Miesiąc: kwiecień 2018

city de facto (never) sleeps

to zależy de facto gdzie.

Wczoraj się spotkałem z kolegą Krzysztofem z IG.

Już pisałem w styczniu o pierwszym naszym spotkaniu. To teraz powiem znowu, że bardzo sympatyczny kolega, zna Miasto. 10 lat na Kłinsie mieszkał, to wie co i jak na Bruklinie, Łiliamsburgu i Kłinsie właśnie. Mimo, że od 19 lat kolega jest w Stanach (wyjechał w liceum), to ja jestem de facto pod wielkim wrażeniem jego języka polskiego. I jeszcze takie tematy porusza, że na urlopie muszę się skupiać. Strasznie challengujące dyskusje. Tylko za dużo „de facto“ używa ale dajmyż spokój takim duperelom. Oprócz de facto intelektualnych wyzwań na szczęście czas na foty też był.

Muszę się jeszcze z raz czy dwa spotkać z Krzysztofem i ścichapęk wyżebrać od niego ze 2-3 foty. Ma fajnych kilka ujęć z serii „street“ i „places“. Czas chyba wymienić u mnie fototapetę i dostawić kilka ścian, żeby wszystko nakleić.

No dobra, jak nie wyżebrać, to chociaż o jakiś discount się uśmiechnąć.

Na sam przód ruszyliśmy do gospody polskiej na przetrącenie de facto tego czy owego. Padło na tatar i michę żarcia na dwóch (kiełba, boczek, kaszanka, kurczak i bardzo polski łosoś). Było też koryto dla trzech ale co za dużo, to nie zdrowo.

Tatar jakiś taki nie taki de facto. Każdy wie, że najlepsze tatary robi nasz ziom Przemuś. A zaraz po nim jest Słodkokwaśna i ponoć de facto ja. Suche jakieś to mięso było. Bałem się czy to oby nie tatar z prosiaczka był. Ale nie, bo żyjemy.

Michy na dwóch nie zjedliśmy, bo byliśmy we 2, a nie de facto we 4.

Lokal opuściliśmy szybko w stanie ciężkości. Przewodnik zabrał mnie nad nabrzeże. Brooklyn się zmienia. Budują na potęgę drapacze chmur. Na molo kilka osób pali wesołe papieroski, kolesie łowią ryby. Taki zwyczajny piątkowy wieczór.

Zaszliśmy do pofabrycznej knajpy. Muzyka live, ogólnie bardzo głośno (nawet dwie sale dalej siedząc przy barze, trzeba było głośno mówić). Taki polski pub w stylu bawarskim, jak mawia klasyk. W knajpie raczej tłumów nie było, mimo że to de facto był piątek. Ponoć ludzie już nie mają kasy na balowanie.

Niestety autobusy i pociągi na moją wieś kończą jeździć o 00.50, więc o 23.20 trzeba było ruszyć 4 litery. Po drodze przemierzaliśmy puste ulice. Krzysiek mówił, że kiedyś o tej porze, to tu się bawiło, tam było pełno ludzi. A teraz? Pustawo. Miasto śpi.

Ale za to w metrze ludzi już pełno. Porobiłem sobie kilka zdjęć.

Okolice mojego dworca to granica między Hell’s Kitchen a Times Square, więc głośno, kolorowo, pełno. Tylko, że więcej czarnych, bezdomnych, niż imprezowiczów.

Zamówiłem Lyfta i po raz 3 okazało się, że Uber jednak lepszy. Dziad-kierowca mnie ominął, nie zatrzymał się, nie odebrał telefonu. Po chwili de facto dostałem info, że pobrali 8,98$ za niepojawienie się w miejscu odbioru. Zobaczymy. Już wyraziłem swoją opinię o tym zdarzeniu. Dostałem 10$ kredytu na następny kurs.

Muzycznie chodzą za mną dwie panie – damy rapu.

Na obie patrzę z niedowierzaniem. Po jakiemu to mówi? Po dzikiemu? Co to za … piosenki? Gdzie są teksty? Bo to jest jakiś zlepek przypadkowych słów rymujących się.

Cardi B była mocno promowana ze 2 tygodnie temu. Bo płytę wydawała. Z sukcesem – debiut na pierwszym miejscu na liście najlepszych płyt w USA. W tym tygodniu drugie. Pani słynie z tego, że często mówi „Krrrr“. I jak taki dźwięk z siebie wydaje, to de facto wszyscy się tym podniecają. Ale z drugiej strony pojawiły się głosy, że gdzie jest Nicki Minaj?! No i Nicki wróciła z tydzień temu – Barbie Tingz i Chun-Li. Jestem wielkim fanem tego drugiego przeboju. Eh, brakowało jej de facto na rynku. Przy niej Cardi B wygląda jak pochodna pani Minaj.

Jeśli ktoś sobie ceni dobrą muzykę i wrażenia estetyczne, to niech lepiej omija te wspomniane … artystki.

Miss Minaj i jej nowy hit

Cardi B i jej ubiegłoroczny numer jeden:

Z ciekawostek polecę – Nosowką i jej „Ja Pas!“. Ja bezkrytycznie uwielbiam tom paniom, de facto. Ha, i bodajże z 10 lat temu byłem z Ulą na koncercie Hey’a na Greenpoincie. Taka de facto korelacja.

Dobra, idę biegać. Aha, biegam! De facto pisałem kiedyś, że biegam tylko na Islandii. Hm, od wczoraj biegam też w New Jersey.

potwór z utah

to znaczy powrót. Literówka taka.

Zdjęcia/Pics

Musi trzeba raz jeszcze przyjechać do Utah. Podczas dwóch wizyt nie udało mi/nam się odwiedzić Kanionu Antylopy i Końskiej Podkowy. Prawie 3 godziny z Zion, z Bryce „tylko“ 2 i pół. Gdybyśmy chcieli w drodze na lotnisko zajechać, to sama podróż, niestety, trwałaby 10 godzin. No szkoda. Ale zawsze jest powód, żeby powrócić na ziemie mormońskie. Bo fajne to ziemie, fajni ludzie. Tacy spokojni, niegwałtowni, przyjacielscy. Nasz recepcjonista miał na ladzie wielki ekran. Ze 32 cale. Mówię do niego – wow, ale masz wielki ekran komputerowy!

– w sklepie wyglądał na mniejszy – odparł taki jakiś skonfundowany.

Nie przyszło mu do głowy wymienić. Chwalę zakup mówiąc, że pewnie się filmy fajnie na tym ogląda. Pan nie potwierdził. Dopiero kilka sekund później, rozglądając się po pomieszczeniu, zauważyłem podobnej wielkości tv wiszący na ścianie.

Motel przyjemny. Czysty, duży, z dużą liczbą różnych potrzebnych rzeczy. Najlepszy hotel z 3, w których podczas tej wycieczki mieszkaliśmy. Najważniejsze, że nogi mi nie wystawały. Czyli łóżko długie w sam raz. Motel 9-10 pokojowy, z fajnym ogródkiem obok. Miejscowość Tropic taka mała dziura. Do wszystkiego można było dojść nogami. I lampy uliczne mieli, więc nie ma obawy, że ciemno w nocy. W Springdale nie było lamp i nie było też nam do śmiechu wracając kilkaset metrów do hotelu, idąc poboczem. Na szczęście latarka w telefonie robiła za sygnał świetlny.

Mieliśmy odwiedzić Great Salt Lake w Salt Lake City przed wylotem. Ale padło na Red Canyon kilka mil od Bryce Canyon. Zrobiliśmy pętelkę, spotkaliśmy Niemców i ruszyliśmy w drogę. Sam Park bardzo urokliwy. Mogłoby się wydawać, że ile można czerwonych skał oglądać? Można! Jesteśmy pod wrażeniem kolorów! Bardzo wyraziste, soczyste kolory. Niesamowite.

W Visitors Center kupiłem sobie książkę na pamiątkę. Ni to biografie, ni to przygodowa, ni to o finansach – Wanted Posters of the Wild West. Stories Behind the Crimes. Poczytamy, zobaczymy.

Całkiem przypadkiem trafiliśmy na ulicę z westernów w miejscowości Panguitch. Szkoda, że nie było saloon’u z tymi fajnymi drzwiami. I jeszcze jedna ciekawostka z podróży do Utah. W naszej Tropice odbywają się rodea. Niestety od środy do soboty! No szkoda. Ale następnym razem pojadę do Teksasu i może tam? Zobaczymy. Urokliwy był też napis na płocie gdzieś po drodze – Bulls for sale.

W motelu w Tropice można było wziąć biblię mormońską. Mieli w różnych językach. Pech chciał, że akurat wczoraj były tylko po niemiecku. Dużo zachodnich naszych sąsiadów ponoć odwiedza to miejsce.

W drodze do lotniska zajechaliśmy do urokliwego baru Arshel’s w miejscowości Beaver, w stanie Utah. Bardzo przyjacielska i pomocna pani kelnerka. Lokal taki w starym stylu.

Najważniejsze, że było czysto i dobre jedzenie. Zostawiliśmy pani prawie 44% napiwku. A taki gest mieliśmy. Rachunek nam przypadł do gustu. Widać, że dbają o takie szczegóły. A pani kelnerka, to chyba z Warszawy była, bo do wszystkich mówiła – darling i hon, honey. Tak jak w moim Mokpolu jedna taka pani Krysia – Coś jeszcze kochanieńki? Szynkę babuni dziś polecam. Już chyba kiedyś o tym pisałem, w Białymstoku nie mówi się do ludzi „kochany“, „kochana“, a tym bardziej „kochanieńki“.

Knajpka oraz Bybee Cośtam Motel w Tropica dostały od nas 5 gwiazdek oraz recenzję-laurkę na google’u.

Wbiliśmy się na lotnisko, porzuciliśmy auto i lecimy do Miasta. Samolot pełny ludzi. Wszyscy chyba cały swój bagaż wzięli ze sobą. Nikt nie sprawdza już rozmiarów podręcznych bagaży? Koleś z dużą walizką, a drugi z wielkim plecakiem. Ledwo się pomieściliśmy. W drodze do Salt Lake City wchodziliśmy ostatni, to nam kazali już bagaż podręczny nadać. Teraz na szczęście nie musieliśmy. Czyli szybki wypad z lotniska JFK będzie. Hura. I tak przed nami pewnie 90 minut podróży do domu. Zawsze się z JFK do Jasnego Zielńca tyle jedzie. Eh!

bryce wow canyon

Zdjęcia/pictures

W sumie w jednym słowie moglibyśmy podsumować dzisiejszy dzień, Bryce Canyon. Wow!

Było cudownie. Zupełnie inny park niż wczorajszy Zion. Czerwony, piaszczysty.

Wybraliśmy jedną trasę z tych bardziej wymagających. 3-4 godziny – Navajo Loop i Peek-A-Boo Loop.

Navajo niby łatwe. Ale o mój boże, już na dzień dobry mijaliśmy powracających ludzi. Z językami na brodzie, na czworakach. Nie wyglądało to jak łatwy szlak. No nic, idziemy.

Peek-a-Boo jest połączone z Horse Trail, więc gówno było widać. Dosłownie. Trzeba było pod nogi patrzeć. Świeże odchody, wysuszone, pachnące, no jakie tylko chciałeś. Shit galore – można tak podsumować. Ale ale. Nie było tak źle. Widoki dech nam zapierały. Pysie się cieszyły. Było bosko.

W pewnym momencie Ula pokazała palcem na niebo i mówi, że chyba tam idziemy. To była góra, na której stali ludzie. Okazało się, że to Bryce Point – opcjonalne zboczenie z trasy. 1 mila pod górę. Ale dosłownie POD i 1 mila z powrotem. Poszliśmy. Okazało się, że do tego Bryce Point można było autem podjechać. No cóż. Co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Pyszna wspinaczka w górę i wdół.

Peek-A-Boo oblecieliśmy szybko. Ta końcówka była mordercza. Taki zyg-zag pod górę. Prawie na czworakach, sapiąc i z językiem na brodzie. Ale było warto.

Później objechaliśmy wszystkie punkty widokowe. Kanion ma 18 mil długości i co mniej więcej co mile ma takie przystanki na widoki. Różne. Fajne, mniej fajne.

Na końcu jest koniec planszy i można sobie takie małe kółeczko zrobić. Widoki pierwsza klasa. Koniec parku. Widok na przepaście, na górki, na przeróżne kolory.

Rainbow Point 9115 stóp/2778 metrów.

O ile w niżej położonym Zion było gorąco/ciepło, to w Bryce było tylko ciepło. Wczoraj długi rękaw, dziś o dziwno, krótki. Nienormalny jednak jestem.

Nasz hotel mieści się w miejscowości Tropica. 1990 metrów nad poziomem morza. Pan nam wyjaśnił, że nazwa wzięła się od tego, że zimy ponoć nie zimne, czyli tropikalne.

I ten chłopiec z recepcji i pani z wczoraj osobliwe. Takie spokojne, wyluzowane. Mellow.

I po raz kolejny Ameryka pokazała swoją proklientowską twarz. Ula zrobiła rezerwację na booking.com. 94 dolary za pokój, za noc. Podatki wszelkie wliczone. Pan nam podsuwa paragon – 94$ plus podatek = 115$. Hm. Ula wyjaśniła chłopcu, że No Way Jose. I pan się nie zająkawszy powiedział, że płacimy 94$. W Polsce jestem pewien, że hotelarz powiedziałby My way or no way. Ameryka jest super.

Po odświeżeniu się poszliśmy coś przetrącić. Nie wiem, czy to jest urok miejscowości o nazwie „in the middle of nowhere“, czy to zwyczaje jutańskie (jaki jest przymiotnik od Utah? Jak nazywa się mieszkaniec stanu Utah?), ale knajpy, sklepy zamykają o 21.00.

Obsługiwała nas pani kelnerka o imieniu zjawiskowym – Lato, czyli Summer.

Zapytałem się jej, czy zna kogoś o imieniu Winter. Powiedziała, że zadziwiająco nie zna. Ale zna Wiosnę i Jesień. Ale też zna kogoś, kto zna Zimę. Co na to Grzegorz Lato?

I tu ci taka statystyczna i nieprawdopodobna koincydencja! Dziewczę poszło do koledżu i dzieliło pokój ze swoją … imienniczką! Nieźle! A wmojej klasie licealnej też było dwóch Maćków, ha!

Aaaa, Francuzi nas śledzą. Od wczoraj się mijamy. Shuttle bus, knajpa w Zion, dziś szlak i dziś knajpa w Bryce. Bon Jour people!

utah saints

Pictures/Zdjęcia

W latach 90. A dokładnie na ich samym początku dostaliśmy do domu TV kablową. Stałem się fanem MTV. Oglądałem wszystko jak leci.

Były to szalone czasy rave i techno music. I taka piosenka się pojawiła. Chamski beat, ambient. Ale pan krzyczał „Utah saints. Utah Saints“. Podobało mi się.

2002 rok Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City.

2015 rok wybrałem się na najdłuższe (wtedy) wakacje. I między innymi namówiłem Państwo na pojezdkę. Padło na Arches National Park. Można się tam dostać albo z Salt Lake City albo z Las Vegas. Jeden pies, ważna cena biletów. To padło na mormonów. Na JFK już na dzień dobry 3 godzinne opóźnienie. Coś nie dobrze było z wlewem do paliwa na skrzydle. Także późno dolecieliśmy. Nie ważne. Wycieczka niesamowita.

I teraz też padło na SLC. Vegas dużo droższe, także mormony znowu.

Zabukowaliśmy auto na Thrifty. Według planu lądujemy o 23.59. Tak się Ula zapytała mnie w międzyczasie „A do której czynna nasza wypożyczalnia?“.

– według google do 1 rano

Ale w mailu potwierdzającym wypożyczenie wychodziło, że od 00.00 do 23.59, czyli prawie całą dobę. Zadzwoniłem do wypożyczalni i pani beznamiętnym głosem oświadczyła

– zamykamy o 1, otwieramy o 7

– a co jeśli mój samolot się spóźni? Mamy przechlapane?

– wypożyczalnia jest czynna do 1, otwieramy o 7

 

Lekka panika. Stwierdziłem, że zobaczymy co będzie na lotnisku.

I się okazało, że pani pilot doleciała o prawie godzinę wcześniej!

Ale bagaże nam kazali nadać, niestety! Także czekanie przy taśmie nas czekało. Szybko poszło. Delta jakoś szybko wypluwa.

Wpadamy na Car Rental sekcję i oczywiście kolejka tylko do naszej firmy! BLIN!

Ula zaproponowała, żebym obszedł inne, puste firmy. Jako, że Ula jest stąd, to nie musimy płacić za ubezpieczenie, więc wypożyczenie nie jest aż takie drogie. Zapłaciliśmy już w sumie 79 dolarów za 3 dni.

Dochodzę do Enterprise i rozmawiam z panem ile kosztuje niemałe auto. „129$ bez podatku“. Poprosiłem o zwłokę i pobiegłem do Uli. Okazało się, że Dolar Car cośtam też ogarnia Thrifty klientów. To ja do Dolara, Ula w Thrifty. Ale ni *uja kolejka się posuwa. Powiedziałem, że pal licho te 79$, i idźmy, i weźmy nowe auto. Te 129$ plus podatek to było za SUV, pogadaliśmy z panem, żeby coś mniejszego dał. Jak to w Ameryce – let me see what i can do for you. Nissan Rogue w cenie mniejszego auta, czyli 94$. Od ręki. W Thrifty nadal nic się nie ruszyło. Wzielim!

Po drodze zaproponowałem, że zadzwonię do Thrifty i anuluję rezerwację.

No bo jeśli w mailu piszą, że całodobowa, a w życiu, że do 1 rano, to niestety nie zdążyliśmy i pech. Anulacja. Udało się.

Co mam mówić o Utah i ich parkach?

Przepraszam za mój francuski/pardon my french – prze-kurwa-pięknie!

Zion, Bryce, Antilope – te parki chodziły za mną od dawna. Myślałem, że Zion będzie bardziej jak Arches – górzyste, pustynne. Ale nie, okazało się miksem Yosemite i Arches. Czyli skały czerowne i jednak wspinaczki, drzewa, małe lasy.

Springdale – miasteczko piękne, zielone, tętniące życiem. Moab przy Arches większe było, bo miało skrzyżowania. Springdale nie. Ale bogata gmina, bo autobusy za darmo po mieście. I park dziś też za darmo, bo cośtam.

Wg mapy przeszliśmy większość łatwych tras, średnich w ogóle, a z trudnych też z kilka.

Przy Visitor Center zgodnie stwierdziliśmy, że wybieramy Hidden Canyon. 3 godziny w dwie strony.

Oj było pod górkę! Zadyszani doszliśmy. Pięknie na każdym kroku. Różnorodność. Po lewej masz ściany czerwone od żelaza, a po lewej zielone, zamszone. Tu skałka taka, tam piasek. Tu się musisz wspinać po drzewie, tam po skałkach. A po przysypanych piaskach skałkach ślisko. Dużo ludzi spotkaliśmy. Para z North Carolina była najfajniesza, bo zrobili nam zdjęcia, a my im.

Tak teraz sobie myślę. Miasta mi się podobają. Dają energię do działania, do aktywności. Ale natura? Ładuje baterie. Poznajesz swoje miejsce na Ziemi. Jesteśmy mali. W drodze powrotnej, zszedłem ze szlaku i odkryłem dużą skałę, na której się mogliśmy położyć, poczuć się jak w niebie (przynajmniej ja).

W drodze powrotnej oblecieliśmy jeszcze małe szlaczki i wróciliśmy do wsi.

W knajpie zamówiliśmy sałatki, bo nadal po pysznym burgerze na lancz byliśmy pełni.

Mormońska ciekawostka. Już w 2015 roku nauczyliśmy się, że do sklepu monopolowego lepiej zdążyć. Bo jak zamkną, to szukaj wiatru w polu. Ale dziś nowinka – pytam się pani jakie ma piwo. A ta, że nie może rozmawiać z nami o alkoholu. Ale była tak miła, że podała nam kartkę z listą win i piw. Pytam się, które piwo rekomenduje.

– nie mogę rozmawiać o tym

– ? To poproszę Amber Ale

– bardzo popularny wybór

Hm, siki. Woda, a nie piwo. Ale cóż, podróże kształcą.

Przyznaję uczciwie, sałatka z krewetkami była dobra.

Co do Zion. Przepiękna, soczysta zieleń. Co chwilę byłem pod dużym wrażeniem. A biorąc pod uwagę brąz gór? Niesamowite zestawienie. 22 000 kroków zrobione. Prawie na WTC w Nowym Jorku się wdrapałem, bo mówi apka na telefonie, że ponad 105 pięter.

Zion polecam. Arches też. Ciekawe co jutro w Bryce!

Pogoda świetna! Na dwa dni przed Ula komunikuje:

– sprawdzałeś pogodę na nasz wyjazd?

– nie. Jeszcze nie

– minus 2 stopnie!

– ooo

Ale na szczęście dziś było ponad 20. Tylko nie wiem po co te kurtki brałem!

kabel

Hejka kochani. Jak się macie? Bo ja super.

 

Jesssu, ja to w jakimś marketingu albo pi-jarze powinienem pracować.

No wszędzie znajomości nawiążę. Z każdym zagadam.

Na każdym evencie służbowym poznam ciekawego klienta. A jak muszę coś zorganizować, to też bez problemu zagadam. Wybadam, ogarnę.

Zachodzę ja ci na Okęcie. Pani miła w okienku, to się uśmiechamy.

Aha, moja waga domowa ssie! Ważę się ja ci i patrzę, że mam 26 prawie kilo. Myślę sobie „o-o. Nie za dobrze“. Wyrzucam ze 2 pary butów, to i tamto. Odkładam flaszeczkę. Nadal powyżej 25 kg. Poddaję się. Najwyżej dopłacę za nadbagaż. Kładę ja ci walizę na pas i w szokum jest! 23,8 kg! Waga z Eur Agd. Oszusty. To ja zapewne nie ważę 100 kg!

Wracamy do pani z okienka.

– ale po cóż mi pani kartę drukuje, skoro mam w telefonie?

– a wydrukowałam ja ci już

– ok. Dziękuję

I zerkam. I co ja paczę!? Pierwotnie mój lot o 17.30. O 20.55 ląduję na Newark i po godzinie, mniej więcej, cmok cmok z Ulom!

– boarding o 19.15?! dokąd pani mnie wysyła?

– aaaa! Bo opóźnienie jest. O 20.00 wylot

A idź ty na chuj i nogami wymachuj. Jakby dali znać wcześniej, to bym w robocie został do 16.00.

Ale konwersuję z panią i się śmieję, i mam ubaw po pachy, No co zrobić! Trudno. Uwielbiam 5 godzin na lotnisku spędząć. Niedawno w Tel Avivie się pysznie bawiłem.

No serio, to słaba akcja. Przecie 2 i pół godziny obsuwy, to ja ten cmok cmok gdzieś o około północy zrobię.

No nic. I bramka 15-16N. To samo co do Izraela. Wiadomo, w USA najwięcej obrzezańców mieszka.

Poszedłęm ja ci do naszego ulubionego baru. Pani ta sama, co wtedy. Ale chyba przeszkolili, bo już nie taka wkurwiona na robotę. Nawet się pouśmiechalim. Placki sobie wziąłem ziemniaczane.

Pomyślałem sobie, że może lapsa odpalę. Ale brawo ja! Ładowarka w walizce.

I co ja paczę!? Panoczek siedzi z mac bookiem pro! To podbijam.

– dzień dobry, przepraszam, może ma pan ładowarkę do lapopa, bo bym chętnie się naładował, a zostawiłem kabel w walizce.

– jasne, nie ma sprawy.

I tak poznałem Przemka. Weteryniarz, od 37 lat mieszkający w USA, obecnie w Lambertville, na granicy z Pensylwanią, czyli jakaś godzina dwadzieścia od Jasnego Zieleńca. Laptop się ładował nie będąc kompletnie używany. No tylko ten raz, żeby sprawdzić gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Moskwa.

Przemek z Warszawy. I też wpieniony na opóźnienie, bo by mógł ze swoją mamą dłużej posiedzieć. A tak, to gnije na lotnisku. Mówił też, że jego żona leciała niedawno i też opóźnienie mieli. Identyczne. Także LOT- szmrot.

I tu wtrącił się Krzysiu. Z Tarnowa. Śmieciami albo myjnią samochodową obraca w USA. Dał Przemkowi wizytówkę i sobie rozmiawiamy.

– wiesz, ale spisz numer i oddaj mi wizytówkę, bo mam tylko jedną

– zrób zdjęcie i mu oddaj – wtrącam

Ja namiaru nie chciałem, bo powiedziałem, że tam nie mieszkam. A kolega wziął, bo ponoć blisko siebie mieszkają. Krzysiek gdzieś z brzegu Pensylwanii.

Osoboliwa postać ten Krzysiu. Nie pił! Dziwne. Polak i nie pije. Pewnie jakiś łobuz. Twierdził, że musi bęben zrzucić, bo stara go gania. Ale kabanoski od Przemka wciągnął.

A jak mi się oczy zaświeciły, jak mój nowy przyjaciel pistacje wyciągnął!

– znasz? Lubisz te orzeszki?

– czy ja znam?! Przemek, przecie zeżrę wszystkie i nie przestanę, jak nie skończę.

Jakżem powiedział, takżem zrobił.

Krzysiu się oddalał ze dwa razy do palarni, a my się cieszyliśmy konwersacją, śmiejąc się gromko.

Nawet jakiś chłopiec nas zaczepił, czy nie możemy mu przylukać lapsa i plecaka, bo do toalety chce wyskoczyć. To przypilnowaliśmy.

Aha, przy check-in-ie wczoraj wybrałem sobie mądrze rząd przy wyjściu ewakuacyjnym. Jesssu, jaki ja bystrzacha! 2 metry luzu przede mną! Nogi można wyciągnąć. Aha, tym nowym dreamlinerem lecimy. Faktycznie jakiś inny, niż ostatnio miałem. Nic nie kapie i się tacka z ohydnym jedzeniem nie zsuwa (no jedzenie niestety bardzo na NIE).

Na bramce zagaduję panią. Widać, że większość pasażerów wkurwiona opóźnieniem.

– przepraszam, czy moglibyśmy z kolegą zmienić miejsca i siedzieć obok siebie?

– jessu, teraz pan to mówi? 2 i pół godziny opóźnienia, a pan teraz o to prosi?

– no bo się teraz poznaliśmy. Jakby była pani taka miła

– w samolocoe proszę zapytać. Pół samolotu puste, coś się da znaleźć.

– ok, dzięki, nie przeszkadzam

 

Ja miałem 20 rząd (pierwotnie 18 ale zmieniłem na ten ewakuacyjny), Krzyś 16, Przemek 14 i ta fajna dziewczyna też 16, bo ją coś Krzysiu zagadywał. Fajna dziewoja. Fajnie po polsku mówi. Powiedziałem jej, żeby podziękowała rodzicom, bo czysta przyjemność popatrzeć i posłuchać, tzn. posłuchać.

Aha, córka Przemka to jakaś szycha w szołbizie.

– znasz Lorde?

– czy ja znam Lorde. Przemek, uwielbiam Lorde i jej „Royals“

– no widzisz, bo moja Natalia ją odkryła i wypromowała

I pokazuje mi okładkę singla z dedykacją dla Natalii.

 

Rozścieliłem ja ci sobie kocyk na podłodze i sobie drzemię. Po 3 godzinach zmiana warty. Ja piszę, a Przemek chrapie.

„And we’ll never be royals
It don’t run in our blood
That kind of lux just ain’t for us
We crave a different kind of buzz“

 

 

 

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑