę złożyć. Ale po chwili mnie naszło – jak to od 30 kwietnia? Toż my w ciągłym dotytku jesteśmy i dopiero teraz mi o tym donosi? Ale nie ma co się fochować, tylko radować należy.

Cytuję, bo lubię jak panie mówią do mnie kochany 🙂

 

„…po drugie, nie inz. dr hab., tylko profesor moj kochany od 30 kwietnia. No! ;-)“

 

Renata, gratulacje! Szczere gratulacje. No!

Od dziś z wielką dumą będziesz zwana na mym blogu, nie inaczej, jak tylko

„paniom“ prof. inż. hab. ze Szczecina

aka pani profesor. Mam nadzieję, że kropki dobrze postawiłem w tych Twych tutuałach. Bo sama przyznasz, że nazw masz od groma! I jeszcze takie pragnienie i widzimisię do pani Profesor mam. Czy Pani La Professora mogłaby napisać co Ona jest? Rehabilitacja? Socjologia? Kryminał? Więzienie? Bo pisałaś, że byłaś za kratkami ale myślałem, że dostałaś parę latek za to i owo.

Jeśli jesteś rehabilitacja, to mam pytanie i prośbę o pomoc. Byłem ostanio u znajomych i wręczyłem pani domu butelkę wina. Pan domu nic, oprócz mojego znakomitego towarzystwa, nie dostał. Czy powinieniem się jakoś zrehabilitować? Te bon tony to nie moja bajka jakoś. Ale wiesz ja na razie tylko magister licencjat jestem. Na doktóra za leniwy i za głupi.

nie to nie…

…ja się kręcę. To zawirował świat.

 

 

Tyle myśli mnie nachodzi, że myślę sobie czy coś z tego wyjdzie.

Mam iść na rower ale się Samsung ładuje. Strasznie cienki pod kątem baterii jest ten telefon. Ale o niebo lepszy od tego dramatu windows phone Nokia Lumia. Blackberry wspominam z sympatią i z uśmiechem delikatnym. Ale to nie był smartfon, więc nie porównujmy.

Iphone jak na razie mnie zadawala, zaspakaja i już. Ale używam go tylko do:

– maili

– dzownienia

– budzenia

– słuchania muzyki

– instagrama

– komunikowania się

– grania w quizup i karty

 

Także niewiele czynności i funkcji wykorzystuję.

 

Mój ekspres do kawy jak robi espresso to po sam brzeg filiżanki. I się cholera rozlewa na spodek i pryska na boki. Hmmm. Trzeba nauczyć się wyłączać wcześniej ekspres.

 

Samsung jest słaby jeśli chodzi o baterię. Co do używania, to też mógłbym się przyczepić. W iPhone lepiej i prościej są zrobione funkcje. Większość w Samsungu wymaga dodatkowego kliknięcia, wejścia.

Co do kawy. W Trójce pani redaktor rozprawiająca się o zdrowiu orzekła, że 3 kawy i więcej to nie grzech. A nawet zdrowie. Ale czarne to muszą być kawy, bez mleka, bez cukru. I dobrze by było chwilę odczekać i nie pić gorącej. Ha! Nauki pani inż. hab. ze Szczecina nie poszły w las. Bo to ona zaczęła mi kiedyś wykładać, jak i jaką się kawę pije. Dzięki Renata!

Kawę z odrobiną mleka piję tylko rano. Jako pierwszą. Później to już tylko espresso. Podejrzewam, że gdybym nie miał ekspresu, to pewnie kawy nie piłbym w ogóle. Ale skoro to zdrowie? To piję!

Co do zdrowia. To wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że niepotrzebnie rzuciłem palenie. Nadchodzą chyba upały. Wiatrak już zaczyna chodzić. Fajna ta funkcja „timer“. Nie jest jeszcze piekielnie gorąco, a ja i tak się pocę. Rzucenie palenia nie pomogło jak widać. A to już chyba ze 202 dni jak nie …

Państwo z Europy na K. się bawi na Sardynii, więc czas nadszedł na pożyczenie wyciskarki do soków. I o dziwo nie popsułem jej jeszcze! 3 dni intensywnych obrotów, zakręceń i wyciskań za mną. Jak jeszcze raz wypiję buraka, to słowo daję, że mnie przeczyści przez wszystkie otwory. Zacząłem dodawać owoce do warzywnych napoi. Ale w Trójce pani redaktor od zdrowia mówi, że niestety cukry, cukry i jeszcze raz cukry w tych sokach. Miałem debatę z Państwem na K. z Europy ostatnio. Właśnie oni przestali pić soki, bo cukier. Ja twierdziłem, że to ten dobry cukier i trzeba pić. No i się okazało, że błonnika nie ma w tych sokach, więc nie ma kto spowodować wchłonięcia tych cukrów. Czyli ładujemy w siebie cukry i kalorie, czyli uwaga na wagę. Z interesujących smaków wspomnę rukolę i sałatę. Ale ja już kiedyś zupę z sałaty robiłem. Fajny, intensywny zielony kolor miała. Zupę się robi prosto. Jak mamy wywar, to dodajemy dwie główki sałaty, chwilę gotujemy i miksujemy. Zupa krem. Także sok zrobiłem i wypiłem również z przyjemnością. Burak strasznie stęchlizną wali. A z owoców, to melony mnie zaskoczyły. Fajny dodatek do soku. Niby niewiele dodałem, a smak wyraźnie czuć.

Miałem kiedyś sokowirówkę. Ale okazało się, że wyciskarka zdrowsze soki robi. Poza tym sok z sokowirówki należy wypić w ciągu 2 godzin, a z wyciskarki – w ciągu 24 godzin.

Z nowości, postanowiłem również nie jeść mięsa. Na razie plan jest postu przez jeden miesiąc. Dobrze mi szło od wtorku do … wczoraj. Ale kolega zadzwonił i zaprosił na gamburgery (jak to mówią wschodni sąsiedzi). W ogóle grill był. Darowanemu koniu się nie zagląda w zęby, więc nie chciałem fochów strzelać i sabotować mięsnej uczty jakimiś pytaniami o ryby i tofu. Poza tym kolega pyszne gamburgery i steki robi. Już nawet zażartowałem, że powinien ten biznes meblowy rzucić i zająć się gastronomią. Ale ten tylko ramionami wzruszył. Chyba garkuchnią chleba się nie posmaruje tak dobrze jak meblem? Hmmm.

Bateria na Samsungu 79%. O litości. Szybciej! Schnella! O czym by tu jeszcze pisać?

Aha, także mięsa nie jem 6 dni w tygodniu. Takie postanowienie. Ciekawe czy jutro nie napiszę, że mięsa nie jem 5 dni w tygodniu? Bo Słodkokwaśna coś pisze o meksyku kulinarnym i kaukaskim grilu dzisiaj…

 

Ah! Z koszmarów muzycznych niestety odkryłem coś strasznego! Lama w moim salonie! „Llama in my living room“. K-O-S-Z-M-A-R! Widzę, że już to na iMusic jest dostępne. Może dodać do mojej playlisty? Może niech konkurencję dla „bum-bum-bumerang“ zrobi?

I w związku z tym, że Samsung w użyciu, bo iPhone się rekamuje, zainstalowałem Tidal. Posłuchamy, zobaczymy.

Rozmowy mam niby przekierowane na Samsunga ale nie wiem czy działa, bo jakoś nikt nie dzwoni. Także jak macie sprawę i nie odbieram, to dzwońcie na ten 883… Ponoć iMsaże też nie dochodzą. Tzn. nie ponoć, tylko nie dochodzą. Szkoda. Może sim kartę włożyć do jakiegoś aparatu? Wtedy byłaby na chodzie i iMasaż działałby na lapsie? Za dużo tych rozterek. Lepiej niech już będę trochę odcięty od świata. I tak z uzależnień zalogowałem instagrama na Samsungu. Bo jak widać bez instagrama żyć nie mogę.

A propos instagrama. Koleżanka, powiedzmy to z Wyoming (nie wiem nawet jak się ten stan pisze), powiedziała, że dostała kiedyś wiadomość od obcego, a później zdjęcie, na którym pan był bardzo nieubrany. Widzę, że zboczeńcy są wszędzie. Do mnie jakoś żadne panie zdjęć nie wysyłają.

Na razie osoby, które poznałem na instagramie wyglądają być normalne. Także dyskusje się toczą w sposób kulturalny i ubrany. A ludzie to o dziwnych (ale interesujących)  nawykach i pasjach są. Obiecywałem wspomnieć o nowopoznanej osobie. To wspominam tego kolegę, co pracuje od nocy do rana. Nie wiem czy pisałem o spotkaniu z koleżanką z Teksasu? Fajne spotkanie, ciekawe co koleżanka sądzi na ten temat. Jakby mi się zdarzyło być znowu w USA, to chyba do tego Wyoming polecę, bo zawsze chciałem zobaczyć rodeo i jakąś dziurę w Teksasie po środku niczego. Gdzie w ogóle to Wyoming jest? Na północnym zachodzie? Tam gdzie Yellowstone? Do tego parku również chętnie bym zajechał.

Mam nadzieję, że Samsung ma już 80% i więcej, bo noc mnie zastanie za chwilę i nici z roweru.

Lecę.

Nie to nie ja się kręcę, to zawirował świat.

 

Na koniec wyprsotuję jedną rzecz. Nie, nie wracam do palenia. Nawyki złe należy zwalczać.

sygnały

…że umrzesz młodo.

Coś chyba podświadomie nie chcę o tym Gdańsku pisać.

Się w ten sobotni poranek się nudzę się chyba. Może na rower iść?

 

No to czytajmyż te mądrości.

 

– ćwicząc, brakuje ci tchu

ale co ćwicząc? Bo ja nie ćwiczę. A jak ćwiczę, to nie brakuje. Rower i kometka są regularnie trenowane

 

– tracisz apetyt

nie. Mam czasem smaka na coś. Ostatnio tatar za mną chodził. Utrata apetytu jest jednym z trzech głównych objawów raka we wczesnym stadium rozwoju

 

 

– tracisz na wadze bez powodu

z powodem też nie tracę, a chciałbym. 186 cm i 98 kg. Można by zrzucić parę kilo. Oprócz depresji, utratę wagi powoduje wiele patologii. Jedną z najpopularniejszych przyczyn jest rak. Blisko 40% osób, u których wykryto nowotwór, odnotowało spadek na wadze na kilka tygodni przed diagnozą. Ha, wczoraj odwołałem wizytę u lekarza. Czyli nie ma diagnozy

 

 

– jesteś zmęczony bez powodu

codziennie ścina mnie z nóg i drzemię. Ale lekarze nie odkryli czemu. Niewytłumaczalne zmęczenie to jeden z trzech głównych objawów nowotworu we wczesnym stadium choroby. Na szczęście ścina mnie już tak od kilku lat, więc żadne to wczesne stadium

 

 

– wielokrotnie pocisz się w nocy

eeee. Głupie. Nie. Jeśli jednak budzisz się rano, a twoja pościel jest tak mokra, że mógłbyś ją wycisnąć, możesz mieć AIDS, zwłaszcza jeśli oprócz tego masz gorączkę, bóle głowy lub inne objawy przypisywane zwykle grypie w ciągu ostatnich kilku tygodni. O! W końcu nie rak

 

 

– masz słaby uścisk dłoni

meduzka znaczy? Nie. Ale słaby uścisk to ponoć krok do ataku serca i wylewu.

 

– twój zmysł węchu nie jest taki, jak był

właśnie! Przecie ja nie palę od ponad pół roku. To przecie węch i smak powinien wrócić! Nie zauważyłem jakoś. Czeka mnie ponoć poważna choroba w ciągu 5 lat. Jak to 5, jak piszą, że ponoć mam młodo zejść?

 

– czerwone kropki na paznokciach

to oznaka chorej wątroby, która ponoć nie boli. Tzn. boli, jak przestaniesz pić. Nie, żadnych plamek nie ma

 

– brak przyjaciół, hehehe, dobre. Ciekawe na co się wtedy umiera

– masz nadciśnienie

– masz niedociśnienie. Nie. Ciśnienie mam akurat w sam raz. 120/80

– masz ból gowy wstając z rana. Tak. Ale tylko dlatego, że znowu trzeba do roboty iść

– masz zbyt wysoki cholesterol. Nie aż tak zbyt

– nie możesz podnieść obu ramion normalnie. Teraz się zaczynam zastanawiać, co znaczy normalnie?

– twoje BMI wynosi … nie idźmy tą drogą

– byłeś otyły. Byłeś?

– masz zaburzenia erekcji

– twoje tętno …

– masz nieświeży …

– czujesz silny ból w klatce …

– nieustający kaszel

– bolą cię stawy

– masz cukrzycę

– masz krew w stolcu

 

 

jesssu, co za litania. Porzucam lekturę.

 

Ja mam tylko jedno pytanie do tych mądrości. Co znaczy MŁODO?

 

 

Idę ćwiczyć, aż zabraknie mi tchu. Eee, chyba już za stary jestem na młode umieranie.

 

 

 

 

już chyba czas…

… wydać 650 zł, poprosić WWF o zrobienie właściwego zdjęcia, wypełnić formularz, zadzwonić i pójść na Piękną.

A tak z innej beczki. Przeczytałem dziś wpis o wycieczce do Odessy. To już będzie 6 lat. Przypomniałem sobie o pysznych kolacjach w knajpie gruzińskiej, o zdolnej gruzińskiej piosenkarce Nino Katamadze. I tak się zreflektowałem – przecie ja nigdy w Gruzji nie byłem. W Georgii tak, ale to nie o ten stan chodzi.

Nino Katamadze właśnie gra. Brawo iMusic! Biały album, czyli najbardziej popularny z jej dyskografii. Szczerze powiedziawszy, to ja nawet nie wiem, czy ona śpiewa po gruzińsku, czy po angielsku. Taki fan jestem. Podoba mi się jej głos i muzyka. Może mruczeć po jakiemu chce.

Ale do rzeczy. Coś mnie do Miasta znowu zaczyna ciągnąć. Co chwilę znaki na niebie i ziemi sugerują i namawiają. „Jedź, jedź“.

Marcin się wybiera służbowo. Ale na szczęście we wrześniu mam zajęty każdy, prawie każdy weekend. Także nie uda się mnie skusić.

Środkowe stany mi zostały do odwiedzenia. I teraz jeszcze Texas zaczyna kusić, bo wypadałoby zadać szyku w Austin w moich nowych 3 t-shirt’ach. A i rodeo by się chętnie zobaczyło.

I dziś jeszcze znalazłem artykuł o Ameryce.

20 rzeczy, które robią Amerykanie i które konfundują resztę świata.

Wymienię może kilka:

– Tip (almost) everything

nie mogę się połapać. Jak jesteś w restauracji, to ponoć za jedzenie dajesz napiwek, a za picie już nie. Jak siedzisz przy barze, to za każdego drinka 1$ wypada doliczyć. W NY 18% to standard, a gdzie indziej i 15% da radę. Napiwek doliczasz od sumy przed podatkiem. Także, ja po mat-fizie głupieję. Ula dała mi dobrą radę – double the tax. I tego się na ogół trzymam. Nie wzruszają mnie rachunki, na których podpowaiadają kwoty:

Jeśli chcesz dać 18% to kwota napiwku jest taka, a taka

Jeśli 20%, to …

Jeśli 23%, to …

Nie ma takiej opcji. 18% to max. A w moim przypadku, to podwojony podatek. Ale też zdarzało mi się nie dawać napiwku, bo jakoś gotówki nie miałem, albo nie uważałem, że powinni dostać. Rzadko się to działo, ale się działo. To były miejsca z serii „i tak tu więcej nie przyjdziemy“.

Także napiwki to urwanie głowy. Podoba mi się, że jak kartą się płaci, to można uwzględnić „gratuity“. W Polsce widziałem to z raz albo dwa. I ponoć nie stosuje się powszechnie, bo wtedy napiwek idzie do wspólnej kasy. A tak, to gotówka zawsze była twoja.

– follow strict alcohol laws

chyba nie ma co komentować. W dawnej Polsce, to się kupowało fajki i alk dla starych. No bo na karteczce było napisane – proszę o sprzedaż paczki papierosów Carmen. I obowiązkowo podpis rodzica. Piwo kupowałem ale nie pamiętam wódki. Może dlatego, że nie było w sklepach? Teraz sprawdzają dowód. Tak mi się przynajmniej wydaje.

W Utah faktycznie doświadczyłem co znaczy kontrola kraju. Sklepy z alkoholem jak na lekarstwo i musisz jeszcze znać godziny zamknięcia. Bo inaczej nici z delektowania się drinkiem.

W Stanach ostatni raz sprawdzała mi pani w pubie dowód jak miałem 38 lub 39 lat. Ale to chyba wynikało z obowiązku, niźli z mojego zabójczego, młodego wyglądu. Bo z tych wspomnianych powodów, to w 2009 roku pan na stacji paliw gdzieś w Californii wylegitymował mnie. Kupowałem jakieś piwo – meksykańskie siuśki. Się patrzył, się patrzył na mnie i w końcu padło – Can i see your ID, please?

– chat up strangers

no w Polsce to się rzadko dzieje. Raczej zaskoczeniem jest zagadywanie ludzi ścichapęk.

 

– … but refuse to discuss finances

a kto lubi? Może w Japonii lubią, bo to taki dziwny kraj.

 

– laugh out loud

oj głośni są. Szwedzi pewnie są zszokowani. Pamiętam bar w Sztokholmie. ME w piłce nożnej. Było słychać komentatorów w TV. Szok. Szwedzi się tylko raz unosili na sekundę, jak bramka padała. A tak, to cisza, cisza, cisza. Przedziwne wrażenie. Amerykanie drą się, to fakt. Nawet jak są nie u siebie.

 

– smile, a lot

prawda. Ale to akurat fajnie. Pisałem już o tym kiedyś. Nawet jeśli jest to nieszczere, to mam to gdzieś. Jest i tak o wiele lepiej niż w naszym kraju ponuractwa wiecznego.

 

– measure in miles, feet and inches

jeśli chodzi o miary, to mam tylko problem z feet’ami w nawigacji. Za 300 ft skręć w lewo. Mój mózg nie potrafi tego przeliczyć. No nie może. Mile, farenheit, inch i pound – nie ma problemu. Choć w sklepie brakuje mi „poproszę 10 deka…“. Najczęściej mówię „half pound of …, please“.

A, co do sklepów. Zadziwił mnie w polskim sklepie zwrot ekspedientów do klientów – czy pan już otrzymuje? I za cholerę nie mogę rozgryźć skąd to wzięli? Z czego to przetłumaczyli. Przecie u nas tak się nie mówi.

 

– eat it all

no comment. Albo dam jeden komentarz. Raz w knajpie meksykańskiej zamówiłem z menu dziecięcego. Kelner był zdziwiony i nie mógł zrozumieć. Ale w końcu przyjął zamówienie.

 

– insist on variety

tak. Nie może być czegoś jednego. Musi być pierdyliard odmian tego samego, najczęściej i tak ohydnego picia albo jedzenia.

 

– go into debt for a degree

a w Europie za darmo edukacja. Nawet jak są płatne uczelnie, to nie aż tak. W NJ uniwersytet kosztuje ze 30 000+$ za rok? Kurczę, kupa kasy.

 

– tailgate

czyli siedzienie z tyłu auta przy otwartej klapie bagażnika. Hm, nie zauważyłem. Ale też nie znalazłbym tego dziwnym.

 

– trick-or-treat

koszmar. Przeżyłem to. Dzieciaki biegają po ulicach, nie patrząc czy coś jedzie poń, czy nie. Walą w drzwi nie patrząc, czy już tu były, czy się światło świeci, czy to tylne czy przednie drzwi. Walą w doń i najchętniej zabrałyby wszystko od razu do swojego koszyka. Ale strój różowego królika miałem pierwsza klasa.

 

– advertising everything

ciekawe kiedy u nas to będzie? Mam nadzieję, że nigdy. Najwięcej reklam jednak prawników widziałem. Różnej maści ale najczęściej od rozwodów i od nieszczęśliwych (?) i najróżniejszych wypadków.

 

– sit in the backseat

w Polsce też tak jest. No chyba, że we 3 jedziemy, to wtedy największy siada z przodu, obok kierowcy. Choć pamiętam, że w Nowym Jorku też raz z przodu siedziałem. 3 dorosłych i dwa bąbelki. Nie było wyjścia. Ale we trójkę, to zawsze z tyłu.

 

– show off way too much in public restroom

tak. Dziwne są ich toalety publiczne. Szpary duże. Aż do kolan prawie. To teraz już wiadomo czemu w filmach można się było z jednej kabiny do drugiej się przeczołgać, jak terminator gonił, albo jakiś inny świr. W Szwecji z kolei, są bardzo kameralne wygódki. Światło nawet przez szpary nie przejdzie. Choć w sprawie toalet, to przypomniała mi się refleksja marszulla z jego wycieczki na Wschód. Także może ta Ameryka nie taka dziwna w tej kwestii.

 

– work all the time

dziwne mają te dni wolne. Średnio się ma 21 dni. Tydzień tylko możesz być chory. Bo jak dłużej, to już nie płacą. Na święta uznawane w twoim kraju też można dzień wolny dostać. Hm, jak opowiadałem Rosjanom, że rok zacząłem z prawie 60 dniami wolnymi, albo, że mam urlop ponad miesiąc, to się nie mogli nadziwić.

 

– avoid harsh critiques

prawda. Teraz nawet nie mówi się, że są grubi. Tylko, że mają złą przemianę materii. Albo producent żywności ich oszukiwał. Pisałem kiedyś, że na forum Marillion ktoś napisał, że ostatnia płyta zespołu jest gówniana. Wtedy oburzony inny fan (ciekawe czy był z USA) zasugerował, że można było napisać – to nie jest płyta, na którą czekałem albo nie dla mnie zespół tę płytę nagrał. Fan podziękował za krytykę i podsumowałraz jeszcze – uważam, że ich ostatnia płyta jest gówniana.

 

– stay fundamentally optimistic

i racja!

 

 

Jeśli ktoś ma inne spostrzeżenia z TX albo NJ. Albo CT albo NY, to proszę bardzo śmiało się nimi dzielić.

 

Chyba czas odszukać wniosek wizowy on-line…

 

 

moje wielkie polskie wakacje…

…a jakie kosztowne.

O Gdańsku na razie nie piszę.

Płoną góry, płoną lasy w przedwieczornej mgle,
stromym zboczem dnia, słońce toczy się.
Płoną góry, płoną lasy, lecz nie dla mnie już

 

Wyjechałem na południe. Bo lubię, bo ciągneło, bo tak. Taka jakaś sentymentalna podróż. Żegnam się z tym światem, czy co? Jakiś sentymentalny się zrobiłem.

Plan wycieczki był bardzo napięty, ale z czesem się rozluźnił.

Niedziela.

Wypożyczenie auta rano i podróż do Kudowy Zdrój. W planie miał być odpoczynek i rano zwiedzanie i na wieczór podróż do Karpacza. Ale przyjechałem jeszcze za dnia, to postanowiłem oblecieć atrakcje.

Szczeliniec – fajna droga serpentynami w lesie. Sama górka taka rekreacyjna, ale widoki dechzapierające.

Kaplica Czaszek – nie zdążyłem. Zabrakło 15 minut, a w poniedziałek nieczynne. Jedyny dzień w tygodniu. No pech! A 30 000 żyć potrzebnych było, żeby taką kaplicę urządzić.

Myślałem zajść do Muzeum Ginących Zawodów. Ale zaglądnąłem i odepchnęło mnie. Jakaś turystyczna ściema. I pani jakaś dupą wypięta do klientów. Nie zarobili na mnie.

Byliśmy w Kudowie w 1992? 1993? W liceum jeszcze znaczy. Ciekawe czy to tu, gdzie z koleżanką Izabelą R. poczęstowaliśmy się dużą liczbą lodów, nie płacąc tak jakby? Jako dżentelment, nie będę pisał, co kto wziął, a kto zagadywał. Ja, oczywiście, że ja.

Zjeżdżając ze Szczelinca chciałem zajechać do Błędnych Skał. Pan zaśpiewał 20 zł za wjazd. „Ok, rano podjadę z drugiej strony“ pomyślałem. Właściciel hotelu powiedział mi, że lepiej właśnie z drugiej strony.

Co do samej Kudowy. Miasto typowo turystyczne. Ludzi od groma. Atrakcji debilnych jeszcze więcej. Dni Morza były w górach. Jakiś zespół ni to rockowy, ni to szantowy śpiewał Czarną Syrenę. Fajnie chłopaki grali. Dojenie kasy z turystów. Zauważyłem, że męczą mnie takie klimaty.Musi być albo wielkomiejsko albo wiejsko. Inne pośrednie formy, nastawione na masowość odpychają.

 

Poniedziałek.

Kto układa te drogowskazy? „Błędne Skały 30 minut“. Litości. 12 minut, a byłoby szybciej, gdyby nie podziwianie widoku po drodze. Tak, zdecydowanie byliśmy tu z klasą. I zdjęcia robiliśmy i śnieżkami się rzucaliśmy!

Jako, że nie mogłem opuszczać kraju. Tzn. ja mogłem, auto nie mogło. Z Kudowy do Karpacza jest 1h52min, a Maciuś musiał jechać dookoła ze 3 godziny. Ale za to wiem, jaka nasza Polska piękna. Po drodze zobaczyłem wjazd na ten parking za 20 zł. Oj, głupi ma zawsze szczęście. Kolejka a kolejka. Autokary, osobowe. Uf, ja godzinę wcześniej spotkałem tylko 5 osób. Teraz to by było z milion!

Karpacz, Karpacz, Karpacz? Hm, kompletnie nie zauważyłem tego miasta. Ale za to miałem fajną miejscówkę. Z dala od wszystkiego. Niestety z widokiem na straszny dwór, czyli hotel-konglomerat Gołębiewski, co stał w dole. Ale patrząc na wprost już się miało góry. 300 metrów od domku był Kościół Wang – norweski prezent i cud architektoniczny dla tej części Polski. A przy świątyni zaczyna się szlak na Śnieżkę.

Pierwszy raz byłem na Śnieżce. I chyba nie ostatni. Fajna trasa.

Jako były uczeń klasy mat-fiz opwiem o anomalii grawitacyjnej. Byłem, sprawdziłem i działa. Tzn. nie działa. Zatrzymałem auto, wrzuciłem jałowy bieg i auto zaczęło jechać tyłem pod górę. Ciekawe doświadczenie.

Wtorek, środa, czwartek.

Szklarska Poręba podobała mi się najbardziej. Pisałem, że byłem tam już wcześniej. Pogoda mnie tu rochę zawiodła. Ale za to pysznie się jadło. Aha, na sam przód kupiłem sobie płaszcz foliowy.

Fatum pogodowe – o tym muszę wspomnieć. Rok temu wchodziłem na Giewont. Na 5 minut przed jak nie lunęło, jak nie zawiało. Głowę na ten Giewont tylko wsadziłem. Do Śnieżki jak podchodziłem, to jak nie lunęło, jak nie zawiało, jak nie zabłysnęło, jak nie grzmotnęło. I tu wtedy przydał się płaszczyk. Doszedłem. Na samym szczycie nie widziałem żywego ducha, ani w sumie nic. Tak chmury naszły. Jak zszedłem, to słońce wróciło.

Po górach chodziłem z plecakiem, w którym były przydatne rzeczy. Śniadanie o 8 rano i w drogę na Szrenicę i Śnieżne Kotły. Piękne słońce, krótki rękaw, to idę. Na Szrenicę zaszedłem dość szybko. I zaraz za można było dojść na Śnieżne Kotły na dwa sposoby. Pierwszy – czerwony szlak w 40 minut albo zielony 70 min. Wybrałem ten dłuższy. Trasa piękna, z widokami. Po 50 minutach zobaczyłem Kotły od dołu. Zagaiłem przewodnika o to, jak można wejść na górę. „40 minut niebieskim szlakiem, mocno pod górę i później 20 czerownym“ pan rzekł. No nic. Przyjechałem w góry, a nie na plażę. Po chwili zaczęło wiać tak, że myślałem, że mnie zwieje. Zdejmuję plecak, radośnie sobie myślę „za chwilę wyjmę bluzę, założę i pobiegnę uśmiechnięty i ogrzany dalej“. Było wszystko, tylko nie ta bluza. Lekka panika. Wracać przecie nie będę. Szkoda czasu. Bałem się, że się wyziębię i zejdę po środku niczego. Na samym szczycie żartów nie było. Wiało tak, że telefon trzymałem mocno w obu rękach, jak robiłem zdjęcie. Szybko opuściłem Śnieżne Kotły na górze. Pamiętam je z 1990 roku. I tu już podjąłem decyzję. Trudno, będę wyglądał jak debil ale zdrowie najważniejsze. Doczepiłem nogawki do spodenek i założyłem płaszcz foliowy p.deszcz. Od razu lepiej! Na Hali Szrenickiej, czyli 40 minut później, wyszło słońce. Ludzie, nie chodźcie ze mną w góry. Przynoszę pecha pogodowego.

Rano odpaliłem auto i wróciłem do Warszawy.

 

flaszbak

“Jedzie pociąg, jedzie. Wiezie ludzi, wiezie. Puszcza dymu szare kłęby. Powiedzże sąsiedzie, dokądże ty jedziesz, bo ja do Szklarskiej Poręby”

To ja o swoich polskich wakacjach od tylu będę pisał.

Wiza się skończyła. Ile można na słońcu nad morzem siedzieć. Góry mnie zawsze pociągały. To jestem.

Ostatni etap wakacji -Szklarska Poręba.

Jedyny raz tu byłem – lipiec 1990. Quasi zgrupowanie drużyny piłki ręcznej. Się trochę trenowało. Się bardziej niż trochę nie lubi się teraz tego sportu. Pamiętam, że wyjazd był zaraz po MŚ w piłce nożnej w Italii. Toto Schillacchi (sorry za ewentualną złą pisownię) objawienie turnieju. Król strzelców. Niemcy w finale zrewanżowały się Argentynie. 1-0. Wszyscy chwalili Germanów, a klęli na Argentynę, bo gospodarzy wyeliminowali. A ja po cichu liczyłem na obronę tytułu z Mexico ’86. Lubiłem drużynę Maradonny. Bramkarza mieli super i Cannighię (pisownia?).

Dziś, po 27 latach zajechałem. Deszcz padał od rana. Ale kupiłem sobie płaszcz foliowy i poszedłem w siną dal. Daleko nie doszedłem, bo to jednak dyskomfort. Ale co przeszedłem, to moje.

Podczas obiadu pomyślałem o Zakrecie Śmierci. A pójdę tam.

Po drodze przeżyłem szok. Odnalazłem to boisko lekkoatletyczne, na którym trenowaliśmy! I obok? Ten budynek? To chyba to, gdzie spaliśmy?

Zakręt Śmierci jak zakręt. Wygięty mocno.

Wracawszy do miasta postanowiłem podejść pod ten budynek, w którym rzekomo spaliśmy 27 lat temu. Oj. Chyba nie to, bo jakaś czerwona urzędowa blaszka wisi. Poczta? Ale wszystko mi się zgadza. Stad wychodziliśmy i już wchodziliśmy na stadion. Podchodzę bliżej obiektu i jednak to nie poczta – Centralny Ośrodek Sportu. Ha, po 27 latach pamiętać takie rzeczy! Skończę z chorobą psychiczną. Mowię Wam.

Szklarska, jak Szklarska. Mam wrażenie, że bardziej normalna, bo jakaś nie tak mocno nastawiona na dojenie turystów jak Kudowa. Trochę taniej jest.

Jutro, o ile nie będzie padało cały dzień (w sumie to i tak nie ma znaczenia), zamierzam odwiedzić Śnieżne Kotły i Szrenicę.

Aha. Kiedyś się śmiałem, że ludzie się ubrać w góry nie umieją. Klapki i sandały, to wiadomo. Żenada i gratulacje. Ale buty do biegania? Przyjaciółka twierdziła, że każdy but sportowy jest Ok. Hm. Wczoraj ze szczęścia, że na Śnieżkę lecę zapomniałem obuwie zmienić i poszedłem w butach do biegania. Piękny masaż i relaks dla stóp. Ale do dziś czuję lekkie zmęczenie podeszw.

Mam w pokojach tv. Po raz pierwszy chyba zobaczyłem narodowe uroczystości z okazji 10-ego dnia miesiąca. Bożesz Ty mój. Widzisz i nie grzmisz. A dziś Błaszczak się masturbował do mikrofonu radyjnego, że wymyślił, żeby za zamieszania i angażowanie służb przywracających porządek obciążać podmioty organizujące przeciwmarsze.

Ludzie dobrej woli, kochający nasz piękny kraj – idźmyż na następne wybory we frekwencji 100% i zagłosujmy słusznie. PiS Off.

karma to nie plaża

Karma’s not a beach.

 

Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Wszystko do nas wraca. A jak śpiewa nasza młoda polsko-czeska szansonistka

“Czym chciałeś zranić, zaboli ciebie. Szybko wracają rzucone kamienie. Los czasem szorstki jest, lecz sprawiedliwy. I nigdy się nie myli.”

Muszę chyba przeprosić Grubą Polską Świnię z poprzedniego wpisu. Bom się tak uniósł. No zaskoczył mnie.  A ja w sumie też nie szczypiorek, to ktoś mógłby również tak na mnie szpetnie zakląć. Na psa urok!

Panie Gruba Polska Świnio, uprzejmie przepraszam.

Wierzę, że “świat okrągły jest. To, co wysyłam uderzy mnie mocno”. To też Ewa Farna! No mądra ta nasza Czeszko-Polka!

 

Na instgramie widziałem też zdjęcie podobające mi się – “I saw that”. Karma

Tak, Karma widzi wszystko dookoła. Trzeba być dobrym człowiekiem. I na ten przykład, co prawie każdy piątek, odwiedzam kolegę z liceum. Ja przychodzę z napitkiem – nie żądam pieniędzy. A kolega stół zastawia przede mną. I też bezinteresownie! Tylko muszę nie zapomnieć poprosić jego Pani, żeby wyprosiła mnie o pierwszej. No bo ile można jeść i ile można filmów i seriali z serii “Tego-się-nie-da-ogladać-na-trzeźwo” oglądać? Poza tym jedzenie po 18.00 jest niezdrowe!

To przejdę do rzeczy po co zacząłem ten wpis. To mnie spotkało ostatnio w Gdańsku. Zaleciałem prędko do Stolicy Pomeranii. W 40 minut pan pilot nas dostarczył. Fajne lotnisko (im. TW Bolka) tak w ogóle. Małe, kameralne, fajne. Bagaże szybko wypluli na taśmę. Nie zdążyłem wyjść z samolotu, a na taśmie już “ostatni bagaż” się kręcił.

A tak jeszcze wtrącę – wioskę na cały świat sobie robimy. O co chodziło z wygwizdaniem Lecha Wałęsy, jak go Donek witał? Żenada. Pierzmy brudy kameralnie, a nie na cały świat. Poza tym, nie rozumiem, czy nie można raz na zawsze zamknąć tego tematu? Dowodów ponoć nie ma, są tylko poszlaki. Opamiętajmyż się.

Oj, wtrącenie numer kolejny. US Open 2009! Stoję sobie z Ulą i czekamy na wejście na kort i jest! Przyszedł, stanął koło mnie! Donald Trump – najważniejszy człowiek na świecie, jak to wczoraj pani z TVPiS mówiła w podnieceniu. Dobrze, że nie mam telewizora. Szczegóły – klik tu.

Stoję na platformie czekając na SKM. Kupuję bilet w automacie. Wyskoczyły mi dwie propozycje przepustek na przejazd – tańsza i droższa. Nauczony podróżowaniem z lotniska w Nowym Jorku (JFK) na Manhattan, wybieram droższy (6,50 zł). Nie ma co oszczędzać, bo się zawsze okazuje na koniec dnia, że tańsza opcja nie obejmowała na przykład bramki w metrze. Przyjechał pociąg do Gdańsk Wrzeszcz. Nie, ja potrzebuję Gdańsk Główny. Coś mi zaczyna świtać, że bilety w Gdańsku kosztują lekko ponad 3zł. Coś chyba nie tak kupiłem. I jeszcze mój bilet nie pasuje do kasownika, a piszą, żeby bilet skasować od razu na platformie. No nie wchodzi, to jak mam skasować. Dobra, kupuję drugi bilet za 3,80 zł. Też jakiś kwadratowy kuponik wyszedł, niepasujący do szparki w kasowniku. Ponadto wieje mocno i kolejna SKM za 25 minut dopiero. Wołam Ubera. Za 5 minut ma się stawić. Zaczepiam jakieś w średnim wieku (tzn. w moim) Państwo i szybko tłumaczę, że oddam bilety, ale od razu informuję, że nie mam pojęcia czy dobrze kupiłem. Za darmo. Pani już portfel wyciągała. Ale rzuciłem jej szybko, że lecę na Ubera i nie ma mowy o zwrocie.

Tego samego dnia, poznana przygodnie Polka, Gdańszczanka, mieszkająca od 28 lat w Kalifornii (16 lat w LA i teraz od 12 w San Francisco), dała mi bilet. Bo się rozgadaliśmy i powiedziałem jej, że następnego dnia do Jelitkowa jadę. Też nie chciała pieniędzy. Karma!

A wczoraj zaczepił mnie jakiś bezdomny pod bankomatem. Powiedział, że nie potrzebuje pieniędzy ale czy mogę jemu i jego wujkowi kupić … golarki jednorazowe. Zapytałem się tylko “a gdzie mogę to zrobić?”. “W Rossmanie, o tu jest” i pokazuje pan palcem. Mam wrażenie, że chyba nie wszystko z głową u niego było. Ale wyglądał na uczciwego człowieka. Poza tym, nigdy nie kupowałem nikomu golarek jednorazowych. Jedzenie tak, ale golarki? No dobra, Rossman faktycznie dwa kroki od dziury w ścianie.

Dziś odstałem kawę gratis. Śniadaniownia w moim hotelu się przeprowadziła do knajpki na dole. Już nie trzeba było do piwnicy schodzić. Śniadanie ubogie w ofercie ale spoko, najadło się. Plus przenosin jadłodajni ogromny – była kawa z normalnego ekspresu. Ale płatna niestety. Trudno, jeśli chodzi o kawę, zapłacę, żeby się napić. Ta lura przelewowa tylko przeczyszczająco na mnie działa. Mówię do miłej pani kawiarki, że niestety nie spodziewałem się i nie mam portfela ze sobą. “Może pan zapłacić później” – odpowiada ładna kawiareczka. No to super, to poprosiłem o espresso (koszt tylko 5 zł!). Pani inż haba ze Szczecina jakoś wpoiła mi podświadomie, że kawa to tylko czarna musi być. Kolejna oszczędność. Cukru nie używam, nie palę, a teraz mleka do kawy nie potrzebuję. Brawo ja. Po wymeldowaniu się wszedłem do knajpki i wyciągam 20 zł. Pani mówi, że nie ma wydać. Obok siedząca właścicielka powiedziała – Na koszt firmy. Pierwszy dzień dziś jesteśmy otwarci! 

 

BUM! BUM! Bumerang, bumerang

UmLiczy się każdy gest i każda mina. Niech unosi nas endorfina

B-B-BUM! BUM! Tak jak bumerang, bumerang

polska eh polska 

Dochodzę do swego miejsca w samolocie. Zajęte. Jakiś ciemnawy pan. Turcja czy coś. Okazuje się, że on jednak rząd bliżej siedzi. A tam inny człowiek już. Okazuje się, że E to jednak po środku, a F pod oknem. Ale to nie mój problem. Ja siedzę w 11 rzędzie. I teraz hit. Gruba polska świnia siedząca po środku mówi do mnie “przejdzie pan jakoś, bo mi się nie chce wychodzić?”. Zawsze przyciskam się twarzą do siedzącego. Ale temu panu zrobiłem wyjątek. Co za ćwok. Ledwo wcisnąłem się. 

Polska Eh Polska 

polska, mieszkam w polsce

Język polski trudny język. Nie tylko dla obcokrajowców ale przede wszystkim dla nas. Czytam bzdury na internecie i nie mogę uwierzyć w błędy ortograficzne, stylistyczne, gramatyczne i interpunkcyjne. A już epickie jest używanie ekstraordynaryjnych (żeby nie powiedzieć ekstraordynarnych) słów, które brzmią świetnie, tylko nie w naszym języku. 

Rok temu robiliśmy event dla klientów w Muzeum Powstania Warszawskiego. Wymyśliłem, że catering będzie przedwojenny. Restauracja dała radę. Przepisy pani Lucyny Ćwierczakiewiczówny zostały pysznie odkurzone. Drukowaliśmy menu wraz z przepisami. Pani z drukarni dwa razy się pytała, czy nie poprawić tych błędów. NIE – tak jej mówiłem. Tak pisaliśmy kiedyś. Tak zostawmy. A jak mówiliśmy i pisaliśmy?! Cudnie! Mieszaj, gotuj, aż będzie dobre. No to przecie musi wyjsć!!! Pyszny dań.

Podoba mi się styl, w jakim kiedyś mówiliśmy. Szkoda, że języki idą na łatwiznę. Spłycamy, skracamy. Ma być szybko, prosto, zrozumiale. Nie mamy czasu na pomyślenie, co kto miał na myśli. A nasz język nie taki gęsi. “Oh morze, a może…” tak w Gdańsku billboard namawiał na zakupy w mall’u. 

Dziś byłem w Muzeum 2 WojnyŚwiatowej. Łzy w oczach i docenianie tego, że żyjemy w wolnym (?) świecie. Poczytałem “Życie Warszawy”. Urzekło mnie ogłoszenie – podziękowanie za pogrzeb. Wyglądało jak klepsydra. “Dziękujemy wszystkim za odprowadzenie zwłok drogiego nam Jana Kowalskiego…”. Urzekła mnie ta notka. 

W tym miejscu ja dziękuję pewnemu użytkownikowi Instagrama za pomoc, kierowanie, wskazywanie podczas mego krótkiego pobytu w Gdańsku. Ale o tym wyjeździe w innym wpisie. 

Urzekły mnie ziemniaki i odezwa do narodu w trudnych, bo okupacyjnych czasach. Polska jest w top 5 krajów Europy w wyrzucaniu jedzenia…

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑