Miesiąc: luty 2013

Ęsi, ćakra, ćelo

Nie, to nie jest gęsi język.

Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj – jest to najstarsze znane zdanie zapisane w języku polskim i na ziemiach Śląska. „Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai” zapisano w 1270 roku we Wrocławiu na karcie 24 księgi henrykowskiej.

 

A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają.

Zawsze mi się wydawało, że Rej miał na myśli fakt, że nasz język polski piękny jest, a nie jakieś tam gęgu-gęgu, nie wiadomo co to. Ni pies, ni wydra. Dziś dowiedziałem się, że gęsi język, to łacina, bo praPolakom język ów kojarzył się z gęganiem. No na pewno Rej nie miał na myśli faktu, że Polacy nie gęsiami, czy też gęśmi są.

Gęgu- gęgu.

 

Polszczyzna jest językiem naturalnym należącym do grupy zachodniosłowiańskich, stanowiących część rodziny indoeuropejskiej.

 

Ponoć 44 milionów ludzi traktuje ten język polski jako ojczysty. 44, eh, ten Mickiewicz.

 

Najstarszy druk w języku polskim ukazał się w 1475 roku we Wrocławiu. Były to trzy modlitwy – Ojcze nasz, Zdrowaś Mario oraz Wierzę w Boga. To nie dziwota, że my Polacy tacy wierzący i religijni.

 

Alfabet nasz opiera się na abecadle łacińskim i składa się dziś z 32 liter. Z wyjątkowych znaków należy wyróżnić: ć, ą, ę, ł, ń, ó, ś, ź, ż. Biedne „dż” i „dź” się nie załapało.

 

Współczesny język polski wywodzi się pod względem zasobu słownictwa z dialektów używanych w Wielkopolsce i Małopolsce, w mniejszym stopniu na Mazowszu czy na innych obszarach. W wymowie tzw. kulturalnej (standardowej, ogólnopolskiej, ludzi wykształconych) współczesnego polskiego góruje wymowa najbardziej typowa dla dialektu mazowieckiego.

 

Na język polski wpływały inne języki. Najważniejszymi z nich były: gęsi (czyli łacina), grecki, niemiecki, czeski, ruski (później białoruski i ukraiński), turecki, włoski, rosyjski, węgierski i jidysz.

Obecnie można obserwować duży wpływ języka Szekspira na polszczyznę. [Ryli? Oł, fak]

 

W etnicznym języku polskim wyróżniamy:

– język ogólny: język literacki, język potoczny

– dialekty: ludowe oraz miejskie (np. gwara warszawska, gwara lwowska)

– socjolekty – gwary środowiskowe

 

W dużym przybliżeniu przeciętny Polak czynnie zna (czyli używa w wypowiedziach) nie więcej niż kilkanaście tysięcy słów, natomiast biernie (rozumie, ale nie używa) – ok. 30 tysięcy słów. Wyjątkami są osoby, które mogą biernie znać nawet 100 tysięcy słów. Jednak badania filologów z Uniwersytetu w Białymstoku wykazują, że wystarczy znajomość 1 200 najczęściej używanych słów w języku polskim, by móc zacząć się nim posługiwać.

Ciekawe ile ja znam? Chyba sporo ale większości nie rozumiem. Literaki na kurniku uczą i ogłupiają. Bo kto to wie co to jest: tex, ulwa, ate, alegoreza, ald, matni, fidybus, tuf, maa, mho? Wiem, że są ale wiem, że nie wiem co znaczą. Dziwne, że WORD podkreśla co niektóre wymienione przeze mnie wyrazy. To są one polskie, czy nie?

Poza tym, czy jak ktoś zna jeden wyraz, np. być, to czy wyraz byliśmy zalicza się jako drugi wyraz zapoznany przezeń, czy jako jeden, bo to przecież koniugacyja jakaś.

 

Zrozumienie polskiej gramatyki staje się o wiele prostsze po uwzględnieniu ogólnych zasad wymian głoskowych. Łot?!

 

W tradycyjnej (szkolnej) klasyfikacji wyróżnia się 10 części mowy: rzeczownik, przymiotnik, czasownik, liczebnik, zaimek, przysłówek, przyimek, spójnik, wykrzyknik, partykuła.

Nieodmienne są:

Przysłówek – “Spośród wszystkich łamigłówek najtrudniejszy jest przysłówek, lecz nie będziesz miał z nim biedy, gdy zapytasz: jak? gdzie? kiedy?” – np. ładnie, wszędzie, jutro.

Jutro się nie odmienia?!

Zaimek przysłowny – (np. jak? – tak; gdzie? – tam; kiedy? – kiedyś; którędy? – tamtędy; skąd? – stamtąd; dokąd? – tam)

Przyimek – “Znajdź przyimki przy imionach: z Jankiem, w Stachu, u Szymona”

Wykrzyknik – np. ach!, hej!, halo!, hura!, bęc!

Dziwne! A achy i ochy to co to jest? Nie odmiana acha i ocha?

Partykuła – “Wreszcie partykuły te: li, czy, no, że, niech, by, nie!”

Spójnik – “Spójnik spaja doskonale słowa, zdania: i, lecz, ale, oraz”

 

Czasu zaprzeszłego chyba nie ruszę. Na szczęście w języku współczesnym zanikł w zasadzie całkowicie i znany jest dziś tylko z książek (bardzo rzadko bywa używany w celu celowej archaizacji języka mówionego).

Co ja robiłem byłem? Ja robiłem był wpis na blog. Ja byłem robił wpis na blog.

 

Rybyśmy łapali – hehehe, zabawne.

A wódkęśmy pili też można powiedzieć?

A jedną gęśśmy łapali też?

 

Forma „jam” ma charakter podniosły. Jejks, jam często tej hybrydy używa.

Inne formy mają charakter potoczny lub są stosowane do podkreślenia. Formy typu “gdzie żeście byli” są uznawane obecnie za niepoprawne, chociaż są coraz bardziej rozpowszechnione w mowie potocznej. Końcówka „–ście” może być doklejana do cząstki “że” wtedy, gdy pełni ona rolę spójnika lub partykuły wzmacniającej, np. Mówili, że jedliście = Mówili, żeście jedli, Gdzieżeście byli? = Gdzież byliście?
Pod względem formy czas przyszły prosty jest identyczny jak czas teraźniejszy. Formy czasu przyszłego prostego oznaczają czynności lub stany przyszłe (np. Za miesiąc skończę szkołę). Marginalne jest użycie form czasu przyszłego prostego dla oznaczenia czynności lub stanów:

– habitualnych – np. Zawsze, kiedy przyjdzie, wypija szklankę mleka

– omnitemporalnych – np. Nie rozpali się ognia, jeśli się nie ma żadnych narzędzi

– przeszłych – np. To było tak: idę sobie ulicą, a tu nagle jak nie wyskoczy pies bez kagańca.

 

Kiedyś to się laski wyrywało:

„…panno ma namilejsza! Gdy chciałem na służbę ot ciebie jachać precz, przytajałem do domu twego, ciebie żegnając. Dziwne rzeczy, w miłości będąc, poczęły się między nama, toć jest, aby mnie nie zapomniała, barzociem twej miłości prosić, a twa miłość na mą prośbę ślubiła to uczynić.”

Używszy imiesłowu przysłówkowego uprzedniego zakończył wpis.

Używając imiesłowu przysłówkowego współczesnego zakończam wpis.

 

Trudny ten nasz poczciwy język polski.

 

21 lutego – międzynarodowy dzień języka ojczystego!

wszystkiego dobrego języku polski

tempus

時間, thời gian, amser, காலம், เวลา, ժամանակ, wakati, ທີ່ໃຊ້ເວລາ, am, vaxt, laikas.

japoński, wietnamski, walijski, tamilski, tajski, ormiański, suahili, lao, irlandzki, azerski, litewski.

W tytule jest po łacinie. Najładniej brzmi po litewsku – Like Us.

Jakiś dziś jestem filozoficzny. Oh, nie! Dziś czas jest taki, że jestem przecież ostatnio anapolegetyczny. Może dlatego, że wczoraj był taki czas, że się relaksowałem i reflektowałem. Czas pępkowego u kolegi był wczoraj. I co najważniejsze, bez ekscesów. O północy zawinąłem się do domu. Na szczęście dużo nie wypiłem, na (nie)szczęście wesołe papieroski też były. Niezłe mózgotrzepy. 3 buchy i głuchy. No zrelaksowały mnie.

Dziś o dziwo wstałem normalnie czyli o 6:45. Troszkę później, niż normalnie w sobotę. Do Lidla nie poleciałem, bo ostatnio jakoś się ponakupowałem tam i jeszcze coś jest w lodówce.

Lubię soboty, to zdecydowanie najlepszy czas tygodnia. Niedziele są słabe, bo nie wiadomo co ze sobą człowiek ma zrobić. Albo zmęczony po sobocie albo nic się za bardzo nie chce, bo jutro poniedziałek.

Skoro nie lecę do Lidla, to się pobyczę jeszcze w łożu. Ale tylko trochę, bo standardowo na szamcie muszę polatać trochę. Tydzień był intensywny i czas kwadrat ogarnąć. Marek N. poleciał do Nofej Selandii, więc Markomanię prowadzi kto inny. Ciekawsze to audycje, bo ostatnio nie dało się słuchać tego Marka N. Przewidywalnie i nudno grał.

W międzyczasie zadzwonił pan K. i zakomunikował, że znowu go plecy bolą, czyli z urodzin hucznych córki mogą wyjść nici. No nic, przynajmniej spokojna sobota to będzie. Za niecałą godzinę zbriefuję go i zapytam o oficjalny komunikat na dziś. No takie czasy, że człowiek koło 40 się sypie. Na szczęście jam młodszy od Pana K. jest, więc się jeszcze nie sypię.

Czas jaki teraz jest, czyli szaro i buro dobija mnie. 10 rano, a w mieszkaniu jak w trumnie. Ale przecież nie będę palił światła. Głupio jakoś. Sejf di erth ludzie.

Przypomniał mi się dziś czas, jak byliśmy na koncercie Diana Krall w ostatni Dzień Niepodległości w Polsce. I przypomniało mi się od razu, że w okolicach 19 kwietnia pani zawita w okolice Nowego Jorku i Nowego Dżersej. Muszę ogarnąć mój urlop. Najwyższy czas na to. Bilety przydałoby się nabyć. Chyba jednak do Dżersej, a nie do Miasta na koncert Diany wybrałbym się. Bliżej i wygodniej.

Czas wziąć się za te porządki. Już mam nawet plan opracowany działań. Jak patrzę na kuchenkę, to już w myślach do niej mówię „jak ja cię zaraz szmatą przejadę, eh!”. Ale czas leci, a ja nadal robię wszystko, tylko nie sprzątam. Motywacji zero.

Ciekawe co inni porabiają.

Z panią inż. ze Szczecina już dziś 100 mejli wymieniłem. Stąd też wiem, że Słodkokwaśna też już wstał, bo coś tam na MordoKsiążce napisał. Waham się i nie wiem czy zaraz nie założę konta na Fejsie. Ale po chwili mój zdrowy rozsądek bierze górę i mówi, a właściwie pyta – „po co?”. To nie zakładam. Nie mam czasu na fejsowanie. Ale z drugiej strony mógłbym mój blożek rozpowszechniać.

Eh, Pan K. właśnie sam zadzwonił. Plecy wygrały. No cóż, taki czas.

Czas na żenujący dowcip:

Walentynki. Apteka:

– dzień dobry…

– skończyły się już

 

Wczoraj był dzień singla. Heh. jak ktoś się 14 lutego dobrze nie postarał, to mógł liczyć na dwa dni świętowania 🙂

Miłej soboty, to taki super czas!

 

Wielkie zRzymanie

Wszyscy się na ten Rzym zapatrzyli. Słodkokwaśna niedawno był. Pani inżynier ze Szczecina nie dalej, jak wczoraj wróciła, cała prawie zżymana na tę Romę. Jednym się podobało, innym …hm…szału nie było.

A ja pamiętam mój pierwszy, i jak na razie, ostatni raz, w Rzymie. Za siedmioma lasami, za siedmioma górami był sobie marzec 2006 roku. Pojechaliśmy w siedem osób – 5 dużych i 2 małych, około jednoroczków. Wózek przed siebie, dzieciaki w wózek, klamoty na wózek i na ramię i po mieście się woziliśmy.

Znajomi pojechali pierwsi, bo z Germanii nadlatywali. My z Varsovie mieliśmy lot. Na sam przód naszej wycieczki kolega zadzwonił i powiedział, że dolecieli, że są. Brakuje „ale”, prawda? Bo zawsze jest jakieś “ale”. Tym “ale” był mały szczegół. Brak zarezerwowanego mieszkania. Prąd ucięli i nie było w związku z tym ciepłej wody (bo brak prądu rozumie się sam przez się).  Włos nam się w Polsce zjeżył. Zżymaliśmy się lekko. Ale! Bo zawsze jest … We Włoszech wszyscy żyją radośnie, bezproblemowo, uśmiechnięcie. Mieszkanie nam dano zastępcze. Było fajne. Z balkonu widać było dachy Watykanu oraz Cotton Club ze sChwastyką na murku. Pani nam przychodziła robić rano śniadania, więc wyjazd był naprawdę pyszny.

Czy dużo zwiedziliśmy? Nie wiem. Wydaje mi się, że sporo oblecieliśmy.

Panorama miasta z dachów Bazyliki św. Piotra robiła wrażenie. Szkoda tylko, że trzeba tam było o 7 rano się zrywać, żeby wejść. Ale w sumie wakacje były, więc nie ma co leniuchować w łóżku.

Fontanna diTrevi też jakoś znienacka nasz naszła. Albo my na nią.

Przy hiszpańskich schodach należałoby dłużej się przytrzymać. Małe, ale w jakiej okolicy. Ciasne uliczki i bach! Schody! Ludzi oczywiście tłum. Spanish Steps of Rome!

Miejsce, gdzie się wkłada rękę i się życzy sobie albo znaczy, że się do Rzymu wróci, znaleźliśmy po długim szukaniu, udając się w końcu za japońskimi turystami. Ja ręki nie wkładałem, więc do Rzymu nie wróciłem.

Widziałem też miejsce, gdzie wilczyca karmi Romulusa i Remusa. Byłem na Campo di Fiori. Widziałem gruzy i ruiny przy Coloseum.

Niezliczonych kamieniczek nie sposób było zliczyć. Pod wrażeniem miasta byłem.

Jedzenie mi nie smakowało, choć ostatnio Pan K. uświadamiał mnie, że w sumie tylko raz na niewypał trafiliśmy. No ja jakoś tego nie pamiętam. Kojarzę tylko, ze raz trafiliśmy na rzymską ucztę. Okazało się, że pod naszym mieszkaniem była rodzinna restauracja.

Do Rzymu chyba wrócę. Ale! Bo zawsze jest … jakoś nie spiesznie. Może jak mi się znudzą zaoceaniczne wojaże albo Madryt I Barcelona nadal będą jakieś cenowo-nie-friendly, to polecę znowu. Może. Chyba. Albo. No czas pokaże.

Do pracy dziś musiałem zabrać aparat. Kolejna rocznica wybuchu gazu w Rotundzie. Koleżanka zażyczyła sobie moich kilka zdjęć, bo jak pochwaliła „mam ciekawe ujęcia”. No dobra niech ma. Popstrykałem państwa z wiankami. Przy okazji pobawiłem się w biurze aparatem. Kilka fotek z długim czasem naświetlania.

Przed pracą, na próbe, czy aparat w formie zrobiłem zdjęcie memu roweru.

Na koniec dodam i wspomnę o najnowszym moim serialowym odkryciu – House of Cards. Piszą o tym wszędzie, że niesamowity itd. Oczywiście w Polsce serwis Netflix niedostępny. Ale od czego się ma serwis torrentowy. Szkoda tylko, że napisy polskie tylko do dwóch pierwszych odcinków powstały dopiero. Ale! Bo zawsze jest … są zawsze napisy oryginalne dostępne. Kevin Spacey re-we-la-cyj-ny. No i cieszę się, że moja zapomniana ulubienica Robin Wright się w końcu na ekranie pojawiła. W sumie to kojarzę ją tylko z dwóch faktów – serialu Santa Barbara i żonowania Sean’owi Penn’owi. Ona była chyba jego drugą żoną, zaraz po Louise Veronice Ciccone. Heh, znowu Włoski akcent. Nie wiem, czemu Santa Barbara oglądałem? Może dlatego, że nie było wtedy nic innego w TV i nie było wtedy innych TV. Santa Barbara – miasto odwiedzone przez nas wczesnym dwa tysiące dziesiątym nie zrobiło na nas wrażenia. W każdym bądź razie lubię Robin Wright, powiedzmy, że za styl i urodę. Ma coś w sobie. Pani inż. ze Szczecina doczeka się serialu drogą pocztową albo przy okazji odbierania garów ode mnie zakupionych dla niej w IKEA. Jakby w Szczecinie nie było IKEA.

Muzycznie chodzi za mną Andy Burrows i Nick Cave. Płytę pana pierwszego kupiłem już, a drugi się wydaje jakoś na dniach. Czekam na halo z empik.com, żeby odebrać przesyłkę. Oczywiście płytę Ka-Vaya już mam kupioną na torrentach ale chcę mieć jeszcze jedna kupioną za prawdziwe pieniądze. Napisałem Ka-Vay, bo Nick Cave chce chyba wrócić do tej pierwotnej wymowy.

In a 2008 interview with Beat Magazine, Cave expressed a desire to return to the original pronunciation of his name – Ka-VAY [Collingwood, Michael. ‘What’s In A Name? Nick Cave on Religion, Self & His Muse’, Beat Magazine, 21 February 2008]

Cave jakby niechcący i bez pomysłu wszedł do studia i ta-da! Wyszła mu płyta. Piosenka „We no who U R” bardzo oszczędna mu w słowach wyszła. Raptem kilka zdań powtarzanych. Coś ogólnie o drzewach pan śpiewa. O tym, że drzew nie wzrusza szum wiatru, wznoszą się jak błagalny gest, że spłoną poczerniałe ich ręce. No jakiś botaniczny albo co najwyżej jakiś florystyczny ten Cave się zrobił. Może powiedzieć lepiej, że dendrologiczny? Ale piosenka za mną chodzi. Jakiś anapologetyczny jestem.

Nie będę, śladem Marka N. przedstawiał mojej listy przebojów, bo nie mam takiej. Skompilowałem sobie kolejną płytę, która leci tak:

Lifehouse – Hanning by the moment

Piosenka roku bodajże 2000 w USA. Strasznie mnie się podobała wtedy. Pamiętam, że pracując w Auchan jako menedżer działu kultura wcisnąłem płytę Lifehouse jakiejś parze. Mówiłem, że prawie jak Pearl Jam „Ten” to dzielo jest. Teraz po latach 13 mogę powiedzieć skruszony – Przepraszam.

Alanis Morissette – You owe me nothing In return

Podobają mi się jej teksty. Prawie wszystkich nie rozumiem.

Michelle N’dege’ocelo – who is he and what is he to you

Mam jej płytę tylko i wyłącznie za ten numer.

Coconut records – bored to death

To był na prawdę fajny serial!

Blackfield – blackfield

Jedno z lepszych wcieleń Stevena Wilsona. Kiedyś piosenka była moim dzwonkiem w telefonie. Nie tak dawno z resztą.

Madonna – swim

No i cóż, że z Wloch. Prawie.

Beirut – Postcards from Italy

Mam wszystkie ich płyty, … oprócz ostatniej

Nosowska – keskese

Kasia, po prostu Kasia. Dawno nie słyszałem tego.

Adele – rolling in the deep

Moglibyliśmy mieć wszystko – uważam po latach, że to jednak najlepsza piosenka na płycie. Od lat budzi mnie o 6:15 i nie zbrzydła mi jeszcze

Florence + Maszyna – lover to lover

Dziwna jest to muzyka, dziwna to artystka. Nie mogę ścierpieć jej całej płyty ale pojedyncze utwory mi się nawet podobają. Taka nasza brytyjska Kayah.

L’Stadt – Ciggies

Za to „la lalala la” i melodię

Bic Runga – Say after me

Kiedyś, po powrocie ze swojego niejednego pobytu w Nowej Zelandii, pan Marek N. zaprezentował tom paniom. Kupiłem sobie po latach całą płytę.

A3 – woke up this Morcing

Bardzo fajna muzyka, do jeszcze lepszego serialu – Rodzina Soprano

Rihanna – drunk on love

Moja ryj janka

Rachel Yamagata – Worn me down

Też kiedyś w radio usłyszałem tom paniom i kupiłem sobie płytę. Dawno nie słyszałem jej.

Andy Burrows – Company

Nick Cave – we no who u r

Cóż mogę powiedzieć o obu pieśniach – ciarki, ciarki, ciarki.

Mela Koteluk – działać bez działania

Kupiłem za darmo jej płytę i tak sobie słuchałem. Nie porywała mnie ale postanowiłem zostawić ją na zaś. I tak singiel za singlem i jest fajnie i dobrze. To pani zostaje w moim folderze „mjuza”

Alice In Chains – Wake up

Ciemność widzę! No mroczna piosenka bardzo i to demoniczne wręcz „obudź się młody człowieku, czas się obudzić”. Szkoda pana wokalisty. Niecałe 35 lat miał, jak …

Staley weighed just 86 pounds when his body was discovered, mostly due to decomposition as his body was discovered two weeks after his death. The autopsy report later concluded that Staley had died after injecting a mixture of heroin and cocaine known as a „speedball” [Charles Cross (June 6, 2002). “The Last Days of Layne Staley”]

5 kwietnia 2002 odszedł. Zaraz? Czy to nie dzień, kiedy 8 lat wcześniej coś strzeliło do głowy Kurta Cobaina?! Eh, ten grunge!

 

 

Cukrowy człowieczek

Chodzi za mną i nie może się oderwać Cukrowy Człowieczek.

„Cukrowy człowieczku może byś się pospieszył, bo jestem zmęczony takimi scenami”

Pani Agnieszka Szydłowska, ostatnia z ostatnich w tym moim radyju Program 3, zachwyca się i rozpływa nad ilustracją muzyczną do filmu „Sugar Man”.

Film – laureat Nagrody Publiczności na festiwalach w Sundance, Nowym Jorku, Los Angeles, Melbourne. Uniwersalna i zaskakująca opowieść o potędze przypadku i roli szczęścia w ludzkim życiu. Ten trzymający w napięciu film przedstawia niewiarygodną, pełną niespodzianek, a do tego prawdziwą historię życia Sixto Rodrigueza, piosenkarza, któremu wróżono karierę większą niż Bobowi Dylanowi, a o którym… nikt nie słyszał.

Za dźwięk posłużyły płyty Sixto Rodrigueza z roku 1970 (Cold Fact) i 1971 (Coming from Reality).

A sam Pan Rodriguez? Jesus Rodriguez, to taki muzyk, siedemdziesięciojednoletni. Jakiś czas temu mylnie sądzono, że pan skomitował suisajd. Ale nie.

Co do wspomnianego radia, to mogę powiedzieć tyle, że rzesza zniesmaczonych słuchaczy jest coraz większa. Nie da się już tego radia słuchać. Ten drażni, ten się powtarza, a tamten masturbuje się własnym głosem, mając w nieuwadze słuchaczy. No nie da się słuchać. Dlatego z wielką radością napawam się powrotem pana Kaczkowskiego. Na nowo do łask mych wróciła Agnieszka Szydłowska, wspomniana wcześniej. I jak widać z wielkim sukcesem. Jeden prezenter zaprasza do studio Stevena Wilsona, a druga prezenterka zapuszcza mi w ucho takiego pana Jesusa. Biorąc pod uwagę moją wiarowość, a może religijność byłoby trafniej powiedzieć, nie byłoby, to taki pan Jesus nabiera zupełnie innego wymiaru i znaczenia. Znak to jaki? Przenawrócić się mam, czy co? Omen!?

Porzucam myśl o Trójce, bo im mniej słów o niej, tym bardziej ilustruję moje obecne emocje do niej.

Ach, ostatnia myśl o radio – wczoraj można było usłyszeć i zobaczyć koncert Hey. No Kasia nie ubrała się. Zdążyłem ją przedwcześnie shejtować w mailu do pani inż. ze Szczecina ale w kolejnym mailu prostować i przepraszać musiałem. Kasia się wytłumaczyła. Kreacja jej się zniszczyła tuż przed wyjściem i, jak sama powiedziała, musiała wystąpić w tym koszmarnym płaszczu. Niestety, nie zmienia to faktu, że wyglądała jak własna babcia.

Kurcze, denerwuje mnie ten darmowy Majkrosoft Office. Poprawia automatycznie wyrazy na jakieś głupie, a polskich błędów ortograficznych nie chce poprawić. Chyba ogłupiały jest i zdezorientowany, bo niby laps amerykański (?made in china?), a Office polskość na nim wymusza. Nieumiejętnie i nie po polsku wymusza.

Koncertu nie dosłuchałem, bom do kina poleciał na „Drogówkę”. Mocny i ciekawy, jak w sumie każdy film Wojciecha Smarzowskiego. Z głupszych tekstów:

Pan policjant obstawiający wizytę papieża pyta się wiernej: Pierd…lisz się, czy trzeba z Toba chodzić.

Chodzić, nie chodzili, ale tą pierwszą czynność wykonali. W sumie, to cwana gapa z tej wiernej paniusi, bo dosyć szybko oskarżyła pana władzę o gwałt. Oczywiście bez skutku żadnego.

Po kinie SlodkoKwaśna zaproponowała kulinarno-filmową noc. Jak zwykle obejrzeliśmy ostatnie odcinki naszych ulubionych seriali oraz nowość „The Following” z Kewinem Bejkonem. Bardzo fajny serial, zapowiada się na dobry. Ponoć taki a la Dexter, którego z reszta nie widziałem, więc nie wiem. Może i Dexter, a może i nie. W każdym bądź razie tu nie policjant morduje. Przynajmniej jak na razie (dwa odcinki widziane).

Oczywiście przed seansem filmowym trzeba było się kulinarnie wykazać. Rozcinanie rybich brzuszków i wyciąganie rybich flaczków. Czynność, o mniej womitowym skojarzeniu, zwana również patroszeniem. Myślałem, że nie dam rady. Ale dałem. Nie znajduję tej aktywności na pierwszym miejscu moich ulubionych rzeczy, które lubię robić. A właściwie to przyznaję jej jedno z ostatnich miejsc w tym rankingu.

Ale rybki, stinksy, czy jak tam one się nazywały, smakowały wybornie. Potraktowaliśmy je mąką i głębokim olejem.

W sobotę rano, jako że w piątek zaproponowałem sobie kompletne nicnierobienie, zerwałem się z łóżka o 6 i już chciałem do Lidla lecieć. Ale między kuchnią, a salonem zorientowałem się, że w tym tygodniu już byłem. Padło na pobliskiego, nie ulubionego przeze mnie, Kerfura. Tak się pospieszyłem, że po przyjściu okazało się, że jeszcze zakryte. Słabizna! I chyba też skandal. Takiego Lidla otwierają o 7!

W rezultacie kupiłem to co chciałem, i trochę tego co nie chciałem, ale przydało się. Oczywiście zapomniałem o najważniejszym – o mące razowej. Musiałem parę godzin później pójść znowu. Ale bułeczki wyszły pierwyj sort.

Niedobrze, kabel zasilający lapsa się przetarł. Co się ruszę, to słyszę piknięcie, że zasilanie z kabla jest albo nie ma. Mam nadzieję, że nic mnie nie kopnie.

Wstałem dziś rano. Lekko niewyspany ale w sumie w dobrej formie. Zachcialo mi się spaceru ale na szczęście posiadanie długich włosów tu się przydało. Zanim hery wyschną i szopen się ułoży, to niemądre pomysły znikają.

Dziś chyba byłbym w pewnym Mieście. Chciałem zrobić pewną niespodziankę pewnej osobie. Dogadałem się w styczniu z jej panem i już tylko bilet było kupić. Ale z planów nici wyszły, czyli nic. Poza tym, co ja bym robił w taką pogodę w Mieście? Ale chodzi mi po głowie pewna wycieczka, pewne miejsce, pewne Miasto. Może już wkrótce? Może…

Wczorajsze wczesne wstanięcie zaowocowało porządkami. Tymi w miejscach widocznych i tymi w miejscach zakrytych drzwiami od szafek. Wyprzedaję i rozdaję… Szkoda, że w Polsce nie ma garażowych wyprzedaży. Zdarzało mi się zostawiać niechciane rzeczy na klatce na parterze przy wejściu. Szybko znikały.

Ale teraz wyprzedaję lub rozdaję w dobre ręce. Nowiuśkie i nieużywane: szejker, termos metalik, termos i kubeczki w skórze. Anybody? Pani inż. ze Szczecina już się zasadziła. Ok., nie przesadzam z tym zasadzaniem. Zaproponowałem jej, a ta powiedziała, że czytam jej w myślach, czy coś podobnego. W takim razie niech ma i niech używa. Bo ja nie używałem, nie używam i używać nie będę. Przynajmniej trafiom w dobre ręce.

Z książek przekonałem się do e-booków. Nie kupuję już kolejnej zabawki w postaci kindle’a, postanowiłem sprawdzić aplikację kindle’owską na moim tableciku. I sprawdza się. Strona może być biała, czarna albo w sepii. Literki większe, mniejsze albo w sam raz. No pyszna zabawka. Właśnie zakańczam Hugh Laurie’ego i jego „Sprzedawców Broni”. Nie byłem fanem Dra Hałza. Widziałem może ze dwa odcinki podczas kulinarnych mityngów u SłodkoKwaśnej ale to tyle. Książka czyta się szybko. W zabawny sposób pan pisze. I nie wiem czemu mam twarz autora przed oczami jak czytam? Tego już nie wiem.

Z muzyki zafascynawiam się nowym Nickiem Cave’em We No Who U R. Singiel usłyszany raz, a już zdążył mną trzepnąć, czy też zainteresować.

Nowy Bowie? Hm, no nowy jest. Fajnie, że coś nagrywa. Ale chyba już szału nad Where Are We Now nie ma. Pewnie raz na jakiś czas przypomnę sobie. A może kupie i płytę, o ile ją wyda?

Depeche Mode? Hm, ten Heaven to nie jest to na co czekałem. Na koncert nie pójdę, płyty raczej nie kupię. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale. Słyszałem już zapowiedź drugiego singla i brzmi o wiele lepiej i zachęcająco. Może zatem zmienię zamiary co do DM? A w szkole podstawowej byłem takim depechem!

W tamtym, młodym czasie, uwielbiałem kilka zespołów i artystów:

Madonna – jak skończyła albo jak wygląda muzycznie dziś wszyscy wiemy. Poświęcony nawet post Królowej Popu ostatniej płycie był. Czy to zdanie ma ludzki i logiczny szyk? Bo chciałem wykazać się inteligentnym zmieszaniem ustawienia wyrazów w zdaniu? Pamiętamy ten post, nieprawdaż? MDNA, strzeżmyż się było powtarzane jak mantra we wpisie.

Bon Jovi – kto? Wtedy wydawało mi się, że wokalista ma takie super włosy. I jak ja będę duży, to zapuszczę sobie takie same. A teraz, jak widzę jakieś ich teledyski z lat 80-tych ubiegłego wieku, to stwierdzam, że włosy miał jak baba.

The Cure – jakoś naturalnie zainteresowanie minęło. Słuchałem jeszcze w 2000 roku ich Bloodflowers ale już nie zrozumiałem tego i nie porwałem się ich utworami. No może Last Day of Summer jeszcze pociągał i wciągał ale to już było ostateczne rozstanie z zespołem.

Depeche Mode – lubiłem, lubię, czasem posłucham. Ale to nowe cudo jakoś nie rzuca na kolana i nie tarmosi.

A pies na zdjęciu mnie po prostu rozbawił.

W rezultacie nagrałem sobie takie coś:

Sixto Rodrigez – Sugar Man

W sumie wiadomo czemu

Asaf Avidian – Different Pulses

A takie ciekawe, nietuzinkowe dźwieki

Jessie Ware – Wildest Moments

Powrót do łask po dłuższym czasie. Fajny głos, fajna piosenka. Teledysk, prosty, mnie przekonał, i daję pani znowu szansę na śpiewanie na moich składanych płytach.

Bruno Mars – Locked Out of Heaven

Jak dla mnie sprytna piosenka, sprytna aranżacja. Fajny głos. Zdolny, młody chłopiec.

Rihanna – Diamonds

Wraca do moich łask. Moje uwielbienie do tej piosenki jest wprost proporcjonalne do znienawidzenia pani inż. ze Szczecina.

Andy Burrows – Because i know that i can

Lubię Editors, lubie niektóre rzeczy Razorlight. Lubię bardzo projekt panów z obu wspomnianych zespołów – Smith&Burrows. 2+2=4 i wszystko jasne.

Y’akoto – Y’akoto’s babyblues

Kolejna jakaś płacząca pani znaleziona w jakims buszu. No oczywiście koncert już miala w Polsce. Tylko, że ja wtedy nie wiedziałem kto to i co to. Ale babyblues miłe. To niech mi gra

The Lumineers – Ho hey

Proste granie. Ho, hej, I belong with you, you belong with me. Heh, takie skrzaty leśne.
The Wallflowers – Love is the country

Niby nic nadzwyczajnego. Ale gra mi.

Maroon 5 – one more night

Lubię głos tego pana. I taka melodia nie głupia I nie skomplikowana.

Justin Timberlake + Jay Z – Suit & Tie

Lubię go. Piosenka nie przekonuje ale z kazdym odsłuchem …

Sean Rowe – Downwind

Głos i prosta melodia

Neil Finn – Song of the Lonely Mountain

A bracia Finn zawsze mieli dobre nagrania. Usłyszane zawsze raz, zawsze jakoś znienacka, zawsze zaciekawiali mnie.

Ed Sheeran – Give me love

Ze sto lat temu dałem panu szansę. Nie przekonał. Kariera jego płyty „+” wygląda tak: pan ją nagrał sto lat temu. Przez pierwsze półwiecze niesamowita popularność w domu, czyli UK, później jakiś czas Europa odkrywała plusa, a teraz Stany. No to daję druga szansę. Ale może niech pan coś nagra nowego.

Anthony Hamilton & Elayna Boynton – Freedom

Rick Ross – 100 Black Coffins

John Legend – Who Did That to You

3 pozycje z filmu “Django”. Film mi się bardzo podobał. Ale zdania są podzielone. 2 na bardzo na tak, a 2 na „no może być. Nie porywał”

Awolnation – Sail

Macy Gray – Sail

Najpierw spodobała mi się wersja Macy Gray. Dopiero później przypadkowo znalazłem oryginał. To niech mi tu dwa razy gra.

 

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑