Miesiąc: marzec 2022

hejdå sverige [czyt. hejdo swerie]

czyli do widzenia Szwecjo! Czyli mamy Katar!!!

Wczoraj miałem podejść do Segmentu na przy okazji pizzę i zimnego Pilsnera Urquella i przede wszystkim na popatrzenie na naszych jak (nie) radzą sobie z awansowaniem na Mistrzostwa Świata w Katarze.

Ale jakoś odechciało się.

Siurpryza taka, że awansowaliśmy. W radio 357 dziś panowie deliberowali o tym, na kogo możemy trafić w grupie i na kogo wolelibyśmy nie trafić, bo napsuli nam już dużo krwi we wcześniejszych czempionatach. No i wyliczali, że Senegal nie, Ekwador nie, Niemcy wiadomo, że nie. I tak dalej. W końcu jeden pan radiowiec zapytał rezolutnie, że może lepiej wymienić reprezentacje, które nam nie pokrzyżowały szyków. I nastała cisza. Krótka pauza, ale wymowna i zauważalna. W końcu ktoś wymienił bez zająknięcia – Haiti i Peru.

Pierwszy mecz 7-0 niby. Piszę niby, bom za młody by pamiętać. 1974 rok i trzecie miejsce, i Lato królem strzelców. Żeby było ciekawie, nasi wrócili ze … srebrnymi medalami. Bo rozdawali złote, srebrne pozłacane, srebrne i brązowe. Czyli niby trzecie, a prawie jak drugie.

Mecz z Peru pamiętam tylko z wyniku. Bom zasmarkaniec taki wtedy był, że nic nie kojarzyłem. Ale przed oczami mam żywo Mistrzostwa Świata w Meksyku. Pamiętam blamaż z Brazylią 0-4, pamiętam Garego Linekera, który nam władował trzy bramki, co mocno pomogło mu zostać królem strzelców, no i pamiętam mecz Argentyna – Anglia z „ręką boga” w roli głównej. Pamiętam też, że bramkarz przyszłych mistrzów Pumpido doznał kontuzji i zastąpił go Goycochea, którem ja bardzo mocno kibicowałem. Lubiłem Argentynę do czasu pojawienia się tego z metra ciętego Messiego.

Wracając do meczu z Peru. Taka głupotka. Przez długi czas byłem pewien, że z nami grał Peru-Kameru. No tak to sobie wtedy w główce ułożyłem. Nie wiem czemu. Może dlatego, że koszulki mieli dwukolorowe, przedzielone taką linią przekątną (?). No nie wiem, młody byłem i to bardzo. Dopiero później, po latach uzmysłowiłem sobie, że w grupie mieliśmy i Peru, i Kamerun. I że to były dwa mecze, nie jeden. Ale zostało mi to Peru-Kameru.

Także wracając do Kataru, to pies ich trącał. Kompletnie oglądanie sportu mnie już nie pociąga. Niech sobie kopią z kim chcą.

W niedzielę się bardzo zdziwiłem, że Oscary rozdają. Pamiętam jak, bodajże, dwa lata temu dałem się skusić i, idąc w ślady mojego kumpla ze Stanów, obejrzałem te najważniejsze filmy. W różnych kategoriach – aktor, aktorka, film. Cóż, chyba połowy nie dałem rady przejść. Ale przynajmniej miałem pojęcie, co i kto jest nominowany. W tym roku, jakieś dwa tygodnie temu niecałe, trafiłem na którejś platformie na ten film o psie – rok psa, pazury psa, czy jakoś tak. Power of the dog w oryginale. Ale wiadomo, jak to jest z tymi tłumaczeniami – wirujący sex (dirty dancing) nadal rządzi w tym temacie. Dzieło widziałem ze 20 minut i podziękowałem. Nic się nie działo. Akcja w tempie ślimaczym się toczyła. Western psychologiczny dramat. No dramat!

W poniedziałek okazało się, że Will Smith oprócz policzkowania dostał nagrodę za najlepszego aktora za film King Richard. Od razu mnie zniechęciło, gdyż nie lubię filmów historycznych i kostiumowych. Dopiero później olśniło mnie, że to o siostrach Williams. A jak wiadomo tenis uwielbiam, siostry Williams szalenie lubię. I tu niespodzianka – hbo max ma to u siebie. Wczoraj więc zasiadłem bez popcornu i patrzę. Cóż mogę powiedzieć? Obejrzałem do końca, choć kusiło porzucić w diabły. Tak nieciekawego i nudnego filmu dawno nie widziałem. Ale nauczyłem się jednej rzeczy – na hbo max nie można dać łapki w dół, czy też łapki w górę, tak jak na netflixie. Albo nie wiem gdzie tego szukać. W każdym razie zmarnowałem ponad 200 minut.

I taka paralela mnie się wyświetliła w głowie. Kiedyś sięgąłem po książki świeżo upieczonych noblistek. Ze trzy ich było. I za każdym razem twierdziłem, że to był ostatni raz i nigdy więcej kobiety-noblistki. Nie dało się tego czytać. Ale postanowiłem liznąć dzieł tej naszej pani, nie pamiętam nazwiska. Olga Jakaśtam. O! Tokarczuk. Czytam i czytam. Akcja się dzieje niemrawo. Przeczytałem 50 stron i dopiero dotarło do mnie, że to raptem w akcji minęło ze 30 minut! O Marysiu przenajświętsza jakie nudne i długie opisy. Rzuciłem w czorty tom i przysięgłem sobie, że nigdy więcej pani-noblistki.

I teraz mam też lekcję, żeby uważać na Oskarowe filmy.

Wracając do tenisa – jestem dumny z naszej Igi Świątek! Numer jeden na świecie od 4 kwietnia. Brawo 1ga!!! Duma, duma, duma.

Mamy Katar, apsik!

rezurekcja

Wielkanoc musi jaka nadciąga, bom wskrzesił chałkę. Pamiętam, jak dwa lata temu już, w piękne, aczkolwiek skażone nowym wiruskiem, wiosenne dni piekliśmy chałki. Pan od Państwa z Europy na K. wygrał. Trzeba to sprawiedliwie przyznać.

To już dwa lata. Wirusek nadal jest, ale nikt na świecie chyba sobie nim dupy nie zawraca.

Czekam cierpliwie, aż nasz (nie)rząd uprzejmie pozwoli nam ściągnąć te szmaty z buzi. Słyszałem, że od 1 kwietnia już niby ma być po tych obostrzeniach. Ale koleżanka coś mi doniosła, że od 1 maja. Eh!

No to mnie wzięło na placka. Zaglądam ja ci na blog Słodkokwaśnej i czytam, i wspominam. W przepisie kolega obiecywał, że sam nakręci filmik o zaplataniu warkocza. Hmm, 2 lata jak w buzię strzelił i nic. Co do przepisu samego, to też mam … ulepszenia. Można szybciej ugnieść.

Plan misterny sobie ułożyłem wczoraj. Ingrediencje nakupiłem i się czaję. Miałem wszystko naszykować w czwartek, żeby w piątek wstać w miarę normalnie i tylko upiec chałkę. Rozmawiałem nawet z samym Mącznym Miszczem – Wielkim Pe. Rzekł, że jeśli chcę się tak naszykować to ok, ale ciasto do zamrażalnika lub lodówki podszepnął mi włożyć. Hmm, nie da się. Za duże ciasto. Albo za mała lodówka.

Rano więc się zerwałem. Przed 6 i zaczynam modzić. Laps na blacie, ja, miska i jedziemy.

Poważyłem, dodałem, zaczyniłem (tzn. zrobiłem zaczyn). Jak sobie drożdże jadły i się pączkowały, to stwierdziłem, że przygotuję się na dalsze procedury. Do 260 gram szwedzkiej mąki dodałem 35 g cukru, jajko, 5 gr soli … i tu mnie motyla noga tknęło. To co sypałem 35 gram to nie był CUKIER! Żem zaklął szpetnie po wtóry raz i zacząłem odsypywać mąkę z solą. Nawet myśl taka rezolutna naszła, żeby wszystko w czorty wywalić i od nowa zacząć. Ale nie, szkoda mąki. Proceduję wściekły dalej. O mały włos, a zamiast zaczynu dałbym jogurt z bananem. Na głos się skarciłem i wziąłem w garść. Wszystko finalnie poszło gładko. Film z jutuba jak pani zaplata warkocze odtwarzałem w zwolnieniu x0,25. Szybko coś paniusia machała rączkami. Nie nadążałem w tempie rzeczywistym.

Nastąpiła dziś też rezurekcja mego piekarnika. Jakiś czas spory temu warzyłem zupę. Nie wiem jak to się stało, ale odcedzając warzywa i mięso, spora część tłustego płynu dostała się w między szybki w drzwiach piekarnika. Zakląłem bardzo nieładnie, bo oczywiście dostęp do tego międzyszybia żaden. Zacieki zaschły i zrobiły się bardzo brzydkie drzwiczki od piekarnika. Jak polerowałem później kuchnię, to świadomie odwracałem wzrok, jak na piekarnik miałem rzucić okiem, kiedy oplatałem kuchnię wzrokiem z dumy. Jak siedziałem na tronie przy otwartych drzwiach, to wstyd widziałem na wprost. Załamany byłem. Już nawet myślałem o zakupie nowego piekarnika. Serio. Tak mam. Jak Maciusiek coś do łba wbije, to nie ma zmiłuj.

I dziś mnie spotkało ogromne szczęście. Kolega przeglądał TikToka (albo tweetera? Nie, chyba tiktoka). Głośne to i głupkowate. Ale w pewnym momencie zobaczyłem jak jakiś chłop rozbiera piekarnik i czyści! Żem się podniecił, jak nigdy. Podbiegłem do pieca, nacisnąłem gdzie trzeba było, zdjąłem to plastikowe i … szybki się wyjęły! Złapałem za szmatę, za mopa parowego, za środek do odtłuszczania i zacząłem szorować. Ekstaza! Teraz sobie siedzę przed piekarnikiem, popijam drinka, palę fajkę i się patrzę jak sroka w gnat w czyściuteńkie drzwiczki (foto już po całym zabiegu zrobione)!

Po południu, po szopingu nadszedł czas relaksu. Się jakiś czas temu umówiłem na testowanie jedzenia u Sowy w Restauracji N31 przy ul. Nowogrodzkiej. Umordowany po szopingu jak pies zaszedłem i po prosiłem o piwo. Niestety mieli tylko małe, butelkowane z browaru Piaseczyńskiego … za … kacze pióro … trzydzieści-o-matko-boska-pięć złociszy. Ale kolega mądrze stwierdził – raz się żyje. Przekonał mnie. Wziąłem. Dobre było.

Oczywiście jak zwykle zamówiłem tatara i był zonk. Jakiś słonawy, bez smaku specjalnego. Ale ciekawym pomysłem były plasterki słoniny. Plastry tuńczyka obsmażone w sezamie jednak lepsze były.

Na główne się wahałem – zgodnie z sugestią Stefana, sąsiada z Santorini, chciałem wziąć oktopusa (zawsze oktopusa bierz [sic!]). U Pana Sowy mięczak serwowany jest z kalmarem i sałatką z fenkuła. Ale wolno pieczona goleń Yorkshire też krzyczała do mnie z karty „zjedz mnie! zjedz mnie!”. Zapytałem się pani kelnerki co mówi o obu daniach. Rzekła, że słyną z ośmiornicy i wysoko poprzeczkę w Warszawie zawiesili. Przekonała mnie. Ten sos rouille też osobliwy. Dobry oktopus.

Dostaliśmy kilka rzeczy gratis (tatar z tuńczyka na czipsie, mini deserek, łyżka lodu z marakują na oczyszczenie kubków smakowych po przystawce, kieliszeczek napitku na koniec), ale rachunek był z serii paragon strasznego strachu!

Mark Lanegan zmartwychwstał. Polskie Znaki wydało płytę, na którą zaprosiły różne osoby. I tam też jest Mark! Eh, co za głos, co za strata. RIP Mark Lanegan.

internety wszystkich krajów łączcie się

Obsmarowałem mój telefon ostatnio i dziś kara nastąpiła. Mój iPhone się zemścił. W Terorze! Zabrakło interentu. Nie chciał się łączyć i pomagać nawigować. Może się zagrzał? Bo nawet muzyki nie chciał grać. A internet nigdy nie był potrzebny do umilania mi czasu.

Sprawdzam sobie teraz moje konto w Plusie i widzę, że jeszcze 1,47GB w roamingu mam. Może bierze dane jak z Afryki? Bo w sumie blisko?

O ile wcześniej narzekałem na Las Palmas i bałem się mówić mojej wycieczce, że jestem tu po raz trzeci – pierwszy, ostatni i po raz ostatni, to dziś stwierdzam, że jest bajkowo. Dzisiejszy dzień najbardziej bajkowy. Nie dlatego, że dziś kończę … 29 lat … znowu. Ale dlatego, że byłem w niebie i to kilka razy.

Już wcześniej zachwycony byłem wycieczką na południe wyspy. Ale myślałem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. No właśnie, wiosna. W Polsce chyba nadal zima. Nie chce się wracać.

Początkowo mieliśmy wziąć na cały tydzień auto. Wykalkulowaliśmy, że z paliwem, parkingiem i najmem wyjdzie nam 300 euro. Jak się podzieli na głowy, to nie tak dużo. Tylko chętnych do prowadzenia maszyną nie było. Co prawda w Hiszpanii tolerancja wynosi aż 0,5 promila, ale nadal nikt się nie kwapił. Także było taxi z lotniska, autobus na południe.

Wczoraj taka szybka burza mózgów i przy pomocy map gugla szybko ustaliliśmy trasę. Auto pan nam wynajął za 46 euro z groszem. Za paliwo wyszło bez mała 19 eurasków.

Właśnie! Wczoraj na kolacji zaglądnąłem do mojego kantorku, żeby kupić hajsy, co by za kolację zapłacić. Oj, oj, motyla noga. Kurs, że kacze pióro!

Traskę taką ustaliliśmy.

mapa gran canaria

I cóż mogę powiedzieć? Bajkowe widoki. Miasteczka przecudne – Agaete, Teror, Tejeda. Taka właśnie Hiszpania, jaką miałem w wyobraźni.

Drogi kręte. Auto pali jak smok. Po 100 km zatankowaliśmy 15 litrów i w sumie 165 km zrobiliśmy, czyli jakieś 9 pali. A to KIA Rio, czy coś takiego. Biały.

Kręte drogi na myśl przywiodły mi stare, dobre czasy. Wrzesień 2009 roku, kiedy to z Ulą zwiedzaliśmy Californię – San Francisco i Yosemite oraz luty 2010, kiedy to z Państwem z Europy na K. przemierzaliśmy … Californię, ale okolice Indian Wells. Kręto, strasznie, pysznie. Przygoda. I teraz też.

Jestem zauroczony wyspą.

Zastanawiam się, kto w ogóle mieszka w tych miejscowościach. Zajechaliśmy do Ageate dosyć wcześnie, więc tylko kilku lokalsów było i piło kawę. Ale w innych miejscowościach? Takie maluteńkie, że nawet psów nie ma, żeby mogły wiadomo czym szczekać.

Ale pięknie. W zachwycie jestem i chyba nie po raz trzeci tu byłem. Wiem na pewno, że Las Palmas sobie będę już darował. Choć wczoraj wylądowaliśmy w oceanarium. Wydawało mi się, że raz dwa przeszliśmy obiekt, a tu się okazało, że z 90 minut się bawiliśmy. Fajne te zbiorniki wodne. Zastanawiają mnie połączenia rekinów z takimi małymi, tłustymi, smacznymi rybkami. Nie gryzą się. Ula i ja twierdzimy, że to dlatego, że karmią dobrze, to nie muszą atakować. Z innych stworków miłych dla oka, to piranie czerwonobrzuszne wyglądały interesująco.

Północna trasa dziś okazała się udana. Zdjęcia chyba wrzucę ot tak, bez ładu i składu, bo za raz na kolację lecimy celebrować 7 marca. I żeby nie było, trenowałem dziś troszkę!

I co za historia!

Wybraliśmy się na kolację z okazji 7 marca. Wysłałem iMasaż do pani prof. ze Szczecina. Na zdjęciu byłem ja i kaktus, bo jej stary jest kaktusiarz. I co się okazuje! Ta mi odsyła zdjęcie z … kaktusem. A później z mapką, gdzie jest! Daliśmy plamę życia. Ona w Maspalomes, a ja w Las Palmas. Ona dziś w Las Pal Palmas, a ja dziś na wycieczce. Oj szkoda.Będziemy mieli co wnukom opowiadać …

chyba się zacznę …

przepraszać z wyspą. Las Palmas to nie moja bajka, nie zamierzam raczej tu wracać. Ale!

Dziś pojechaliśmy na południe wyspy i … jak ręką odjął! Słońce, żar lekki, ale zauważalny. Wakacje, przygoda.

Autobus jedzie w miarę szybko. Coś koło godziny, z czego ponad 15 minut to kręcenie się po Las Palmas. Siedzenia w pierwszym rzędzie nie polecam, bo panowie jeżdżą dosyć brawurowo jak na mój gust.

Wysiedliśmy w San Agustin, bo znajomi znajomych mieszkają.

Kolega kolegi od wczoraj albo dwóch dni jest na emeryturze (choć lat jeszcze nie ma) i zamierza spędzić ją pomieszkując to tu, to w Szwecji. Eh, czy ja takiej emerytury dożyję? Fajny taki mały apartamencik. Niewielka łazienka i kuchenka. Salon nawet spory i sypialnia. Do tego balkon/taras. I widok obłędny – niebo, ocean. Mieszkanie na ostatnim … piętrze, więc nikt im niczego z góry nie będzie rzucał. Przyszliśmy z pełnymi rękami – cava, wino lokalne i truskawki. Pocziloutowaliśmy się na balkonie/tarasie, pogwarzylim nie mało i ruszyliśmy nogami do Playa Del Ingles. Spacer fajny, wzdłuż oceanu.

Zjedliśmy pyszny lunch (ja krewetki i rybka) i pochlapaliśmy się w wodzie.

To znaczy ja się pomoczyłem, bo chętnych więcej nie było. Woda pioruńsko zimna. A jak wiadomo – zimna woda = małe cojones. I faktycznie, zgodnie z przestrogami, fale były dosyć mocne. Ledwo ustawałem prosto, kiedy jakiś bałwan atakował mnie. głowy nie zamoczyłem. Oj nie.

Po wyjściu z wodu, dla szybszego osuszenia, pomachałem sobie rączkami i powyginałem śmiało ciało. I znowu mi jakaś Macarena wyszła. Eh.

 

Po pluskaniu się weszliśmy na pustynię. Wydmy faktycznie robiły wrażenie. Wiadomix Sahara niedaleko. Spore pagórki, wydawało się, że nie do przebycia i ciągnące się są w nieskończoność.

Zostawiłem na plaży odcisk i ruszyliśmy do domu. Hm, teraz tak patrzę, że strasznie dużo selfie albo zdjęć sobie kazałem zrobić. Hm. Dziwne.

Las Plamas faktycznie ma jakiś mikroklimat. Wystarczy wyjechać kilkanaście kilometrów na południe i od razu słońce się robi. Jak wracaliśmy, to jak ręką odjął, ze słonecznej aury zrobiło się szaro, buro.

Ciekawy bar znaleźliśmy po drodze do hotelu. Volga się nazywa. Karta drinków długa, ale prosta. Jedna połowa, to drinki na ginach, a druga na rumach. Połasiłem się na marokański gin z tonicem. Fajny! Ale oprócz napitków uwagę przykuły ściany, a dokładnie portrety nań. Zwierzęca familia.

 

Aha. Wydaje mi się, że jestem w jakimś twilight zone. Tylko w naszym pokoju hotelowym, i to nie zawsze, telefon pokazuje mi odpowiednią strefę czasową. W innych częściach przybytku widzę czas madrycki (czyli godzinę do przodu). Dziś się zerwaliśmy na śniadanie. Pogoniłem towarzystwo, kiedy na zegarku w telefonie zobaczyłem 8:50. W windzie okazało się, że restauracja jeszcze nieczynna, bo od 8 zaczynają.

Nie wiem, coś mi ten iPhone się psuje. Chyba czas na niego nadszedł. A szkoda, taki ładny, amerykański. Sylwester 2017 pamiętam jak dziś. Zakupy w Garden State Plaza. Eh, czas leci. Za każdym razem wzbraniałem się przed zakupem nowego modelu, ale zawsze niefortunne wydarzenia powodowały spustoszenie mojego portfela. Miałem iPhone 6S. Dmuchałem, chuchałem na niego i co? Kraksa rowerowa. Mam X i co? Kilka upadków spowodowało, że coś szwankuje. Widzę to teraz bardzo dobrze. Bateria w 2 godziny drastycznie pada. W czwartek wróciliśmy do hotelu z 9% baterii. Po 3 minutach ładowania zobaczyłem 39%. I tak jest już cały czas. Bateria traci moc, ale bardzo szybko ją odzyskuje, jak podłączę do źródła.  No nic, trzeba będzie się rozejrzeć za nowym. Eh, wydatki i wydatki.

 

wycieczka robi się naprawdę …

droga.

Moi drodzy, zerknąłem dziś na moje konto i pomyślałem, że europejskich „dzjenieg” nakupię. Mój bank, i pewnie inne w Polsce też, wprowadziły super pomysł, że do jednej karty debetowej można podpiąć kilkanaście kont walutowych.

Będąc w Danii na lunchu, prędziutko otworzyłem rachunek i zaopatrzyłem się w tyle duńskich pieniędzy, ile rachunek w knajpie mówił, że mam mieć. Korony duńskie? Chyba tak.

Kurs w kantorze internetowym jest atrakcyjny, więc w sekundę nabywam walutę i płacę kartą. I karta już sama wie, czy ma się pozbyć złociszy, czy innej waluty. Nie było nigdy z tym problemu. Do dzisiaj. Pan w sklepiku zapytał mnie, czy ma mnie skasować w euro, czy w złotówkach, bo na wyświetlaczu terminala pojawiło się takie pytanie. Zbaraniałem. Już pomyślałem, że może nie zauważyłem i kartą kredytową zapłaciłem. Apple pay ma domyślnie tę kartę ustawioną. Ale nie, zapłaciłem debetową. Dziwne. Pierwszy raz mnie o to zapytało.

Także wygoda jest. Szybko się nabywa waluty i się płaci.

Ale dziś, mina mi zrzedła. Jak mi się w kantorze wyświetlił kurs euro. Auć.

Dziś dzień był leniwy. Tak, Las Palmas nie urzeka. Miasto bez wyrazu, ale ogólnie wycieczka jest sympatyczna. Hiszpanie w sektorze usług bardzo sympatyczni. Zastanawiałem się nawet, kogo bardziej lubię – Włochów czy Hiszpanów. Zawsze mi się wydawało, że tych pierwszych. Ale teraz już wiem, że raczej Italiańców.

Przepraszam, ale to co chodzi po ulicy, to jakiś dramat. Barany, które nie patrzą kogo mają na swojej drodze. A dziś hitem była senorita, która wlazła mi do przymierzalni, bo akurat odsłoniłem kotarę, żeby przejrzeć się w lustrze. Praktycznie stałem w wejściu mojej kabiny. Pani, jak gdyby nigdy nic, z telefonem przy uchu wbiła do przymierzalni i się przyczaiła w kącie. Mówię jej, że „halo”, że „zajęte”, ale pani jakaś zaaferowana rozmową i chyba niekumająca w języku lengłidż. Ale w końcu zrozumiała i wyszła. No osobliwa sytuacja.

Dziś się przeprosiłem ze sklepem Primark. W 2005 roku, odwiedzając Londyn po raz pierwszy, moi znajomi mnie tam zaprowadzili. Dzielnica Killburn. Wchodzę i widzę, jak hindusi przekopują sterty ubrań. Kurz się tylko unosił nad nimi. Jakby w grze lemingi ktoś im włączył opcję „przekopywać się”. Rok później, na flagowej ulicy stolicy Anglii, zwanej w oryginale Oxford street, otworzyli duży, ładny sklep. Kilkupiętrowy.

Wszyscy moi polscy znajomi w Londynu zachwalali to miejsce. To się skusiłem i zrobiłem tam zakupy 3 razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Tak fatalnej jakości ubrań nie widziałem w życiu.

Ostatnio w barze lokalnym na granicy Stegien i Sadyby przekomarzaliśmy się z sąsiadką Anią i barmanką Werką. No i koleżanka zza lady wspomniała o tym, że oddała się szaleństwu zakupów w Primark. W Warszawie otworzyli niedawno i zrobili z tego straszne halo. Sąsiadka przyznaje, że nie wie co to za sklep. Ja ją szybko uświadamiam, że „to taki śmietnik z tanimi ubraniami”. Werka spiorunowała mnie szybko i odpaliła, że mogę nazywać to śmietnikiem, ale dla niej to jest fajny sklep z ciekawymi ciuszkami.

Dziś wbiliśmy do Primarku w Las Palmas. Torbę naładowałem pełną, zachwycając się, że ojej jakie to fajne i to też. Z przymierzalni wyszedłem z pustymi rękami. Powiedziałem do dziewczyny, że „nada”wręczając jej ciuszki. Wszystko było niby ok, ale nie były to ubrania dla mnie. Kupiłem 5-pak skarpet na siłkę za 2,5 euro i portki za 6 (też na siłkę). Ale muszę przyznać, że to już nie śmietnik i wygląda całkiem-całkiem. Tylko z rozmiarówką mają problem. Mają XS, M i później już 3XL. Ciężko upolować coś w rozmiarze L lub XL. Jak będę szukał dresów na długie, jesienne wieczory, to wbijam tam. Ale teraz lato idzie.

Rano, odbyłem swój rytuał – śniadanie, siłka, basen i sauna. Do basenu ktoś sardynkę wrzucił. Tłustą sardynkę. Odbyłem też pierwszą lekcję jogi. Podwodnej jogi.

Dziś poszliśmy do parku Catalina. Fajne miejsce. Takie spokojne. Sporo knajpek, starsi panowie grający chyba w domino. W kiosku kupiłem kartki dla … ale o tym ciii. Z Wawy wyślę do … ciiii.

Siedliśmy w jednym lokalu i się … obżarliśmy. Z tapasów wzięliśmy: ziemniaczki z sosem, smażony ser, chorizo i papryczki padron. Ta ostatnia przystaweczka, mimo wątpliwości wycieczkowiczów, okazała się według mnie najlepsza. Te kryształki soli świetnie pasowały. Mniam. Ale oczywiście do tego wzięliśmy jeszcze dania.

Po raz pierwszy w życiu wziąłem paellę. Z owocami morza. Nie, po raz trzeci. Pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Nie moje danie. Mieli w karcie jeszcze fiduea, czyli paella z makaronem, zamiast ryżu. No to może następnym razem.

Wracaliśmy do hotelu wzdłuż oceanu i zatańczyłem sobie z panią makarenę.

 

W mieście podoba mi się sztuka uliczna. Czasem można trafić na ciekawy mural.

Jutro ruszamy w głąb wyspy. We will go down south!

W opcji była te wycieczka trimaranem ekspresowym na Teneryfę. Ale 93 funty? No way Jose! (czytaj: noł łej Hoze).

 

 

pająki boją się różowego

Marysiu przenajświętsza, dzień jeszcze młody, a ja mam prze-kroczone 24 000 kroków. Zadepczę się na tej wycieczce.

Dziś przechadzałem się po mieście i zobaczyłem różowy budynek. Od razu na myśl przyszedł mi bon mot z mojego, i pani prof. ze Szczecina, najbardziej ulubionego serialu 07 zgłoś się. Porucznik Borewicz z porucznikiem Zubkiem przez U zwykłe odwiedzili panią Hoffman przez dwa F.

To jest kolor ochronny. Pająki bardzo nie lubią koloru różowego. Boją się go – tak na temat różowego wypowiedziała się pani z kamienicy, w której doszło do śmierci pewnej pani.

Ten budynek w mniejszym polu na żywo wyglądał bardziej różowo.

Z samego rana zeszliśmy na śniadanie i przepadłem. Churros było. Na szczęście nie takie grube i słodkie, jakie sprzedawali w metrze nowojorskim i w meksykańskiej knajpie w Wilanowie. Cieniunie i w smaku wyczuwalnej delikatnie słodyczy.

Mogłem pozwolić sobie na obżarstwo, gdyż na siłownię się wybierałem.

Oj! Dziś środa popielcowa. Ufff, na lunch mięsa nie było jednak.

Jako jedyny popływałem w basenie. Wszyscy się na mnie z politowaniem patrzyli, aż nabrałem podejrzeń. Nie wiem o co chodziło. Może o to, że dla nich jest za zimno na basen? Nie wiem.

Na godzinę 11.00 zarezerwowałem saunę, więc ranek spędziłem relaksacyjnie.

Do starego miasta szliśmy długo, gdyż nasz nawigator szedł na czuja. Mam wrażenie, że kręciliśmy się po wyspie. Ładne widoki z góry.

Ale w końcu doszliśmy. Z przerwą na lunch.

Dosyć często mijaliśmy sieć sklepów Dino z takim rozkosznym dinozaurkiem w logo. Zawsze jak jadę do Wielkiego Pe, to za mniej więcej na godzinę przed Kwakowem zaczynają się pojawiać sklepy Dino. Polubiłem je od razu. Także jak teraz widzę ten wyraz, to serce się raduje, wchdzoę do sklepu i patrzę co mają. Oczywiście te polskie Dino to inna bajka, inne logo. Ot po prostu zbieżność nazw.

Tu mają i super i hiper dino.

Siedliśmy w jakiejś knajpce przy dość sporej drodze. W nazwie mieli „tapas”, więc siedliśmy.

W Hiszpanach podoba mi się to, że mają w dupie, że oni nie mówią po angielsku, a turyści nie rozumieją po hiszpańsku. Radź sobie sam. Co prawda, są bardzo mili i starają się być pomocni, ale nie. Mówienie powoli po hiszpańsku nie powoduje, że człowiek rozumie co doń się mówi. Także wycieczka edukacyjna. Na szczęście jest internet i google. Przetłumaczy i doprowadzi gdzie trzeba.

Z w menu znalazłem, i od razu zaklepałem, ośmiornicę, bo nadal wyznaję zasadę Stefana z Grecji – bierz zawsze oktopusa. Zdecydowałem się na porcję mniejszą. Do tego dorzuciliśmy sałatkę, mniejszą porcję anchovies smażonych (tak jak nasze stynki) oraz mniejszą krokietów. Win mieli sporo, więc na jakieś dwa białe daliśmy się namówić. Hm, obsługa leniwa, przystawki przyszły na końcu, jak już wszystko zjedliśmy. Ale! O Marysiu przenajświętsza, Bóg mi w dzieciach wynagrodzi, że te małe porcje wziąłem. Pan przynosił co chwilę korytka jedzenia. Byłem pewny, że nie zrozumiał nas i dał nam full porcje, ale jak zobaczyliśmy rachunek, to okazało się, że nie. To jak wyglądają te dania w powiększonym rozmiarze!?

Po obfitym posiłku i spacerze zaszliśmy na kawę i coś słodkiego. Na koniec musiałem zejść do toalety, bom sobie łapki ubrudził i się lepiły od tych słodkości.

Myję ręce i kątem oka widzę, że ktoś się na mnie gapi!!! Jakiś młody koleś z kimś. Serce mi wyskoczyło! Zestrachałem się, aż drgnąłem dziwnie. Patrzę jeszcze, a tam …

 

Poczułem się jak w 5 sezonie American Horror Story!

Las Palmas mnie na razie nie porywa. Ta stara część ładna, ale to tylko tyle.

Miasto spore, ruchliwe, architektonicznie mało atrakcyjne (oprócz starej dzielnicy). Ale fajna zieleń. Nadal nie mogę się przyzwyczaić, że palmy rosną ot tak, wzdłuż dróg, tak jak u nas topole, akacje, lipy i inne takie. No i drzewka pomarańczowe powodują banana na buzi.

Kulinarnie też jakoś nieporywająco. Mam wrażenie, że za dużo smażenia w tej kuchni. Oktopus co prawda zgrillowany, ale reszta jedzenia w głębokim tłuszczu lub panierce. Muszę przetestować jeszcze ryby.

Ale wyjazd ogólnie na plus, bo z dala od tej … wojny i zimnego klimatu.

Spaliłem sobie pysia. Ale tak delikatnie. Nosek czerwony.

sunclass

dawno, dawno temu dałem się zaprosić na wycieczkę do miejsca, o którym nie myślałem, do którego nie miałem ochoty i potrzeby jechać. Choć bardzo mnie do Hiszpanii ciągnęło, to jednak do TEGO miejsca mnie jakoś odpychało. Może dlatego, że Pamiętniki z Wakacji były kręcone z TEGO miejsca. Mięsny jeż, mięsny jeż, ty go zjesz.

Wzbraniałem się przed namowami. Ale nie chciałem wyjść na Polaka, który mówi „nie, bo nie”, czyli „nie i chuj”, więc postanowiłem dać się namawiać. Namawianiom nie było końca. Toteż dałem szansę i obiecałem, że solennie wysłucham i obejrzę te zachęty. No i na youtube były filmiki z serii „10 atrakcyjnych miejsc …” na Fuertaventurze, Teneryfie, Gran Canarii. W przypadku Lanzaroty wyliczono tylko … 9 miejsc.

Do gustu jako tako przypadła mi Gran Canaria, o czym szczerze poinformowałem.

No i dziś jest ten dzień.

Trochę niefortunny czas, bo Putler nie skonsultował ze mną swoich planów. W robocie gorąco, pomagamy. Prywatnie też pomagamy. Ale ja jakoś zdalnie. Powiedziałem, że oddam ręczniki, koc i pościel. Jeśli trzeba będzie, to Państwo z Europy na K. ma klucze i może wejść i zabrać wszystko z mojego mieszkania. Dobrze by było wiedzieć, czy pomoc doszła do skutku, żebym na allegro zdążył nowe ręczniki zakupić przed powrotem na Sadybę.

Zobaczę jak wrócę. Jeśli jeszcze Putler nie odpuści, to jadę na granicę pomagać. Albo gdzie tam trzeba. Pracodawca mój nawet 4 dni wolne ofiarował na pomoc.

Ale na razie resetujemy się. Słońce, zen, spokój.

Lecimy ze Szwecji. Linie lotniczne Sunclass. Jak to mówią Szwedzi o stewardessach z tej firmy – stare cioty z SAS. Skarciłem od razu i wyjaśniłem, co znaczy „ciota” po polsku. Ale przecież mówi się ciocia, ciotka? – usłyszałem w tłumaczeniu. Właśnie, po rosyjsku Kasia też często mówiła o jakiejś obcej pani “ciotka”.

Stewardessy faktycznie były jakieś … przechodzone. Wszystko w tempie ślimaczo-żółwim. Ale na plus daje im sposób, w jaki serwują posiłki. Takie fajne plastikowe tacki mają. Jedzenie też było wcale nie takie ostatnie. W gazetce zobaczyliśmy jakieś zestawy do picia i się od razu zaopatrzyliśmy w wodę i inne takie. Aha, gdyby ktoś pytał, wino słabiutkie. i to bardzo! Ale lepsze od produktów z winnicy Połczyn-Zdrój, to znaczy Popłuczyn-Zdrój.

Wyspa mnie na razie nie urzeka. Fakt, Las Palmas to największe miasto Wysp Kanaryjskich. Tak ze 100 000 więcej niż w Białymstoku. I tę wielkomiejskość widać – centra handlowe, ruch na ulicy, miłośnicy siłowni. Wyspa sama w sobie jakaś taka pustynna. Ale dajemy szansę. Południe wyspy ponoć fajniejsze i cieplejsze.

Zawsze mnie zastanawiało, kto w takich miastach korzysta z fitness klubów. Przecie cały rok można się plażować, ruszać na świeżym powietrzu, c’nie? Ale nie, ludzi na siłce pod wieczór było troszkę. W naszym hotelu też jest sala do ćwiczeń. A jak rozglądamy się za noclegiem na południu wyspy, to też można się poruszać troszkę. Strój mam jakby co. Jutro zapisałem się na saunę po siłce.

Hotel trafiliśmy dobry. Na sam przód po zameldowaniu zrzuciłem buty i z bronksem na leżak poszedłem. Słońce troszkę po pysiu posmyrało. Niby 20 stopni, ale jak słoneczko rozchmurzy buzię, to naprawdę cieplutko, a w mojej skali to i gorąco.

 

Po chillax’ie nadszedł czas na rekonesans. Promenada wzdłuż oceanu przyjemna, tak jak widok na wodę. Boczne uliczki takie sobie.

 

Postanowiliśmy zrobić kilka kroków, przetrącić jakiś tapasik, pójść na shopping i po odświeżeniu się w hotelu, pójść na ucztę. Ale nie wyszło. Plany wzięły w łeb. Zmęczenie wzięło górę.

Jedzeniowo to na razie szału nie ma, ale trzeba się bardziej rozejrzeć. Lokalsi są mili, ale kompletnie mają w nosie, że ty nie kumasz po hiszpańsku. Dwa razy nas odesłali do QR kodu, żebyśmy sobie menu zobaczyli po angielsku. Ale jakoś nie wyszło. Hiszpański nie chciał się cudownie zamienić w angielski. W meksykańskim przybytku pani była nawet miła i wyjaśniła, gdzie szukać przystawek, dań głównych, deserów i tak dalej. Ale żeby wyjaśnić co to za dań? No senor! Radź sobie sam. Trochę męczące było kopiowanie do translatora.

W końcu siedliśmy gdzieś przy nabrzeżu i dostaliśmy dobre rzeczy. Jak to mówił mój sąsiad z wycieczki do Grecji, Stefan – zawsze oktopusa bierz. To wziąłem. W towarzystwie krewetek. Pochwaliłem nawet dań u chłopca za ladą. Okazało się, że to wymysł tego przybytku, w którym siedliśmy, a nie jakiś lokalny przysmak. Octopus-King Prawn cośtam – tak się nazywał. Brioszka z fish and chips też była spoczko, ale gabarytowo mogłaby być większa.

Później nastąpiło szaleństwo zakupów. Primark, Carrefour i takie tam. Pandemia w Hiszpanii jeszcze jest i podchodzą do tego sumiennie. Obostrzenia takie jak u nas – maseczka w miejscach zamkniętych i tłumnych na zewnątrz. Zwracają uwagę, nie tak jak u nas. Mnie najbardziej spodobał się jeden regał w Carrefourze.

Niestety nie mamy lodówki w pokoju, więc taki udziec zmarnowałby się szybko (smutna mina).

I tak na koniec dnia sobie siedzę na 5 piętrze i piszę, i popijam, i patrzę, i gadam z ludzikami. Fajny hotel. Na naszym poziomie jest: sala TV, bar z takim lounge’m, patio, siłka, sauna, sala z grami stołowymi. A po schodkach parę kroków jak zrobimy, to i się popluskać można. Basen wąski ale rączkami parę razy trzeba pomachać, żeby dotrzeć do drugiego brzegu.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑