Kupiłem sobie koszmarne wyrko! Jest wygodne i tak dalej, ale co noc śnią mi się koszmary. Koszmar! Nie mogę się wyspać. Na szczęście (?) nie są to sny z Freddy Krugerem, czy wampirami, tylko takie sytuacyjne koszmary.
Na szczęście jutro wyjazd na Sylwestra do baranka i owieczek, to może się wyśpię i odkoszmaruję jakoś.
28 grudnia Szwecja wprowadziła obowiązkowe testy na covid-19. Rok temu dostali baty za brak działań, to teraz szybko się zabezpieczają. We wtorek ponoć na tym słynnym moście łączącym Malmo z Kopenhagą cofnięto kupę aut, bo teścików nie mieli. Zabawne jest to, że jak Szwedy wracają do domu, to nie muszą się testować. Obiecują sprawdzenie swego stanu zdrowia domowymi metodami… w domu. Kupiłem sobie też kilka testów. Będę się bawił w pana doktora.
Także szwedzki rząd pozwala swoim narażać ludzi w samolocie, lotnisku, taxi, autobusie, a turystom każe się sprawdzać. Dziwny kraj, dziwny.
Siedzę na lotnisku i czekam na odlot do Malmö (malm – kruszec, ö– wyspa). Chilloutuję się w jakimś lounge i zagaduję jakieś dziewczyny. Czas mija miło, razgawor się klei. O pół do (chyba trzeciej) pomyślałem sobie, że boarding się zaczął. Idę żwawym krokiem pod bramkę i widzę cztery spusty. Za drzwiami dostrzegam autobus z pasażerami. W panice pytam pani z obsługi, czy jeszcze zdążę polecieć. Jeśli autobus odjechał, to już nie – odpowiada stewardessa. Oddycham z ulgą i informuję, że bus jeszcze stoi. Pani szybkim ruchem podnosi rękę i krzyczy do kierowcy – one more passenger!
Rzucam się kierunku lounge i biegnę ile sił w nogach. Biegnę i biegnę, a ten salonik wydaje się być coraz dalej i dalej. Strasznie długie te 400 metrów – pomyślałem sobie. Biegłem tak, jakbym w smole jakiejś był. W końcu dopadam do mojego plecaka, żegnam się z niewiastami i znowu zaczynam gnać. Tym razem do bramki.
I tu dziwne, niby ta sama trasa, a jakiś krajobraz inny. W pewnym momencie widzę już autobus i stewardessę, która do mnie macha, żeby mnie pogonić. Ale ku mojemu zdziwieniu między nami zrobiła się delikatna przepaść, w której były 4 tory. Nie myśląc długo, postanowiłem przebiec przez żelazną drogę, a nie jak przepisy nakazywały – przez wyznaczone przejście.
Dobiegam, zdążam, chcę już wejść, ale pani stewardessa pyta się – ma pan test na coronawirusa?
Poczułem się tak, jak kiedyś na regatach, gdy nasz sternik Piotruś nie powiedział, że manewr wykonuje i dostałem bomem w łeb, tak mocno, że o mało co, a wyleciałbym z łódki. Tak mocno, że makówka mnie bolała kilka dni tak, że nawet sama Pani G. kazała mi tomograf zrobić. Tak się właśnie teraz poczułem.
Pani stewardessa pokazała mi palcem wianuszek ludzi idący gdzieś i zaczęła coś mówić. Ale ja już w te pędy pognałem za pasażerami. Szli na test. Biegnę znowu. Oczywiście jestem ostatni i nie widzę już wszystkich, tylko same ślamazary. Nagle wpadamy do … Starbucksa i olśniewa mnie! W kawiarni robią testy! Ktoś mi kiedyś to powiedział. Chłopiec przede mną zatrzymał się w osłupieniu i niepewności. Kalkulował, czy to tu, czy dalej ma biec. Ale w jednej sekundzie wyprzedzam go i chwytam za patyk, żeby sobie wymaz z nosa zrobić. Nie dziwi mnie kompletnie, że Starbucks jest … na Manhattanie.
Ostatnio bardzo lubię drink o nazwie whisky sour. Musi być białko. Angostury nakraplam sobie coraz więcej, bo też lubię. Dziś nawet sobie pomerdałem drinka, żeby te kropelki się wymieszały. Mniam!
Słucham radio jak zwykle i ostatnio wszyscy podsumowują się i tak dalej. No ja też się może wyjaję co mnie urzekło w 2021. Ale na razie cicho sza. Sikret taki.
I we wtorek pan puszczał muzykę jak zwykle, taką jaką lubi. I tak ścichapęk zagrał Sting „Be still my beating heart”. Sam jakoś niechętnie po muzykę tego pana sięgam. Ale muszę przyznać, że starego Stinga lubię. Bardzo. Lekko jazzujący jest. Muzyka mnie urzeka. I właśnie dziś mnie naszło, żeby posłuchać albumu „… Nothing like the sun”. I dziś mnie właśnie naszło, żeby naskrobać parę słów, bo widzę, żem dawno nie pisał, a rok się kończy, kolejny rok się kończy i szczerze powiedziawszy wena mnie opuściła jakoś. Albo lenistwo ogarnęło.
Święta, święta i po świętach.
Niestety dałem ciała z wynajmem auta. Jakoś naiwnie myślałem, że bez problemu coś znajdę. W firmie korporacyjnej aut jednak już nie było, a w innych rent-a-car’ach koszt 4 kółek na 3 dni wynosił … ponad 600 zł. I to niestety Fiat 500.
Kupiłem szybko bilecik na PKP. Pierwsza klasa. A co!? Święta! Płacę, oglądam bilety i patrzę, że coś źle widzę chyba. Miejsce siedzące w drodze do Waw mam, ale do mamusi i tatusia status przy rubryce „miejsce” jest niepokojący – brak gwarancji.
Dzwonię prędziutko na infolinię i się pytam cóż to znaczy.
– nie ma pan miejsca siedzącego – mówi z infolinii PKP chłopiec
– czyli będę stał? – się upewniam
– tak – szybko rzecze głos w słuchawce
– to dlaczego sprzedajecie bilety jak nie ma miejsc? – zaciekawiam się
– nie zauważył Pan. W momencie zakończenia transakcji jest podana informacja o miejscach – jak automat informuje mnie chłopiec
– ok. mogłem nie zauważyć. Zastanawia mnie jednak po co sprzedajecie bilety stojące w I klasie? Stać mogę w II i to za pół ceny – mówię
– no nie zauważył pan …
– ale mogę wymienić bilet i oddacie mi pieniądze potrącając prowizję? – pytam
– nie. Jeśli pan wymienia, to nie ma prowizji – mówi człowiek z infolinii
Rozłączam się i wymieniam. Oczywiście wymiana polega na tym, że oddaję stary bilet, kupuję nowy, a hajsy za stary bilet dostaję po 4 dniach. Standard. Ale na szczęście bez prowizji.
Okazało się, jednak, że kolega Radzio, przyjaciel serdeczny ze studiów, będzie wracał 23 grudnia z firmy do Białego, to mnie zgarnie.
Oddaję w sumie wymieniony bilet. Prowizja 15% się należy. I tego nie rozumiem. W obu przypadkach oddałem bilet. Ale tylko przy „wymianie” dostałem 100% z powrotem. Zadziwiająca mnie logika.
Alem dojechał, poświętował, nie obżarł się i nie opił. Ufff.
Powrót to .. ech. Śmiech na sali.
Nie kumam dlaczego, jeśli bilety wysyłają mailem, to nie mogą zawiadomić pasażera, również mailem, o opóźnieniu?
A przecie, jak wiemy, opóźnienie może ulec zmianie. I uległo.
Wchodzę na hall główny, wiecznie remontowanego, dworca i widzę na tablicy informacje, które wzbudzają mój niepokój. Mój pociąg odjeżdża o 9:24. Na tablicy widnieje transport do stolicy o … 9:22 ale … BUS-em. Podbijam do okienka, do pani w kasie, gdyż nie widzę nigdzie okienka z informacją. I tu zaczyna się lekki dramacik/wkurw.
Pytam się o ten autobus. Pani mówi, że a i owszem, że tak, że jest. Jedzie ponad 4 godziny. Grubo ponad 4 godziny. Pytam się o mój pociąg. Dowiaduję się, że jest opóźniony. Pytam się o ile. Pani nie wie. Komunikaty przez megafon są podawane. Pytam, gdzie jest informacja. Megafony są informacją – słyszę.
– mam problem ze słuchem. Byłaby pani tak miła i powiedziała o ile pociąg jest opóźniony? – proszę.
– siedzę za okienkiem i też nie słyszę – burczy pani
Komunikaty faktycznie są cicho nadawane i przy tym gwarze w hallu, nie słychać prawie nic. A gdyby tak akurat moja mama przechodziła przez hall dworca głównego i chciała posłuchać komunikatów? To też by nie usłyszała, bo mamusia już swój wiek ma i nie wszystko dokładnie słyszy.
– poza tym informacja o opóźnieniu jest podana na tablicy – kończy ze mną panienka z okienka.
Odchodzę zrezygnowany i zerkam na tablicę. Nie widzę nic o moim pociągu. Sprawdzam nawet czy gdzieś jest informacja o składzie numer 18103. Nie ma. Jest tylko 18102 z Suwałk, który jedzie do nas z opóźnieniem … 110 minut! Opóźnienie oczywiście może ulec … i uległo.
Na autobus już nie zdążyłem, ale i tak to byłoby bez sensu, bo podróż busem jest dłuższa niż pociągiem, nawet przy tak gigantycznym opóźnieniu.
Pomyślałem sobie, że przejdę się po mieście, tylko walizeczkę schowam do przechowalni. 18 zł za 24 godziny. Nie ma opcji na godziny. Ale i tak nie skorzystałem, bo tylko monetami można płacić. Ech.
Wykombinowałem, że auto wynajmę i zapytam się kogoś z podróżujących czy nie chcą się zabrać za parę złociszy. Jakiś chłop się srogo zdenerwował, bo miał lot do domu i te 130 minut opóźnienia spowodowały niezdążenie na samolot.
Wypożyczalni nie było w pobliżu. Była co prawda jedna, ale w takim burzonym Centrum Parku. Nie wyglądało na czynne.
Ula z Teksasu! Ale tam koło Twoich dziadków bloczek postawili. Przepraszam, nie bloczek – apartamentowiec. Nie ma teraz mieszkań. Są apartamenty. Nie lubię nowomowy.
Koło studio Dzień Dobry TVN nie było kwiaciarni. Było Laboratorium Kwiatów. Zawinęli się w pandemii. Teraz jest … nie kawiarnia. Tylko coś, co serwuje kawę. Nie pamiętam już fachowej i oficjalnej nazwy.
Z innych głupotek o języku polskim, to na drzwiach jakiegoś lokalu napisali, że obłożenie w 70% może tylko przebywać. Wrzuciłem fotkę na Instastory. Sam Marszull/Słodkokwaśna się oburzył, że nie było nigdy 70%, tylko 30. Nie wiem, czy napisał też do knajpy bezpośrednio, bo dzień później komunikat zmieniono. A ja się tylko śmiałem na Instastory, że to nie po polsku było. No chyba, że klientem w Little Hell Pub jest obłożenie, to wtedy przepraszam, szacuneczek.
Na dworcu wymyśliłem, że polecę do Maca i kupię kawę i może jakiego macFishburgera. Odbiłem się od drzwi, gdyż „restauracja” czynna od 11.00 w drugi dzień Świąt. Wróciłem zrezygnowany na stację i zaopatruję się w czarny, gorący napój w automacie. Nalało się tyle kawy, że aż menisk wypukły się zrobił. Łapię za kubek, który się pod naporem uścisku się spłaszcza, wylewając gorący napój na mnie, parząc mnie. Szybko postawiłem kubeczek na podłogę, założyłem rękawiczkę i wyszedłem na mróz. Nadpiłem szybko nadmiar kawy i wróciłem do środka, żeby dokończyć picie. Pioruńsko zimno było tego dnia.
Opóźnienie uległo zmianie. 130 minut w plecy!
Ale pociąg w końcu nadjechał. W przedziale chłopiec zatelefonował do kogoś i usłyszałem historię o busie, na który nie zdążyłem. Kierowca do pełnego ludzi autokaru powiedział, że będzie jechał opłotkami, przez wszelkie możliwe zadupia. Prosi o opuszczenie maszyny, bo za chwilę podstawią inny autobus, który bezpośrednio zawiezie wszystkich do stolicy. Ludzie wysiedli. stal się tylko jeden pasażer. Nowy bus nie podjechał… Polska, mieszkam w Polsce. mieszkam tu, tu, tu … Jakiż ten Kazik mądre i prorocze piosenki śpiewał.
Kupiłem nowe łoże, gdyż stara, rozkładana sofa doprowadzała mnie do szału. Nogi mi właziły w szpary. Kupiłem tym razem zwykłą ramę i gruby, twardy materac. Spałem na nowym ze 4 noce i … mam koszmary!
Nie pamiętam już wszystkich, ale wczoraj miałem koszmarny koszmar. Tatuaż chciałem zrobić. Dziara numer trzy. Sam fakt posiadania tatuażu numer trzy nie był koszmarny. Ale …
Ah! Dykteryjka. Siedzimy w knajpce przed Świętami i trwa dyskusja. Koleżanka mówi – ponoć nie istnieje człowiek, który ma tylko dwa tatuaże. Wszyscy przytakują, machając w podziwie łepetynami. I tu wchodzę ja! Cały na biało. Aniu, ja mam dwa tatuaże – informuję.
Konsternacja.
Koniec dykteryjki.
No i w tym śnie podbijam do Słodkowaśnej z prośbą o namiar na mistrza sztuki. Podaje mi telefon do jakiegoś pana, co niby jest prze-super. Na wizycie pan mi rysuje takie próbne tatuaże. Ja ich nie widzę (jeden na przedramieniu, drugi na łopatce). Dopiero w domu zerkam w zwierciadełko i co ja paczę! Obrazki całkiem fajne. No mistrz – myślę sobie. Ale dopiero później dociera do mnie, że pod rysunkami są jakieś napisy, złote myśli. Coś na zasadzie, że jeśli nie chcę zmoknąć w deszczu, to muszę wziąć parasol. Ale po angielsku te bon moty/creda były. Obudziłem się wystrachany cały. Brrrr.
Strasznie mi się do USA chce! A tu wiecznie jakieś odmiany, warianty covidowe, testy przed przylotem. No i weź leć. Nigdy nie wiadomo, kiedy omikrona złapiesz.
Dziś zamieniałem abażur w lampce. Ze świątecznej gwiazdy na regularny. I mi się gwiazdka popsuła! Przed wyrzuceniem do kosza zrobiłem sobie focię. Nie było mnie w 2020. Nie było mnie w 2021. Mam postanowienie, żeby w 2022 zawitać. Ale opóźnienie jak wiadomo może ulec …
god morgon. Albo raczej god kväll, bo żem w Szwecyji jest. Wiecie jak to jest? „Oh, musisz wpaść do Szwecji na kogel mogel (oficjalnie chyba glöggmingel, ale ten szwedzki to śmiszny i straszny, to nie wiadomo co oni mówią). Jak kiedyś oglądałem horrora japońskiego, to cała groza znikała, jak zaczęli mówić. Ni czorta to konwenjowało z nastrojem straszności. Tylko, że ten japoński taki wnerwiający był. A szwedzki taki jakiś zabawny.
Na ten kogel mogel dostałem zaproszenie jakoś w sierpniu. No wiecie jak to jest, jak ktoś zaprasza z taaaakim wyprzedzeniem? Mówi się „no jaszka, wpadnę”. Ty zapominasz o sprawie, a Szwedy pamiętają. Ileż ja się nasłuchałem „kupiłeś bilet?” albo „bardzo fajnie by było jakbyś był”. No to w październiku kupiłem bilet na 11 grudnia, bo to niby wtedy piją tego grzańca. Wizzair lata w piątki tam i w niedzielę z potworem. No to sobie pomyślałem, że czemu nie? Raz się żyje. Poza tym zakładałem, że tego się nie pije cały czas, tylko to takie zmocz-mordkę-w-grzańcu-i-pij-wódkę-później będzie. A tu nie! To rytuał. Oni do tego podchodzą bardzo serio! A jak wiemy grzaniec to nie jest jakieś mlask i mniam. Słodki i ciepły ulepek.
Skandalicznym okazało się, że Wizzair zmienił rozkład lotów i w środy zaczął do Malmo zalatywać. Kilka szybkich maili do pana mojego w pracy i już praca zdalna ze Skandynawii. Da się!
Cała chata ozdobiona świecidełkami bożonarodzeniowymi. Spiżarka wypchana grzańcami i ciastkami. Wrócę grubszy.
Podbiłem pod robotę kumpla, bo akurat kończył i mógł podrzucić to tu, to tam i mi mówi, że coś mi pokaże. O mój boże! Jakiś większy freak niż moje Szwedy. Zażartowałem nawet na przyjeździe z Polski, że powinni sobie całą chatę oświecić. Popatrzyli na mnie, jak na wariata mówiąc coś o rachunku za prąd.
Ale ten freak to mistrz. WSZYSTKO było oświecone.
Jak się zatrzymaliśmy pod domem tego pana, to powiedziałem … dzieci proszę zakryć oczka … O KURWA!
Pan mnie tak zainspirował, że mawet się dałem wciągnąć w ten nastrój świąteczny i kupiłem sobie gwiazdkę w okno. A co? Bóg się rodzi, moc truchleje.
Malmo podoba mi się coraz bardziej. Odkrywam je łażąc na nogach (od tego są nogi, by łazić na nich. Tak kiedyś Kazik śpiewał).
Miasto jest czyste, grzeczne, ładne, takie od linijki. Choć dziś poleciał OPR do towarzystwa w autobusie. Darło ryja we trójkę przez telefon. Każde do swojego. Ten z mamusią, tamten do kogoś tam. Skończyła się awantura moim krótkim, ale stanowczym „shut up”. Już nawet Szwedy mówiły, że autobusami nie jeżdżą, bo hałas! Od dziś im się nie dziwię. Masakra. W Waw jest mega kultura w porównaniu z Malmo.
Także tak, jestem w Szwecyji i się zapoznaję z kulturą.
Aha, wczoraj się okazało, że ruszają w kraju obostrzenia. Ludzie w szoku. No bo jak to? Od początku pandemii Szwedzi mieli takie „recommendations”/sugestie/propozycję/uprzejmie prosimy:
– maseczka na lotnisku
– nie gromadzimy się powyżej 8 osób. Albo 5. Moje Szwedy już nie pamiętają
A tu od wczoraj rząd zarekomendował, albo wręcz nakazał, maskę na twarz w autobusach i na lotnisku. SZOK! Ponoć dziennikarze chodzili po mieście i robili wywiady z ludźmi pytając co oni na to, jak się z tym czują.
I faktycznie coś jest na rzeczy, bo to mój czwarty raz od sierpnia i po raz pierwszy, nawet bardzo atrakcyjna pani Szwedka, na lotnisku w Sturup poprosiła mnie o zdjęcie … maseczki i pokazania jej … mojego dokumentu tożsamości. How sexy!
W autobusach, tak jak w Polsce, ludzie mają głęboko w poważaniu obostrzenia/rekomendacje. Jestem rodzynkiem. 95% ludzi jest bez maski. Ja już przestałem się z ludźmi w Polsce awanturować o brak maseczki i dystansu. Bo szkoda zdrowia i nerwów. Szwedy też mają to najwyraźniej w nosie. Polak – Szwed, dwa baranki. Mee i bee.
Tak się wkręciłem w te Skandynawię, że poprosiłem Wielkiego Pe, żeby mi pożyczył wszystko co ma Camilii Lackberg. Przemko wpada na jakieś roboty w przyszłym tygodniu oraz na jakieś lapienie pierogów. To wtedy go wykorzystam. Będzie czytane. Ponoć jego córka ma tego Henrego Mannkela. Hm, coś czuję, że i od córki książki się wycyganię. Będzie czytane!