Miesiąc: wrzesień 2021

plusk

spod prysznica słychać PLUSK, to Kaczora kąpie Tusk

 

nie żadne mi tu alergije! Na nic te peelingi cukrowe! Żadne świerzby! Nie-e!

Mam pluskwy, plusk jego mać! Choć nie, czas przeszły. Miałem ja ci pluskwy.

Od miesiąca coś mnie swędziało. Na ciele żadnych oznak. Alergia pewnie. Ale nie tak dalej jak w czwartek 16 września zauważyłem, że beztrosko pomyka sobie robaczek. Szybkie foto PSTRYK, PSTRYK i rozesłałem wiadomości z prośbą o rozpoznanie, identyfikację. Wielki Pe ma brata leśnika i szybko napisał mi, że to jakaś wesz jelenia. Wygoogleowałem i patrzę, że to faktycznie wszy jelenie vide strzyżaki sarnie. Niby taki latający kleszcz, ale na szczęście boreliozy nie sprzedaje. Ufff. Kolega zza granicy skonsultował w pracy i odpisał szybko – bed bugs! Och nie.

W poniedziałek wróciłem z krótkiej wycieczki i poszedłem spać. Pomyślałem, że jak 3 dni nie jadły, to nic mnie nie ruszy. Pewnikiem zdechły z głodu. Ale cholery zaczęły mnie gryźć jak opętane. We wtorek rano otwieram internety i znajduję artykuł o tym jak się pozbyć … pluskiew. Przeraża mnie ta permanentna inwigilacja. Wszystko już o nas wiedzą te internety. Ale czytam sobie z zaciekawieniem i z każdym zdaniem nie do śmiechu mi było. Niestety nie da się łatwo usunąć tego cholerstwa. Nie mam też za bardzo możliwości w domu, żeby skutecznie przeprowadzić eksterminację. Gdyby było minus 20, to bym zawołał kolegów i raz dwa łóżko na dwór byśmy wystawili. Do zamrażalnika się niestety nie zmieściło. Z porad, przydatnych mi, zapamiętałem dwie rzeczy – para wodna. Ha! mam pralkę z funkcją pary oraz kiedyś miałem mopa parowego. Gówniane urządzenie, nie za bardzo się sprawdzało, więcej wody niż pary, więc wyrzuciłem. Teraz szybciutko do allegro po pomoc się zwróciłem i z dnia na dzień dostarczyli nowy mopik parowy (małe takie kupiłem. Nie większe niż dzbanek).

Będę kląć. Dobra, skurwysyny, jedziemy z tym koksem – tak powiedziałem, po czym rozkręciłem łóżko na drobne części.

Pokrowce, które się udało zdjąć wrzuciłem do pralki parowej. Firanki, pościel, zasłonki również się wykąpały. Jedne tekstylia zażyły kąpieli wodnej w 60 stopniach, drugie tylko wyparowałem. W ciągu dnia rozmawiałem z koleżanką z pracy i ta mi klarownie przedstawiła temat pozbywania się cholerstwa z domu. Też miała pluskwy, tak się jej wydawało. Nogi łóżka kazała mi okleić taśmą dwustronną. Bo jakby chciały wejść do mnie na materac w nocy, to się przykleją. I też wspomniała o parze, o zamrażalniku. Dodała jeszcze ozonowanie mieszkania i żelazko. Na szczęście u koleżanki okazało się, że ma … alergię. Szczęściara.

Na ramie łóżka znalazłem dwa, sporych rozmiarów skupiska czarnych kropek. Jajeczka znaczy. Przetarłem szmatą nasączoną płynem do dezynfekcji z Orlenu i … NIC. No to potraktowałem intruza parą wodną. Oj, od razu się zrobiła czarna maź. Przetarłem szybko, przyłożyłem żelazko i się uśmiechałem – gińcie skurwysyny.

Kolega ze Szwecji co chwilę pisał – are those motherfuckers gone?

Wytępiłem, tak mi się wydawało, robactwo. Część z nich spieprzała w panice i nie była czujna. Ale ja i mój podręczny odkurzacz nie daliśmy im szans. Łóżko skręciłem, jak to zwykle bywa, z większymi problemami niż przy rozkręcaniu. Ale cały radosny poszedłem spać. Gryz, gryz! No nie. O 3 rano znowu się obudziłem i zacząłem się drapać. Wściekłość i bezradność sięgnęła zenitu.

W środę rano otwieram skrzynkę na listy, a tam …

I teraz mnie olśniło. Przecie z miesiąc temu rozmawiałem z sąsiadami o tym, że klatki nam będą pryskać. I sąsiad oświadczył – no to teraz do mieszkań będą uciekać.

I to by się zgadzało. Dzwonię do Pana Robaka i się umawiam. Na szczęście udało się na następny dzień. Przyjechał chłopczyk, nabrał wody, dodał preparatu i zmoczył mi całe mieszkanie tak, że panele mi w niektórych miejscach napuchły. No i 200 zł się należało, bo pluskwy są trudne do usunięcia. Okazało się, że firma jest z … Białegostoku. Za dużo tych zbiegów okoliczności.

Zapytałem się przy okazji, czy dużo mają zleceń w moim bloku. Okazało się, że sporo. Czyli Sąsiad Prorok miał rację – pouciekało towarzystwo do mieszkań. Tę moją durną administrację to w powietrze wysadzić chyba tylko. Nie myślą.

Także chata opryskana. Pierwszą noc spędziłem u sąsiada, bo wróciwszy z siłki poczułem zapach płynu i wolałem nie ryzykować. Okazało się, że sąsiadka ma remoncik u siebie i od kilku dni korzystała z uprzejmości uprzejmego sąsiada. Na szczęście były dwa pokoje i dwa łóżka, także nie przeszkadzałem sąsiadowi w pomaganiu sąsiadce.

Wczoraj w ramach 30-lecia znajomości umówiliśmy się na drinka. Oczywiście okazja była żadna. Po prostu Monia napisała jakiś czas temu, żeby wyskoczyć na miasto i przepłukać gardełka. W ubiegłym tygodniu mieliśmy się spotkać, ale jakiś niedomagający byłem.

Wylądowaliśmy w końcu w Whisky in the Jar. Oj, proszę omijać. Byliśmy tam trzeci raz – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Najjaśniejszym punktem knajpy była bardzo sympatyczna obsługa. Drink niestety wodnisty, stek ciepły. Nie wiedziałem, że ziemniaki opiekane też można spieprzyć. Ale żeberko Pana od Państwa z Europy na K. całkiem całkiem. Dziwne ceny piw mają. Pszeniczne kosztuje 14,90 złociszy, a IPA 16,90. Po co te dziwne końcówki? Na szczęście po mat-fizie i po jednym semestrze matmy jestem, to raz dwa rozprawiłem się z rachunkami i nas porachowałem.

Och! I tu na koniec taki smuteczek! Monika napisała do nas kilka dni temu, że nie lubi jak się doń mówi Monia! Ale jak to? Po 29 latach mamy na Monię nie mówić Monia? Przecie Monia zawsze była Monią. Monia, no weź!

Moniczko też nie lubi. To piętno naszej pani prof. od matmy. Uleńko, Basieńko, Moniczko – tak zdrabniała dziewczyny. Widzę, że trauma została.

Wczoraj, powróciwszy do domu, z pewną taką nieśmiałością zamknąłem oczęta. Było mi już wszystko jedno – gryźcie, bierzcie i jedzcie ze mnie wszystkie. Jakieś było moje zdziwienie, kiedy rano się obudziłem i była prawie 9! Żadnego swędzenia! Taki ze mnie exterminator. Życie znowu jest dobre.

 

wyczerpałem się

nie, mam nadzieję, że nie wyczerpały mi się pomysły na posty na blogu.

Wyczerpałem się wczoraj. Pojechałem rowerem na OnkoBieg. Zjadłem lekkie śniadanie. Nie odpalałem aplikacji biegowych, po prostu biegłem przez godzinę. Po 35 minutach miałem dosyć. A tu raptem półmetek przekroczyłem. Słońce mocno świeciło, polewałem się wodą. Za duże tempo narzuciłem zdecydowanie. Ale dałem radę.

Podczas biegu mijałem starszego pana z flagą. Po biegu podszedłem do seniora i chwilkę porozmawialiśmy. Bardzo sympatyczny 79-latek. Andrzej po wygraniu z rakiem zaczął biegać. Bo to zdrowo. OnkoBieg zna, bo jak był pacjentem Instytutu Onkologii, to widział, jak biegają. Czyli biegaliśmy dla niego.

Taki cały mokry wsiadłem na rower i wróciłem do domu. Coś chyba nie za dobry to był pomysł. Jakby po nerach ciągnęło.

Postanowiłem odstawić auto na parking służbowy, ale wpierw chciałem go przepłukać na myjni ręcznej. Przy pałacu w Wilanowie zawróciłem się. Przez 3 zmiany światła nie ruszyłem się. Pewnie beatyfikację albo to drugie (kanonizację?) robili kardynałowi Wyszyńskiemu. Motyla noga!

W końcu opłaciło się to jeżdżenie na rowerze po zakamarkach. Opłotkami dojechałem do myjni. Oszusty! 2 złote nie chcą wejść. Więc musiałem znowu dać piątaka. Zostało jeszcze 2 minuty, więc postanowiłem jeszcze raz proszkiem przejechać i spłukać. Ledwom zdążył. Jakaś pianka została na masce. Ale oczywiście w drodze na parking zaczął padać deszcz. To się spłukało.

Okazało się, że przy ul. Vogla stoi policja i nic nie robi. A korek w 4 strony. Nieroby!

Powróciwszy na Sadybę postanowiłem coś zjeść, bo w sumie cały dzień nic nie jadłem. Zaszedłem do Figi, bo w sobotę zjadłem pyszne placki ziemniaczane z sosem kurkowym. Zapytałem się wtedy, dlaczego oni są czynni tylko do 20. Nie ma kto pracować – usłyszałem.

Także postanowiłem dać im drugą szansę i skosztować pyszności. Niestety po 10 minutach wyszedłem. Nikt do mnie nie podszedł. Obok jest Pizzeria Preferito, wysoce chwalona przez lokalsów z Sadyby. Oj nie! Bardzo nie. Cienka pizza. Ale obsługa miła za to. Chili pizza bez smaku i ostrości.

Aaaa, w sobotę sąsiadka mi przywiozła węgorza wędzonego. Słodkokwaśna już się na niego zasadzał, bo tylko mi pisał „daj kawałek”. No weź! 180 zł rybka kosztowała. Sam zjem, skoro się wykosztowałem. Ale szczerze powiedziawszy nie było okazji, bom się w niedzielę wyczerpał.

Po obiedzie poczłapałem do domu i zaczęło mną trząść. Pomyślałem, że to pewnie wyczerpanie. Że trzeba się jakoś rozgrzać. Także szklaneczka wódy na myszach została zaprezentowana. Ale niestety nie pomogło. Sen, sen mi pomoże. Tak jak wtedy, kiedy jechałem z LA do Doliny Śmierci – pomyślałem.

Zasnąłem szybko, po 22.00. Obudziłem się jeszcze szybciej. Od północy przewracałem się z boku na bok. Cały czas w głowie nuciłem sobie

 I’ll be fucked up if you can’t be right here

Bo jak tak się przewracałem i mościłem w łóżku, to przeglądałem internety. I wyczytałem, że Blackpink zdetronizował Justina Biebera w liczbie subskrybentów na JuTubie. Nawet nie wiem co to Blackpink. Ale chyba wydarzenie, skoro piszą o tym. No i tak nuciłem sobie cały czas

No źle ze mną, skoro coś takiego za mną łazi! Chorym jak nic jest.

Teraz już jestem po herbacie z cytryną i miodem i się wypacam. Temperatura tylko 37,1C. Idź chorobo w cholerę.

Rosół sobie nastawiłem, bo jak choroba w domu, to zawsze się zupkę robi. Mam nadzieję, że jutro będę jak nowy. Na razie jest daleko od WOW.

I chyba zaczyna mnie ssać. Czyli już mam ochotę na jedzenie. No to zdrowieję.

 

I na szczęście wczoraj/dziś Djokovic nie wygrał US Open i tym samym nie skompletował klasycznego Wielkiego Szlema. Uff. Życie jest dobre!

znamy się trochę, ale mnie nie znasz

Szłem przez park Dygata po siłce. Jak zwykle z resztą. I dopiero teraz mnie tknęło, że ten sporych rozmiarów skwerek jest kompletnie nieoświetlony! Nie zastanawiałem się nad tym nigdy, bo po prostu sobie przezeń szłem i już. Dzieci i inne łobuzy sobie siedzą na ławkach, i piją alkohol, i palą fajki, i czasem drą wulgarnie ryja, ale ja sobie zawsze szłem. Teraz tak sobie pomyślałem, że kobiety spacerujące z siłki, tak jak ja, albo z Szoping Mola nieopodal, mogą się bać takiej scenerii. Ja to się najbardziej obawiałem, żeby nie wyrżnąć orła, bo chodniki nie są zbyt równe. Plusem tej ciemnoty jest to, że telefonu się nie używa wtedy, bo jak się gapi w ekran rozświetlony, to nic kompletnie dookoła nie widać. No to dziś po siłce sobie szłem i widzę, że siedzi sobie towarzystwo. A tu ktoś z pieskiem, a tu ktoś po rusku, a tam jakieś dzieci.

Wstawka: może przestać pisać szłem, bo jeszcze w krew wejdzie i będzie wioska, jak w robocie komu tak powiem lub napiszę?

Aaaa, przed parkiem, w bloku młodzi robili imprezę i słuchali tego viralu – Eric Prydz „Call on me”, ale zamiast oryginalnego refrenu śpiewa się „***** ***”, czyli „jebać PiS”. Eh, jaka mądra ta młodzież dziś.

Także szedłem sobie przez park Dygata i widzę, że chyba ławka mi majaczy w ciemności i jakiś ruch obserwuję. Tak, ktoś odstawia bronksa na chodnik. Mijam i słyszę jak jakiś koleś mówi do swego konfratera – znamy się trochę, ale mnie nie znasz.

Nie wiem jaka kontynuacja tego wynurzenia była, gdyż zatrzymanie się i przysłuchiwanie się konwersacji obcych mi ludzi mogło zakończyć się jakimś wpierdolem, albo awanturką. A ja po siłowni strasznie wyczerpany jestem i ogólnie opadam z sił. Toteż szedłem dalej, nie zatrzymując się.

Wchodząc na klatkę w moim bloku olśniło mnie! Już rozumiem iluminację Archimedesa i jego „Eureki!”. Już łączę się w bólu, i przede wszystkim objawieniem, z Newtonem, na którego głowę jabłko opada! Już wie co to grawitacja!

Tak mnie olśniło! Kurczaczki! Przecie to już 30 lat!

Jeśli ja mam 29 lat, a to już 30 lat, to słowo stało się ciałem. Refleksja Moni, podczas 40-tych urodzin pani od Państwa z Europy na K., że znamy się dłużej, niż żyjemy już się zmaterializowała! To już ten czas.

Łza na rzęsie mi się trzęsie!

A tak mało brakowało, żeby to się nie ziściło! Ja przez całą 7 klasę i, w sumie, większość 8 byłem gotowy na aplikowanie do Technikum Elektrycznego. Ale jak na jakiejś pogadance pani pedagog powiedziała, że trzeba w takich szkołach robić coś na kształt prac dyplomowych, to moje urodzenie w niedzielę wzięło górę (czytaj: lenistwo). W zamian wybrałem najlepsze liceum w mieście. A bo siostra już tam była, to czemu nie.

Ale tu też nie było tak oczywiście. Pierwszego dnia siadłem na samym końcu w ławce z jakimś skinheadem. Jakiś łysy koleś z dziwną grzywką. Nasze pierwsze słowa były mniej więcej takie:

– chciałeś do mat-fizu się dostać?

– nie. Do ogólnej. A Ty?

– ja też nie

Wszedł pan wicedyrektor i się zapytał, kto chce się przenieść do innej klasy. Moja i Łysego ręka od razu w górę poszła. NA SZCZĘŚCIE nie było miejsc i zostaliśmy. Heh, 4 lata fajnego czasu. Tylko ta nauka nam przeszkadzała troszkę (przymrużenie oczka).

To był 1991 rok. Teraz mnie tknęło, że to naprawdę był wyjątkowy rok. Muzycznie to już wiadomo od dawna. Teraz radiostacje obchodzą 30-lecie perełek takich jak debiut Pearl Jam, U2 „Achtung Baby”, Nirvana „Nevermind”, Michael Jackson „Dangerous”. A pisałem już o tym kiedyś w tym roku.

Postanowiłem dać spokój iMusic i posłuchać moich CD wydanych w 1991 roku. Holidays in Eden Marillion jakoś nie lubię, więc stanęło na U2 i debiucie Pearl Jam. Dwie płyty, które uważam za genialne. A pierwszy album chłopaków z Seattle uważam za najlepszy debiut wszech czasów. I szperając po szafkach odkryłem, że albo ktoś mi buchnął czarny album Metallicy, albo … nigdy gom nie miał. Czyżby takie niedopatrzenie? Po 30 latach to stwierdzam?

Pozdrawiam serdecznie (kolejność przypadkowa):

Ula z New Jersey

Monia

Państwo z Europy na K.

Marszull zwany również Słodkokwaśna, czasem Łysym

Piotr G

 

I oczywiście resztę klasy. Ewa się czasem odezwie, Bartek na insta coś napisze. 1991. 30 lat! Znamy się dłużej niż żyjemy!

 

PS. No i Pearl Jam’u nie wysłucham do końca, bo sąsiadka właśnie wraca z północy Polski z węgorzem wędzonym dla mnie. Mniam!

 

poszukiwany, poszukiwany

a miałem do książki usiąść. A herbaty zielonej z prażonym migdałem, co w Słupsku kupiłem, naparzyłem sobie.

Poszukiwany jestem!

Kryminał mi się u Wielkiego Pe w oczy rzucił, jakżem go nawiedzał w ostatni weekend. Morderca bez twarzy! Spodobał mi się tytuł. Jakiś Henkel Mankell ze Szwecji napisał. Coś mi ta Szwecja ostatnio się narzuca i pojawia.

Po ostatnich wojażach do Malmo i Kopenhagi, a właściwie po przejechaniu się przez most, naszła mnie ciągota do powrócenia i dokończenia serialu – Most nad Sundem/Broen/Bron.

Kilka lat nazad, na fali uniesień i wzniesień innych, postanowiłem zerknąć na ten świetny kryminał. Odcinków kilka, bo raptem z 4. Ale kurczaczki! Każdy trwa z 90 minut, jak nie lepiej. To dłużej niż Potop! Chyba nawet pierwszego epizodu nie skończyłem.

Ale zerknę. Powrócę, bo most mi się podobał, bo i Szwecja, i Dania odwiedzone niedawno. W tej książce akcja dzieje się w Skanii i często pada nazwa Ystad i czasem Malmo. To czytam. Jak siadłem w Kwakowie, to się oderwać nie mogłem. Nawet jak Wielki Pe mówił, że idzie spać, to się cieszyłem, że jeszcze poczytam. A ten nie szedł, tylko coś mi gadał. W efekcie wypożyczyłem sobie tę pozycję i czytam na Sadybie. Henkel Mankell bardzo fajnie pokazuje Szwedów, a ja lubię takie opowieści. Tak jak Murakamiego, który Japończyków maluje ciekawie. Nada i Japonię nawiedzić w końcu.

Aha, w Kwakowie trafiliśmy na czas Dożynek. Gminne i Powiatowe. Na te drugie sam Matołusz zapraszał. Ale w niedziele od rana lało, więc czmychnąłem do Warszawy.

A te Gminne? Hm, no cóż, takie … dożynkowe. Nie było pistoletów na pistonki i kapiszony, także nuda. Chyba mi się coś z odpustem pomyliło.

Ale były kumoszki, były wycinanki z owoców, origami, zespół śpiewający, no wszystko to, co powinno być na takich zabawach. Piwo i jadło też było, ale jam kierował, tom nie interesował się.

W weekend troszkę chciałem pomóc koledze przy winobraniu, ale pogoda Zach-pomu nie rozpieszczała w tym roku i nie wiadomo, czy jakiś rocznik 2021 powstanie. No szkoda by było, gdyby się zmarnowało.

Mee, Bee, maleństwo, Peruwiańska i Lama jakieś denerwujące były. Tylko meczały i żreć chciały.

Chyba czas pomyśleć o zimniej zimie i czapkach jakichś, rękawiczkach? A może zgrzebny kożuszek wyjdzie z pięciu zwierzątek? A jedzenia ile będzie? Trzeba przekonać gospodarza.

Oczywiście odpaliliśmy kociołek i się obżarłem. Ale na szczęście spalić kalorie można na hamaku oraz na siłowni. A jako, że jestem teraz fit i sport oriented, to poćwiczyłem sobie pod chmurką!

Naszło nas też na robienie serów. Choć z tym robieniem, to bym nie przesadzał. Po prostu czarów mlecznych nie rzucałem, tylko czasem coś tam potrzymałem, odcedziłem, obróciłem, przycisnąłem. No zobaczymy co z tego będzie. Mam dwa w lodówce. Poczekamy.

No i naparzyłem sobie czaju, zmyłem skorupy i pomyślałem, że habazie wywalę, bo jutro będzie 2 tygodnie jak stoją. Nie wiem co to dokładnie. Myślałem, że białe goździki, ale nie. Nie znam się i nie mam ręki do kwiatów (po mamusi).

Nawet niespecjalnie się wystroiłem. Narzuciłem na tyłek poplamione dresy z AberCrombie + Fitch (co żem je uwalił w studio Słodkokwaśnej, jak podłogę kładliśmy) i podbiłem do brązowego kontenera z tyłu bloku.

Wracawszy, oczy me przykuła samotna wiadomość na tablicy ogłoszeń. Wyjątkowo pusta była plansza, także ta jedna kartka się rzucała w oczy. Zauważyłem tak jakby moje nazwisko nań. Pewnie mi się przywidziało, bo co to za ogłoszenie z moim nazwiskiem. Ale rzucam dokładniej okiem i widzę, że jak drut stoi tam moje imię, nazwisko i tytuł – PAN. Toż to ja! Trochę się zbiłem z tropu, bom od razu pomyślał, że pewnie któraś sąsiadka ma pretensje za zbyt głośną muzykę. Ale pomyślałem, że w sumie moje nazwisko znają tylko te sąsiady od klimatyzacji, bom musiał od nich akcetpy zbierać. I już sobie pomyślałem, ze pewnie klima cieknie komuś. No pięknie – pomyślałem. Ale ale. W ten piątek będzie miesiąc, jak mi zamontowali urządzenie grzewczo-chłodzące i w ten sam piątek minie dokładnie miesiąc, jak upały odeszły. Czyli to nie to!

Podchodzę pod tablicę i widzę

 

Wjeżdżam na górę i dzwonię. W windzie myślę sobie o tym, które to mieszkanie będzie i wyszło mi na to, że to somsiady, które mieszkają po tej samej stronie bloku co ja, tylko od razu na wejściu. Dzwoni i dzwoni ten domofon. Żałuję, że po kratkę i długopis nie poszedłem wcześniej, bo bym w przypadku absencji, nieotwarcia drzwi, mógł anonsik zostawić, że to ja ten pan Maciej D., że mieszkam w tym bloku pod numerem takim, a takim, a mój numer telefonu to 69….69. Ale usłyszałem zgrzyt przekręcanego klucza i ujrzałem … przedpokój w boazerii.

– słucham? – pan sąsiad zapytał się bezbarwnie

Tak, znam typa z widzenia.

– dzień dobry, ma Pan ponoć kartkę do mnie. To ja jestem Maciej – informuję

Pan znika i pojawia się z kopertą w ręce.

– gdyby pan tu nie mieszkał, to bym zaniósł na pocztę i pewnie by do Ameryki odesłali – mówi

Zerkam na kopertę i mówię mu:

– ale tu jest 27, a nie 77. Listonosz nie zauważył.

Sąsiad robi wielkie oczy

– ale to nie szkodzi, bo i tak mieszkam pod … (tu podaję prawdziwy numer lokalu) – uzupełniam.

Biorę list, otwieram i piszę do Uli krótkie Ula, Ula, Ula. Mój numer … (tu podaję prawdziwy numer lokalu).

Taka ciekawostka. Bon Jovi z New Jersey i Ula z New Jersey. Koincydencja taka.

Z emocji zszedłem aż na parter. Ale to na dobre wyszło, bom zobaczył, że na drugiej tablicy też kartka wisi. Zerwałem szybko i rozejrzałem się, czy gdzieś jeszcze pan sąsiad nie nakleił informacji. Chyba czysto! Uff.

Poszukiwany jestem!

A co Ula mi przesłała? Oprócz prywatnej korespondencji taki rysuneczek. A ogony chodziły za mną ostatnio. Skąd ta Ula mogła to wiedzieć?

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑