usa

już prawie czas

Eh, a tak ścichapęk włączyłem sobie Rolling Stones’ów – Let it Bleed (50th Anniversary Edition).

Nie wiem czemu w sumie ten klasyk? Fanem Stones’ów nie byłem, choć dwa razy ich nażywo widziałem. Mam z nimi fotę i mam ze dwa albumy. Wolałem ich od Bitelsów. Ale kiedyś kolega mi pożyczył całą dyskografię 4 z Liverpulu i stwierdziełm, że wow, co za świetna muzyka. Faktycznie najlepszy band wszech czasów. Ale później jakoś nie dałem rady ich słuchać. Tkaże za bardzo szalonym fanem nie jestem jednych i drugich. Tylko coś mnie na sentymenty wzięło dziś i słucham tej rocznicowej edycji. Halloween może jaki, czy co?

Teksańska wyprawa się zakończyła. I była super!

Miałem super kompankę na dwa dni.

Ula pokazała mi Austin. Fajne miasto. Podobało mi się. Polecam. Capitol bardzo na plus, do koniecznego zobaczenia. Drugi największy w USA oraz … największy pod względem powierzchni. Eh, ci Amerykamnie. Wszystko musi być naj. A w Teksasie wszystko musi być największe. I jest.

Hotel miałem w ciekawej lokalizacji. Musiałem czekać na pokój prawie 2 godziny, więc wygooglowałem sobie restaurację na lunch. Od razu powiedziałem, że do Wendy’s nie zajdę. Jadłem tam 3 razy – pierwszy, ostatni i o jeden raz za dużo. Koryto żarcia! Znalazłem honduraski lokal z bardzo dobrymi opiniami. To lecę. Heh, to foodtruck! No mnic. Spoko, nie ma problemu. Szkoda tylko, że wieje nieziemsko. Pogoda w Teksasie była bardzo udana, oprócz … Austin. Wiało. I to gorzej niż w kieleckiem. Pani w „restauracji” ni hu hu po angielsku, ale dogadalim się po hiszpańsku i na migi. Smaczne było. I miało nawet wygląd.

Ula mnie zgarnęła z hotelu i pojechaliśmy „gulać się po gorodzie”. Festiwale były akurat – Austin Film Festival oraz Book Festival. Także życie było na ulicach. 6th ulica fajna, pełna knajp. Ponoć ulubione miejsce dla młodych. Ale poszliśmy sobie zjeść po kiełbasce do Banger’s na Rainey St. Ponoć fajne miejsce dla ciut starszych. Bo już nie tak jazgotliwie. I fakt, inaczej ale też bardzo ciekawie. Knajpy zrobione w domach. Jedna za drugą. Mnogo ludzi.

Następnego dnia ruszyliśmy do San Antonio. Miałem nadzieję, że Ula weźmie swoje czerwone Bi-motherf..g-Awesome-red-Em-Dablju. Ale nie. Nie pomyślała koleżanka, że ja mam dosyć kierowania i jeden dzień przerwy byłby zbawienny. Baby są jakieś dziwne. Na koniec podróży Ula powiedziała mi, że super, że ja wziąłem auto, bo jej się nie chciało kierować. Baby SĄ jakieś dziwne 😉

Żarcik oczywisty.

San Antonio rewelacja. River Walk i Alamo zrobiło na mnie wrażenie. I ta pogoda! Cieplutko. Choć myślałem, że Alamo to raczej New Mexico. Jak dobrze się pomylić. Na lunch wziąłem sobie 16 oz steka (t-bone). Pół kilo (prawie)! Jesssu. Ale porcja. Nauczyłem się podczas posiłku, że następnym razem 11-12 oz też da radę.

Stąłsi skończyli grać. Z nowości wybieram … Neila Young’a. O. Dawno pana nie słyszałem.

Wróciliśmy koło 19.00 do Leander. Cmok cmok z Ulą i pojechałem dalej. Ciężko się jeździe w nocy po Stanach, bo nic nie jest oświetlone za bardzo.

Aha, fajna chata koleżanki. Taka w stylu … teksańskim. Podobająca się była mnie.

Zatrzymałem się po godzinie w hotelu. American Best Value Inn w miejscowości … Świątynia/Temple. Myślałem, że pan recepcjonista Freddy ma niestarty ślad czyichś ust na szyi. Ale nie, to był tatuaż. Freddy dosyć osobliwy ale przyjacielski. Szybko mnie zameldował. Hotel nawet nawet. Nic nie przebije chyba tego syfu za 500 zł gdzieś tam na wschodnim wybrzeżu. Ostatnia noc mojego road trip z Kansas City. Brrrr.

Z samego rana rześki wpadłem do skansenu westernowego w Fort Worth. Faaaaajne! Yeehaw! Kowboje, rodeo, dziki zachód! Zjadłem rib-eye 12 oz. Pyszny! Ale jakieś garniry miał ubogie. Pokręciłem się po dzikim zachodzie i pojechałem do Dallas.

Miasto dziwne! Niby fajne, niby duże, niby takie nowoczesne, a ludzi nie ma. Na ulicach bezdomni albo kilku turystów. Dziwne uczucie. Hotel miałem dwa bloki od Downtown. Super wybór. 98$ za Marriott było dobrym wyborem. Najlepszy nocleg na sam koniec. W mieście obskoczyłem kilka najważniejszych punktów – JFK Memorial, niby jakiś super ekstra park, Downtown i inne. Zechciało mi się jeść i zobaczyłem na mapie, że mają Iron Mexican, czy jakoś tak. Ula zachwalała. To podążam. Ale w międzyczasie zobaczyłem Banh Mi na witrynie. Wietnamski szynk. Zaszedłem. Wziąłem prawie wszystko, bo było jeszcze happy hour. Pyszne, ale kanapek mogli by się uczyć od samego Fat Daddy’ego z Waw! IMHO!

O 4 z minutami wstałem i poleciałem na lotnisko.

Urodziny Uli (tej z NJ) bardzo udane. Ula z Tx ma za chwilę.

Także w New Jersey pocelebrowaliśmy 29 urodziny (ten sam rocznik jesteśmy). Pycha stół – owoce i napoje. I oczywiście tort (green tea with fruits). Jack’s fruit zrobił furorę. Byliśmy w sklepie obuwniczym i obok był koreański sklep. Mój ulubiony. Wszystkomający. Ula poprosiła kupić owoce. I urzekł mnie ten Jack’s fruit – chlebowiec różnolisty. Do picia zaproponowałem gościom Aperol Spritz. Właściwie to żeńska część piła. Lena, Marina, Katia i mama Uli. Co prawda Ruslan buchnął drinka swojej żonie i nie oddał już. Ale rosyjskie koleżanki bardzo sobie chwaliły. Nie znały tegoż napitku. Pocelebrowalim, pośpiewalim i już. Halloween nadeszło. Nie przebrałem się. Padłem jakoś wcześnie. Jutro 1 listopada i wypadałoby powoli się …

Już prawie czas…

 

 

 

 

4 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.