Miesiąc: lipiec 2018

a planety szaleją, szaleją, szaleją i śmieją się, śmieją się, śmieją

Ktoś napisał, że w piątek w nocy zaćmienie księżyca, planety szaleją, a wielka Artystka odchodzi.

 

 

Nic dwa razy się nie zdarza

I dlatego z tej przyczyny

Zrodziliśmy się bez wprawy

I pomrzemy bez rutyny

Choćbyśmy uczniami byli

Najtępszymi w szkole świata

Nie będziemy repetować

Żadnej zimy, ani lata

Pamiętam, że w 1995 roku, podczas matury ustnej z języka ojczystego, powołałem się na wiersz pani Wisławy Szymborskiej. Oczywiście żaden ze mnie poetolog. Znałem ten tekst tylko dlatego, że w 1994 Maanam na swojej płycie pt. „Róża” zamieścił utwór z tekstem wieszczki.

Czy byłem fanem Kory i Maanamu? Chyba tak. Lubiłem ich granie. Bardziej może zespołowe wykonania, niźli solowe Kory.

Nigdy jakoś śmierć artysty tak na mnie nie wpłynęła, jak odejście Olgi Jackowskiej. Nie miałem nigdy „fazy” na słuchanie kogoś, tylko dlatego, że właśnie odszedł.

A teraz? Od soboty słucham na okrągło Maanamu.

Lubiłem czytać i słuchać wywiadów z Korą. Zgadzałem się z większością jej poglądów. Podobała mi się jej maniera mówienia, opowiadania. Jeśli chodzi o jej twórczość, to była wyjątkowa, jedyna. Nie ma innej takiej wokalistki.

Kiedyś widziałem koncert poświęcony Maanamowi. Kora śpiewałą z różnymi wokalistakmi. I pamiętam Kasię Nosowską w „Ściemnia się” w duecie z Korą:

 

Oj, widać/słychać było różnicę.

Beata Kozidrak też fajnie napisała o Korze:

Opole 79 rok. Miałam 19 lat, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Korę. Przygotowywałam się do występu. Weszła do garderoby i z wielką pewnością siebie stanęła obok, przed lustrem, wzięła moją czerwoną szminkę i pomalowała nią usta. Już wtedy wiedziała, czego chce, ja jeszcze nie… Do zobaczenia.

 

Dobra nie ma co się rozwodzić, bo wiadomo, że o zmarłych tylko dobrze, albo wcale. Ale w przypadku Kory, tylko dobrze i bez końca.

Ja tylko dodam jedno, co mnie urzekło w Korze – miała świetną dykcję! Rozumiałem każdy wyraz wyśpiewany.

Bez mała 2 lata temu, kiedy jechałem Lyft’em (konkurencja Ubera) z Fair Lawn na lotnisko JFK, młoda pani kierowczyni puszczała przeboje światowe (no bo przecie nie polskie) i śpiewała równie dobrze co Beyonce i inne. Zaczęła śpiewać Rihanna’ę i jej hit ówczesny „Work”. Pani wyje, śpiewa, nuci, zawodzi cudownie. Pytam się jej, czy ona rozumie co śpiewa barbadoska. Odrzekła, że nie, że musiała sprawdzić tekst. Czyli nie tylko ja nie wiedziałem, co bełkocze ta pani.

I po raz pierwszy zrobiłem sobie playlistę Maanamu. Z pierwszych wydawnictw (do 1992 roku) usunąłem może po 1, góra 2 piosenki. Po 1992 wybrałem może 1, góra 2 piosenki z każdego albumu. Staro(ś)ć jednak radość.

Wydaje mi się, że był to 2003 albo 2004 rok. Na pewno styczeń.

KORA

 

 

Słowa, słowa, słowa, słowa
Wyrazy cisną się do głowy
Słowa, słowa, słowa, słowa
Ze wszystkich stron zachęcający szept

Ha, ha, ha….

Myślę, myślę, myślę, myślę
Idę ulicą i dziwię się że idę
Myślę, myślę, myślę, myślę
Ze wszystkich stron zachęcający szept

Ha, ha, ha….

deja-putain de-vu

czyli deża fakin wi. Pardon my french!

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja fatalnie!

Stała się rzecz straszna.

3 lata temu wydawało mi się, że się trzasnąłem w lewy łokieć, toteż dopiero po ponad miesiącu poszedłem do ortopedy.

– ma pan łokieć tenisisty

– ale ja nie gram teraz w tenisa i jestem praworęczny

– łokieć tenisisty nie jest od tenisa

– ?

– od komputera

– ok

 

Pisałem o moich mękach i próbach buchnięcia okularów tutaj.

 

Jakoś pod koniec maja 2018 roku wrócony byłem do tenisa. Mój sensei Nafa Radal wyzywał mnie i wylewałem siódme poty.

I też się jakoś (pod koniec czerwca) w łokieć uderzyłem. Ale w prawy. Niestety, wiedziałem od razu, jak to się skończy.

Luxmed przeszedł sam siebie. Pan dr ortopeda wiekowy i … przygłuchy … i bełkotliwy

– dzień dobry. Mam łokieć tenisty

– @#$%^&

– słucham?

– słucham?

– bo już raz miałem

i tak gadka trwała. On mówił, ja się pytałem „słucham“. On coś odbełkotywał i znowu się pytałem „słucham?“ I pan dr też się dopytywał, co ja mówię. Męczarnia.

Także skracam dialog do meritum

– tylko, że tym razem łokieć tenisisty mam od tenisa (próba zażartowania)

– łokieć tenisisty nie jest od tenisa (poważna śmiertelność. Pan dr nie łyknął dowcipu)

– wiem. Ale akurat zbiegło się to z powrotem na kort

 

Także przygłuchy pan doktór zlecił okłady z lodu, maść i USG. Na szczęście kolejna wizyta u niego za 3 tygdnie, więc szybko umówiłem się na jutro do jakiejś pani. Zobaczymy. Mam nadzieję, że medycyna poszło do przodu i nie będę musiał robić 10 zabiegów zwanych prześmiewczo fotosyntezą. Bo męczące, bo kosztowne, bo zawracające głowę.

Najgorsze w tym jest to, że chyba już na kort nie wrócę! Ostatni trening z mistrzem wyglądał tak, że po pierwszym uderzeniu myślałem, że mi ręka wyleci ze stawu łokciowego. Także dokończyłem zajęcia z opaską na ręku.

Eh, to byłby dramat. Buty mam (oldschoolowe jeszcze takie. Skórzane, nie to co teraz robią), rakietę mam, torbę na rakietę mam, rower do wożenia się na zajęcia mam, spodenki mam, koszulki mam. Nie mam tylko opaski na czoło i nadgarstek. Dobrze, że nie zdążyłem kupić).

Także jest fatalnie!

Hejka. Pozdrawiam w smutku.

 

 

a może by tak rzucić wszystko…

… i wyjechać w Bieszczady?

panorama

Hejka kochani,jak się macie? Bo ja świetnie. Relaks w górach.

 

O spotkaniach instagramowych miałem pisać ale jakoś nie znalazłem tego wątku ciekawym. To znaczy ludzie ciekawi, spotkania ciekawe ale opisywanie tego idzie mi jak krew z nosa.

Dziewczyny w formie. Posiedzielim, pogadalim. A właściwie Ewa gadała.

Fajna nowa znajmość, to kolejny Krzysiek pracujący w muzeum Uniwersytetu Warszawskiego. Oprowadził nas prywatnie. W sumie to jego wystawa, więc z pierwszej ręki mieliśmy info. Ciekawy ten gmach Uniwerku. Kolega był trochę spięty i stremowany, bo aż 3 nowych ludzi mu się pojawiło w muzeum, z czego 2 to followersi. Ale kolega na plus. Dowcipny i z poczuciem humoru. Muszę przepytać DrAdama czy wie i umie o swoim pracodawcy tyle, co teraz ja! Ha! Bo filologia wygasłego bliskiego wschodu też mieści się w tych budynkach.

 

Jestem w górach. Bieszczady. Zabrałem ze sobą dwóch Bąbelków – 11 i prawie 17 lat. Podnieceni byli wyjazdem w góry. To ich debiut. I z tego co dziś widzę, to był to ich trzeci raz – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo.

Weszliśmy na Tarnicę, najwyższy szczyt w okolicy. Od strony Ustrzyk Górnych. Niby 3 godziny i 15 minut się wchodzi. Gdyby nie te dwie kule u nogi, to podejrzewam, że w 90 minutach bym się zmieścił.

Do śmiechu mi nie było już po 10 minutach. Bo:

– wujku, możemy zrobić postój?

– już? Po 10 minutach?

– tak

No to ok, czekamy.

– daleko jeszcze?

– skoro 10 minut temu drogowskaz pokazywał 3 godziny, to zostało nam … 2 godziny i 50 minut

– aha

i tak co 15 minut.

Załamałem się lekko, bo im dalej w las, to mniej śmiesznie było. Na barana go nie wezmę, na ręce też nie, taxi nie podjedzie. No musi iść!

Na Tarnicy zabiłem mu brawo, powiedziałem, że jest zuch chłopak, jestem z niego dumny i go wyściskałem.

W drodze potwornej, tzn. powrotnej (godzina schodzenia w dół, dosyć mocno w dół) zapytałem się, co im najbardziej się podoba z wycieczki.

– góra – odparli

– tylko? A natura? Krajobraz? Widoki?

– no też. Mówiliśmy, że góry

– aha. To co? Będziemy jeszcze chodzić?

– nie!

– czemu?

– nuda, słabo

– no ale widoki!

– no i co?

 

 

Cisnej jakoś nie poznaję. Chyba albo dużo po górach chodziliśmy, albo dużo robiliśmy czego innego. W sumie ze 25 lat temu to było.Zaszedłem do Bar Siekierezada. Wydawało mi się, że to była stodoła zastawiona stołami. Mordownia taka. Ale okazuje się, że chyba nie, bo to lokal gastronomiczny o dużym zainteresowaniu turystów.

Prawie 22 000 kroki poczynione. 205 pięter. Fajne góry. Lubię hashtag #wgórachjesttocokocham

Nie mogę zgodzić się bardziej

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑