Miesiąc: lipiec 2020 (Page 1 of 2)

wielkanoc

 

Alleluja, pani prof. ze Szczecina z martwych wstała!

Milczawszy ostanio. Wiem. Cóż, najwyraźniej w wielki post nie pisuję.

Rozmawiałem jakiś niedawny czas temu ze Słodkokwaśną (wtedy chyba co na randce byliśmy nad rzeką na barce :-)) i zapytałem się, czy wspomniana pani uczona odzywa się na Fejsie, czy żyje. Okazało się, że coś tam czasem skrobnie. Pomyślałem zadzwonić do koleżanki, ale jakoś nigdy nie był odpowiedni czas. A to praca w domu, a to „07 zgłoś się” oglądam a to to i tamto. I tak ścichapęk słyszę „brzdęk” na moim lapsie. Mail nadszedł. Ze Szczecina. Pani prof. się zapytuje, czy słucham Radio Nowy Świat, co sądzę o nowej stacji. Każdy kto śledzi mój blog i dyskurs pomiędzy mną, a uczoną, to wie, że myśmy Trójkowe słuchacze byli. Listy słuchaliśmy, komentowaliśmy niektóre potwory, to znaczy utwory (Grażka Domowych Melodii oraz Lucy Phere T’love). No i chyba koleżankę też trafił szlag z powodu dewastacji naszego ulubionego radio. Bo pisze mi w mailu, że przez ostatnie miesiące słucha radia z muzykami klasycznymi, w efekcie czego zafiksowała się na śp. Krzysztofie Pendereckim. Przecie każdy wie, że muzyki tego pana nie da się słuchać (w większej, i w mniejszej w sumie, dawce). Także mąż koleżanki postawił ultimatum, że albo Penderecki, albo on.

Chyba wybór padł na starego, bo inaczej by pani prof. nie pytała mnie o Radio Nowy Świat, c’nie?

A co ja, biedny żuczek, myślę o tym nowym tworze?

Ja cały czas kibicowałem Trójce. Słuchałem, bo mimo wszystko nie było innego radio z dobrą muzyką.
Trójka niestety zrobiła się jakaś … śniadaniowa za panowania dyrektora Strzyczkowskiego. Ale słuchałem. Napisałem kiedyś do pani redaktor prowadzącej program o Nowym Jorku. Ucieszyła się i odpisała. Niestety za późno napisałem, więc nie było szans na odczytanie maila na antenie. Ale ja nawet nie liczyłem na to. Nie pomyślałem nawet o tym. I jaka siurpryza! Druga pani prowadząca się również odezwała w podzięce (bo pierwsza uprzejmie doniosła). Fajnie, że był odzew. To miłe.
Kiedyś napisałem do byłej pracownicy radio Anny Gacek, że mam książkę Patti Smith do oddania. Czy nie chciałaby, bo bym dał za darmo. Jej miłość do wspomnianej artystki znana jest od Tatr po Bałtyk. Nawet panie redahtor nie odpisała. Przestałem się interesować losami tej pani. Widziałem raz fragment jej audycji na youtube. To nie to samo.

Pomimo burz i naporów Trójki słuchałem i słucham nadal. Wyłączam tylko, jak za mikrofonem siada nudny pan, z nudną muzyką, z nudną audycją, z nudnym głosem. Piotr Baron.
Odpaliłem Radio Nowy Świat pierwszego dnia. I dopiero wtedy usłyszałem różnicę. A właściwie przepaść między Trójką a RNŚ. Trójkę powinni zasypać. To co teraz jest, to dogorywanie. Brzmi to wszystko jak RMF lub bZdET. Są oczywiście (małe) wyjątki.

Uderzyły mnie niedawno dwie rzeczy w Trujce. Dobry pop broni się sam, a te panie są ikonami popu – powiedziała pani młoda redaktor prezentując Miley Cyrus i wspomniając Taylor Swift.

Wczoraj pani redaktor (nie wiem czy inna, czy ta sama, one dla mnie brzmią tak samo) ekscytowała się nowym, niespodziewanym dziełem Taylor Swift. Rzuciła nawet, że jeśli duet artystki z Bon Iverem nie otrzyma żadnych komercyjnych i znaczących nagród, to będzie to duże niedopatrzenie. Wydaje mi się, że w starej Trójce nigdy bym czegoś takiego nie usłyszał. Nie mówię, że to jest złe, po prostu inne. I albo trzeba będzie się przestawić, albo zmienić częstotliwość w radyjku.
W Radio Nowy Świat lubię wszystko oprócz tej pani Beaty z porannych audycji publicystycznych. Jakoś rano nie przyswajam gadania. To jest czas na muzykę z jakimś fajnym komentarzem. Z kolei, dzięki nowej stacji, Manna zacząłem słuchać. W końcu jakoś daję radę i nie mam alergii na tego pana. Dobrą muzykę puszcza, trzeba mu to przyznać.
Podoba mi się audycja Kuby Badacha pt. Badafonia. Ma to w środy od 19 do 21. To jest jego debiut w eterze i idzie mu super. Fajne jest to, że muzyk mówi o muzyce. Ma inne spojrzenie niż redaktor/dziennikarz muzyczny. Inaczej widzi, inaczej słyszy.

Wczoraj liznąłem audycję naszego wybitnego jazzmana Marka Napiórkowskiego pod nazwą Napiór w Eterze. Ta sama historia jak powyżej. Lubię słuchać muzyków mówiących o muzyce.

 

Dużym atutem jest pasmo Próbny Lot dla młodych talentów. Czasem się zastanawiam, czy oby na pewno są to osoby, które dopiero zaczynają przygodę z mikrofonem. Ciekawe rozmowy, ciekawa muzyka. Nie znam szczegółów tego formatu. Czy oni są już na stałe? Czy trzeba będzie kogoś eliminować?

Także Renata, jak już z tego krzyża się zerwałaś, to włączaj radyjo i mów co sądzisz. Aha, odkryłem aplikację literaki. Jakbyś chciała przegrać ze 2000 razy, jak to bywało drzewiej, to daj znaka*. Cmok.

 

Dziś kolejny rekord wzrostu zakażeń w Polsce. Brawo my, Polacy.

Z tydzień temu stoję w kolejce na bazarze. Maska na buzi, półtora metra za ostatnim kolejkowiczem. Czuję, jak jakaś torba ociera mi się o tyłek mój. Se zerkam przez ramię – starszy pan. Maska na buzi, ale nie na nosie. No, dobra, niech mu będzie – pomyślałem – przecie nie będę robił scen, jak jakiś stary dziad. Oczywiście chodziło o maseczkę nienaciągniętą na nos, a nie o jego torbę na moim tyłku. Robię pół kroku przed siebie i czekam w kolejce. Nagle pan zaczyna prychać, kaszleć, kichać. Obracam się i widzę, że pan już bez maseczki używa sobie w najlepsze.

– proszę się cofnąć, albo założyć maseczkę – mówię stanowczo

Pan się nachyla do mnie i dopiero wtedy widzę, że ma aparat słuchowy.

– panie, cofnij się pan, albo załóż maseczkę – powtarzam

– aaa, dziękuję – odpowiada

Dziękuję? chyba przepraszam – pomyślałem lekko bity z pantałyku.

Pan się ciut wycofał i zakrył twarz.

Nie wiem, co ludzie sobie myślą? Że nie ma wirusa? Że na wakacje wyjechał? I gdzie jest policja albo straż miejska? Jak przejeżdżałem przez bulwary i się okazało, że ten wytatuowany idol Quebonafide ma jakiś występ, to musiałem zejść z roweru. Nie dało się przez tłum przejechać. Dzieciarnia rozentuzjazmowana i piszcząca gromadziła się bez maseczek nie zachowując dystansu. Policja przechadzała się patrząc … w drugą stronę.

 

 

 

 

 

 

* Żart oczywisty. Na początku naszej znajomości „klepałem” równo panią profesor ze Szczecina. Było 2000 coś do 800 na moją korzyść. Ale teraz myślę, że to uczona by lała mnie na kwaśne japko.

do onkobiegu. gotowi? start

wpis będzie zawierać wszystko. Ale przede wszystkim reklamę pewnego projektu.

Kamila poznałem w 2011 roku. Jest ode mnie 2 lata młodszy, czyli ma … 27 lat. 🙂

W wieku bodajże 17 lat dostał w prezencie narty. Dzień przed wyjazdem w góry dostał diagnozę – mięsak. Nigdy na tych nartach nie pojeździł.

Ten rak jest wykrywalny późno, więc jest groźny. Kamil mi kiedyś powiedział, że % wyleczeń jest niski. Jemu się udało. Podczas leczenia poznał swoją żonę, więc coś dobrego go spotkało przy ul. Roentgena. No i pięknie nazwał swojego syna – Maciej!

Kamil, to człowiek wiecznie uśmiechnięty, pozytywny, optymistyczny. Postanowił, będąc już wyleczonym, założyć stowarzyszenie Sarcoma. Pomaga innym.

Od 12 lat, w drugą niedzielę wrześniową biegaliśmy wokół Instytutu Onkologii w Warszawie. Raz w roku, przez godzinę, na wrotkach, na wózkach, o kulach, na nogach, z językiem na brodzie przez 60 minut robiliśmy okrążenia, żeby zdobyć frotki. Każdy mógł pomóc. Impreza zyskiwała na popularności z roku na rok. Miałem zaszczyt kilka razy wesprzeć tę inicjatywę.

W tym roku Onkobieg może mieć wymiar światowy. Wiadomo czemu. Polacy wszystkich krajów, łączcie się!

 

Szczegóły są tu: https://onkobieg.pl

Bardzo proszę o zapisywanie się i udział. 13 września między 7 a 13 trzeba się przebiec i wrzucić na media społecznościowe foto (opcjonalnie chyba). Ja to wrzucę wpis na blog, bo mediów nie mam.

Wpisowe 50 zł przez PayU. Można dać więcej. Tylko nadwyżkę proponuję przekazać bezpośrednio na rzecz stowarzyszenia, wpisując w tytule przelewu „darowizna”. I w przyszłym roku będzie można odliczyć od podatku.

 

Konto bankowe Sarcomy: http://www.sarcoma.pl/o-nas-w-skrocie/

 

Można przekazać darowiznę ze strony www onkobiegu. ale to się zrobi przez PayU i nie będzie można odliczyć od podatku.

 

Rozmawiałem dziś z Kamilem i mówił mi, że jest jakieś zainteresowanie w Kanadzie. Od razu pomyślałem o koleżankach w USA. I też się da to zrobić. 12 września można pomóc. Przecie w Teksasie polskie między 7 a 13, to ichnie miedzy 0 a 6 rano. Kto normalny by biegł o tak wampirze porze. A jak im wprowadzą godzinę policyjną? To nici z pomagania. Kamil dla chętnych z Ameryki stawia warunek – przynajmniej 20 osób musi się zebrać, z czego jedna dostanie zbiorczą paczkę i rozda innym. A w przesyłce – medal, frotki, koszulka, torba na zakupy. Mikołaj we wrześniu!

 

Pomagajmy z każdym krokiem!

 

 

Kamil, jeśli coś przekręciłem, albo o czymś nie napisałem, to napisz komentarz pod artykułem.

tańczę polskie tango

 

Miałem pisać wczoraj. Ale nie udało się bo …

– nie było jakoś czasu

– wpadło mi do głowy „Moje serce to jest muzyk”

 

Przechadzałem się po bazarze i gdzieś usłyszałem Ewę Bem śpiewającą. I przepadłem. Do końca dnia nuciłem sobie

Moje serce to jest muzyk,
Który zwiał z orkiestry,
Bo nie z każdym lubi grać.
Żaden mu maestro nie potrafi rady dać.
Moje serce to jest muzyk improwizujący,
Co ma własny styl i rytm,
Ale gdy gorąco kocha
Wtedy gra jak nikt
.

A mnie się Taco bardzo podoba nowy. Bo tekst ma fajny. Bo dźwięki ma jakieś inne niż normalnie. A rok temu na moim odtwarzaczu często grało „Człowiek z dziurą zamiast krtani”. No płodny artysta.

 

Po tym bazarze tak się przechadzałem szczęśliwy, gdyż z apteki wracałem. Nabyłem opaskę. Koleżanka mnie zainspirowała. Siedzieliśmy ostatnio na dworzu i jej komary nie cięły. Pochwaliła się czerwoną, sprężynkowąopaską wokół kostki. Ale czemu wokół kostki, to szczerze nie wiem. Najważniejsze, że opaska działała! A, w aptece w Best Mall’u kupiłam – poinformowała mnie Ania.

 

I wczoraj byłem w galerii handlowej i zaszedłem do apteki po tran, który się okazał w super cenie promocyjnej. No to skoro taka oszczędność, to pomyślałem, że dam szansę opasce. Pani magister sięga do szafki i widzę, że w ręku ma opaskę, ale … różową. O, nie! – pomyślałem – tylko nie różową. Na szczęście pani miała w garści różne kolory. Padło na niebieską, która będzie podkreślać kolor oczu mych.

Wczoraj był debiut. Siedzę z Agą i z Rafałem u nich na Ursynowie w Coco i mówię, żeby usiąść na zewnątrz. Akurat się stolik zwolnił. O kurczaczki! Latające krwiopijczynie w trymiga nadleciały do nas. Aga na szczęście miała Mugga, a ja założyłem swoje zabezpieczenie. Czy ja wiem? Początek był masakryczny. Nie mogłem się opędzić. Już się wystraszyłem, że jakiś przyciągacz na komary kupiłem, a nie repelent. Ale po chwili się uspokoiło. Także działa.

 

 

 

Wracawszy do domu zauważywszy manifest z administracji. Z pieczątką i podpisem jakiegoś pewnie magistra. Czyli należy się ustosunkować i przestrzegać. Eh. Same „uprzejmie prośby” ze strony tej instytucji.

Dziś nadszedł dzień w kuchni. Pan od mięsa miał w końcu kaczkę. Rozebrał mi ją ładnie. To się teraz maceruje. Jutro pieczenie.

W sklepie zauważyłem ośmiornicę w cenie promocyjnej. To wziąłem. W piątki zazwyczaj jem mięso. Zrobiłem wszystko-co-mam-w-lodówce risotto. Z ośmiornicą w roli głównej. Nawet pyszne. Mięso nie było gumowe. Nieźle.

Ale najważniejszym daniem była premiera w moim wykonaniu – cytrynówka. Kolega mi zdradził przepis. Sprawdzony. Postanowiliśmy zrobić cytrynówka challenge. Zobaczymy. Na razie kumpel z żoną zakończył 10-dniowy detoks i pojechał na wczasy. Ale jak wrócą? To kto wie. Mój napitek będzie na pewno inny, bo użyłem brązowego cukru. I chyba też mniej słodki będzie, bo ten cukier jakiś mniej słodki jest. No zobaczymy. Ciekawskim jest szalenie.

Kto ty jesteś? Polak mały (Polak mały)
Jaki znak twój? Torba z białym (torba z białym)
Gdzie ty mieszkasz? Na strzeżonym (na strzeżonym)
W jakim kraju? W tym popierdolonym (uh)
Czym ta ziemia? To mój zamek z piachu (zamek z piachu)
Czym zdobyta? Propagandą strachu
Czy ją kochasz? Bardzo, mówię szczerze
A w co wierzysz? W nic nie wierzę!

 

to chyba nie jest prank

 

cóż. Sprawdziłem. Dziś nie jest 1 kwietnia.

Posłuchałem ja Ci rozmowy Anżeja z sekretarzem generalnym ONZ António Guterres’em. Nie będę się tu nabijał. Widać, że nasz Sebastian zna język … jako tako. Ale wysłowić się to już inna umiejętność. Dobrze, że się w porę prezydent Wolski zorientował. Dziękujmy Bogu za żubrówkę.

 

A właśnie, jak się odmienia nazwisko Guterres? Niedawno w radio Nowy Świat usłyszałem anegdotę z panem Michałem Rusinkiem w roli głównej. Jakaś pani zadzwoniła do językoznawcy i byłego sekretarza naszej noblistki Wisławy Szymborskiej. Taki króciutki dialog powstał:

– dzień dobry. Czy dodzwoniłam się do pana Michała Rusinek?

– tak. Ale, szanowna pani, ja się deklinuję

– oh, to zadzwonię później

 

Pamiętam jeszcze moją rozmowę, ze sto lat temu. Już nie pamiętam kto to był, ale rozmawialiśmy na temat kierowców i ich rzekomych umiejętności i zachowań na drodze. Skwitowałem to krótko – to są niedzielni kierowcy. A mój interlokutor odrzekł – nie, oni w tygodniu też jeżdżą.

 

Ale ja nie o tym. PiS się przebudził. Wczoraj ustalali komisję ds. pedofilii. Pani Marszałek dostała jakiegoś ataku śmiechu po tym, jak nie dała rady wymówić słowa „członek” w wyrażeniu „członek komisji”. Brawo pani Marszałkini. To taki śmiszek, chochlik, nieprawdaż?

 

Ale dziś w radio Nowy Świat słyszę, że Marszałek Sejmu Elżbieta Witek nadała bieg ustawie piętnującej świętowanie Halloween. Anonimowy obywatel wymyślił i jego propozycja wpłynęła w formie petycji. Nie można 31 października przebierać się za potwory i kościotrupy. Nie można pukać do drzwi i prosić o słodycz. A grożenie, że się zrobi komuś psikusa, żart może być potraktowane jako groźba. Efekt? Areszt lub mandat w wysokości 500 zł.

“Kto w dniu 31 października danego roku kalendarzowego przebiera się za straszną postać, w szczególności za kościotrupa, czarownicę, wampira, diabła lub inną kojarzącą się z piekłem istotę, podlega karze ograniczenia wolności lub aresztu na okres nie krótszy od 15 dni” – dodano w petycji.

 

Jedno pytanie – co to jest straszna postać? Jak się brzydko ubiorę, to to jest to? Czy jak ktoś mi powie – ale się ładnie ubrałeś. Strasznie mi się podoba twój strój. To czy to też jest to? Mogą mnie wsadzić? Zapłacę grzywnę?

 

Mamy pielęgnować polską tradycję, szanować zmarłych, a nie figle i psoty uprawiać. Wspierajmyż narodową tradycję Rzeczpospolitej Polskiej. Przeciwdziałajmyż “szkodzeniu pamięci zmarłych i niszczeniu katolickiej tradycji ” oraz “zagrożeniu duszy”.

Ponoć Halloween starszym zwyczajem niż nasze Dziady jest.

 

– Halloween to zwyczaj obcy naszej kulturze, tradycji i wierze. Zamiast straszyć, świętujmy ze świętymi. Zachęcam do włączenia się w akcję Holy Wins, czyli „Święty zwycięża”. Promuje ona świętość, radość i dobroć – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, ksiądz Paweł Rytel-Andrianik. – Chrześcijanie nie świętują Halloween – dodał.

Ktoś ładnie napisał w komentarzu. Strasznie mi się podoba ta wypowiedź.

Orgia głupoty i szaleństwa

 

 

Przeżyłem i brałem udział w dwóch halołinach. Święto, które znałem z filmów i seriali amerykańskich wyglądało na fajną zabawę. A w rzeczywistości to jest jakiś dziki pęd za cukierkami. Dzieci nawet zapominały czasem powiedzieć „trick or treat”, tylko wyciągały rękę po słodkości. Jestem pewien, że gdyby ktoś powiedział, że wybiera psikusa, to maluchy pewnie by zgłupiały, a później by się po płakały, że nici ze zdobyczy. Urwisy latały po ulicy kompletnie nie patrząc czy coś jedzie. Rodzice nawet nie nadążali za nimi.

 

Miałem dwie ciekawe rozmowy podczas tego pogańskiego święta. Najpierw rozmawiałem z jakimś ojcem, który wydawał cukierki dzieciakom. Powiedziałem mu, że ja też zbieram, że nie znam tego święta, że po raz pierwszy w nim uczestniczę. Zainteresował się, a raczej się zdziwił, że taki stary chłop nie zna tego obrządku. Ale wyjaśniłem mu po krótce, że ja z katolickiego kraju jestem i my w boga wierzymy i takie tam.

A druga rozmowa była z pewną młodą mamą, która pochwaliła mój kostium. Jako że w zasięgu wzroku nie widziałem męża pani, to pozwoliłem chwilę zainteresować się moją osobą. Jej kostium też niczego sobie był – pielęgniarka.

 

Moja odezwa do ludzi, którzy mają takie ciekawe pomysły, jak ta o zakazie zabawy 31 października:

Trick or treat motherfuckers.

 


 

 

rozebrać się do rosołu

Po ponad 4 godzinach bulgotania słońce zajrzało przez okno. Szybko pogasiłem palniki, zasłoniłem rolety i włączyłem wiatrak.

Nalałem sobie talerz zupy i siadłem do stołu. Uf, jak gorąco. Pot mnie zlał. Takżem rozebrał się do rosołu. Ale bez sensacji proszę mi tu. Żadnych bezeceństw. Przyzwoity byłem. Nie do takiego rosołu.

Rosół na kaczce okazał się pyszny. Aż sam się dziwię, bom zawsze sceptyczny jest wobec swoich dań. Pozwoliłem sobie na dwa talerze.

Ryba w sosie też niczego sobie. Ale czuję, że to chyba koniec pichcenia w tym tygodniu. Za gorąco będzie.

Włączam internety i widzę, że ktoś śmiał zażartować sobie z naszego Sebastiana, prezydenta Wolski. Po angielsku ponoć rozmawiali. No wyuczony ten pan. Brawo Sebastian.

Oczywiście oprócz znajomości języka obcego, nie mój prezydent posiada również bystrość, inteligencję i poczucie humoru. Zorientował się, że to prank. No co za wspaniały i błyskotliwy prezydent. Dobrze chyba jednak wybrali Wolacy. Będzie chyba kupa śmiechu przez kolejnych 5 lat. Ciekawe czy nasz kraj przetrwa, czy do cna go roz…..

szum zebrany

Jakoś mnie na kaczkę wzięło. Nie, nie z powodu wyborów. A na temat tych elekcji, to muszę powiedzieć jedną rzecz. Śmieszą mnie komentarze, że Trzaskowski taki lider, że partię zakłada, że tłumy za nim pójdą, że ma poparcie. Hm, otóż, myślę, że wątpię. PO pokazuje dobitnie, że kiepskich ma strategów. Kolejne wybory przegrane. A co do majora Warszawy, to niech ktoś w końcu przejrzy na oczy i zauważy, że spora część ludzi głosowała przeciwko Anżejowi, a nie na pana Rafała.

I ta kaczka chodzi za mną i chodzi. Kwak. A to się chyba wzięło od tego, jak mój kolega z pracy Michał powiedział, że lubi pichcić, i na pytanie, co najbardziej mu wychodzi w kuchni, wspomniał właśnie kaczkę. No i się zaczęło. Ślina zaczęła mi lecieć. Odwiedziłem wczoraj ze 3 sklepy. W Carrefourze mieli i w Auchan też. Ale akurat tam to bym nie chciał kupować. Michaś już mi wytłumaczył, jak upiec ptaszka i jakich owoców użyć. Mam wszystko oprócz kaczki. Ale dziś jestem już po słowie z szanownym panem od kaszanki i mam się dowiadywać w piątek lub w sobotę. Jak nie będzie, to we wtorek przywiozą. Eh! Mlaaaaask!

Na dodatek wczoraj kolega Stasio, jak reperowałem jego Kindla, pokazywał zdjęcia upieczonych kaczych ud. Za długo trzymał w piecu. Receptura mówiła 80 min. Oj, to nawet ja wiem, że jak na ten typ mięsa i taki kawałek, to zdecydowanie za długo.

Kolega ma problem z e-czytnikiem. Nie może się zalogować. Jest połączony z wi-fi, ale jak chce się zalogować, albo pójść na zakupy, to ma komunikat, że nie ma dostępu do internetu. Wysłałem go wcześniej do serwisu, ale tam powiedzieli mu, że amazon blokuje czytnik, jak się długo nie używa. Problem z tym, że kolega nie zna angielskiego, jest już w pewnym wieku i nie rozumie za bardzo problemów związanych z tego typu sprzętem. Także odniósł wrażenie, że go spławili. Mnie się też tak wydaje. Mój kindle też polegiwał w szafce długo będąc nieużywanym. I za każdym razem, jak włączam, to działa.

Próbowaliśmy różnych sieci wi-fi i nic. Ja próbowałem się zalogować na jego kindlu i … dupa. Nada. Nic! Wczoraj właśnie się spotkaliśmy i zacząłem przeglądać amazon. Znalazłem chat z ekspertem. Po prawie godzinie i zmianie doradcy dowiedzieliśmy się, że kindle był kupiony na germańskim amazonie i tam powinniśmy szukać pomocy. Laska, która nas na początku obsługiwała jakaś mega nieogarnięta. Co chwilę prosiła, żebym przesunął palcem z góry do dołu po ekranie i wybrał „przywróć ustawienia fabryczne”. Za każdym razem jej mówiłem, że nasz kindle jest nietykalski i się nie da tak zrobić. No coś nie mogła załapać. Za trzecim razem dotarło doń. To tak jak i ze mną i moimi kolegami. Trzy razy trzeba coś powiedzieć nam, żebyśmy wbili do główki.

Wszedłem na germański amazon i tam dostałem komunikat, że nie ma pomocy telefonicznej w sprawie kindla. W sumie nie podali też jakiego rodzaju pomoc jest dostępna. Powiedziałem koledze, żeby poszedł do innego serwisu i zobaczymy co powiedzą. Spróbuję jeszcze na swoim czytniku pozwolić się zalogować koledze. Jak przejdzie, to znaczy, że jego sprzęt jest faktycznie uszkodzony.

Jeśli ktoś miał podobny problem, to szalenie jestem ciekaw rozwiązania problemu. Dziwna ta sprawa z kindlem. Prawie jak archiwum x.

 

Wracając do Michałów, to w sobotę Państwo z Europy na K. zaprosiło do się. I dziękuję im serdecznie, bo gdyby nie ta inwitacja, to okazałoby się, że w tygodniu ubiegłym zjadłbym mięso ZERO RAZY! Uf. Udało się na szczęście. Pani z Europy na K. kiełbaski i szyneczki nakroiła. A ich termomix zrobił nam pyszne drinki na bazie rumu. Mlask. No i ich bąbelek, a mój BFF, Michaś zrobił nam przepyszną chałkę! Dziecko ma talent. Tak smakowitego wypieku nie jadłem dawno. Jego chałka była o niebo lepsza, niż buła, którą upiekł jego ojciec w kwietniu. Brawo Michał!

Wracając do kaczki. Przeglądałem sobie przepisy różne i w kilku z nich było, że rosół można nastawić z szyi i korpusu. No to przepadłem. Właśnie zebrałem szum. Zupka się pichci.

Zaszedłem na bazar. Na szczęście była porcja rosołowa z kaczki. U pań w warzywniaku kupiłem gigantyczną włoszczyznę i duże jaja. I zadałem sobie jeszcze bobu, bo lubię ogromnie. Co do jajek, to nie wiem skąd biorą, bo nie zawsze mają. Raz jak byłem, to jedna z właścicielek, pani Tereska, powiedziała, żebym przyszedł jutro, to będą te duże. I panie zawsze zakładają gumkę na jajka, żeby nic nie wypadło i nie pękło. Lubię u nich robić zakupy. Dobra. Pytanie. Czy rosół z kaczki też mam gotować 5 godzin? Czy ze 2 godziny wystarczą? Już mnie ssie na samą myśl tej pysznej zupki. Dobrze, że nie jest gorąco i słonecznie, to może jeszcze z godzinę popyrkać mi zupka.

 

Jakby kto znał jakiś przepis albo dobry pomysł na stek z zębacza, to chętnie. Planuję przydusić go w warzywach z sosie ze skorupiaków. Jakieś inne, ciekawe propozycje?

 

Wczoraj jakiegoś debila strąbiłem pod robotą. Idiota zapieprzał na rowerze po chodniku. W ostatniej chwili go zauważyłem i udało się zahamować na początku zebry. Za nim jechał kolejny artysta na hulajnodze. Cyklista nawet nie wzruszył się. Poleciał dalej. Mam wrażenie, że nie słyszał mnie nawet, bo słuchawki miał w uszach. Za to koleś na hulajnodze mi nawrzucał. Ale jako że był po mojej prawej, to go nie słyszałem. Na skrzyżowaniu z Sienkiewicza zatrzymałem się, żeby przepuścić pieszych na przejściu. I podjeżdża artysta na hulajnodze. Odkręcam szybę i się uprzejmie pytam, czy chciałby mi coś powiedzieć. Ojej, jak się nasłuchałem. Że szanujmy się, że od lipca kierowca ma obowiązek się zatrzymać i przepuścić ludzi na przejściu i takie tam idiotyzmy. Pozwoliłem mu skończyć i się zapytałem, czy tu jest ścieżka rowerowa? Znowu usłyszałem, że powonieniem go przepuścić, bo są czasem takie wyjątkowe sytuacje, a nie tylko przepisy i przepisy. Dzieciak mnie wkurzył nie na żarty. Postanowiłem zakończyć dyskusję bulletpointami:

  • Po pierwsze, zatrzymałem się i przepuściłem
  • Po drugie, to nie jest ścieżka rowerowa i się nie przejeżdża po przejściu
  • Po trzecie, trąbiłem na rowerzystę

Dzieciak się chyba w końcu zreflektował.

Ludzie rzeczywiście nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa i zagrożenia. Idiota na rowerze naprawdę jechał bardzo szybko. Co w ogóle jest dziwne, bo tam przy Filharmonii jest dosyć mało miejsca na chodniku.

Tydzień temu inna cyklistka na mnie wpadła. Wracałem nogami do biura od Marszałkowskiej, czyli szeroki bardzo chodnik. Po mojej lewej szła kobieta. Odległość między nami była duża. Ale ja zacząłem schodzić w jej kierunku i kierunku wejścia do budynku. Jakaś dziewucha postanowiła przejechać między nami. Ale nie spodziewała się, że „szpara” między mną, a innym pieszym szybko zmaleje. I przyładowała mnie w łokieć. Na szczęście laska z roweru nie spadła. Odwróciliśmy się oboje i panna na mnie spojrzała z pretensją. Chyba naprawdę zacznę gonić i zrzucać z rowerów.

3 lata temu miałem kraksę. Jechałem wolno. Dziewoja na veturilo jechała z naprzeciwka. Zagapiła się, a właściwie to nie patrzyła przed siebie, tylko na to co się dzieje na bulwarach, i nasze kierownice się szurnęły. Jak leciałem przez kierownicę, to usłyszałem tylko – dobrze, że ma kask. Pamiętam tylko moment odrywania się od roweru. Następne co do mnie dotarło, to fakt, że leżę na ziemi. Koziołka nie pamiętam. Mądry ten mózg. Dziewucha na miejskim rowerze po prostu stanęła w miejscu. Nic się jej nie stało. To wtedy właśnie ekran mojego telefonu poszedł w drobny mak. 600 zł w piach. A właśnie. Coś mandatu nie widzę. Może faktycznie, jak się wypełni nie niebieskim, to anulują. Oby.

Także bezpieczeństwo przede wszystkim. Kaski na łby i zachowujmy dystans. Z rowerem na ulicę, a nie na chodnik.

i po wyrobach

kacze pióro!

Blisko było.

Kolejne 5 lat z Budyniem, DługoPiSem, Sebastianem, Anżejem i jego … Damą. Kolejne 5 lat tej pyzatej, kretyńsko uśmiechniętej facjaty.

 

Ale wyciągam pozytywy. To ostatnie 5 lat tego pana. Mam nadzieję, że przepadnie po 2025 roku, tak jak jego poprzednik Bredzisław K.

 

ludzie to som jednak takie interesowne

I jakie zachłanne.

Nie dalej jak tydzień temu, a właściwie dokładnie tydzień temu, zawiozłem na spotkanie grillowe sernik. Mojej roboty.

Spotkanie bardzo fajne. Pod względem towarzyskim i smakowym. Przed podaniem płaszcza wyjechał na stół sernik mój wraz z kawą (dla chętnych). Mlask i mniam był. Pomruk tu i tam przeszedł. Smakowało znaczy.

I tak po, w poniedziałek, czy kiedy, rozmawiam z Piotrkiem i się pytam, czy dużo tego sernika zostało. I dlaczego nie dostaliśmy na drogę. I w ogóle, dlaczego nie oddano mi blachy z pozostałością. Olimpia co prawda mówiła przy bramce, że blacha trafi do mnie na kometce, ale hello! Musiało coś zostać. Piotruś tak łakomliwie mi powiedział, że dwa kawałki jeszcze zjadł! Co za ludzie. Jakie zachłanne! I chyba żonie kolegi zrobiło się głupio, bo zapytała mnie w ajMasażu:

– czy lubi Pan cukinię

– lubi – odpowiedziałem

– dobrze 😉

– z góry dziękuję

 

Tak jak mi się wydawało, w środę wraz z blachą dostałem zielonego stwora. 950 gram! W nagrodę, wraz z Piotrusiem zmasakrowaliśmy Pana z Europy na K. i Felipe w kometkę. 6-1 dla nas. Takiego pogromu jeszcze nie było w historii naszych batalii. Piotruś się strasznie wyrobił w tę grę. To było w środę. W czwartek pojechałem do Białego.

Zabrałem cukinię do rodziców, bom nie chciał, żeby się na Sadybie sama zanudziła i zepsuła. Na placki padło, że będziemy robić. I dzięki Bogu, że wcześniej oddałem rodzicielom moją maszynę do mielenia mięsa, którego za bardzo nie jem, wraz z różnymi końcówkami. Dziś wytłumaczyłem im do czego służą poszczególne metalowe nasadki. To do ziemniaków, to nie wiem, to może do cukinii, a może to, a to do szatkowania kapusty? Sam w sumie nie wiem do czego to było. Ale po okach w tych końcówkach można mniej więcej było wydedukować.

Cukinia ma strasznie twardą skórę, także ręczne tarkowanie byłoby udręką albo karą boską. Miąższ też taki jakiś inny niż u tych sklepowych. Nie wróżyłem sukcesu tym plackom.

Ale po kolei:

– zetrzyj cukinię i 1 cebulę na grubych okach

– posól (1,5 łyżeczki) i na durszlaku zostaw na kwadrans. Po tym czasie jeszcze łyżką przejedź po tej papce, żeby odcisnąć i docisnąć

– pieprz, 1 jajo, 5-6 łyżek mąki pszennej, 3 łyżki bułki tartej. No dodajemy tej bułki, żeby zagęścić ciasto. Także może być mniej lub więcej, czyli mniej więcej 3 łyżki

– można dodać koperku albo natki pietruszki.

I smaż radośnie i beztrosko.

To nasmażyliśmy. Oczywiście cały proces obfotografowałem i wysłałem do pani Ogrodniczki. Ta już się oblizuje i mi tu mlaszcze. Że już w drodze do Białego są i się zastanawiają, czy nie zajechać do mnie. Ludzie to są takie interesowne! Za późno – odpisałem szybko.

Mamie smakowały bardzo, a Tato rzekł „prawie jak kartoflane”. Czyli też posmakowały. Ale żem se smaka narobił na nowo. Ciekawe czy obsmarowane, i zachłanne, i interesowne Państwo G. zrewanżuje mi się znowu jakimś zielonym potworem? Choć nie. Lepiej nie. Przecie to by była kara boska! Udręka jakaś. Pomidor!

koszmar bieżącego lata

 

 

Nie wiem co jest, ale miałem koszmar ostatniej nocy! W moim magicznym domku!? Dziwne. Paranormalne.

Sen był jakiś wyborczy i składał się z różnych epizodów. I wszystko się zaczęło chyba od tego, że jadąc do Białego mijał nas Budyń aka Sebastian asystowany przez migające i wyjące auta. Pewnie się agitował w Suwałkach. I ten fakt, i wybór mojej Mamy spowodował, że śnił mi się nie mój prezydent Wolski.

Najpierw koło bloku mojej siostry zatrzymał się wehikuł, z którego wysiadł Sebastian. Jak gdyby nigdy nic zarzucił na ramię torbę i poszedł na zakupy do Biedry! Czyli to prawda, prezydent wszystkich Wolaków. Prezydent wolskich spraw. Eh. Super kandydat.

Druga część koszmaru działa się przy ul. Sokólskiej 3. Podjeżdżam ja ci autem i widzę, że Pierwsza Dama parkuje przy moim budynku. Ponoć miała coś z naszego mieszkania zabrać. Jakieś stare rzeczy Sebastiana. Parkuję przy klatce, żeby drzwi szanownie otworzyć Pierwszej Damie i …

I nie przylazła! Czekam jak głupi. Okazało się, że z tych emocji zostawiłem kluczyki od auta w domu w Waw (to ciekawe jak w ogóle udało mi się przyjechać! Ale jak wiemy, sny mają swoje własne prawa, których szkiełko i oko nie pojmie nigdy).

I stoję jak ta pała pod klatką. A moje auto blokuje przejazd. Wioska. Pewnie Pierwsza Dama poszła do Biedry pomóc staremu taszczyć zakupy.

Obudziłem się niewyspany. Koszmar!

A rano włączyłem oba komputery i zacząłem pracę zdalną.

Na prywatnym lapsie odpaliłem Radio Nowy Świat i z taką pewną nieśmiałością słucham. Poranna Manna na dzień dobry. Nigdy nie przepadałem za Mannem, ale teraz słucham z takim rozrzewnieniem.

Napisałem tekst do Arka-Zegarka, który wspiera finansowo ten projekt. Jest patronem. Nie wiem czy mogę przytoczyć naszą rozmowę, bo namawiam kolegę do przemocy domowej. No cóż mogę powiedzieć. Kolega Arkadiusz jest freak-iem muzycznym. Trójkę uwielbia(ł), to nie dziwota, że do tego nowego projektu ma słabość. Ja się cieszę, że w końcu ruszyli, bo tego nowego radio (b)Z(d)et, to znaczy nowej Trójki nie da się słuchać.

Ok. Arkadiusz udzielił zgody na publikację naszej konwersacji. Ale ostrzegł, że jego szanowna małżonka, a moja szalenie serdeczna przyjaciółka Ula też czyta moje wypociny. Ula, ja tylko żartowałem. Przemocy domowej mówmyż stanowcze NIE.

Dla przeciwwagi, żeby nie było, że tak Dudę lubię, wrzucam fotkę. Już fani Sebastiana atakują.

Miłego piątku wszystkim. Niech ten koszmar od niedzieli się już skończy. WyPAD 2020!

w moim magicznym domku

W moim magicznym domu
Wszystko się zdarzyć może.
Same zmyślają się historie,
Sam się rozgryza orzech

https://www.youtube.com/watch?v=3OHsDHVSTYc

Orzechy same się nigdy nie rozgryzały. Ale reszta to sama prawda! A kot Maciej całymi dniami w fotelu nie siedział. I nie lekceważył żadnej pracy. Ale czy fascynujący z niego facet?

Nie wiem, czy już się domyśliliście wszyscy, ale tak, odwiedzam stolicę Podlasia. WhiteStock. Mój serdeczny przyjaciel Radzio wracał z firmy do Biełago, to się zabrałem. Państwo z Europy na K. będzie wracało w sobotę lub w niedzielę, to mnie zgarnie.

Na sam przód Mama mnie załamała. Bo będzie głosować na … No źle będzie głosować. I weź jej wytłumacz – mówi mój kochany Tato. Ale czy Trzaskowski jest dobrym prezydentem Warszawy? – pyta rodzicielka. No tak, ten trochę młodszy, to może i lepiej – kontynuuje. Mamo, oni są w jednym wieku! – informuję uprzejmie. Powiedziałem później siostrze i jej bąbelkom, że ich babcia zwariowała. Także jak wygra Budyń, to wszystko dzięki mojej Mamusi. Eh, ten Białystok. Nigdy nie wiesz, co cię tam czeka.

A przyjechałem, bo ciągło. Od Bożego Narodzenia żem nie był, bo wiadomo co. W pociąg nie wsiądę, w autobus tez nie. Także przyjechałem okazją.

U siostry bąbelki knuły jakąś akcję – namówić matkę na podanie karty kredytowej w Uber, żeby można było hambuksy zamówić. Finalnie skończyło się na tym, że poszliśmy we 4 do Sztuki Mięsa koło naszego liceum (mojego i mojej siostry). Wiadomix, wszystko co dobre mieści się koło najlepszej szkoły na świecie – I LO w Białym im. Adasia tego od „a imię jego 44”. Szwagier jakiś niewyjściowy był i został w domu, co go pewnie ucieszyło.

Jedzenie dobre. Wystrój jakiś taki nijaki. Ja zamówiłem kalmary, bo nie mieli vege burgerów. W menu, w sekcji steki opisali jak można je zamówić. I na końcu, przy wysmażonym napisali po opisie „Szef kuchni nie poleca!”. Hehehehe. Ale serio. Kto by chciał wołową podeszwę jeść? Kiedyś ze Słodkokwaśnymi jak byliśmy we Lwowie w knajpie na mangalicy, to obok jakieś ruskie brały wysmażone na wiór mięso wołowe. Ok, kwestia gustu.

Po jedzeniu przeszliśmy się brodłejem, tzn. najgłówniejszą ulica miasta – Lipową przechodzącą w Rynek Kościuszki. Albo odwrotnie, w zależności od którego kościoła się startuje.

Jadąc do domu, na rogatkach miasta, rozpościerała się panorama stolicy Podlasia. Co było widać? Wieże cerkwi, wieże kościołów, Castorama, logo Makro Cash & Carry. Także jak ktoś chce zwiedzić centrum Białego, to zaczyna albo od białego kościoła św. Rocha i kończy na czerwonym Farnym. Albo odwrotnie. Przy Ratuszu, który nigdy nie pełnił funkcji administracyjnych od groma ludzi. To taki nasz Rynek Starego Miasta. Knajpa na knajpie. Social distancing w Białym chyba wyjechał już na wakacje, bo beztroska olbrzymia.

Pod domem popatrzyłem na trawnik między parkingiem i blokiem i łza na rzęsie mnie się zatrzęsła. Kurczaczki, ale zarosło. Przecie 30 lat temu ja na kocyku, podczas wakacji rżnąłem w karciochy! 3-5-8, brydż, pan i inne takie.

Eh. Kupiłem kilka bronksów, żeby z Papą wypić, ale rodzice już kończyli dzień. Mama jakieś bzdury propagandowe na TVPiS, a Tato jakieś paradokumenty na Polsacie.

Mój pokój jakiś taki malutki. Skurczył się. Kiedyś mieszkaliśmy w nim we dwójkę, z siostrą. Tapczan-półka i rozkładane łóżko. Później nas rozdzielili. Ale w tym pokoju prawie zawsze wisiał ten obrazek. Jakiś Da Vinci chyba.

Dobra, czas jakiegoś horrora odpalić na Feflixie.

Fajnie jest w domu. Fajnie tu wrócić.

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑