Miesiąc: listopad 2019

ostatni raz

crazy m

foto rozpoczynające wpis by @kkurzaj http://www.35×35.com

 

Ponoć pamięta się pierwsze i ostatnie. Heh. Nie pamiętam kiedy ostatni raz nie dokończyłem wpisu na blogu. A może to był pierwszy raz?

Wracało się ciężko. Dreamliner jest niewygodny i basta. Wciśnięty byłem pod okno i od razu się zacząłem wiercić. No mega niewygoda. No ale cóż, przeżyłem. I jeszcze jakiś wazon spowodował wylanie czerwonego wina na mój jeans. No słabo. Ale odprało się. Albo słabe wino, albo dobre Uniqlo (wiadomo – japońska solidność i jakość).

Wracało się też ciężko, bo się nie chciało wracać. Fajnie było. Teksas mnie urzekł najbardziej.

 

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja jakoś dziwnie.

Od powrotu z USA coś się ze mną dzieje. Jak nie gardło, to prawie cieknący nos. Nawet antybiotyki w płynie na św. Marcina nie pomogły! A od wczoraj mam jakieś poty. Co zrobię mini-wysiłek, to mokrym jest! Dosyć tego. Poszedłem dziś do pani doktór. Opowiedziałem jej wszystko jak na spowiedzi. Pani obmacała, przebadała i stwierdziła brak oznak grypy! Yay!

Ale w związku z tych, że z ciepłych krajów wróciłem (Texas), to eskulapka zaaplikowała mi badania – krew, EKG i RTG klatki piersiowej. Może to wirus jakiś!?

W zabiegowym się jakieś dziecko darło. Pytam się laborantki co tam się dzieje. Odpowiedziała, że ze skóry obdzierają. Heh, sam pamiętam będąc młodym chłopczykiem, że jak tylko widziałem strzykawkę, to pół miasta o tym słyszało. A teraz proszę – krewki chłopak jestem. Sam chętnie kilka razy w roku pozwalam się kłuć i wysysać krew.

Dietowałem się 6 miesięcy niecałe, bo półrocznica wypadała jakoś w USA, a tam jak wiemy ciężko o jakiś post czy umiar. I badania pokazały, że całkiem dobrze mi poszło. Może nie wspaniale, ale dobrze. To co miało spaść, ciut spadło, a to co miało wzrosnąć – wzrosło.

Z mojej diety postanawiam na resztę życia (starać się) nie jeść:

– smażonego mięsa

– żółtek

– słodyczy

– sera żółtego

– wędlin

 

Mąkę miałem dorzucić. I bym rzucił ten biały proszek, ale za bardzo pizzę lubię w restauracji Segment. To czasem zjem. A pytałem się nawet właściciela, czy nie myślał wprowadzić jednej pizzy do menu na jakiejś ciemnej mące. Gdyby spojrzenie mogło zabić. Jak nie spojrzenie, to chyba kolega umarłby ze śmiechu. NIE MA TAKIEJ OPCJI. To dlatego pierwszy i ostatni raz go o to pytałem, więc czasem mąkę zjem.

Jutro spotykamy się z koleżeństwem, które spotkałem w USA i które nas odwiedziło w Jasnym Zieleńcu. Olimpia już wtedy mówiła, że się musimy spotkać po moim powrocie! To jutro ten dzień. Może się doczłapię bez tych potów. Ale to nie o tym. Ostatnio sprzątam szafki. Oddałem maszynkę do mięsa i do innych rzeczy rodzicom. Bo ich się popsuła, a ja w sumie nie potrzebuję jej. Także zrobiło się miejsce. Patrzę w szafki, a tam biszkopty! O nie. Wylatujecie. Patrzę w lodówkę – aromat migdałowy. Zaglądam do barku – whisky! Ok 2+2 = … Szkoda wyrzucać. Zrobię tiramisu. A jak zrobiłem pierwszy raz ten deser, to Olimpia właśnie napisała, że yum i mlask. To teraz pomyślałem, że zrobię tiramisu po raz ostatni!

… i cholera chyba nie wyjdzie. Ciasto jakieś się zrobiło rzadkie. Jak dodałem masakrapone do zabajone, to ledwo łyżką mogłem ruszać. Ale jak się rozkręciłem, to zaczeło się płynnie lać. Ciekawe, czy zgęstnieje. Kakao nie mam, ale Olimpia mówi, że posypiemy u niej z jej zapasów.

Ostatnio też myślałem, żeby odstawić Stany na bok. Że już dość. Ale po powrocie, jakoś tak nie uważam. 24 stany przede mną jeszcze. Trza kasę zbierać, bo wynajem aut, hotel i paliwo za darmo nie są.

A jakby ktoś był ciekawski zdjęć, to są tu:

Kansas City, MO – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-get3vMqfgH7tL6ZTCm?e=ZfFGl5

Memphis – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-geuGFahKKuYc3L9jiE?e=vdzXFj

Nashville – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-geuRnWTDEia1MUO5sC?e=KwThXS

Texas – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-getR52m4CexnIwp8FN?e=p6nL77

Miasto – https://1drv.ms/u/s!AiQCiXakH-geuT3hlO9ZlEqosSYf?e=GmRuOp

 

 

 

 

wieczerynka

czyli rosyjska impreza.

Wczoraj, to znaczy w sobotę nastąpił powrót Różowego Królika.

Nie wiem czemu, ale zawsze chciałem taki kostium na Halloween. A jako, że w katoPolsce takich pogańskich świąt się nie obchodzi, to nie miałem okazji. 3 lata temu uczestniczyłem w tym święcie i byłem przerażony. Pisałem o tym. Dzieci biegające w opętaniu od drzwi do drzwi. Ale kostium sobie wtedy nabyłem.

W tym roku było jakoś na spokojnie. Przespałem 31 października. Ale wczoraj była impreza. Przebierana. Jako, że Ula lubi ostatnio wylegiwać się na sofie, a Tomek patrzy na nią, jak to robi, to sam poszedłem.

Dorina i Tolik podjechali po mnie.

Gospodarzami byli Lena i Pasza, czyli Kleopatra i Faraończyk. Dom ogromny, także miejsca było sporo na harce i szaleństwa. Wszyscy się przebrali. Ruslan za wampira, a jego żona Marina za … żonę Wampira. Vlad był … Vladem Palownikiem. Mnie urzekł najbardziej strój Kati – bawarka. To znaczy dziewczyna z Bawarii. Kasia przyszła z beczuszką piwa i była takim Oktober Festem. Jej Serioga było Robin Good’em. Niestety nie był gamaka, ani gamburgerów.

Okazało się, że Katia tak naprawdę była … żoną Robin Hood’a. Ale dla mnie była z Niemiec! Poza tym koleżanka ma zaraźliwy śmiech, opowiada rzeczy z pasją. Jest serdeczna, ciepła, otwarta i przyjacielska. Lubię z nią rozmawiać. Wczoraj pokazałem im trochę Wawy na zdjęciach i Katia rozpoznała w PKiN-ie swój … uniwersytet. Heh. Świat jest mały.

Towarzystwo rosyjskie zawsze mówi przy mnie po angielsku. A ich proszę o to, by zostali przy rosyjskim. Wczoraj pół godziny stałem z Seriogą-kościotrupem i gadaliśmy. Tolik dziś mi powiedział, że Serioga przyssał się do mnie i nawijał po rosyjsku. I właśnie Tolik chciał mi przyjść z pomocą i mnie uwolnić. Ale uświadomiłem go, że to było celowe, że z przyjemnością rozmawiałem.

Ok przerwa. Boarding time

Wpis powstał na lotnisku Newark. 3 listopada. Nigdy nie został dokończony…

 

a może by tak …

… zacząć śpiewać?

kochani mam lotki. Zakupiłem we dwóch tych loteryjach! Mega millions i mega ball. No nie wiem ile można wygrać, ale chyba miliony.

Pospacerowałem się dziś po Mieście i podobało mi się. Ostatnio skupiam się na ludziach, a nie na architekturze. Miasto już mnie tak nie porywa. Ale dzień był fajny.

Na koniec wpadłem, do Jalapenos Mexican Bar and Grill.

W szokum, bo poznali mnie. A ja ich. Jakaś pijana Nancy zaczęł mnie obłapywać. Ponoć odkryła parę dni wcześniej, że jest w 52% “Polkom”! No i zaczęła mi ręce całować i takie tam. Powiedziała, że się tu przeniosła z nadmorskiego New Jersey, bo się rozwodziła. Później zaczęła opowiadać o swojej girlfriend Mary.

I tu wkroczył Mark mówiąc:

– i remember you!

– i know! From last year.

– oh yeah, you’re that polish dude?

– you’re the realtor!

– yes

Pamiętałem Marka, bo rok temu siedział koło mnie i zagaił. Zapytał, czy ja z Polski jestem. A ja akurat przeglądałem polski internet. Okazało się, że Mark ma rodziców z Polski i polski znał. Rodzice zeszli i jego polski też. Na koniec powiedziałem do Marka „see ya next year”.

A dziś w Jalapenos karaoke. Już nawet kelnerka Ania nie była zdziwiona, jak jej powiedziałem „cześć Ania”. Sami swoi. Fajne miejsce. Każdy każdego zna. To tak jak u mnie na dzielni, w naszym lokalnym pubie.

Później przybiłem piątkę z właścicielem George’m.

Obok nas stał jakiś koleś. Mówię do Marka – wiesz co, on zamówił w ubiegłym roku to samo J

Karaoke pamiętam z opowieści Uli. Ponoć nawet niezłe głosy.

I tu niespodzianka. Połowa występów dramatyczna. Ale reszta super. Wyszła jakaś starsza pani i zaśpiewała ot tak, że buty mi spadły. Niby nic poważnego ale pani czuła co śpiewała. Następnie wyszedł taki sobie Romek i powiedział, że dziś ma 11. rocznicę ślubu. I przepięknie, od serca zaśpiewał ckliwe „Lady”.

Była jedna taka mała dziewczynka. Ale głos miała jak dzwon. A na koniec sam właściciel George zaśpwiewał jakieś country.

Podbiłem do niego, pogadałem jeszcze chwilę. Pamiętał mnie. To z jednej strony bardzo sympatyczne, a z drugiej świadczące o tym, że za bardzo dużo nowych klientów nie mają.

Tak mi się nie chce wracać!

już prawie czas

Eh, a tak ścichapęk włączyłem sobie Rolling Stones’ów – Let it Bleed (50th Anniversary Edition).

Nie wiem czemu w sumie ten klasyk? Fanem Stones’ów nie byłem, choć dwa razy ich nażywo widziałem. Mam z nimi fotę i mam ze dwa albumy. Wolałem ich od Bitelsów. Ale kiedyś kolega mi pożyczył całą dyskografię 4 z Liwerpulu i stwierdziełm, że wow, co za świetna muzyka. Faktycznie najlepszy band wszech czasów. Ale później jakoś nie dałem rady ich słuchać. Tkaże za bardzo szalonym fanem nie jestem jednych i drugich. Tylko coś mnie na sentymenty wzięło dziś i słucham tej rocznicowej edycji. Halloween może jaki, czy co?

Teksańska wyprawa się zakończyła. I była super!

Miałem super kompankę na dwa dni.

Ula pokazała mi Austin. Fajne miasto. Podobało mi się. Polecam. Capitol bardzo na plus, do koniecznego zobaczenia. Drugi największy w USA oraz … największy pod względem powierzchni. Eh, ci Amerykamnie. Wszystko musi być naj. A w Teksasie wszystko musi być największe. I jest.

Hotel miałem w ciekawej lokalizacji. Musiałem czekać na pokój prawie 2 godziny, więc wygooglowałem sobie restaurację na lunch. Od razu powiedziałem, że do Wendy’s nie zajdę. Jadłem tam 3 razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Koryto żarcia! Znalazłem honduraski lokal z bardzo dobrymi opiniami. To lecę. Heh, to foodtruck! No mnic. Spoko, nie ma problemu. Szkoda tylko, że wieje nieziemsko. Pogoda w Teksasie była bardzo udana, oprócz … Austin. Wiało. I to gorzej niż w kieleckiem. Pani w „restauracji” ni hu hu po angielsku, ale dogadalim się po hiszpańsku i na migi. Smaczne było. I miało nawet wygląd.

Ula mnie zgarnęła z hotelu i pojechaliśmy „gulać się po gorodzie”. Festiwale były akurat – Austin Film Festival oraz Book Festival. Także życie było na ulicach. 6th ulica fajna, pełna knajp. Ponoć ulubione miejsce dla młodych. Ale poszliśmy sobie zjeść po kiełbasce do Banger’s na Rainey St. Ponoć fajne miejsce dla ciut starszych. Bo już nie tak jazgotliwie. I fakt, inaczej ale też bardzo ciekawie. Knajpy zrobione w domach. Jedna za drugą. Mnogo ludzi.

Następnego dnia ruszyliśmy do San Antonio. Miałem nadzieję, że Ula weźmie swoje czerwone Bi-motherf..g-Awesome-red-Em-Dablju. Ale nie. Nie pomyślała koleżanka, że ja mam dosyć kierowania i jeden dzień przerwy byłby zbawienny. Baby są jakieś dziwne. Na koniec podróży Ula powiedziała mi, że super, że ja wziąłem auto, bo jej się nie chciało kierować. Baby SĄ jakieś dziwne 😉

Żarcik oczywisty.

San Antonio rewelacja. River Walk i Alamo zrobiło na mnie wrażenie. I ta pogoda! Cieplutko. Choć myślałem, że Alamo to raczej New Mexico. Jak dobrze się pomylić. Na lunch wziąłem sobie 16 oz steka (t-bone). Pół kilo (prawie)! Jesssu. Ale porcja. Nauczyłem się podczas posiłku, że następnym razem 11-12 oz też da radę.

Stąłsi skończyli grać. Z nowości wybieram … Neila Young’a. O. Dawno pana nie słyszałem.

Wróciliśmy koło 19.00 do Leander. Cmok cmok z Ulą i pojechałem dalej. Ciężko się jeździe w nocy po Stanach, bo nic nie jest oświetlone za bardzo.

Aha, fajna chata koleżanki. Taka w stylu … teksańskim. Podobająca się była mnie.

Zatrzymałem się po godzinie w hotelu. American Best Value Inn w miejscowości … Świątynia/Temple. Myślałem, że pan recepcjonista Freddy ma niestarty ślad czyichś ust na szyi. Ale nie, to był tatuaż. Freddy dosyć osobliwy ale przyjacielski. Szybko mnie zameldował. Hotel nawet nawet. Nic nie przebije chyba tego syfu za 500 zł gdzieś tam na wschodnim wybrzeżu. Ostatnia noc mojego road trip z Kansas City. Brrrr.

Z samego rana rześki wpadłem do skansenu westernowego w Fort Worth. Faaaaajne! Yeehaw! Kowboje, rodeo, dziki zachód! Zjadłem rib-eye 12 oz. Pyszny! Ale jakieś garniry miał ubogie. Pokręciłem się po dzikim zachodzie i pojechałem do Dallas.

Miasto dziwne! Niby fajne, niby duże, niby takie nowoczesne, a ludzi nie ma. Na ulicach bezdomni albo kilku turystów. Dziwne uczucie. Hotel miałem dwa bloki od Downtown. Super wybór. 98$ za Marriott było dobrym wyborem. Najlepszy nocleg na sam koniec. W mieście obskoczyłem kilka najważniejszych punktów – JFK Memorial, niby jakiś super ekstra park, Downtown i inne. Zechciało mi się jeść i zobaczyłem na mapie, że mają Iron Mexican, czy jakoś tak. Ula zachwalała. To podążam. Ale w międzyczasie zobaczyłem Banh Mi na witrynie. Wietnamski szynk. Zaszedłem. Wziąłem prawie wszystko, bo było jeszcze happy hour. Pyszne, ale kanapek mogli by się uczyć od samego Fat Daddy’ego z Waw! IMHO!

O 4 z minutami wstałem i poleciałem na lotnisko.

Urodziny Uli (tej z NJ) bardzo udane. Ula z Tx ma za chwilę.

Także w New Jersey pocelebrowaliśmy 29 urodziny (ten sam rocznik jesteśmy). Pycha stół – owoce i napoje. I oczywiście tort (green tea with fruits). Jack’s fruit zrobił furorę. Byliśmy w sklepie obuwniczym i obok był koreański sklep. Mój ulubiony. Wszystkomający. Ula poprosiła kupić owoce. I urzekł mnie ten Jack’s fruit – chlebowiec różnolisty. Do picia zaproponowałem gościom Aperol Spritz. Właściwie to żeńska część piła. Lena, Marina, Katia i mama Uli. Co prawda Ruslan buchnął drinka swojej żonie i nie oddał już. Ale rosyjskie koleżanki bardzo sobie chwaliły. Nie znały tegoż napitku. Pocelebrowalim, pośpiewalim i już. Halloween nadeszło. Nie przebrałem się. Padłem jakoś wcześnie. Jutro 1 listopada i wypadałoby powoli się …

Już prawie czas…

 

 

 

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑