Miesiąc: lipiec 2019

i am a man who walks alone

Drugi wpis jednego dnia!? Koniec świata panie Popiołek.

A tknęło mnie po tym wpisie poweselnym.

Muzyka na żywo. Czy na plus, czy na minus? Miałem kiedyś kilka CD z serii live, bo słyszałem jakiś jeden utwór, albo byłem na koncercie artysty. Niestety płyt się nie dało słuchać już później w domu. To nie to samo. Albo jesteś na koncercie, albo nie słuchaj poźnej na nośnikach.

Kilka nagrań utkwiło mi w pamięci. Lubię i często słucham. Ale tylko kilka.

Pamiętam jak w 2000 albo 2001, a może 2002 kolega mi puścił DVD Metallici. Miał kino domowe. To taka nowość wtedy była. Wbiło mnie w fotel. Lubiłem wtedy Metallicę, także efekt był. Poza tym kino domowe, to nie to samo co cienkie CD, prawdaż?

Z nagrań koncertowych mogę słuchać namiętnie Toma Waitsa. Pewnie dlatego, że to jest marzenie, które się już nigdy nie zrealizuje. Dziadu już nie jeździ w trasy, a szkoda. Także słucham pana Toma i się cieszę. Mam wszystkie jego płyty studyjne, ale nie znam na pamięć dyskografii. Jak ktoś mi puści, to nie wiem co to i z jakiego albumu. Aż tak świrnięty nie jestem.

Nawet jak zajechaliśmy do San Diego, to Pan z Europy na K. puścił nam Toma i zapytał co to za melodia. Nie wiedziałem. A to było San Diego Serenade. Od tamtej pory już rozpoznaję ten kawałek. I miasto, i piosenka i wspomnienia zacne! Dzięki Marcin. Ponad 9 lat temu … time flies …

Tom waits wypuścił ostatnio kilka albumów z serii live i można się rozkoszować. Na żywo z Austin z lat 70. Na żywo z radia i tak dalej. Lubię. Pan charczy tu i tam. Śmieje się złowieszczo i chyba śpiewa. Tak po swojemu. Ale jest jedna, jedyna płyta, którą kocham. W ogóle, nie tylko jego. Najlepszejsze nagranie z serii live to Nighthawks at the Diner. Mogę słuchać zawsze i wszędzie. Pięknie, relaksująco, wspaniale.

A jeśli chodzi o pojedyncze piosenki w wersji na żywo? To właśnie weselny wpis mnie natchnął do napisania tegoż posta. Wczoraj jak chłopaki bawili się DJ-ów, to pytali każdego:

Co puścić? co puścić?

No i ja im powiedziałem. Ot tak dla żartu. Ot tak nie sądząc, że oni to puszczą i, że my nóżką potupiemy na parkiecie.

To jest piosenka, której słucham tylko w wersji na żywo. Studyjnej jakoś nie zarejestrowałem. Nie wiem czemu. Przecie zgodnie z moją polityką powinienem omijać nagrania live. A tu jednak nie.

Scream for me Brazil!

Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that somethings always near
Fear of the dark, fear of the dark
I have a phobia that someone’s always there

 

Aaaaa, bo już pewnie nie będzie wpisu kolejnego. Wspomniałem tu pewne miasto na A. Uleńko, życzę dobrego lotu do domu jutro. Jak dobrze pójdzie i zawitam w Stanach w październiku, to ja z miłą chęcią odwiedzę Austin. Po Twoich zdjęciach na insta wydaje się, że to fajne miasto. Wszyscy mówią o San Antonio, jak wspomnisz Teksas. A mnie się właśnie Twój Austin podoba. Może namówię Ulę z Niu Dżerzej? I wpadniemy większą grupką? Czas pokaże. Widzisz jak muzyka i Tom Waits zbliża?

otwieram oczy i …

… i nie jest źle. Żyję.

„Dzień! Wspomnienie lata. Lata () tyle słońca w całym mieście, nie widziałeś tego jeszcze. Popatrz, o, popatrz.

 

– Mam nadzieję, że nie będzie już tych upałów – powiedział jakiś czas temu Rafał, wręczając mi zaproszenie na jego ślubo-wesele.

Był też chyba wyraz na K w tym zdaniu, ale nie bądźmyż kurwa drobiazgowi.

Oczywiście aż takich upałów nie było wczoraj. Choć wszelkie pogodynki i przepowiednie zapowiadały apogeum żaru. Było bardzo przyjemnie. Czasem słońce, czasem chmurka. Nie pociłem się bardzo i się dziwiłem, że inni przy stole się wachlują. Znaczy chory jakiś jestem. Przecie każdy kto mnie zna, to wie, że Wachlarz i Poty mam na drugie i trzecie. Jak nic chorym!

Znajomi z insta donosili, że jakieś burze i deszcze nad Wawą ale ja nie zauważyłem. Błyskało się tylko ładnie w nocy ale to tyle. Aha, no i pan młody jak wrócił, po tym, jak uciekł od panny młodej, to jakiś oblany był. Okazało się, że to jednak deszcz, a nie awaria w toalecie. Czyli coś tam kropiło. Zażartowałem nawet do młodych, że pan młody chyba powinien uciec przed przysięgą, a nie po. To może dlatego wrócił? Kapnął się, że to już nie ma sensu. Pani kierownik USC oznajmiła coś koło 18.20, że Agnieszka i Rafał, to już rodzina. Właśnie! Jedna z naszych dyskusji była o tym, czy w tych Urzędach Stanu Cywilnego, to wszyscy są kierownikami? Nie ma młodszych specjalistów na przykład?

A przy stole siedzieliśmy tak: Kasia, Michał (zaczął polewać wódkę, także duży plus), Martyna, Patrycja, Agata, Jarek, świadkowa Bożenka, nie taki już młody Pan Młody, Panna Młoda, świadek Jacek, Paulina i ja. Później był psychiatryk i się poprzesiadaliśmy się jak chcieliśmy.

Dzień przed odwiedziłem szkołę barberingu. Ten mój Turek, to chyba gardło mi poderżnie, jak zobaczy, że kto inny znowu mi całą głowę zrobił. Trudno! Dzięki Marszull za umówienie na seans z uczniami. Byłem modelem. Wleciałem do salonu (duży salon, robiący wrażenie) cały spocony i mokry (czyli w piątek byłem zdrowy jeszcze) i jakoś zająłem, ostatni fotel po lewej. No to pan się bierze za głowę najpierw. Coś do niego mówiłem, a on czasem odpowiadał, a czasem nie. W końcu powiedział, że on na lewe ucho nie słyszy, a na prawę słabo. Zmartwiłem się. Ale później się Andrzej rozkręcił i już było sympatycznie. Czasem faktycznie dziwnie mi odpowiadał, ale to tylko miało swój urok. Chłopak pracował jako fryzjer w Kielcach i rzucił robotę, bo chyba coś z właścielką nie poszło za dobrze. Postanowił po 40-tce zostać barberem. Długo mnie strzygł, ale dokładnie. Przejęty był. Mam nadzieję, że nauczył się czegoś. A ja na nauczyłem się, że to może nie do końca było mądre pójść do ucznia na dzień przed weselem. A co by było, gdyby coś poszło nie tak?

Dobra, porzucam wątek barberingu. Stylówka wyszła OK i już.

Rafała poznałem ponad rok temu w ramach mojego projektu „Poznajmy się”, który stworzyłem z okazji użytkowania instagrama. Rafał miał numer …hm, już nie pamiętam. Jakiś bliski 6. Pamietam dobrze, że bałem się zaczepić, bo miałem wrażenie, że jak zagadam, to ten pan okaże się Wujkiem Staszkiem Mistrzem Ciętej Riposty. Ale jak w Los Angeles się spotkałem z instaFriendem, to w Waw też mogę. Poszliśmy na lunch do Wietnamki, bo kolega nie znał tej kuchni, a ja i owszem i lubię nawet. 2 godziny trwał posiłek. W rewanżu byliśmy w gruzińskiej knajpie na KEN-ie, tam co ponoć Geslerowa rewolucje robiła. Było pysznie. Kolejne spotkanie nie skończyło się dla wszystkich za dobrze, bo byliśmy w Kicie Koguta. Za dużo …pop cornu zjedliśmy. Rafał po powrocie do domu wykonał orle gniazdo i się ponoć Agnieszka śmiała.

I tu pojawia się Agnieszka, przyszła Panna Młoda. Opowieści o dziewczynie były. Tylko okazji do spotkania nie za bardzo. Już nawet myślałem, że Rafał jest jakiś psychiczny i sobie wymyślił ją.

Raz, w sobotę rano, przejeżdżawszy nieopodal na rowerze, wpadłem na kawę. Agnieszka ponoć gdzieś wyszła. Jasne! W sobotę rano?!

Później był opisywany już wyjazd do Berlina. Rafał nic nie mówił o ślubie. Po powrocie taka wymiana ajMasaży była:

– co robisz 27 lipca?

– a co hajtasz się?

– tak

 

Także drugim razem, przejeżdżwszy już wspomnianym rowerem, wieczorkiem, zadzwoniłem do kolegi z pytaniem czy na bronksa nie chcą wyjść, co by przy okazji mogli wręczyć mi zaproszenie. I znowu przyszedł sam, bo ponoć Adze wizyta u stomatologa poszła nie tak. Jasne! Albo ona nie istnieje, albo …przemoc w przyszłej rodzinie – tak pomyślałem.

Podczas picia piwa okazało się, że przyszłe Państwo Młode idzie na koncert Dead Can Dance. Nie pisałem o koncercie? Cóź, równie dobrze mogłem na to nie iść. Jednak aż takim fanem nie jestem. Ale byłem, więc jakby ktoś pytał, to widziałem Lisę Gerard i Brandona Perry’ego na żywo.

No i po koncercie poznałem Agę! Bardzo sympatyczna i pozytywna osoba. Wylądowaliśmy gdzieś pod mostem. Dosłownie. Knajpka pod Poniatowszczakiem na Powiślu. Ponoć Agnieszki ulubione miejsce na lancz i wczoraj się dowiedziałem, że schabowe serwują. I są nawet nienajgorsze. Ale ja o schabowym napiszę za 3 miesiące, jak mi dieta półroczna minie. Teraz powiem tylko tyle, że jak to wszystko okaże się sukcesem, to zjem w nagrodę schaboszczaka. A jak ta dieta będzie pomyłką, to zjem sobie na złość tego kotleta!

Także wieczór pokoncertowy okazał się udany. W pewnym momencie Rafał poczuł się odcięty i coś zamulał na boku. A my z Agnieszką konwersowaliśmy w najlepsze.

27 lipca nadszedł ścichapęk. Pisałem o plażkach egipskich w poprzednim wpisie. Ale to tylko na zasadzie żartu. Z wielką radością uczestniczyłem we wczorajszym wydarzeniu. Gdyby nie to święto, to zaliczałbym pewnie kolejne miasto na Be – Brukselę. Ufff, na szczęście okazało się, że cały dzień tam lało, czyli bym nie pozwiedzał. Nie wydałem też w związku z tym dużo euro-kasy, czyli zaoszczędziłem idąc na ślub i wesele! Brawo ja!

Formalność przed panią kierownik trwała …8 minut. Składanie życzeń ze 3 razy dłużej. Zaraz po tym, Pan Młody uciekł! Pani fotograf zaprosiła na grupowe foto wszystkich, mówiąc, że Rafała doklei później w FotoSzopie.

Wesele odbyło się na rogu Rynku Starego Miasta – w Bistro Warszawie. Fajne miejsce. Kameralne. Także atmosfera była od samego początku. Popróbowałem białego wina, piwa i single malta 8-letniego. Na szczęście przy tatarze, wspomniany już Michał zapytał się czy ktoś ten tego. No jaszka! Butelkę otworzyłem już wcześniej, bo Patrycja chciała drinka. Ale zaraz po odkręceniu butelki zauważyła, że jest whisky, więc zrobiła sobie drinka z wódy na myszach. Ja, odstawiając butelkę wódki do coolera, powiedziałem tylko – oj, zmarnuje się. Oczywiście zrobiłem smutną minę.

Ale wybawił nas Michał i bardzo dużo butelek wódki nie zmarnowało się! Także i rozmowy, i śmiechy i jedzenie były. Później też nóżką powywijaliśmy. Do muzyki różnej. Da się nawet potupać przy klasycznej muzie – „Fear of the Dark” Iron Maiden.

W między czasie było też cygaro. Teraz twierdzę, że dosyć dobre, bo też tam byłem i paliłem, i mam się dziś dobrze. Choć jak zjadłem na śniadanie rybkę wędzoną, to poczułem jakby mi się z buzi kurzyło. Cóż, cygaro palę od wielkiego dzwonu, a okazja była. W sumie to tylko kilka maszków zrobiłem, nie brałem dla siebie całego. Jak się nie pali już prawie 940 dni, to palenie, to nie dość, że żadna przyjemność, to jeszcze, jakiekolwiek przypadkowe maszki, ma przykre konsekwencje dnia następnego. Ale dziś jest jakby ok. Czas na rower pójść.

Taka konstatacja – Rynek Starego Miasta pustoszeje szybko. Turysty chyba nie chcą długo siedzieć, albo mieszkańcy nie zgadzają się na długie siedzenie przez turystów.

Zabawa trwała do białego rana, przeplatana dyskusjami i posiłkami.
I ja tam byłem, wino, piwo, whisky i wódkę piłem. A com widział i słyszał, w blog umieściłem.

plażki egipskie

Blin! Jakby powiedzieliby to wschodni sąsiedzi.

Naszły mnie plażki jakieś. Zasada, że jak się wali, to wszystko i wszędzie, sprawdza się.

A zaczęło się to, tak mi się coś wydaje, od momentu zakolegowania się z księciami. Eh. Muszę chyba zakończyć te znajomości. Święty już i tak nie będę.

 

Pierwsza plaga

To wszystko zaczęło się na Białołęce w pewną sobotę. U naszego kolegi z liceum Piotrusia. I jakie pyszności jedliśmy, a jakie napitki mieszaliśmy. Na drugi dzień jakoś wszyscy byli jeszcze mocno zmęczeni i w bólach. A ja na dodatek, wróciwszy do domu, lekko zalany, postanowiłem być hojny i pozwoliłem się mojemu laptopowi jeszcze zalać. A co ma mieć gorzej ode mnie. Tym razem jakiś spanikowany nie byłem. Wcześniej, z 5 lat temu, jak się laptop napił kawy, to od razu była rozpacz. A teraz? Jakoś tak bez żalu. Zadzwoniłem do kolegi z pracy iRadka, który jest mistrzem w orientowaniu się w sprawach z jabłkami. Cenię zawsze jego zdanie i rady. Poleciałem też do Słodkokwaśnej, bo pamiętam, że on też kiedyś miał przygodę z lapsem. Wybitny Warszawski Kucharz i Fotograf nie był w stanie pomóc, bo jednak nie miał śrubkrętów pasujących. iRadek polecił mi dwa serwisy – Jabłkowy i MacMajster. Ok. Sprawa załatwiona. 3 razy latałem do MacMajstra. Obsługa żenująca. Koszt naprawy …przemilczę.

 

Druga plaga

Zalałem sobie mieszkanie. Na szczęście izolacja wodna dobra, bo nie dopuściła zalania sąsiadów. Poszło w ściany i w podłogę w pokoju. Przyszedł śmierdzący pan z PZU i oględził. Porobił zdjęcia i wziął numer rachunku bankowego. Powiedział, że odezwą się z kosztorysem i jak się zgodzę, to przeleją mi kasę. Chwilę później zadzwoniła Monika i powiedziała, żeby nie dawać im numeru rachunku bankowego, bo przeleją i mają cię w dupie. Ooops.

Ale jeden kolega książę powiedział mi, że oni jak podadzą kosztorys, to wtedy zapytają czy przelać. Wtedy mam powiedzieć NIE. Cóż, nikt się nie odezwał. Po kilku dniach konto zasilono kwotą 507,80 zł. I, jak przepowiedziała Monika, mają mnie teraz w dupie. Dwie ekipy remontowe powiedziały, jak już przestały się śmiać, że takiego czegoś to się nawet nie podejmą. Bo szkoda im czasu. Znalazłem trzecią ekipę. O sposobie załatwienia tej plagi nie powiem ze względu na różne urzędy fiskalne. Powiem tylko, że jestem parę złoty w plecy. Ale tylko parę (na szczęście)

 

Trzecia plaga

Wesele kolegi. No może to nie plaga. Niech się ludzie weselą, łączą w pary, kochają się. Tylko to wydatek kolejny: mucha, buty, garnitur, kwiaty, kartka z życzeniami, Uber w jedną, Uber w drugą stronę. No same wydatki. Także zabawa już za 7 dni.

 

Czwarta plaga

We wrześniu Słodkowaśna i jego pani oddała mi stelaż do sofy. Bo się przeprowadzali nieopodal. Ucieszyłem się bardzo. Zakupiłem materac w IKEA pasujący do łóżka za niemało. I już. Po prawie 7 miesiącach coś pękło, coś łupnęło. Myślałem, że to te deseczki, na których osadzony jest materac. Ale niestety NIE. Stelaż pękł. Załamka! Gdyby nie to, że ten materac jest nowy i trochę kosztował, to w diabły wywaliłbym wszystko i kupił nowe łoże. A tak, to niestety teraz spawacza szukam. I w końcu do czegoś przydał się opasły tom o tytule „Wielki słownik polsko-angielski”. Na razie dobrze leży pod łóżkiem.

 

Piąta plaga

Kolacja z Ulą z Teksasu i Grześkiem. Jak co roku się z Ulą spotykamy. To był już trzeci raz. Pierwszy raz gdzieś na bulwarze siedzieliśmy we dwójkę. Rok temu w knajpce z rybkami z Rudą Ewą, koleżanka moją z Auchan. A w ostatni czwartek Grzesiek się dołączył, bo bardzo chciał Ulę poznać. Jako, że wszyscy są tatarożerni, to zaprosiłem do zaprzyjaźnionej knajpy. A słyszałem też, że restauracja słynie z pysznej kaczki, to wzięliśmy kaczki. Ula nie brała, bo nie może jeść na mieście. Mam się wtedy gniewa i podejrzewa, że córka pewnikiem chora jakaś. Wiem, mam tak samo w Białymstoku. Jak na Wielkanoc powiedziałem, że nie jem tego i tamtego, to mama na poważnie zapytała „ale przyznaj się, chory jesteś? Ale powiedziałbyś mi?”. Eh te mamy.

Plagą nie było wykosztowanie się w restauracji, bo zaprosiłem znajomych z wielką radością. No i dostałem prezenty, także zwróciło się.

BOLT mnie oszukał. Zamawiam kurs. Wychodzimy przed lokal, a pana nie ma. Niby dojeżdża jeszcze. Kręcił się, kręcił i odjechał. Dziadu nie anulował kursu, więc nie mogłem nic zrobić. Ani nie mogłem anulować ja, ani nie mogłem zamówić nowego. Ula zamówiła Ubera i się porozwoziliśmy. Po dotraciu do domu dostałem maila z kosztem mojego kursu w kierunku przeciwnym niż wybierałem. Wczoraj pani konsultantka napisała, że oddali mi kasę. Ciekawę gdzie, bo na karcie jeszcze nie widać.

Ciekawe jak ustosunkują się Ula i Grzesiek do tej plagi? Już podczas spotkania obawiali się, że ich obsmaruję na blogu. Ha, nie obsmarowałem. Fajne spotkanie. Następnym razem widzimy się w Austin Uleńko. Patrzyłem na mapę – podróż autem od Uli do Uli tylko 26 godzin.

 

Plaga szósta i jak na razie ostatnia, choć jak wiemy plag egipskich było 10. Blin! 4 to go!

Wczoraj miałem wyskoczyć do znajomych. Pomyślałem, że rowerem podskoczę. Bo to zdrowo będzie. Naubierałem się jak głupi. Założyłem koszulkę z rowerem i zbiegam do rowerowni. Szybkim ruchem odpinam kabelek do mocowania pojazdu. Płynnym ruchem szarpię go i jak mnie końcówka nie uderzyła w oko. Poczułem jak mi się białko wylewa z oka. Przez kilka chwil stałem z zamkniętymi oczami. Bałem się, że jak otworzę, to oko mi wypłynie. Ale naszczęście udało mi się otworzyć lewe oko. Wyciągam telefon. Oczywiście Face ID w iPhone nie działa na jedno oko. Wpisałem szybko kod 3529 i włączam aparat.

Eeee, to tylko krew. Oko całe i białko białe. Rozciąłem tylko między brwią a okiem. I powieka ciut mi spuchła. Poszedłem ledwo żywy coś zjeść do Segmentu i okazało się, że koledze Face ID się popsuło w telefonie. I jak poczytaliśmy w necie, to ponoć jakaś częsta plaga. Jak znam złośliwość rzeczy martwych, to pewnie będzie plaga numer 7 u mnie. Albo 8, bo …

 

Plaga siódma

Miałem właśnie wskoczyć na rower do IKEA (jazda na ponad godzinę w jedną mańkę). A tu mi Ula pisze z Teksasu, że właśnie w Wilanowie przed chwilą burza ich złapała. Ale czemu ja nic nie widziałem? Przecie do pałacu w Wilanowie mam ze 3 km. Dziwne.

 

 

A jak było naprawdę? Według Biblii?

1 zdechłe ryby w Nilu

2 żaby wszędzie

3 komary i zamiana bydła w komary

4 muchy wszędzie

5 zaraza na trzodzie chlewnej

6 pył wszędzie

7 grzmot i grad

8 szarańcza

9 mgła i spanie przez 3 dni. To plaga? Toż to przyjemność

10 śmierć pierworodnych

 

Jakiś nieludzki był ten bóg Jahwe. Żeby tak ludzi karać. A bóg ponoć jest miłością.

Kto traci boga, traci wszsystko – taki napis mam na kościele nieopodal.

 

bucur

zdjęcia tu

w Austin nie byłem. Ale w Augustowie już tak. W tym roku jakoś wyszło mi, że zaliczam miasta na Be. Białystok, Berlin, Budapeszt i teraz Bukareszt (Bucuresti, czyli miasto Bucura).

Miał być saspens, miała być tajemnica w opisie tej wycieczki. Ale nie. Od razu napiszę, że jestem Rumunią zachwycony! Ponoć kiedyś nazywał się ten kraj Dacia. I wszystko jasne. Mają żółte taksówki – Dacie. Prawie jak w Mieście. Prawie…

Widać, że są troszkę do tyłu niż Polska, ale wszystko przed nimi. Trochę później do UE weszli. Także trzymam kciuki.

A czemu do Rumunów? A bo mój zaprzyjaźniony ksiądz na jakąś autokarową wycieczkę/pielgrzymkę po Rumunii się wybrał. Z tego co wywnioskowałem, to pielgrzymka od wycieczki różni się tylko tym, że trzeba się modlić i ksiądz msze odprawia w kościołach. A bo ma legitymację książęcą i się wcześniej umawia, że wpadnie ze swoją trzódką i poodprawia msze.

Wiadomo, gdzie kościół, gdzie autokar, tam nie ja. Także na tę pasterkę się nie zapisałem. Ale pomysł z Bukaresztem mi się spodobał. Tom przeleciał oferty LOT-ów i Wizzair-ów i już.

Pech chciał, że trafiłem na żary rumuńskie. W Polsce już się pokończyły, a jak na złość Maciuś trafił w jeszcze większy żar.

No dobra, to przyleciałem. Zawołałem Bolta i jadę do hotelu. Okolice Bukaresztu o wiele ciekawsze niż Budapesztu. Apartament miałem na rogu Starego Miasta, czyli bliziutko. Współwłaścicielem, jest chłopak z Mołdawii – Roman. Nie wiedziałem skąd on jest na sam przód, wiedziałem tylko, że nie z Rumunii. I jak on sobie rozmawiał później z kolegą, to ja się zapytałem, czy to bułgarski (no bo jak mówił, że nie z Rumunii, to myślałem, że w jakimś innym języku mówi). A on, że to rumuński. Ok. Dopiero później dowiedziałem się, że Roman z Mołdawii jest. O nim jeszcze ciut później.

Bukareszt

Zaniedbane trochę miasto. Brudne budynki. Jakoś nikt nie chce ich odrestaurować. Ale urzekło mnie. Piękna architektura. Ładne budynki przeplatane ohydnymi blokami. Chodniki dziurawe. Trzeba uważać, żeby się nie wykopyrtnąć. Stare Miasto robi wrażenie. Te wąskie uliczki. Knajpka na knajpce. Jedzeniowo niestety kraj nie jest przyjazny mojej diecie. Dwa razy chciałm zjeść nie-mięso i były porażki.

  • pan z Europy na K doradził pójście do Alt Shift. Okazało się, że knajpa na tyłach mojej kamienicy, także blisko. Zamówiłem pyszną zupę krem warzywną. Oraz rybę maślaną ze szpinakiem i parmezanem. Po ponad 40 minutach, pan mi przynosi jakieś zdechłe, płaskie filety. Zdziwiony wielce daniem, biorę kartę i patrzę w opis. Pytam się chłopca czy „spincur” to szpinak. Pan potwierdza. To pytam się gdzież on jest w moim daniu? A gdzie parmezan? A ta ryba, to chyba nie maślana? Pan zaproponował, że kucharz zaraz na nowo ugotuje. Oj nie. Czekałem ponad 40 minut i nie zamierzam czekać kolejnych 40. Rachunek poprosiłem. Dali 30% zniżki. Ode mnie dostali 2 gwiazdki na google . No bo zupa była pyszna. Skończyło się rumuńskimi kiełbaskami w knajpie nieopodal
  • Falafele i hummus sobie wziąłem w innym przybytku. Aha, no i flaki ichniejsze. Dziwne flaki. Zabielone, kwaśne, ostrawe. Ale jak moja mama zrobi flaki, to je widać. Tu trzeba było łowić. Ale ciekawy dań. Humus jeszcze obleciał, ale falafele oddałem i przy płaceniu powiedziałem, że niestety nie dałem rady tego zjeść. Najgorsze falafele w życiu. Plus obsługa była tragiczna. 1 gwiazdka.

W hotelu poradzili mi pójście do La Mama. Rumuńskie przysmaki. Dostałem ciepłe danie. Nie najlepszy to pomysł serwować niegorące dania.

Czyli sami widzicie, nie dało się jeść zgodnie z dietą.

Reasumując, Bukareszt polecam. Na dzień, góra półtorej. Ludzie przesympatyczni. Uber/Bolt działa. Jest na co patrzeć.

O ile Budapesztanki jakieś takie …rumuńskie i bez gustu, to Rumunki bardzo niczego sobie.

Cenowo Bukareszt to taka Warszawa. Bronks na Starym Mieście 14-15 zł. Woda pół litrowa – 2,3 zł. Zupa w knajpie – 15 zł. Znaczek do Austin 6 zł.

Transylwania

Wiedziałem od pana z Europy na K, że w Bukareszcie nie za bardzo jest co robić tak długo. Także posłuchałem booking.com i popatrzyłem na atrakcje. Wycieczka na zamek Draculi!

Pan Bolt już w drodze z lotniska polecał przy okazji tej wycieczki odwiedzenie zamku króla w Peles.

7.50 rano zapakowałem się do mojego busika. Było coś ponad 30 osób. Drogi mają wąskie. Dwie autostrady i reszta dróg taka lokalna. Także długo się jeździ. Ale przewodniczka rewelacja! Świetnie opowiadała. Z takim poczuciem humoru. Aż zadziwiony byłem, że robi to 4 razy w tygodniu od 9 lat! I zgubiła tylko 3 osoby.

Zamek w Peles, jak to zamek. Na bogato. Bo to państwo na tym zarabia, więc inwestują, żeby turystów ściągnąć. Pogadałem później z wycieczkowiczem z Londynu. On był zachwycony. Ja mniej. Zamek, jak zamek. Nasz królewski, nie dość, że też na wypasie, to jeszcze większy.

Ale co znaczy Transylwania? “Między lasami”. To taka wyżyna między górami. Otoczona lasem. I faktycznie. Były góry, były lasy, było płasko.

Przed Draculą zaliczyliśmy jeszcze urokliwy Brasov. Ależ piękne miasteczko. 5-te co do wielkości, o liczbie mieszkańców tyle co Białystok. Ale o wyglądzie Zamościa. Cerkwie w Rumunii przepiękne i o różnej urodzie. Także zaglądanie doń, to czysta przyjemność. W Brasovie zjadłem gołąbki. Bo pani przewodniczka rekomendowała. I były ciekawe. O wielkości ciut większej niż wietnamskie la loty. Do wielkości gołąbków mojej mamy się nawet nie umywały! Aha, mała uwaga, jak piszą w menu, że ostre, to ja mówię, że wcale nie. Można zamawiać śmiało. I tak dają kleksa śmietany na zabicie ostrości.

W Brasovie pogadałem z tym Londynczykiem, małżeństwem z Irlandii (ich syn hajta się z Rumunką) i …jedną z głównych bohaterek serialu Netflix „Queen of the South” Veronicą Falcon. Fajna, sympatyczna babeczka. Przyjechała z Mexico City do LA robić karierę w Hollywood. Albo nakręciła, albo za chwilę kręci film z Collinem Farellem. Jej ex mąż jest Polakiem. Ale ich syn mówi po …niemiecku.

Obejrzałem 2 odcinki serialu. Idea taka sobie. Banalna. Ona zagrała świetnie. Ale ta młoda główna bohaterka bardzo nijaka. Zobaczymy. Może będę kontynuował paczenie na serial.

Cała nasza ekipa stwierdziła zgodnie, że zamek Draculi to jakaś popierdułka. Na filmach ten Dracula lata po komnatach i korytarzach, żeby kąsnąć tą i tamtą. A w rzeczywistości, to nie ma się nawet gdzie rozpędzić. Zamek Draculi, w przeciwieństwie do Peles, jest w rękach prywatnych. Także jest bardziej surowy i to, co jest w środku jest finansowane przez spadkobierców.

I tu opowieść o Draculi od naszej przesympatycznej pani przewodniczki.

– Dracula to po prostu syn Draco/Dragona. Żaden z niego wampir

– Rumuni nie boją się wilkołaków i wampirów. Wilkołak, czyli Werewolf , to zwykły człowiek, co zakładał zimą skórę wilka, bo zimno. A jak było bardzo zimno, to jeszcze na łeb zakładał czerep zwierzęcia. Także „nosić wilka” = wear wolf. Czyli nie boimy się. Wampir to też jakieś takie nie straszne. Rumuni boją się strzyg. Martwych i żywych strzyg. Żeby je odpędzić, to wieszano czosnek przy drzwiach

– Proszę nie mylić miłego Draculi z Vladem Impaler’em. Czyli Vladem Napalaczem/Palem, czyli Vladem Draculą. Panów różni 100 lat. Vlad palował ludzi. Ponoć od 40 do 100 tysięcy udało mu sią na pal nadziać. No chłop się w tańcu nie pierdzielił. Co mu nie było po drodze, to nadziewał. Są ponoć 3 metody nadziewania na pal.

1 wilcze doły. No cóź. Biegniesz sobie i bęc w dół przykryty wpadasz. Szybka śmierć.

2 pale w fosie. Sięgające prawie do tafli wody. Niby atakujesz warownie, a tu taka ci niespodzianka w fosie. Szybka śmierć

3 klasyczne nadzianko na pal. Śmierć w ciągu od 24 do 72 godzin. Nic przyjemnego. Pal nie uszkadza narządów. Także działa grawitacja i masa ciała. Po co ja ci się odchudzam!

 

Oprócz tych dwóch panów należy wspomnieć niezrównoważoną Elżbietę Batory. Królowa owdowiała i wyszła ponownie za mąż za jakiegoś młodzieniaszka. Pani się ubzdurało, że starawa troszkę i za chwilę nie będzie atrakcyjna, więc szukała eliksiru młodości. Przypadkiem krew kapnęła na damy lico i królowej się wydało, że zmarchy znikły. No to dawaj teraz krew dziewic do kąpieli, bo to przecie ją odmładza i wygładza. Mercy seat dla dziewic, a pod podłogą królowa się kąpie. Pani tak ześwirowała, że ponoć odnaleźli ją w pokoju, jak próbowała się zjeść. No coś panią ewidentnie gryzło.

Także ten Dracula, to jakaś ściema. Bram Stoker nigdy nie był w Rumunii. Te jego opowieści, to jakieś stugębne plotki od kolegi Van Helsinga. Czyli wszystko jasne.

Wycieczka mi się bardzo podobała. Była dosyć napięta, bo nie było czasu na głupoty. Przy zamku Draculi, zgodnie z radą pani przewodniczki, postanowiłem sobie lub innym coś kupić. Chodziła za mną taka lokalna koszula. Co Chłopi u Reymonta w niej chodzili. Ale nie było męskich, a damskich nie robili w moim rozmiarze. Także nie kupiłem.

Wróciliśmy po 21.00 do Bukaresztu. Mój zaprzyjaźniony ksiądz ze swoją wycieczką kilka godzin wcześniej tam dotarł. Także ja prosto z busa wsiadłem do Bolta na spotkanie. Jaką że siurpryzę mi Piotruś uczynił, prezentując mi rumuńską koszulę w stylu chłopskim! Także chwilę posiedzieliśmy i pogadaliśmy. Na tyle miły kolega był, że udało mi się dnia następnego do wycieczki dołączyć po ich mszy i zwiedzić Bukareszt z panią przewodniczką, która jest Polką, ale chyba w Polsce nigdy nie mieszkała. Dziwnie po polsku mówiła, niegramatycznie. Ale coś tam dowiedziałem się o mieście. Także pół dnia miałem zorganizowane. Karawana ruszyła dalej w kraj, a ja zostałem.

Co do Caeusescu (czy jak się ten pan pisze), no niedobry to był pan. W taksi z lotniska dowiedziałem się, że to nie do końca ludzie go ubili. To jakiś wywiad/konkurencja go ubiła wykorzystując i manipulując społeczeństwem. Małżeństwo despotyczne znane było również z braku gustu. Jak gdzieś pojechali i widzieli, to u siebie też chcieli. Wydaje mi się, że któryś car tak właśnie Moskwę urządził. Na podobieństwo innych miast.

Jak rumuńskie tyraństwo jeździło do ludzi w kraj i im się cerkiew nie podobała, to Nikolai kazał burzyć. I znane były legendy, że jak Pan nadjeżdżał, to mieszkańcy zabudowywali cerkiew. Czyli w „Wyjściu Awaryjnym” stąd brali pomysły! I teraz o ironio na tyłach Parlamentu (drugi największy budynek rządowy na świecie, po Pentagonie) budują gigantyczną cerkiew. No tyran się musi w grobie przewracać!

Aha, ruch w Bukareszcie duży. Ponoć oficjalnie 2 miliony ludzi. Nieoficjalnie nawet do 4 milionów. Aut – 1 milion. To łatwo zrozumieć jak się tam jeździ.

Ostatniej nocy wróciłem jakoś wcześnie do hotelu. Nabyłem piwa i ległem w salonie hotelowym przed TV. Przyszedł Roman, bo się okazało, że jakaś pani z Moskwy ma przybyć między północą, a 1 w nocy. Okazało się, że Roman mówi po rosyjsku. To pogadaliśmy do 1.20. Bardzo sympatyczny człowiek. Urodził się w Mołdawii, studiował w Moskwie, gdzie poznał żonę. Później przenieśli się do Soczi, miasta rodzinnego żony. Mieli bniznes, który im padł. Mafia działa w Rosji. Ale to nie gangsterka, to organy rządowe skutecznie potrafią dobić mały biznes. Jako, że miał obywatelstwo rumunskie, to wyjechał do Bukaresztu. I z kolegą kupił kamienicę, odnowił i wynajmuje. Ponadto ma drugi biznes – odnawianie fasad budynków. Ponoć zlecenia z całego świata. Żona z dzieciakami ma zjechać do końca wakacji i otrzymać obywatelstwo. Aż sam się zdziwiłem, że większośc skumałem po rosyjsku. 12 lat podróżowania do USA na coś się przydało. Dzięki Ula. Oчень, но мне очень нравится русский язык.

Tak teraz myślę, czy następne miasto to Belgrad? Czy ogólnie Bałkany przelecieć? Super sympatyczni ludzie, ładne widoki, ciekawe miejsca. Myślałem o tym, żeby znowu do Bukaresztu wyskoczyć i stamtąd pojechać do Bułgarii i Mołdawii?

Zobaczymy. Pomysł jest.

A na koniec mądrość ludowa od Romana:

Есть поговорка : крутой только хвостик у поросёнка, а мы хорошие, славные парни

zakańczam wpis:

Stay beautiful people! And enjoy life!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑