I zagadka z mojego wcześniejszego wPiSu się wyjaśnia właśnie teraz. To mój 123 post/artykuł/złote myśli/głupoty (niepotrzebne zostawić). Raz-Dwa-Trzy. Poszło mi jak z płatka.
2020 rokiem płodu i obfitości, czyli dobry rok, można by rzec. Ale nie. To najgorszy rok w żywocie moim.
Oczywiście są plusy tej cholery. Na ten przykład napisałem 123 wpisy, nauczyłem się, że nie trzeba szastać kasą na lewo i prawo, że można w samych gaciach po domu chodzić przez 9 miesięcy (stop konsumpcjonizmowi), że można wakacje spędzić na Warmii, że narty we Włoszech nie muszą być co roku, że kawa smakuje z kawiarki. Da się tak żyć? Da.
Ale więcej widzę szkód.
Ja tylko poproszę o otwarcie restauracji. Zjadłbym coś dobrego i się piwka napił. Choć nie, nie piję. Mam dość już. Święta niby nie stały pod znakiem obżarstwa, ale się łyknęło to tu, to tam. Dość.
Słuchałem dziś mądrości na temat szczepionek. Cholera, presję wywierają. Benefity ogłaszają zaszczepionym. To chyba trzeba się będzie na tę iniekcję się zapisać. Pofrunę sobie wtedy gdzieś. Kwarantanny nie będę musiał odbywać. Twarz będę mógł swoją ludziom pokazać. Duszę się… Tym rokiem, tym zamknięciem, tą szmatą na buzi.
Idź w cholerę pandemio!
Upalnie jak tej zimy jeszcze nie było
(…)
Czy to natury akt terroru przedziwny
Magnolia Kamikadze wypuszcza pąk
Gałęzie przeptaszone nikt nie odleciał
Do krajów w ciepło skąpych bardziej niż ten
To pierwszy taki rok
Gdy samotność znużyła mnie
Pierwszy taki rok
Gdy przez fosę rzuciłam most
To pierwszy taki rok
Gdy do normy wrócił mi puls
niebo jasne i wiadomo żyć nie łatwo w wielkim mieście
święta i prawie po. Dziś niedziela, ale to też dzień świąteczny. Także i ja jeszcze świąteczny.
Tak sobie wczoraj kontemplowałem i pomyślałem o kolędach. Nikt już chyba nie śpiewa. Teraz to MaRyja Karej albo Łam! Piosenki o zdradzie, zamianie kochanków, o podtekście seksualnym. No bo przecie Mariah Carey pod choinkę chce chłopca. Ja bym taką Merają anno domini 1994 nie pogardził pod choinką. A Dżordż jak się okazało o pięknej dziewczynce nie śpiewał, tylko jakiemuś chłopcu serce oddał w zeszłe święta. A niewdzięcznik następnego dnia mu je oddał. Temu się pewnie biedny w grobie teraz przewraca.
I takie to kolędy – seks, seks, zdrada, seks, niewdzięczność, seks.
A gdzie narodzenie Pana? A gdzie truchlejąca moc? A przybieżeni pasterze?
Nie przepadam za kolędami. Uważam, że ludzie je jakoś na smutną nutę śpiewają. A tu przecie Bóg się rodzi. Powinno być doniośle, radośnie. A w kościołach jakieś zawodzenie. Smutek. Tylko żyły podciąć. To tak, jakby słuchać wcześniejszych płyt Kasi Kowalskiej. Ta pani też zawodziła, jęczała i życie ją bolało. Żartowałem kiedyś nawet, że do każdej jej płyty powinni żyletki dołączać. Ale stop kochani! Nie tędy droga. Nie myślmyż tak. Nie mówmyż tak.
I tak sobie wczoraj idąc tu i tam pomyślałem o mojej … kolędzie. I padło na raz, dwa, trzy.
A czemu? A bo to się okaże w następnym wpisie (o ile dobrze porachowałem).
Za tą piosenką też jakoś nie przepadałem. Ale w to lato (w to? Czy w zeszłe lato? Last summer?) w naszej blaszanej budzie, czyli barku osiedlowym grał taki chłopiec. Szanty śpiewał na początku, ale później zmienił repertuar. I prawie zawsze grał ten utwór. Fajny jest. Taki nieśpieszny. Ot taki lekki w tekście. Żadna to Osiecka, czy Kasia, tylko takie rymy o zwykłym, przyziemnym życiu.
I don’t need to hang my stocking
There upon the fireplace
Santa Claus won’t make me happy
With a toy on Christmas Day
Hahahahaha, zobaczyłem gdzieś na necie tytuł artykułu i się rozhahałem.
No właśnie. JAK?
“Dziewczyny, uwierzcie, chciałam się zabić! Nie wytrzymam tego dłużej! Pozostaje mi nadzieja, że w święta za rok będziemy już razem” Załamana. “Tiaaa, i na dodatek na skórze z dzika przed kominkiem. Dziewczyno, przetrzyj oczy!” Racjonaliskta. (Fragment z internetowego forum).
No istny dramat!
Święta zapowiadają się chyba na spokojnie. Izolacja trwa.
Wczoraj poszedłem zrobić się na bóstwo. I chyba ten dowcip, że żona mówi, że była u fryzjera, a mąż się z przekąsem pyta, czy był nieczynny, się sprawdził. Jakiś taki … niedorobiony jestem.
Dałem szansę zakładowi fryzjerskiemu obok bloku. Kiedyś takie panie Krysie z PRL go prowadziły. Jedna miała minę wiecznie wkurwionej panci, a druga była całkiem sympatyczna.
Wczoraj był fryzjer. Tomek. O-MÓJ-BOŻE! Koszmar. Prawie 90 minut psychicznego znęcania się nad klientem. Srala-mądrala. Na sam przód dowiedziałem się, że pan ma lat 42, 7 dzieci z, chyba, 15 paniami. A jaki on wyuczony? Doświadczenia z lat 50 ma, bo fryzjerstwo z mlekiem matki wyssał. A jak zaczął mi wykładać o technice mycia głowy, to błagałem tylko w myślach, żeby kończył bystro. Mam nakładać szampon na dwa palce i nałożyć na włosy. Nie wcierać! Trzymamy 45 sekund, zmywamy i raz jeszcze. Po zabiegach należy palcem przejechać od czoła do tyłu i nasłuchiwać, czy piszczy. Jak tak, to włoski są dobrze namaszczone. Żadnych więcej pryszczy i plam na skórze. A ile na lokal narzekał? Że kolor pedalski, że on, gdyby mógł i chciał, to z tej budy zrobiłby Barber shop z prawdziwego zdarzenia. Ale zarazem nie byłby zakład czysto barberingowy (sic!).
Dobił mnie swoją międzynarodową karierą. Gdzie on nie pracował? Wszystkie profesjonalne firmy fryzjerskie świata zaliczył. Frank Provost? Proszę bardzo. Odwiedził wszystkie, chyba, 629 lokali. Zajęło mu to 10 lat. A w Dubaju samego Emira strzygł. I bardzo mu się w tych Indiach podobało (sic!).
A chłopiec po tylko zawodówce i taki talent! No świat się nie poznał na nim chyba jeszcze. Ten salon to taka pomoc dla jego ciotki. Bo on handluje w internecie. Ma taką firmę, co sprzedaje wszystko. Jak zapytałm go jak się nazywa, to nie umiał odpowiedzieć. Ale fotele fryzjerskie, które kosztują 2 500 zł on opyla za 700! No czysty zysk.
I tak 90 minut … pardon my french … pierdolenia.
Na koniec skasował mnie na 100 zł. I też gapa jestem, że nie oponowałem. Bo kolesia wcześniej skasował na 35 razy 2, czyli 70 (strzyżenie łba 35 i drugie tyle dół. Czyli broda, jak się domyśliłem). Nie wiem, czemu ode mnie wziął stówę? Ale i tak taniej, jak u gawędziarza i ściemniacza tureckiego, Albercika.
Także w pobliskim zakładzie golibrody byłem trzeci raz – pierwszy, ostatni i zdecydowanie o jeden raz za dużo!
A dziś wyszło słońce! Nie widziałem Gwiazdy Betlejemskiej. To znaczy widziałem. Na bazarkach, w sklepach, z salonach florystycznych. Ale tej na niebie, co widać co 800 lat, nie widziałem. Bo niebo zaciągnięte chmurami lub smogiem. Zasmożenie jekieś chyba jest spore.
A dziś wyszło słońce!
Dziś była kontynuacja poszukiwać mojego tutora języka rosyjskiego.
Rosyjski lektor rosyjskiego okazał się … chyba tym jedynym. Muszę jeszcze jedną rzecz sprawdzić z tamtym drugim, Ukraińcem.
Aleksey mieszka … koło Moskwy. 700 km na południe. Ukraina? – pytam. No jeszcze nie. Jeszcze Rosja.
I ten Aleks mieszka sobie z żoną i prawie rocznym synkiem na takim małym mieszkaniu 60-metrowym i dorabia na korepetycjach z rosyjskiego i historii Rosji. Dziś mieliśmy próbne zajęcia. Cholera, co za challenge! Kazał mi użyć szarych komórek. Myślałem, że to będzie tak, że jak on coś powie, to ja od razu sobie do głowy wbiję. No okazało się, że nie. Nie dość, że kazał mi tekst czytać, to jeszcze domyślać się czemu ta Masza to taka, a taka i dlaczego robi to, co robi.
Na sam przód naszej lekcji chciałem mu powiedzieć, że ma wielkie słuchawki (nauszniki). Gadka była taka:
– ale masz wielkie nauszniki
– garnitura? – odpowiada
– nie. Jak nazywa się to coś co masz na głowie – precyzuję slasz dopytuję
– garnitura
– nie. No … słuchawki – mówię zbity szczerze z pantałyku (Aleksey zna polski), bo korepetytor jest w t-shirt’cie
– eto garnitura. Słuchawki, to same słuchawki, a jak mam z mikrofonem, to nazywa się to garnitura
Гарнитура – Zestaw słuchawkowy
No i lekcja trwała w najlepsze. Nauczyłem się jeszcze, że каркас кровати, to nie żadne zwłoki/padlina/szkielet łóżka, a rama.
Na bok nauka, czas na labę i Rażdzjestwo.
Otworzyłem dziś lodówkę i się przeraziłem. Matko boska, światła nie widać! Okazało się, że doszło mi dodatkowe danie – żurek. Ale od razu zeżarłem pierogi z kurkami i liczba dań została constans.
Chaładzielnik zapchany dobrami. Jutro czeka mnie cały dzień przy garach. Mak na szczęście już ukręcony. A jeszcze 10 000 kroków czeka na zrobienie! Kiedy!? Kiedy!?
No cóż kochani. Wygląda na to, że nie trzeba mieć telewizora, ani Polsatu, żeby doświadczyć kultowego już hitu – Kevin sam w domu.
W związku z różnymi okolicznościami, postanowiłem dmuchać na zimne i oszczędzić respiratora rodzicom pod choinkę. Zostaję na święta w domu.
Izoluję się.
Także takiego sobie Kevina robię. Musze tylko wyglądać, czy bandyty jakie mnie nie chcą okraść. Może smołę rozlać pod drzwiami? Butelki nań potłuc? A i jeszcze na okno jakieś zasieki dać, bo to 1 piętro i można się w sumie wdrapać. No i co z klasycznym trikiem z rozgrzanym żelazkiem przymocowanym do sufitu? Ktoś otwiera drzwi i bęc!
Oooo, grzałkę mogłem kupić i na klamkę zawiesić. Na moim bazarku jest taki sklep z takimi duperelami. Trzeba się rozejrzeć.
Także złoczyńcy możecie przychodzić. Jestem zabezpieczony.
W związku z zaistniałą sytuacją postanowiłem nabyć dobra i przygotować kolację. Moich 12 potraw będzie wyglądać tak:
– ryba po grecku
– łazanki z makiem, orzechami i rodzynkami izraelskimi
– śledź
– węgorz wędzony
– kapusta z grzybami
– pierogi z kurkami
– pasztet z soczewicy
– zupa grzybowa
– frykadeliki rybne
– gin z tonicem
– wino czerwone albo białe
– whisky torfowe
– whisky single malt
– whisky blended
– cytrynówka oddech żniwiarza
Hm, to 15 dań mi wyszło. Oj, znowu się obżrę się.
Ostatni weekend spędzony w domu-stodole zakończył się mięso-wstrętem. Fuj, brrr.
Na sam przód nakupiliśmy lokalnych pyszności. Boczek, kiełby i takie tam. Największą delicją okazało się masło. Mniam! Na dodatek Słodkowaśna nawiózł mięso i było robienie kiełbasy i wędzenie jej wraz z boczkiem i ptaszkiem (kurczak).
Dodatkowo były inne przysmaki mięsne, rybne i grzybowe. Także mięsu mówimy stanowcze nie! Nie mogę patrzeć nań, nie mogę wąchać, nie mogę nic z nim. Brrr. Detox mięsny.
Wczoraj się rozpoczął casting na mojego lektora rosyjskiego. Online. Wysłałem z 8 wiadomości (sms, skype) i szybko dostałem 2 odpowiedzi tylko. Później odezwał się jakiś polak i się umówiliśmy na lekcję próbną. Jaka kania dżdżu czekam, wyglądam zaproszenia na zoom i … NIC. Po kwadransie akademickim piszę do tutora z zapytaniem o moje oświecenie, a ten mi smaruje wiadomość, że zapracowany i zapomniał. Zaproponował rekompensatę po świętach. Szalenie się uniosłem i odpisałem mu coś w stylu, że argumentowanie jego jest niepoważne i właśnie przekreślił swoją szansę na bycie moim bakałarzem.
Wczoraj miałem lekcję z Ukraińcem. Hmmm, jakoś tego nie widzę. Pan jest nauczycielem matematyki, informatyki i angielskiego w szkole. Jego owieczki są w wieku 14-15 lat. No i zauważyłem, że koncepcji na edukowanie mnie w zakresie języka puszkinowskiego nie ma. Ale cóż, pożyjemy, zobaczymy. 5 dolarów za lekcję.
Jutro mam kolejne, ostatnie zajęcia próbne. Trzeba będzie na kogoś się zdecydować. I ten jutrzejszy mówił mi, że bierze 20 zł (w sumie 22, bo paypal ściaga swój haracz). Wczoraj przeglądałem strony z korepetytorami i zauważyłem przy nim cenę wyższą – 30 zł. Hmmm. Pierwotnie umówiliśmy na lekcję próbną w ubiegłym tygodniu, ale okazało się, że rozchorował się. Na szczęście nie korona. Przełożyliśmy się na 28 grudnia, ale wczoraj zaproponowałem mu jakiś wcześniejszy termin. Dziś chciałem. Ale odparł, że nie zdąży się przygotować do zajęć. Zaplusował u mnie! Znaczy – będzie się przykładał. Ale ten Ukrainiec też na duży plus. Nie będzie u niego domasznej roboty! To lubię.
Także casting idzie pełną parą.
A z okazji zbliżających się świąt, pędzę w wigilię uczynić donację przeciwciał. Okazało się, że przyplątały się do mnie tak ścichapęk. Mam nadzieję, że uda się osocze oddać. Lepiej płacą niż za krew!!! Krew oddaję od 11 lat (z przerwami) w jednym celu – darmowa komunikacja. Ale wyliczyłem, że w tym tempie prędzej będę za darmo jeździł jako sędziwy emeryt, niż honorowy dawca krwi. Z kolei w styczniu nauczyłem się, że można donacje odpisywać od podatku! Także od początku 2020 roku ten właśnie cel nadaje sens mojemu życiu. Money money money! Jestem taki merkantylmny na stare lata.
Oczywiście żarcik. Czekolada darmowa piechotą nie chodzi, cnie?
A kasę od państwa będę wyrywał za wszelką cenę. Oddawać mój hajs!
Kiedyś napisałem do pani wtedy-inżynier ze Szczecina kilka słów. A może jej link podesłałem?
Gdzie jest słonko, kiedy śpi? Czy wilk zawsze bywa zły.
I ona mi odpisała coś w stylu:
A idź w cholerę Maciek. Teraz nucę to cały dzień.
Słuchałem ostatnio, bodajże w poniedziałek, audycji Macieja Orłosia w Radio Nowy Świat. I tam wejścia ma pani publicystka, która rozmawia ze znanymi i komentuje życie w Polsce.
I właśnie we wspomniany ostatni poniedziałek pani Beata zapytała swego rozmówcę (chyba pan z Newsweeka) – gdzie jest prezydent Duda?
No właśnie!!! Gdzie jest nasz DługoPiS? Cisza, jak makiem zasiał. Ostatnio pana dupę słyszałem, jak zapraszał po wyborach Czaskowskiego do Pałacu Prezydenckiego na pogratulowanie sobie re-elekcji. Czyli jakiś to sierpień był. A tu już grudzień. No zaszył się.
Część osób mówiła, że El Presidente pokaże teraz jaki ma kręgosłup, bo to druga kadencja i trzeciej nie będzie. Czyli może się zaprezentować, pokazać co on nie może. A w poniedziałek usłyszałem, że mu to lotto, bo to druga kadencja i trzeciej nie będzie. Więc po co się starać?
Gdzie jest Duda?
Chyba Endrju, poczuł się wywołany do tablicy, bo dziś wyczytałem, że Głowa Państwa wraz ze swoją Szanowną Małżonką pokazali jak ślicznie udekorowali domek! Świątecznie udekorowali! No sukces! Nie sprawdzałem efektów pracy Pary Prezydenckiej. Nie wiem, czy to zgrzebnie, czy glamurowo wyszło. Nie mniej gratuluję rękodzieła. Przynajmniej coś zrobił. Prezydenta mamy co się zowie. Konduita pierwsza klasa.
Patrzę na te postępy koronawirusa i się zamyśliłem, zasmuciłem. Ponad pół roku temu rozmawiałem na Instagramie z piekarzem z Iranu. Sprawdziłem wtedy. Iran w TOP10 przypadków na świecie. My, hen hen, daleko, w połowie piątej dziesiątki. Wczoraj sprawdzam i … Iran 15., a my tuż przed nimi – na 14. miejscu na świecie. Smutne to. Od kilkudziesięciu dni jesteśmy w top10 nowych, dziennych przypadków.
Mam dosyć obostrzeń. Niech rząd spier….ala ze swoimi pomysłami. Sklepy mogą mi pozamykać. Nie kupuję, a jeśli już muszę, to mam internet. Ale rozumiem, trzeba kabzę państwową nabić. Otwórzcie kurna knajpy! Ja już mam dosyć gotowania, na wynos nie jem, bo to nie jedzenie. Napoju z pianką w kuflu bym się napił.
Dziś, wracawszy do domu z roboty, poczułem głód. Wydzwaniam właściciela knajpy, żeby coś może zamówić by. Nie odbiera. No to lecę do sklepu i robię zakupy na obiad. Kolega widzę, że próbuje do mnie oddzwonić. Podczas rozmowy mówię mu, że chowam zakupy do lodówki, że jutro sobie upichcę. Posłuchałem propozycji, mlasnąłem językiem i zadzwoniłem do knajpy (pan właściciel już był w domu). Przekomarzam się z kelnerką Justyną. I co się okazuje. Pizza wraz z niespodzianką – butelką coli, trafiła do mnie piorunem. Oj coś czuję, że pan właściciel zmobilizował swoich ludzi. Taką obsługę to lubię. Klient usatysfakcjonowany. Ale pizza z kartonu, to nie pizza, niestety.
pizza
pizza
Do przepłukania gardła zaproponowałem sobie zarekomendowaną przez ładną buzię ze sklepu z alkoholem. Pani Monika pochwaliła Kilchomana, jak powiedziałem jej, że uwielbiam torfowe whisky. Mówię panu, torf ciągnie się jak smoła – tak mi opowiadała.
Hmmm, czy ja wiem. Jak dla mnie dosyć delikatny torf. Choć pan G., znawca szkockich napitków mówił mi, że Kilchoman to głęboka wiocha i tam tak po swojsku robią. Czy ja wiem? Może już mi się podniebienie wyrobiło? Torf czuć, ale smoła? Nieeee.
Zauważyłem, że mam problemy ze snem. A może to nie problemy? Ostatnio budzę się o 5 rano. Ula z Nju Dżerzej napisała mi, że prawdopodobnie wyspałem się już za wszystkie czasy. Może?
Dziś nawet włączyłem sobie po raz pierwszy Radio Nowy Świat, żeby od 6 rano posłuchać Wojciecha Manna. Okazało się, że Mann był, ale junior. Oryginalni prowadzący do radio nie dotarli. Chyba przez ten atak zimy. Słabo.
Dzięki zwiększonej liczbie spraw w pracy w biurze byłem ze trzy razy w tym tygodniu. Jak to fajnie zobaczyć dawno niewidziane miasto. Napstrykałem sobie fotek. I znowu tylko Pałac i Pałac.
Wszem i wobec ogłaszam, że mam serdecznie w … nosie diety. Tydzień po badaniu wątroby robiłem nowe testy. I też był lipidogram. I się okazało, że cholesterol poniżej górnej granicy. No musiałem się wcześniej czegoś nażreć!
Także tak, nie jem smażonego i mięso raz na jakiś czas. Czyli żadne lekkostrawne diety mi nie groźne.
Dziś mnie naszło na zimną nóżkę. Nakupiłem 3 kopyta świńskie i 1 golonkę. 6 godzin gotowania. Długo. Tak długo, że zapomniałem na koniec czosnku dorzucić. Ale wyszły … mam nadzieję. 2 słoiczki zawekowałem na zaś, a reszta w foremki na teraz. Kilka pojemników bez mięsa (bo wyszło). Będzie mam nadzieję jedzone.
Zimne nóżki robiłem wcześniej 3 razy – pierwszy, jak na tamten moment zdecydowanie ostatni i jak mi się wtedy wydawało o jeden raz za dużo. Ale dziś postanowiłem dać szansę i po raz … drugi się za to wziąłem.
gar
after gar
Ale dramat nastąpił, bo obierając cienką marchewkę obrałem sobie palca. Dosyć mocno. Ech, skórka mi odstaje i wygląda to jak skrzele rybie. Krwawienie zatamowane szybko (przyciśnięta ranka, palec do góry, powyżej serca). Ale później parę razy się zaczepiłem swoim skrzelem. A to jak rękę do kieszeni wkładałem albo jak szaty przydziewałem. No pech. Skończyło się plastrem.
Druga straszna rzecz, ekspres do kawy w końcu ode mnie odszedł. Nie pomaga reanimacja w formie wyłączenia go z prądu na dwa dni oraz przepłukanie sitek. Biedak już nie ciągnie.
Kupiłem sobie kawiarkę w Tchibo, bo akurat mieli 20% promo.
Próbuję pierwszą filiżankę i się skręcam – fuj, jakie ohydne – mówię. Zaglądam w instrukcję obsługi, a tam …
Ale kto by czytał instrukcję obsługi do takiej prostej maszyny.
Z dobrych rzeczy, to chciałem donieść, że po raz pierwszy byłem w drugim największym parku w Polsce – w Kampinosie. Fajny lasek. Ponoć ten teren wydmowy, to najlepiej zachowany kompleks wydm w skali Europy. Brawo my. Już mam ogarnięty dojazd do Truskawy. Z metro Młociny autobusem 210 i już. Tylko coś około 90 minut zajmuje dotarcie tam. Phi