Miesiąc: maj 2017

alba

Taki to będzie jakiś nijaki wpis. Bo taki na siłę. Bo wszyscy pytają jak było w Szwecji. To w końcu, po prawie miesiącu, będę donisił i obwieszczał.

Było fantastycznie!

Wracam tam jeszcze. Z miast, co prawda tylko Edynburg zwiedziliśmy. A pierwotnie chciałem Glasgow, bo tam kolega i koleżanka. Wiadomo, zawsze można wyżebrać nocleg, bo funt odstraszający i mało przyjazny.

Tak, było drogawo. Ale bez przesady, na piwo było stać nas. I tak najwięcej pieniędzy poszło na paliwo, auto, apartament i dziecięcą rozpustę.

Wracam do Szwajcarii na pewno. Glasgow odwiedzę. A jako, że wizzair lata nie w każdy dzień, to może wystarczy jeszcze czasu na jakiś wypad na północ.

Wyjazd był bardzo relaksujący, bo towarzystwo wyborne, bo pogoda nam dopisała (a wtedy w Polsce nie było ciekawie). W mieście mieliśmy 14 stopni, a poza nim i 20, i słońce, i pogodę.

Edynburg bardzo mnie urzekł. Takie miasto nie z tej epoki. Gdyby wjechał król na koniu ze swoją świtą, wcale bym się nie zdziwił. Tylko fakt, że miałem internet w telefonie, przekonywał mnie, że mamy XXI wiek. Po mieście można by chodzić w nieskończoność. Tam zajrzeć, tam usiąść, tam się wspiąć na zamek. Muzeum pod gołym niebem, jak mówią Rosjanie o St. Petersburgu.

Trafiliśmy na długi weekend w Szkocji, więc w niedzielę było tłoczno i był problem z usiąściem na jedzenie. Wcześniej zrobiłem wywiad kulinarny. Kolega Szkot nie zachęcał do dań swojego kraju. Same jakieś mączne albo tłuste, żeby ogrzać ciało w zimne dni. A jak wiemy pogoda szkocka to nie Egipt. Włoskie, indianskie i chińskie – takie restauracje dominują. Byliśmy i w pierwszej, i w drugiej. Pyszne jedzenie. Do trzeciej nie doszliśmy. Zgłodniałym, wybrał Meksyk.

Na drodze też miało być tłoczno, bo poniedziałek wolny. Jeśli to jest wzmożony ruch, to zazdroszczę. Zapraszam Szkotów do Polski na korki drogowe.

Poza Edynburgiem!? Pięknie. Zamek na wzgórzu, zamek na klifie, ruiny zamku przy wiejskiej drodze, po środku niczego. Ludzie mili. Choć kolega z Londynu twierdzi, że mili, bośmy z Polski. Dla niego nie byliby tacy. Myślę, że kolega Anglik przesadza.

Także widziałem to co planowałem – wrzosy (z ręki mi jadły), klify, zamki, (g)murki wzdłuż drogi. Lasów nie ma za bardzo, to temu pewnie w takim „kamiennym kręgu“ są.

Ah! I objawił się nam potwór z Loch Ness! Basia kręciła akurat jak się jej Bąbelek bawił na kamieniach w jeziorze na brzegu. Na chwilę skierowała obiektyw na starego i już słychać było krzyk Bąbelka! Potwór chciał go w otchłań wciągnąć. Na szczęście starsza siostra wyciągnęła pomocną dłoń. Wszystko mamy prawie nagrane – tylko samego ujęcia jak potwór wciąga młodego nie ma. Morał jeden z tej historii – nie kręcić starego na przyszłość.

Spotkaliśmy kilku Polaków. W miejscowości Inverness jednego. W sumie mógłbym zacytować co krajan mówił (przez telefon rozmawiał), ale dzieci mogą czytać. Ale w sumie co mi tam. Nasz ziomek rozmawiał tak:

  • nie dzwoń do mnie więcej !@#$%^&* #$%^& %^&*( %^&* @!#

Drugi Polak spotkany został przy jedzeniu pysznego fisz and czips! Szkot nas zaczepił i jak się dowiedział, że jesteśmy z Polski, to od razu oświadczył, że czeka na kolegę z naszego kraju. I przyszedł taki wesoły Romek tylko z reklamówką w ręku. Spod Lublina chłopak. Postanowił na długi weekend odwiedzić Szkocję i tak sobie jeździ po okolicy. Bardzo sympatyczny, pozytywny młody człowiek.

Pozostali Polacy, to już w Edynburgu – kelner w knajpie meksykańskiej i barman w pubie. Hm. Niech im się wiedzie jak najlepiej.

Fanem Harrego Pottera nie jestem ale kupiłem wszystkie części jego przygód. Mój chrześniak pyknął je wszystkie w trymiga, z 10 razy. To obstrykałem i most, i jezioro, i jakąś wieżyczkę.

Bardzo przypadł mi do gustu Tantallon Castle. Może dlatego, że to były największe ruiny, jakie udało nam się zwiedzić. Pozostałe zamki mniejsze były. Polatałem też na koniec sam po ruinach. I dopiero przy wyjściu pan od wejściówek pokazał mi zdjęcie ducha w oknie! Gdyby zrobił to na sam przód, to bym nigdy nie odważył się na odłączenie od grupy! Strach by mnie obleciał!

Szkocję polecam. Piękny kraj. Fakt, mieliśmy ogromne szczęście z pogodą. Odwiedzę raz jeszcze i może tym razem uda się do Glasgow, do przyjaciółki pani inż. hab. ze Szczecina (a może i samą panią uczoną też namówię?), wielkiej fanki Leonarda Cohena i do Neila, szkockiego Szkota.

Ale z drugiej strony, widziałem na Instagramie zdjęcia kolegi z jego wycieczki do Irlandii. Też zachęcająco to wyglądało.

To krakowskim targiem, niech będzie Islandia! Ale o wrażeniach z tej wysepki dopiero pod koniec sierpnia. Na razie tylko bilety i ubezpiecznie kupione.

first of all, …

… czyli festiwal. Mój lektor mówił „first of all“ w takim stylu, że ja myślałem, że on mówi „festiwal”.

Byliśmy wczoraj na Festiwalu Wódki i Zakąski. Może w tym miejscu wypadałoby dać parafrazę nazwy tego wydarzenia? Choć nie. Bo to by już negatywnie nastawiało niektórych przed przeczytaniem tego wpisu.

Przede wszystkim i po pierwsze, muszę pochwalić pomysł. Bardzo fajna inicjatywa. Miejsce (Forteca Kręglickich) też trafione. Dużo wystawców, można było testować. Każdy opowiadał o swoich trunkach i pysznościach. Szkoda, że nie było zakąsek. Kilka stoisk miało coś „na ząbek“. Na ten przykład, na stoisku Bieługi podawany był kawior. I to dobry. Sporo wystawców zachwalało dary z Rosji i były to dobre dary. Wspomniana Bieługa, ale też napój z Syberii Mamont zaskoczył nas. Wódka syberyjska była trzecim napojem spożytym. Jako drugi, rzucił nam się napój z Austin w Teksasie w oczy – Tito‘s. I tak się składa, że mam koleżankę w Austin, i tak się składa, że miałem na sobie t-shirt z napisem „Keep Austin weird“, i tak się składa, że nam Teksas, oprócz muzyki country, kojarzy się z whisky. Także zaskoczeni byliśmy wódką stamtąd. Teksańska koleżanka, jak tylko dostała zdjęcie ode mnie, odpisała – e tam, to tylko Tito’s. Może być. No nam zasmakowało. Wróciliśmy jeszcze do nich. Tito’s i syberyjska wódka, to było jedno stoisko. A dodatkowo na części białej pani mówiła po rosyjsku, co nasz kolega rusofil wykorzystał od razu.

A co było pierwsze pite? Ha, taki „suspence“ (czytaj saspens). Pałac Kultury. Dwaj panowie opowiadali o wódce. Wiadomo (ponoć), że jak zapytasz obcokrajowców z czym się kojarzy Polska, to ludzie mówią „Pałac Kultury“. A ja myślałem, że z wódką się Polska kojarzy tym za granicą. Hashtag dobra zmiana. Na tym stoisku też zakąska była – wysuszony migdałek.

Organizacyjnie doceniam chęci i pomysł. Z wykonaniem gorzej. Szczególnie części kulinarnej.

Dobry pomysł to kielkiszki na smyczy, czyli zestaw „wolna ręka“. Poręczne i sprytne. Ciekawe.

Żenujący był pomysł z kuponami na jedzenie i picie (dwa różne kupony). Żeby coś zjeść, trzeba było zaopatrzeć się w kupony. Tanio nie było. Doliczywszy za wejście 79 zł (dzień) lub 99 zł (dwa dni), impreza raczej do najtańszych nie należy. Przykłady żywieniowe – ohydna tortilla z kaszanką (gratuluję pomysłu i nazwy) – 3 lub 4 bony, smakujący jak nic hot dog z białą kiełbasą i kapustą kiszoną 3 bony. Jeden bon kosztował 5 zł i trzeba było kupić od razu zestaw 5 bonów, bo 1, 2, 3 lub 4 nie dało się. W środku na szczęście jedzenie o niebo lepsze – śledziki (2 bony), smalce i inne zakąski i przekąski. Z napojami też nieporozumienie. 1 bon za colę ale, tak samo jak z jedzeniem, nie możesz nabyć jednego – musisz kupić od razu 5.

Doceniam pomysł, rozumiem zamysł „kuponizacji“ ale do przemyślenia na przyszłość.

Na głównym placu było i za ciepło, i za głośno. Pan ciekawie o wódkach Chopin opowiadał ale co z tego, jak słyszał go tylko jeden kolega. Ja już nie. Bo jakiś niemrawy pan ze sceny opowiadało różnych trikach i drinkach barmańskich. W bocznych korytarzach/tunelach za to było kameralnie i chłodno. Do ciekawych stoisk zaliczyć mogę wódkę o nazwie Pravda. A, może ze względu na pochodzenie i sentyment, najbardziej przyjemnym towarzystwem okazali się ludzie promujący dary Puszczy Białowieskiej z Lewkowa Starego. I ten czarny bez też niczego sobie. No i jak to? My nie wiemy, gdzie Lewkowo jest? Wiemy. Obok Narewki.

Festiwal polecam. Ciekawa wycieczka, interesujące doświadczenia smakowe.

Na dzień dzisiejszy nazwałbym to wydarzenie albo „Festiwal Wódki i …“, albo „Festiwal Wódki i gdzie są zakąski?“. Ale nie czepiajmy się. Festiwal Wódki polecam!

Po festiwalu pojechaliśmy coś zjeść na Nocny Market. Ale to opowieść na inny wpis. Dla mnie to miejsce jest przereklamowane i zdecydowanie za drogie. Ale jako marketingowiec, mogę potwierdzić starą prawdę – coś kosztuje tyle, ile ktoś za to zapłaci 🙂

 

piecze nie

Nie piecze już tak dużo jak kiedyś. W ogóle się zastanawiam, czy remontu nie zrobić. Po co lodówka, jak tylko światło w niej i odżywiamy się zdrowo. Warzywa, owoce, kasze – teraz to jemy. Żadnych serów i mięs. A tak, jak lodówka jest, to od razu jakieś pyszne boczki w niej się znajdą. I inni przyjciele cholesterolu i moich boczków.

Piekarnik piszczy, jak się skończy. Pralka też się odzywa po robocie – zaczyna piszcześć, dzwonić, sygnalizować. A ja wtedy zajęty innymi sprawami i tylko odpowiadam „zara!“. Dobrze, że zmywarki nie mam.

U znajomych jak jestem i siedzimy sobie, to co chwilę coś dzowni. Ja tylko mówię albo:

  • coś się skończyło, albo
  • co się skończyło?

Także może pozbyć się lodówki i piekarnika? Może wtedy by się znalazło miejsce na jakiś salon?

 

3 lata za chwilę będą, jak się zaczeła metamorfoza na Bonifacego.

 

Ale ja nie o tym.

 

Tak w ogóle co tam, bo dawnom nie pisał. W Białym byłem 3 razy w przeciągu miesiąca.

bia 5

Święta, Konfirmacja chrześniaka, komunia Bąbelka. Same koszty. Ale jakie wrażenia!?

Bierzmowanie to (tak mi przynajmniej tłukli na religii) najważniejszy rytuał w tej religii. Bo to taki sakrament dojrzałości. Scalanie z Bogiem i takie tam. Masz bierzmowanie, to możesz chrzcić inne baranki boże, możesz świadkować na ślubie. Tak, zgadzam się, że to ważny sakrament. Chrzciłem i świadkowałem. Zgadzam się z tym osiąganiem dorosłości i dojrzałości w tej religii. Bowiem, ja po mojej konfirmacji przejrzałem na oczy i zacząłem unikać tego miejsca. „Na msze“ chodziłem do naszej amerykańskiej koleżanki, która wtedy mieszkała na tej samej dzielni.

Komunia Bąbelka odbyła się. Tyle mogę powiedzieć. Nie chcę obrażać uczuć innych. Może ktoś chadza tam z własnej, nieprzymuszonej woli. Ja chadzam z własnej, ale jednak z przymuszonej. O, mam. Nie wybudowali tego miejsca dla mnie. To nie jest religia, na którą czekałem. 🙂

I jeszcze ciekawa rozmowa z 10-letnim Bąbelkiem, który robił listę rzeczy do kupienia po komunii.

Bąbelek – wujku, a będziesz kupował nowy iPhone?

Ja – tak. Pewnie na jesieni

B – aha, to oddasz mi tego?

Ja – nie, co najwyżej mogę Ci sprzedać, to droga rzecz, żeby oddać

B – aha, to 600 zł jest wart?

Ja – nie wiem. Kosztował więcej. Może za 2 500 zł go sprzedam, dołożę i kupię nowy

B – ale wujku, jak wejdzie nowy, to cena starego spadnie. I może za 600 zł mi go sprzedasz

Ja – zobaczymy na jesieni

 

No Bąbelek bardzo wyrachowany. Ale, dla przeciwwagi, muszę pochwalić brzdąca.  Powiedział nawet mojej mamie tak – babciu, jak będę duży, to pojadę do Nowego Jorku i zarobię milion dolarów, żebyś już nic nie musiała robić 🙂

Ale ja nie o tym. Wiadomo, że polityka i wiara, to wrażliwe tematy dla Polaków.

 

Ja o Białym. Po razkolejny fajnie mi się po mieście chodziło. Polecam wszystkim odwiedzenie stolicy Podlasia (?). Byłem nawet w pubie Lalki. Jaaaaaa! Nic się nie zmieniło w tym lokalu od liceum.

bia LALKI

Ten sam barman, to samo wnętrze, ten sam kibel. Ale Lalki lubiłem zawsze, więc jest OK.

Zaszedłem też do Centralu! Jaaaaaaa! Czas stanął w miejscu!

bia Central

Nie zmylili mnie zmianą wystroju. Pamiętam do dziś to traumatyczne miejsce. Zima, ja, mały, gruby Bąbelek. Lat? Ja wiem? Z 4? 5? 6? Mama miała czarne futro i srebrną lisią czapkę. Po coś przyjechaliśmy do Centralu. W pewnym momencie stwierdzam, że to czarne futro i ten farbowany lis to nie moja mama! I w płacz, i w szloch, i w lament „Gdzie jest moja mama?! Gdzie jest moja mama?!“. Siostra się ze mnie śmiała później. To dlatego pewnikiem się laliśmy aż do liceum. 🙂  Tylko 2 i pół roku różnicy, także na początku było ciężko wlać starszej.

Wracając do wydarzeń w centrum handlowym – mama mnie znalazła i było (niby) OK. Ale pamiętam to jak dziś. Trauma!

Także Central przeszedłem bardziej w celach tursytycznych i wspominkowych, niż zakupowych.

Przeszedłem się też na tory, na których się bawliśmy.

bia TORY

Nie wdaję się w szczegóły, bo człowiek młody, to i głupi. I to bardzo.

Podoba mi się, że na brzydkich blokach i innych budynkach pojawiają się fajne graffiti lub dzieła.

bia graf

 

Podoba mi się, że idąc dużą ulicą, wystarczy spojrzeć w lewo i już się ma inny świat.

bia sklo

Właśnie! Wiem co muszę jeszcze zobaczyć! Ulicę Koszykową. Mieszkaliśmy tam do mojego 4 roku życia. Rodzice wynajmowali dom. To tak naprawdę chyba była kuchnia i duża izba. Teraz się mówi na to salon. Pamiętam właścicieli – starsze małżeństwo. Pamiętam dwa duże psy i to, jak siedziałem z nimi w budzie i obgryzaliśmy razem kość.

Polecam Białystok każdemu. A wiosną szczególnie! Zielono?! Красота и класс.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑