podróże,  życie

fem myror är fler än fyra elefanter

czyli 5 mrówek to więcej niż 4 słonie. Prosta matematyka. Szwecja dla mnie też jest jakaś prosta. Choć niektórzy Szwedzi życzyliby sobie więcej stanowczości ze strony policji.

Jakiś pan spalił książkę religijną, Koran bodajże. Ponoć można w Szwecji różne tomiska niszczyć. No i lokalni wyznawcy islamu wszczęli zamieszki. Policja bezradna, bo nie można uchodźców i innych nacji atakować. Część szwedzkiego społeczeństwa domagało się choć armatek wodnych użycia.

No cóż, polska milicja też do światowej czołówki nie należy. Kompromitujące filmiki polskiej policji za czasów PO krążą po sieci. A dzisiejsza milicja tylko domku na Żoliborzu umie pilnować.

Zaczynam poznawać Szwecję i Skandynawię ogólnie. Już niejeden rytuał przeżyłem i doświadczyłem.

Picie tego ciepłego wina w grudniu – Glöggmingel – uznałem za bardzo fajne towarzyskie wydarzenie.

Lucia, czyli święto świętej Łucji jakoś mnie porwało. Widziałem dziewczynki na biało ubrane ze świeczkami na głowie. Ale ktoś nie pomyślał o nagłośnieniu. A ponoć umieją ładnie śpiewać.

Fika – kolejne towarzyskie zjawisko, a raczej tradycja. Przerwa od pracy to świętość. A fika to właśnie przerwa na kawę w towarzystwie czegoś słodkiego. Wtedy jest czas na luźne rozmowy między obowiązkami.

Przede mną jeszcze Midsommar 24 czerwca.

No lubią się Szwedzi bawić.

Pisałem już kilkukrotnie, że największy fanem Camilli Lacberg jestem. Oczy już wypłakuję, bo zmierzam ku końcowi z sagą o Fjällbace z Patrikiem Hedströmem i Eriką Falck. Czarownicy zostało już bez mała 100 stron! Ale jakieś światełko w tunelu widzę, bo Szwed mi jeden uprzejmie doniósł, że Camilla wydaje nową pozycję o przygodach sympatycznego małżeństwa z wioseczki nadmorskiej! Nie mogę się doczekać premiery, jak i od dawna wymarzonej podróży do Fjällbacki. Mam obiecany roadtrip po Szwecji. Muszę prędko się języka podszkolić. Idzie mi jak krew z nosa, bo cholernie dziwny do wymawiania to język.

I właśnie w ostatniej książce Camilli wypowiedziana jest fraza – fem myror är fler än fyra elefanter.

Ponoć to program dla dzieci z lat 70-tych. Taki ni to teleranek, ni to Pan Tik-Tak. Podczas obecnego wojażu na północ Europy, zaprezentowano mi jeden odcinek tegoż … programu dla milusińskich. Nie dziwię się, że program tylko dwa lata się utrzymał na wizji! Jeśli ja, lat … 29, wystraszyłem się, to co te biedne dzieci miały powiedzieć? Ten pan prowadzący, taki jakiś nieprzyjemny w odbiorze. Brrr. Nie dało się oglądać. Ale fakt, 5 mrówek, to więcej niż 4 słonie.

Kolejny rytuał, który miałem przyjemność przeżyć, to sobotnie palenie ogniska – Noc Walpurgii (Valborgsmässoafton). Jak to piszą mądrzy dziś – Współczesna wersja Nocy Walpurgii to klasyczny synkretyzm religijny. No raczej.

Kiedy chrześcijaństwo dotarło do Szwecji tej właśnie nocy, z 30 kwietnia na 1 maja, wiedźmy miały lecieć na miotle na spotkanie z diabłem. Wielkie ogniska i wykonywane przy tym pieśni oraz hałasy miały wiedźmy i złe moce odstraszyć. Dziś Valborgsmässoafton jest w Szwecji swoistym powitaniem nadchodzącej wiosny i przegonieniem mroków nocy polarnej. Czyli taka nasza marzanna.

A propos wiedźm, to właśnie w tej mojej Czarownicy (Häxan) akcja co jakiś czas przenosi się do 1672 roku. Opisywane jest między innymi polowanie na czarownice. Wrzucić do wody, jak się unosi, to czarownica. Wyławiali i albo stos, albo więzienie.

Cholera, ja już kilkukrotnie ostatnio robiłem ten test na basenie i wychodzi mi, że wiedźm jaki jestem, czarownik znaczy!

Także podbijamy w sobotę na górkę, żeby lepiej ogarnąć całe wydarzenie. Stos gałązek jest, jakiś pan podlał czymś. Czary-mary i ognisko płonie. Jakieś niewiasty chyba śpiewały, tak wniosłem po ruchu warg i ciała. Zeszliśmy na dół i niestety organizacyjnie słabo to wszystko wyglądało i brzmiało. A dziewczyny głosy miały całkiem przyjemne.

Stoimy więc przed ogniskiem. Podziwiam rytuał. Nagle ktoś mnie klepie w ramię. Kątem oka widzę jakąś starszą panią z panem. Pomyślałem, że może rodzice Szwedów. Ale nie, nie znam kobiety. Pani zawzięcie perorowała w swoim języku. Z tonu wynikało, że oburzona jest i ma jakąś pretensję do mnie. Płynie kobiecina mówi, całkiem zgrabna wypowiedź jej wyszła. Poczekałem grzecznie aż skończy i odpowiadam przejęty szczerze – nie mam zielonego pojęcia co pani do mnie mówi. Nie znam szwedzkiego.

Panią lekko przytkało, ale rezonu nie straciła. Rezolutnie przetłumaczyła na angielski swoje myśli i zachowanie. No foch, pretensja, oburzenie, że ja, taki wysoki tu stoję i im zasłaniam widok. Zbaraniałem. Ale uśmiecham się i mówię – wystarczyło powiedzieć „przepraszam” i bym panią przepuścił. Baba dalej coś nawijała, ale nie słuchałem już jej. Odsunąłem się, dając im miejsce mówiąc, że dobre maniery by się przydały na przyszłość.

No kurczaczki! 5 mrówek to faktycznie więcej niż 4 słonie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.