Miesiąc: listopad 2021

o kurczaczki!

Pamiętam jak nie dalej, jak ze z miesiąc temu (pisownia oryginalna) schodziłem sobie ulicą Dolną do domu. Nagle, tak ścichapęk, jakiś dużych rozmiarów chłop, w mniej więcej moim wieku, zaczął mnie nagabywać i na swoje ptaszki pokazywać. Nie, dziękuję – rzekłem szorstko, bo nie lubię jak mnie ktoś nagabuje. W myślach mówiłem mu – odejdź zarazo! Nie jem mięsa. Ale na głos tego nie powiedziałem. I zaraz skarciłem się, nadal w myślach, że przecież drób to nie MIĘSO! Ale ty mądry Maciek! Bo każdy Polak wie, że mądry Polak po szkodzie.

Ale pan był ogólnie o miłym wyrazie twarzy, więc nie było w tym nagabywaniu nic nietaktownego, niemiłego czy agresywnego. Poza tym, obok niego jakaś niewiasta też się do mię uśmiechała. Ale zajęta była jechaniem na szmacie. Chyba otwierali swój wyszynk – taka myśl mnie naszła. Cholera, może byłbym ich pierwszym klientem? – taka konstatacja, po której nastał żal, że nie dałem się nagabić (jest w ogóle taki wyraz?)

Na tej Dolnej to nic nie ma, więc zaskok tym nagabywaniem jak najbardziej wysoko posybilny. Jakiś duży koleś ludzi zaczepia. W biały dzień! No weź pan!

Na Dolnej to ja tylko rower do przeglądu ostatnio oddaję, bo fajna obsługa i jeszcze za 100 zł sprzęt umyją.

Także ta buda z kurczakami jakoś nierealnie wyglądała. Fatamorgana wręcz jakaś. Jak tu może coś być, skoro na tej Dolnej nic nie ma?

W ostatni poniedziałek wyskoczyłem na lunch do Foodtown, na kanapkę do Fatdaddy joint. Przy wejściu widzę brudny rower – oho, pewnie GrubyTatuś we własnej osobie jest – wydedukowałem. Zamówiłem nowość – zestaw lunchowy. Sam Słodkokwaśna mi kanapeczkę wyostrzył, bo my razem często na ostro jemy i się znamy, co to znaczy hot and spicy. A tak w języku lengłidż napisałem. Niech i mój blog liźnie tego światowego blichtru.

Jako że w poniedziałki o około 13:33 zamieniam się w głodnego morsa, to od razu zabrałem się za pałaszowanie sałatki z klopsikami i banh mi pate z omletem.

Pogadałem ze Słodkokwaśną (autor fotki powyższej). Wstępnie na spotkanieśmy umówili się (pisownia oryginalna) na następny, pierwszy grudniowy, weekend i that’s it, czyli już. Rozstaliśmy się.

Wieczorkiem dostaję Di-eM’a (przyp. autora: DM – direct message na Instagramie) z pytaniem, czy znam kurczaki Taki Taki na Dolnej. No to prędziutko odpisuję koledze, że to przecie te ptaszki z rożna. Kultowe kurczaki z rożna, co takie halo było parę lat temu o to, że szpetna buda nie komponuje się zacnie z Traktem Królewskim. Ktoś z mądrych czytelników gazeta.pl zapytał w komentarzu, czy te szpetne wieżowce za budką się wpisują. Ostatecznie kurczaki z rożna dostały ultimatum – albo zmiana budy na bardziej wyględną, albo zmiana lokalizacji. Efekt: jest nowy kiosk.

Dodaję jeszcze do Słodkokwaśnej, żeby do Pana od Państwa z Europy na K. napisał, bo on przecie tam mieszkał kilka lat będąc już niemłodym studentem. Pamiętam, że odwiedzając go, kilka razy nabywaliśmy tam ptaszka i pałaszowaliśmy go w domu przy ul. Piaseczyńskiej.

 

Wstawka, reminiscencja z mojego życia:

Często odwiedzałem znajomych z liceum w Warszawie podczas lat studenckich. Kilkukrotnie stałem na tym skrzyżowaniu i patrzyłem hen hen ku południu myśląc „ale tam dalej nic nie ma. Szeroka droga. Pewnie to już koniec Warszawy. Zadupie jakieś”. Hmmm, to musiał być rok 1998? 1997? Hmmm, 7, czy też 8 lat później zacząłem codziennie jeździć Traktem Królewskim na moją Sadybę. Także ul. Dolną i te kurczaki mijam co dzień, śmiejąc się jakie ja miałem wtedy wyobrażenie o stolicy. Albo nie miałem.

Słodkokwaśna odpisuje, że to chyba nie te kurczaki. I wtedy mię olśniło! To przecie ten wielkich gabarytów nagabywacz i ta pani, i ta ich budka! Zgrabnie odpisuję koledze, że znam, że mijałem raz, ale nie jadłem. Kolega prosił, żebym odwiedził, przetestował i dał znaka, czy dobre i czy warto wbijać, bo Dolna trochę nie po drodze jemu.

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Maciuś Jegomość kieruje orędzie:

„Niech lub pozdrowiony będzie,

i niech każdy nadstawi ucha,

i niech każdy uważnie słucha.
Maciuś Jegomość, wielce wzruszony,

ogłasza na wszystkie strony,

że jak każe pradawny zwyczaj,

ptaszka w Taki Taki zjadł dzisiaj”

 

A taka parafraza Brzechwy na mym blogu. Mój blog i moje frazy, i parafrazy.

 

Tak, byłem, zjadłem i rekomenduję! Pyszota! Udało mi się zjeść połowę ptaszka na miejscu, bo jak powiedziałem, że chcę tak o wziąć na wynos i sobie jeść idąc (albo iść jedząc), to ten duży pan, co mnie nagabywał ze z miesiąc temu uświadomił mnie, że się nie da i że mogę tu zjeść, jeśli mi nie przeszkadza. Nie przeszkadzało, więc zaczekałem cierpliwie na swoją porcję. Kurczaki ładnie skwierczą w piecyku razem z ziemniaczkami. Takie ściśnięte te ptaszki. Jak dla mnie nowość. Garnirą jest nieśmiertelna, i znana na cały świat, sałatka colesław.

W sumie, to ten duży pan powiedział, że pół ptaszka mi pokroi, a pół zapakuje na wynos. Nie miałem nic naprzeciw.

Czekając na dań pokonwersowałem sobie z Państwem. W związku z tym, że Bolt i Uber miały jakieś fakapy cały dzień, to pan co chwilę wisiał na telefonie, a ja miałem więcej szansy pogwarzyć z panią (domyślam się, że to szanowna małżonka). W międzyczasie usłyszałem, że ten duży pan od nagabywania ma na imię … tak jak ja. Od razu zapytałem się o zniżkę dla Maćków.

Poinformowałem też, że w sumie to Fatdaddy mi powiedział o nich i dlatego się pofatygowałem. Sprawdzałem dziś ich profil na Instagramie i ku memu zdziwieniu zobaczyłem, że mają takie dni, że zamykają wcześnie, bo się wyprzedało wszystko. Poleciałem prędko i zameldowałem się jakoś po 14.00. Czynne!

Przesympatycznie mi się rozmawiało. Bardzo sympatyczni i otwarci ludzie. Pani nie wiem, jak się nazywa. Obstawiam, że Kasia, bo jutro Katarzyny i muszę pamiętać, żeby do ukochanej siostry zadzwonić z okazji urodzin i nie tylko.

Zjadłem tylko pół kurczaka, bom się objadł. Sosik ostry naprawdę zacny. Robi robotę. Ładnie gryzie w języczek. Pisałem już wcześniej, że często jak zamawiam coś na ostro, to dostaję jakieś ple ple. Także jak jest naprawdę ostro, to zauważam i doceniam.

Drugie pół kurczaka wziąłem do domu. Dołożyłem sobie colesława. Ziemniaczki darowałem. Na mojej ukochanej Sadybie dań jeszcze był ciepły. Mlask, mniam!

Polecam Taki Taki. Wrócę! Menu mega proste i krótkie. Słodkokwaśna aka Fatdaddy został zaalarmowany, że jest pysznie i ma wbijać.

Obok kurczaczków jest Carrefour, także można coś do przepłukania gardła kupić.

 

Jak Ula z Teksasu przyjedzie, to idę z nią na ptaszka. Wielki Pe też się ma zameldować niedługo w stolicy, bo z córką do Łodzi na lepienie pierogów jedzie. No dla mnie się jakoś miejsce nie znalazło. Pewnie się boi, że znowu jakiś mączny czar rzucę. Ale kolega leci później z Waw do Brukseli, więc jakoś ma być w stolicy, więc na ptaszka go wezmę. On wielkim fanem kurczaków z KFC jest. Chociaż wydaje mi się, że to nie są kurczaki. A Ula to pewnikiem dopiero w lipcu zawita. Uleńko, może na Boże Narodzenie spraw rodzicom prezent i wpadaj pod choinkę. To ode mnie ptaszka z rożna dostaniesz!

 

Taki dziś pyszny obiad miałem, że nawet nie przeszkadza mi, że dziś w radio na świecie celebrują 30-lecie odejście Freddiego Mercurego. A o Queen już pisałem kilka razy na blogu – nie grali, nie grają i grać u mnie nie będą.

belgie

kurczaczki, wszystko dobre, co się dobrze kończy.

Cóż mam rzec. To może od tyłu. Tyle, że chyba od początku mi wyjdzie.

Lądując w piątek na Charleroi zobaczyłem dziki tłum na terminalu do odlotów. Pomyślałem wtedy, że można się wcześniej pojawić w poniedziałek, co by się znowu nie stresować na lotnisku. Dziś czytam na stronie lotniska, że sugerują mi przybycie o 12:15 … trzy godziny przed odlotem. OK, pozbierałem zabawki i ruszyłem nogami na dworzec, robiąc przy okazji kroki. 4 km zleciało szast-prast.

Dojechałem na lotnisko o 12:20 i pędziłem szybkim, to znaczy moim normalnym krokiem, do odprawy. Przejście przez kontrolę graniczną zajęło mi … 3 minuty. Grrrrr. Zacząłem szukać jakiegoś lounge’u. Na internecie zobaczyłem, że wejście kosztuje 25 euro (online płatność), albo 28 (na miejscu płatność). Ale nie znalazłem saloniku i się szlajam po terminalu. Maleństwo to Charleroi. Na pięterku odkryłem food court. Zjadłem coś, co w menu nazywało się pizza. Smak daleki od włoskiego placka. Ale cóż, wyboru nie było. Zszedłem na dół na piwo, na zakupy. Siadam do stolika i widzę wiadomość od Wizzair – opóźniony lot. Oh mon dieu (chyba: o mój Boże).

W tv leci powtórka meczu mistrzostw tenisistów – HuHu (Hubert Hurkacz) vs Medviedev. Wynik znam, więc tylko zerkam na kluczowe momenty.

Tydzień mam napięty w Polsce. Jutro jakieś teamsy, w środę pożegnanie koleżanki w Gdyni, bo już czas na emeryturę jej nadszedł (jak ja jej zazdroszczę), a w czwartek konferencja i pogrzeb kolegi na Wólce. Nie wiem jak logistycznie to ogarnę.

Rozmawiałem wczoraj z Wielkim Pe, że może by przyjechać za robotą tu? Do struktur unijnych? Ponoć na dzień dobry jako A5 dostałbym 3500 euro. Podatków się nie płaci. Chata jest tanio do wynajęcia, bo Wielki Pe z mieszkania nie za bardzo korzysta. A czasem wpadają jacyś inni tłumacze na przenocowanie. Także parę euro-złociszy zostałoby na rozpustę i oszczędności.

Bo chyba nie powiedziałem, że apartament Wielkiego Pe mnie urzekł! W pierwszej minucie zakomunikowałem mu, że po powrocie gadam z moim panem z polskiej pracy i jadę do Brukseli pracować zdalnie! Mieszkanie jest przytulne, fajnie urządzone i w układzie amfilady (co bardzo lubię). Dzielnia Schaerbeek, zwana przez Polaków Skarbek.

Cóż mogę powiedzieć? Belgią oczarowanym jest. Podoba mi się ta dwu, a nawet trzyjęzyczność. Wczoraj wyskoczyliśmy do Brugii i spędziliśmy fantastycznie czas. No czułem się jak w średniowieczu albo na zamku u Gargamela. Przetestowaliśmy kilka piw belgijskich. Nawet wzięliśmy 12 piwek w ramach beer tasting. Wielki Pe wszedł do wyszynku, żeby się domówić z panią, a tam cała sala Niderlandczyków z Niderlandów się na nas gapi i sobie nas oczami wytyka. Jako, że ja, i podejrzewam, że mój serdeczny kolega też, ma to centralnie w dupię (tak z francuskiego to „w dupię” proszę czytać), beztrosko poprosiliśmy o deseczkę piw i kaas, czyli ser.

Siedliśmy na dworze, bo pogoda sprzyjała, bo nie chciało nam się na Holendrów patrzeć. Przechodnie tylko zerkali na nasz stolik. Nawet chciałem wystawić kartkę z informacją: tak, jesteśmy z Polski. Ale w sumie po co?

Beginarz w Brugii też interesujący. To miejsce, gdzie bogate wdowy, stare panny, panie, które nie chciały mieć rodzin (może i lesbijki) zamknęły się w takiej enklawie. Same sobie pobudowały domki, klasztorek i już. Żyły sobie. Nazywano je Beginkami, a to osiedle Beginarzem właśnie. Taka ciekawostka.

Browar lokalny też bardzo fajnie zorganizowany. Tak interaktywnie i pomysłowo. A nie jak 4 puste ściany w domu Mozarta i Freuda w Wiedniu.

Z piw to jeszcze Kwaka polecam. Fajna kolba do picia oraz stojaczek. Wielki Pe liczył na jakiś blamaż z mojej strony i się tylko uśmiechał, jak przechylałem szkło. Chodziło o to, że jak się ten kielich za szybko przechyli, to z tej kolby na dole piwo tryska na twarz. Nie doczekał się kolega, bo delikatnie przechylałem. Bardziej bałem się tego, że to szklane coś wypadnie z tego drewnianego.

Brugia przecudowna, polecam każdemu to miasto. Tylko 70-80 minut od stolicy Belgii. Na wielkim rynku Wielki Pe był wielce zadziwiony, czemu kelner mówi do wszystkich klientów po francusku. Przecie to już powinien być ten drugi język – twardy, holenderski. Ale dogadalim się. Ja siebie sam nie poznaję, bo gadam po francusku, jak ktoś zacznie w tym języku do mnie mówić. Normalnie jak jakiś żabojad gadam, to znaczy parle. Wielki Pe mnie nawet skarcił na początku wycieczki, żebym nie gadał, bo ja zacznę, a potem on musi kończyć. No bo prawda jest taka, że jak mi ktoś odpowie dłuższym zdaniem, to ja już nie za bardzo kumam. No ale jak pani powie, że zaprasza do baru z kartą na moją prośbę zapłacenia, to idę. W przypadku czegoś bardziej skomplikowanego, to tylko mhm, łi, oh mówię i przechodzę na angielski. Może się nauczyć jakiegoś jeszcze języka? Niderlandzki? Szwedzki? A może odświeżyć francuski albo germański?

Powrót do Brukseli troszkę męczący. O ile w drodze do Brugii pani czarnoskóra nam aż tak nie przeszkadzała swoimi modłami i śpiewami, to towarzystwo w drodze powrotnej było bardzo bezczelne. Już zauważyłem wcześniej, że latynoski/hiszpanki są bardzo głośne i mające w nosi innych dookoła. W naszym mini przedziale pani się tak rozochociła, że w końcu odpaliła FaceTime i zaczęła ze swoim starym z jakimś dzieckiem rozmawiać. Ryja darła bez pamięci. W końcu została skarcona. Nawet Wielki Pe się obruszył moją interwencją. No cóż, należało się. Do końca podróży było cicho.

Dziś w autobusie jakieś ruskopodobne o mało co a dostałyby też OPR. Ale to nie do końca był rosyjski, więc nie chciałem zaczynać. Po angielsku chyba nie zrozumieliby.

Konkluzja jest jedna, co do kurwy nędzy dzieje się z ludźmi? No bydło się robi. Pardon my french.

W sobotę Wielki Pe mnie zostawił i pojechał do szanownej małżonki na urodziny. Tak się zastanawiałem co robić, ale szybko Pan od Państwa z Europy na K. nadał mi namiar na naszego serdecznego kolegę z liceum, nazwijmy go … Pieta. I tak napisałem nieśmiało SMS z pytaniem, czy to on i jego żona, nazwijmy ją … Helena. Kliknąłem „wyślij” i nastała cisza. Po kilku godzinach taka, nieśmiała odpowiedź, w stylu „no może to i my, zależy, który Maciek pyta”.  No to od słowa do słowa się dogadaliśmy i się na sobotę umówiliśmy. Żona kolegi jest bardzo bezpośrednia, otwarta, gadatliwa, przesympatyczna, więc prawie cały czas gęby nam się nie zamykały. Helenę podziwiam między innymi też za to, że skubana ogarnęła mnóstwo języków – białoruski, rosyjski, polski, flamandzki na jakimś najwyższym poziomie, angielski i francuski też dosyć biegle.

Akurat w sobotę Pieta wybierał się z młodym na mecz Belgia vs Estonia i pożałowałem, że się wcześniej nie odezwałem, bo chętnie bym zobaczył też. Stadion, osławiony niechlubnie stadion, Heysel robi wrażenie. Obok stoi Atomium i pomyśleliśmy, że chłopaków odstawimy i ja z dziewczynami zobaczę ten (kiczowaty) atom żelaza. Ale niestety nie. Mecz, to mecz, drogi pozamykane.

W ciągu dnia po Brukseli połaziliśmy z Heleną i Pietą. Sikająca dziewczynka, sikający chłopiec. Ponoć też sikający pies jest. Takie atrakcje widziałem. Duże wrażenie, takie sentymentalne zrobił na mnie sklep Smerfów! Zdjęcie sikającej dziewczynki zrobiłem trochę w takim niesmaku. Ale sztuka jest sztuka. Zrobione i wrzucone foto na insta story. No i … Smerfy!

Helena poinformowała mnie, że mamy szczęście co do pogody, bo to tylko zachmurzenie i przejściowe mżawki. No cóż, jaki kraj, taka pogoda. Mimo opadów udało nam się sporo zobaczyć. Na koniec wycieczki zaproszono mnie do posiadłości. Także zobaczyłem, jak mieszkają i poznałem wszystkie dzieci. No bo najstarszą córkę, nazwijmy ja Zdzisia, ostatnio widziałem jak cycek chyba ssała. Drugiego dziecka, nazwijmy go Władek, nie widziałem wcześniej na oczy, a trzecie dziecię, nazwijmy ją Wiesia, widziałem, jak była jeszcze w brzuszku u mamusi.

Dzieciaki okazały się być przesympatyczne, radosne, rezolutne, miłe, serdeczne, przyjacielskie. Pewnie czegoś chcą – pomyślałem sobie.

A jaki był tatuś w liceum? – zadała pytanie najmłodsza Wiesia. Aha, to już wiem, czemu takie miłe te dzieciątka były. Chcą, żebym starego skompromitował. Już się nie nabiorę na takie tricki. Kiedyś moim siostrzeńcom nieopatrzenie chlapnąłem kilka faktów z życia ich mamusi i się siostra musiała wykręcać i tłumaczyć. No to mówię dzieciom zgodnie z prawdą:

Tatuś był bardzo fajny. Świetnie grał w kosza, 3 lata byliśmy mistrzami szkoły i bardzo interesował się historią Polski.

Pamiętna lekcja historii. Pani prof. Zakrzewska zawołała Pietę do odpowiedzi, czasy Władka i tych niedobrych Krzyżaków. Kolega podchodzi do katedry i przerywa pani nauczycielce tymi o to słowami: pozwoli pani, że zacytuję.

I tu Pieta zaczął Krzyżakami jechać. NA PAMIĘĆ! Opis bitwy. No to szacunek, c’nie? To się chłopak musi znać i lubić historię Polski, c’nie? Czyli nie skłamałem, że tatuś się bardzo interesował historią Polski, c’nie?

Przesympatycznie spędziłem czas. Domek ich trochę niewykończony, ale Helenka poinformowała, że ekipa remontowa wzięła ich na przeczekanie, a oni nie mieli nic naprzeciw i zrewanżowali się wzięciem na przeczekanie ekipy remontowej. Niby od maja taki impas. A w środku domu, to tylko balustrad brakuje, kominka i telewizora o 70 calach. A zewnątrz? A kto by tam patrzył na zewnątrz. Zima idzie, ciemno się szybko robi. Trzeba tylko uważać, żeby się w rusztowanie nie walnąć.

Także do Belgii wracam. Wycyganiam klucze od Wielkiego Pe i będę jeździł i się spotykał z Państwem W. I z rodziną, bo siostra cioteczna tam gdzieś też mieszka.

Tak teraz myślę. Ten Wiedeń to taki sztywny, niby ładny, ale kompletnie nierobiący na mnie wrażenia. A Bruksela? Brugia? Oj. Pomimo tego … syfu i gdzieniegdzie ciemności na ulicach w stolicy, podoba mi się. Wrócę!

Au revoir Belgique/vaarwel Belgie

reszta zdjęć: kliknij

jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w belgii

Kiedyś, na początku lat 90. Rodzice kupili telewizję kablową. Ach, jakie to były cudowne czasy. Programy w oryginale. Za niemieckimi nie przepadałem, francuskie brzmiały egzotycznie. Także tylko te po angielsku oglądałem namiętnie. I tak się właśnie zacząłem uczyć języka. MTV, Eurosport i Filmnet – moja trójca!

I na Filmnecie były różne fajne filmy. I w pamięci utkwił mi „If it’s Tuesday, this must be Belgium”. Nie wiem czemu.

Obrazu tego nigdy nie obejrzałem do końca. W sumie kawałeczek tylko patrzyłem i przełączałem w znudzeniu. Ale tytuł zapamiętałem.

I dziś, proszę bardzo! Nie ma wtorku, jest właściwie piątek, a ja w Belgii!!

Lotnisko w Brukseli jakieś dziwne. Zrzućmy to na karb remontu. O tak. Bo inaczej, to bym zwymyślał od jakichś prowincjonalnych portów lotniczych.

Chciałem zaczekać na Wielkiego Pe, ale jakoś nie było gdzie. Przecie nie będę siedział dwie godziny w Starbaksie albo w kiosku z gazetami. Postanowiłem ruszyć do miasta. Miałem wykupiony bilet na Flibco. O ile te małe autobusiki, które wyruszają z Manhattanu do New Jersey nazywa się (prześmiewczo) Spanish Bus, to te Flibco należy ochrzcić Polish Bus.

Wielki Pe przestrzegł, że Dworzec Południowy to miejsce dosyć nieatrakcyjne. Nieładnie, biednie, nieciekawie. Należy szybko wejść do budynku dworca. I tam właśnie się mieliśmy spotkać i wziąć metro już razem. Bo te bilety na metro to jakaś katorga. Trzeba kupić kartę plastikową za 5 euro, żeby można było ja doładować i jeździć komunikacją. No to postanowiliśmy tam się spotkać. Wielki Pe nadciągał z Poznania. Ponad 2 godziny po mnie. Ale dobre w tym wszystkim jest to, że kupił mi rogala Marcińskiego. Jutro na śniadanie mamy zjeść, bo dziś idziemy do knajpy i mam nic nie żreć przed [sic!]. No co za łobuz. Jutro to będzie jeszcze bardziej nieświeży rogal.

Aha, napisałem do tajnego agenta z mojej klasy licealnej, czy to on, albo czy to jego żona. Po kilku SMS się dogadaliśmy. Jutro mnie zgarną. To pewnie Helena była, bo Pieta to pewnie siedzi (dosłownie) gdzieś pod Brukselą.

Aha, dziś przeżyłem coś dziwnego. Lot mój numer 110 w moim życiu, albo coś podobnego. Dotknęliśmy płyty lotniska i ja tak sobie myślę – gdzie ja jestem? Kompletnie zapomniałem, dokąd mnie zaniosło. Oj, dziwne.

Bruksela mnie urzekła, jak na razie. Fajne miasto. Połaziłem nogami z tego Dworca Południowego (nie chciało mi się czekać na kolegę) aż do domu Wielkiego Pe. Zamiast czekać pod drzwiami, postanowiłem przepłukać gardło. Znalazłem knajpkę. Piję sobie belgijskie piwo. Jedno, drugie (małe). Pani nabija paragon – 5,60 euro. Wyciągam kartę, a pani mi mówi, że albo gotówka, albo powyżej 15 euro karta. No to mówię jej, że coś jeszcze zamówię. Pani mnie uświadamia, że karta musi być … belgijska! O cholera! Bankomat najbliższy jest 5 minut stąd. Jakoś niechętnie pani się zapatruje, żebym skorupy w kuchni pomył. Także Wielki Pe musi wpaść na ratunek. No co za kraj! Skandal. Jak to tylko karty belgijskie? Trzeba jednak jakiś cash wyciągnąć z bankomatu.

Eh, podróże kształcą!

Także siedzę, piję, czekam na Wielkiego Pe i piszę ten blog …

 

co się odwlecze, to …

No właśnie. Jakieś sto lat temu, za górami, za lasami miałem ja ci okres odwiedzania miast na Be. Białystok, Budapeszt, Bukareszt, Berlin i ten niezapomniany projekt. Kiedyż to było? W 2019? Chyba. Miała też być Bruksela, ale kolega Rafał wziął się ożenił i na wesele zaprosił. A w tym czasie mogłem byłem pojechać do stolicy Unii Europejskiej. Żal taki wtedy był. Ale okazało się, że niepotrzebnie, bo wesele okazało się być pyszne, a weekend deszczowy w Brukseli był. Także uff.

Co do Białegostoku, to niedawno zobaczyłem artykuł o moim rodzinnym mieście. Książkę przy okazji reklamowali – Sekrety Białegostoku. Od razu link z artykułem do Uli z Nowego Dżerzeja podesłałem. A ta mi fotkę rzeczonej książki pokazuje. Że niby ma. To czemu ja tego nie widziałem u niej? Tyle razy byłem, ze 14 musi będzie. I parę ostatnich razy spałem w „bibliotece”. Może czas szperać ludziom po szafkach będąc w gościach? Książkę też sobie nabyłem i już leży na stole. Będzie czytane w ten independycyjny, niepodległy weekend.

Z ostatnich nowości, to Słodkokwaśna w końcu otworzył swój przybytek i można normalnie, jak człowiek zjeść kanapki Banh Mi i inne przysmaki. I jedna bardzo ważna uwaga! Jak mówię obsłudze, że ma być ostro, to w końcu jest ostro. A nie jakieś tam pfe pfe mi robią. Że ni to szczypie, ni to gryzie. Ostro, to ostro. Za pierwszym razem powiedziałem nawet, że „tak jak dla Łysego ostro”. Chłopiec się ucieszył i wyostrzył mi kanapeczkę tak, że oj. Teraz powiedziałem po prostu „bardzo ostro”.

A propos Wiednia, to zapomniałem wcześniej dodać jeszcze jedno spostrzeżenie – strasznie zarzygane miasto. Co prawda wymiotów nie było widać, ale plamy na chodniku co chwile trzeba było omijać.

A tak wspominając jeszcze stolicę Austrii muszę przyznać, że sznycelek za mną chodził. Postanowiłem w ostatni weekend go ugotować. Kiedyż to ja ostatnio jadłem takie pyszności? Ze 3 lata temu? Jak mi pan doktór przepisał dietę niskotłuszczową i kazał przez pół roku uważać na to co jem. Po 6 miesiącach postanowiłem zjeść schabowego. Jako nagroda, jeśli wyniki byłyby o niebo lepsze, albo tak normalnie, jeśli rygor żywieniowy nic by nie przyniósł. Wybrałem się do knajpki o nazwie Polski Stół, już na Wilanowie i … było ble. Także w ten weekend był schabowy grany. Powiem nieskromnie, że wyszedł bardzo dobry. A pichciło mi się pysznie, bo sobie co chwilę gardło płukać musiałem od tego na głos czytania przepisów kulinarnych (przymrużenie oczka).

Aha, dzięki Ula za fartucha!

Co do USA, to widzę, że w końcu się otworzyły. Hm, no cóż, chyba jeszcze moja noga tam nie powstanie. Nie chcę i nie będę testów robił. Zaczekam chwilkę, może coś poluzują. Zapytać się muszę Uli z jeszcze Texasu, jak ona te testy w Waw robiła. To znaczy, jak wynik miała napisany. Po naszemu, czy po ichniemu. Bo tak się zastanawiam, skąd ten oficjer na lotnisku będzie to rozumiał po polsku? Ale coś słyszałem w radio, że sprawdzania wszelkich wymogów spadły na linie lotnicze. Czyli to chyba stewardessa będzie musiała weryfikować. Ok. Pożyjemy, zobaczymy. W 2022 chyba jakąś małą wycieczkę do Miasta wypadałoby zorganizować? Ale Nowy Jork nie jest na Be. Boston w sumie też fajny.

Ostatnio, lecąc do Malmo mieliśmy akcję usuwania pasażera. Przyjechałem do samolotu pierwszym autobusem. Miałem rząd numer 1, więc słyszałem o czym mówią stewardessy z obsługą lotniska. Jakiś pan awanturował się w drugim busie. Nie chciał założyć maseczki. Na bramce awantura. W autobusie też kłótnia. Stewardessy na słuchawce z obsługą bramki słuchają relacji z zajścia. Dziewczyny postanowiły się nie ceregielić i wezwały straż graniczną. Do samolotu pan pasażer już nie wsiadł. Część ludzi podchodziła do obsługi samolotu i prosiła o zmianę decyzji, że niesprawiedliwe to było, że pasażer już się uspokoił i założył maseczkę. Inni z kolei mówili, że bardzo dobrze, bo zdjąłby maseczkę w samolocie i na pokładzie, w powietrzu byłaby burda. Jestem za interwencją. Wiemy, jak należy podróżować. Nie podoba się, to zapraszamy na prom do Ystad. Choć nie. W aucie siedzieć chyba nie można (tak przynajmniej było na trasie Mykonos – Santorini), więc na łódce też trzeba by zakrywać usta i nos. Konkluzja moja jest taka: nie przestrzegasz zasad, to wypad. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale. Ten pan podróżował z 5-letnim dzieckiem, które oczywiście się wystraszyło całej sytuacji i płakało przerażone w autobusie. Brawo tata idiota! Szkoda dziecka.

Co do odwlekania. Jakiś czas temu Wielki Pe uprzejmie doniósł, że robota mu wraca powoli w Beneluksie. Już jakieś terminy palcem po wodzie miał podawane, ale coś tam nie wychodziło. Albo akurat ja nie mogłem, jak on tam był. No i teraz udało się zgrać wszystko. Wielki Pe do szanownej małżonki jedzie z okazji kolejnych jej urodzin, to się zabieram też. Na szczęście kolega ma osobną chatę gdzieś w Brukseli, więc nie będę wadził w rodzinnych świętowaniach. Belgia jaka jest każdy widzi – MAŁA. Zalatuję na Charleroi i co ja się dowiaduję!? Muszę wsiąść w jakiś PKS, metro i jakiś miejski autobus. Chyba ze dwie godziny będę się dostawał do miasta. Pytałem się nawet Wielkiego Pe, czy dziecię jego ma samochód i czy nie zechciałoby przyjechać po szanownego tatusia. Okazało się, że ma wehikuł, ale nie przyjedzie, bo … kolega zna swoją córkę. No co za niewychowana młoda dama. I jaka niewdzięczna.

Także to Szarlerła to chyba już musi we Francji! Bo przecie Belgia aż tak duża nie jest, żeby dwie godziny po niej jeździć? Pamiętam jak kiedyś z Panem od Państwa z Europy na K. pojechaliśmy na letni zarobek do Holandii. Wakacje 1996 roku, bo akurat Igrzyska Olimpijskie w Atlancie były. I pamiętam, że medal zdobyliśmy w pięcioboju i musiałem jakiemuś kierowcy z Irlandii, co nas na stopa zabrał tłumaczyć nas sukces. Tak ni z gruszki, ni z pietruszki powiedziałem, że „we won gold medal in … pentathlon?”. Nie miałem wtedy zielonego pojęcia czy pięciobój po angielsku, to pentatlon, ale brzmiało to wielce prawdopodobnie. Tak samo jak nie wiem, czy Królikarnia, to Rabbitarium (heheszek taki).

Pamiętam, że wysiedliśmy wtedy w Antwerpii, zrobiliśmy ze 2, góra 3 kroki i już byliśmy w Holandii. Taka mała ta Belgia (przymrużenie oczka).

Także do Brukseli jadę. Odwlekło się, ale nie uciekło.

Tak mnie teraz do głowy przychodzą myśli, że jednak te języki obce człowiek pamięta. Jak przez mgłę, ale pamięta. Aż sam się dziwię, że nie wywietrzało wszystko i jakieś dziwne wyrazy znam nadal.

Niemiecki szedł jak krew z nosa w liceum, a tu proszę! Po 26 latach od opuszczenia liceum, będąc w Austrii nadal szprecham jak Niemiec.

Wielki Pe mi podesłał jakieś bilety na autobus i rezerwację do restauracji i ja nadal kojarzę francuskie wyrazy! Gare! Przecie to dworzec!

Gare du Midi/Zuidstation – no przecie to Dworzec Południowy. A Süd po niemiecku to południe. Czyli kojarzę i francuski, i ten ichni – flamandzki/niderlandzki. Nie zginę znaczy.

Muszę tylko szybko postanowić co robić w stolicy Unii Europejskiej. Piwo, frytki, czekolada! Jako że nie jem frytek i staram się unikać słodyczy, to będzie piwo, piwo, piwo. Wiadomo, że nikt nie robi lepszego trunku z pianką jak Belgia.

No i spieszmy się kochać Unię Europejską, bo Kaczystan za chwilę albo z niej się wypisze, albo Unia nas wypier….li

***** ***

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑