podróże,  życie

jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w belgii

Kiedyś, na początku lat 90. Rodzice kupili telewizję kablową. Ach, jakie to były cudowne czasy. Programy w oryginale. Za niemieckimi nie przepadałem, francuskie brzmiały egzotycznie. Także tylko te po angielsku oglądałem namiętnie. I tak się właśnie zacząłem uczyć języka. MTV, Eurosport i Filmnet – moja trójca!

I na Filmnecie były różne fajne filmy. I w pamięci utkwił mi „If it’s Tuesday, this must be Belgium”. Nie wiem czemu.

Obrazu tego nigdy nie obejrzałem do końca. W sumie kawałeczek tylko patrzyłem i przełączałem w znudzeniu. Ale tytuł zapamiętałem.

I dziś, proszę bardzo! Nie ma wtorku, jest właściwie piątek, a ja w Belgii!!

Lotnisko w Brukseli jakieś dziwne. Zrzućmy to na karb remontu. O tak. Bo inaczej, to bym zwymyślał od jakichś prowincjonalnych portów lotniczych.

Chciałem zaczekać na Wielkiego Pe, ale jakoś nie było gdzie. Przecie nie będę siedział dwie godziny w Starbaksie albo w kiosku z gazetami. Postanowiłem ruszyć do miasta. Miałem wykupiony bilet na Flibco. O ile te małe autobusiki, które wyruszają z Manhattanu do New Jersey nazywa się (prześmiewczo) Spanish Bus, to te Flibco należy ochrzcić Polish Bus.

Wielki Pe przestrzegł, że Dworzec Południowy to miejsce dosyć nieatrakcyjne. Nieładnie, biednie, nieciekawie. Należy szybko wejść do budynku dworca. I tam właśnie się mieliśmy spotkać i wziąć metro już razem. Bo te bilety na metro to jakaś katorga. Trzeba kupić kartę plastikową za 5 euro, żeby można było ja doładować i jeździć komunikacją. No to postanowiliśmy tam się spotkać. Wielki Pe nadciągał z Poznania. Ponad 2 godziny po mnie. Ale dobre w tym wszystkim jest to, że kupił mi rogala Marcińskiego. Jutro na śniadanie mamy zjeść, bo dziś idziemy do knajpy i mam nic nie żreć przed [sic!]. No co za łobuz. Jutro to będzie jeszcze bardziej nieświeży rogal.

Aha, napisałem do tajnego agenta z mojej klasy licealnej, czy to on, albo czy to jego żona. Po kilku SMS się dogadaliśmy. Jutro mnie zgarną. To pewnie Helena była, bo Pieta to pewnie siedzi (dosłownie) gdzieś pod Brukselą.

Aha, dziś przeżyłem coś dziwnego. Lot mój numer 110 w moim życiu, albo coś podobnego. Dotknęliśmy płyty lotniska i ja tak sobie myślę – gdzie ja jestem? Kompletnie zapomniałem, dokąd mnie zaniosło. Oj, dziwne.

Bruksela mnie urzekła, jak na razie. Fajne miasto. Połaziłem nogami z tego Dworca Południowego (nie chciało mi się czekać na kolegę) aż do domu Wielkiego Pe. Zamiast czekać pod drzwiami, postanowiłem przepłukać gardło. Znalazłem knajpkę. Piję sobie belgijskie piwo. Jedno, drugie (małe). Pani nabija paragon – 5,60 euro. Wyciągam kartę, a pani mi mówi, że albo gotówka, albo powyżej 15 euro karta. No to mówię jej, że coś jeszcze zamówię. Pani mnie uświadamia, że karta musi być … belgijska! O cholera! Bankomat najbliższy jest 5 minut stąd. Jakoś niechętnie pani się zapatruje, żebym skorupy w kuchni pomył. Także Wielki Pe musi wpaść na ratunek. No co za kraj! Skandal. Jak to tylko karty belgijskie? Trzeba jednak jakiś cash wyciągnąć z bankomatu.

Eh, podróże kształcą!

Także siedzę, piję, czekam na Wielkiego Pe i piszę ten blog …

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.