Miesiąc: czerwiec 2018

wpis nie zawiera lokowania wulgaryzmów

Co to za klub?
Co to za miejsce?
Ja dobrze nie pamiętam

Uwielbiam tę dziewczynę. Kilka lat temu jak usłyszałem The Dumplings i ich „Technicolor Yawn“, to pomyślałem, że fajne bardzo. Jak dowiedziałem się, że to Polacy, to byłem w szoku, że tak ładnie, tak dobrze, tak miło. A jak się dowiedziałem, że dziewczę liczy sobie 16 wiosen, to zbierałem szczękę z podłogi. Ładny ma głos ta pani, ładnie śpiewa, umie nadać klimat. Ich wersja tekstu Osieckiej „Ach nie mnie jednej“ do tej pory na mojej plejliście, a to chyba z rok będzie. Polecam też dobry utwór, z dobrym tekstem „Kocham być z Tobą“. Justyna Święs również udziala się chętnie u innych. Na przykład gościnnie zaśpiewała z FiszemEmademTworzywem w „Śladach“.

 

Powstał ciekawy projekt „Albo Inaczej“, czyli piosenki w nowych wersjach. Nie żadne tam „Małgośki“, Mieczysławy Foggi i inne evergreeny polskiej muzyki, a przeboje niedawne. I ta „Czerwona Sukienka“ wskrzeszona przez Justynę Święs jest z repertuaru Fisza.

Fajną wersję przygotował też polski Justin Timberlake, jak go zwali przy debiucie, Mrozu. „Gdyby nie miało być jutra“ z repertuaru Pezeta. Polecam składankę (“Albo Inaczej 2”).

Muzycznie cały czas chodzi za mną państwo Carter i ich „MałpieGówno“ (Apeshit). Dziś Bey i Dżej mają występ na Narodowym. Szkoda, że mnie tam nie będzie. Ale mam wysłannika, to będę miał relację. To „MałpieGówno“ to nie rozumiem po jakiemu artyści śpiewają. Chyba faktycznie po małpiemu.

Sami chyba nie dowierzają w sukces pieśni, bo śpiewają, że „Olaboga, nie do wiary, że to wyprodukowaliśmy“ [i can’t believe we made it].

Skrrt

 

To ad rem

Hejka kochani jak się macie? Bo ja coraz lepiej.

Roboty przymusowe, weekendowe dobiegają końca. Spokój na dwa miesiące. Tylko wyglądać września. O ile zaczynając w maju musiałem wstawać o 6.30, to dziś mam super imprezkę pod nazwą Nocny Marek. Tak, dobrze rozkminiacie. Czas trwania imprezy jest dosyć późny niestety. Start o 17.00, koniec o 21.00. Kacze pióro!

IMG_6400

Ale już widzę koniec. Weekend jeszcze da się może uratować.

 

Nakrzyczałem na naszych sportowców w ostatnim wpisie i proszę jak poskutkowało. Nasza rakietmistrzyni tak się spięła, że dopiero po zaciętej walce o finał odpadła z turnieju. A nasi kopacze pokonali Żapon. Co prawda 1-0 ale pokonali. Styl przemilczę, bo znowu jakaś żenada i parodia.

Także kląć jak widać wypada, bo skutkuje.

Jak się okazuje po fazie grupowej, Polska w drugiej rundzie trafiła na Niemców … na lotnisku.

3 lipca tuż-tuż. Czas poumawiać dziewczyny na spotkanie.

wpis zawiera lokowanie wulgaryzmów

Polska, biało-chujowi!

Hejka kochani, jak się macie!? Bo ja nadal wkurwionym jest.

Tak dałem się podejść! Pierwszy raz w życiu byłem dumny z naszej reprezentacji. Że świetni, że super, że zgrani, że 8. miejsce w rankingu FIFA. A tu takie rozczarowanie.

Chciałem dać wpis “Polska, biało-chujowi”, ale bałem się reakcji ministra sprawiedliwości, pana Zero.

Zabawiałem się na gazecie w “zgadnij wyniki”. I wyszło mi, że Polacy z Francją w finale się znajdą i my będziemy mistrzami. Eh, głupi ja, głupi ja.

Takie same zabawy uprawiam podczas US Open. Nasza Agnieszka Radwańska, zwana od czasu Igrzysk Olimpijskich w Londynie Definitywnie Niech Spierdala (DNS), już dwa razy u mnie wygrała Wielkiego Szlema w Nowym Jorku.

I tu paralela. Nasza Isia była 2-ga na świecie, a nasze orły – 8. I jedni i druga naciułali punkty. Piłkarzyki grały z czort wie kim w meczach towarzyskich i wywindowali się do top 10. A nasza rakietmistrzyni otarła się nawet o pierwsze miejsce (gdyby wygrała Wimbledon). Jedni i druga – DNS-ją!

Obstawiałem, że pojedziemy Senegal 3-0. Cóż, 3 bramki wypracowaliśmy. Szkoda, że nie na nasze konto. Bęcki 1-2. Najgorsze było to, że oni w ogóle nie grali. Zero przyjęć piłki, milion podań, anemia! Z rękami na głowie kończyłem oglądać mecz, błagając “zróbcie coś! Dacie radę!”. No ale nie zrobili i nie dali.

Wczoraj się poumawiałem z sąsiadami na mecz w lokalnym lokalu i patrzymy. Pierwsze dwie minuty – nie wierzę co ja paczę! Polska biega, Polska gra. I już. Po dwóch minutach “pac pac” taktyka a la Isia Radwańska. Wydaje mi się, że nie wygrywa się meczu podając do tyłu lub/i do bramkarza.Po kwadransie zacząłem kibicować Kolumbii – Strzelcie nam gola! Do przodu.

A jak nasi byli przy piłce, to – podaj do bramkarza, upadnij. I się cholera sprawdzało!

Ludzie w lokalu patrzyli na mnie jak na idiotę. Ale po pierwszej bramce nastawienie ich się zmieniło i sympatia przeszła na południowych Amerykanów. Jako jedyny zabiłem brawo, jak nam strzelili. Przy drugiej i następnej – przynajmniej połowa kibiców.

Wstyd, hańba, niech spierdalają.

Przepraszam, ale okrzyki “Polacy, nic się nie stało” mam w dupie. Nic by się nie stało, gdyby gryźli trawę, gdyby w ogóle grali cokolwiek.

Nawałka – trener bez jaj. Od dawna twierdziłem, że koleś ma więcej szczęścia niż rozumu. Trafił na dobrych zawodników i oni mu grali. Koleś nie miał nigdy mentalności zwycięzcy. On też DNS!

I jeszcze dziennikarze debatujący na kogo trafią Polacy w drugiej rundzie – na Anglików, czy na Belgów? Już wiadomo, że trafią na lotnisko.

 

I co ja teraz paczę! Hiszpania przegrywa z Maroko 1-2!!!

lp1

Nad głową moją ktoś wykleił strop

Gazetami sprzed lat

 

Heh, i przypomniała mi się działka Uli. Domek murowany, a na górze pokój ze spadzistym dachem dwustronnym. I ten sufit na poddaszu cały wyklejony posterami gwiazd z Dziennika Ludowego (?). Taka gazeta, co w wydaniu weekendowym miała rozkładany plakat. Sztandar Młodych? Nie, chyba Dziennik Ludowy. Stało się w sobotę rano w kolejce do kiosku, do którego przywozili ze 3 czy 5 egzemplarzy. Jak ktoś stał najpierw, to po zakupie oznajmiał – Shakin‘ Stevens, czyli Trzęsący się Stefan. I kolejka się ciut zmniejszała. A jak mówił, że na przykład Europe! To dopiero był szał.

No i ta działka, a właściwie sufit poddasza był wyklejony gwiazdami.

Kiedyś u mnie na ścianie wisiał Michael Jackson. Tuż po Thrillerze, czyli normalny czarny chłopiec o śnieżnobiałym uśmiechu. Mieliśmy wtedy gości ze Szczecina (nie, to nie była pani profesor). I chyba brat cioteczny pomalował Majkelu co drugi ząb na brązowo. I chyba jeszcze papuga siedziała mu na ramieniu. Jak ja się kurka wystraszyłem otwierając oczy z rana!

Dziś pierwszy dzień lata!

IMG_6346

Ajażemwampowiedziałem, że kupię książkę Kasi! To kupiłem. Leży i czeka na kolej. No nie mam teraz głowy do lektur. A to za gorąco, a to Miszczostwa Świata, a to to i tamto. O tej Jerozolimie nie mogę skończyć. Poszedłem nawet raz do grilo-baru z rzutkami i piwem z książką. Ale przyszli znajomi i zagadywali. Przeczytałem tylko ze 3%.

Wczoraj miałem ogromną przyjemność być zaproszonym na spacer przez kolegę ze szwajcarskiej agencji butikowej. Wycieczka miała tytuł Śladami Szwajcarów. No troszkę tych Helwetów się przewinęło przez Wawę. Także edukacyjna eskapada. Bardzo super była Katarzyna-przewodnik! Gadatliwa, uśmiechnięta, pasjonująca się naszą stolicą. Na ten przykład dowiedziałem się, że „a imię jego 44“, to nie żaden wieszcz, a li tylko Kolumna Zygmunta. Wybudowana w 1644 roku, zniszczona w 1944. Mawiano, że jak miecz króla opadnie, to Warszawa się podda. No i we wrześniu, bodaj 3, 1944 roku zniszczono kolumnę i król leżał na bruku, czyli można powiedzieć, że miecz opadł. A kolumna mierzy 44:2=22 metry. Oczywistym jest żart o tym „a imię jego 44“.

Aha, Kasia skończyła filologię polską i przyznała się, że nie przeczytała Lalki. Dopiero teraz zabrała się za tę lekturę. Świetnie pokazana Warszawa. Może wrócić? Przypomnieć sobie to romansidło?

Ej, kto nakręcił Lalkę na 3 litery?

Ken 🙂

(zobaczcie ostatnie zdjęcie w tym wpisie)

Po spacerze, wracając do domu, postanowiłem obejrzeć mecz w dawno niewidzianym miejscu. I byli też dawno niewidziani znajomi. Po drugim nie za bardzo zimnym piwie koledzy po prawej zapytali:

– a nie napijesz się z nami Maciek wódki?

– jak to nie?

No i namówili mnie cholera. Wydaje mi się, że nie wypiłem dużo, chyba. Dziś wiem jedno – wódka, to twój wróg, tfuj. Nie piję więcej. A kolega proponował ucztę gruzińską wczoraj. To ja powiedziałem, że chętnie ale nie dziś. Nie powiedziałem mu, że nie jem po 18.00. Jeść, nie jem, ale napić się niestety napiłem. Wódka to zło!

Dziś przejechałem 30 km na rowerze i nic. Nadal kac i łeb pęka. Poszedłem nawet na trening do mego senseja Nafy Radala.

IMG_6358

Pomachałem rakietką i nadal nie widać poprawy. Po tym wuefie wpadłem do smażalni ryb na węglowodany, bo sensei mówi, że teraz to w mięśnie wszystko się zamieni.

Co do zobaczenia stolicy naszej w czasie międzywojennym, polecam Króla Twardocha!

Ulica Mostowa patrzona z Barbakanu (jest tam taki fajny niebieski budynek, Mostowa 8) ma nazwę taką, gdyż prowadziła na most, drewniany most. XVII wiek. Przeprawiać się można było tylko 30 lat, bo kra trafiła w most. Przedłużeniem Mostowej jest ulica Boleść. Bo w budynku, gdzie pobierano opłaty później zorganizowano miejsce Kary i Poprawy, czyli coś na modlę poprawczaka albo więzienia. Później była tam prochownia, Teatr Stara Prochownia. Teraz miejsce komercyjne. Można wynająć na event.

Eh, można by prawić o tej Szwajcarskiej Warszawie i prawić. Świetna lekcja historii. Może kiedyś opowiem o Kościelnej i Franciszkanach, i ocju Józefie i synach Janie i Jakubie Fontana, i o najwyższej swego czasu kamienicy czynszowej, i o naszej gwieździe nauki Marii Skłodowskiej-Curie i jej przyjaźni z Albertem Einsteinem. Może.

IMG_6353

To może ja do rzeczy przejdę, bom tytuł dał jednoznaczny.

Nie byłem nigdy jakimś zapalonym fanem Lady Pank. Ale lubiłem ich bardziej niż Maanam, czy Republikę. Płyt nigdy nie kupowałem, nie pożyczałem. Ale znało się hity i nuciło.

W 1983 roku wydali debiut LP1. 11 z 13 utworów pojawiło się na Liście Przebojów Programu Trzeciego, z czego 6 wylądowało na 1 miejscu. Ponoć ewenement, rekord świata i kosmosu. Żadna inna płyta nie powtórzyła tego sukcesu. W Stanach ponoć Bad wspomnianego wcześniej już Króla Popu może poszczycić się rekordem w kategorii “najwięcej numerów 1 z jednej płyty”. I chyba Katy Perry i jej Teenage Dream– 5 numerów jeden.

A najwięcej piosenek w Top10 z jednej płyty – Jackson Thriller, Bruce Springsteen Born in the USA, Janet Jackson Rhythm Nation– 7 utwórów.

Także jak widać, Lady Pank gwiazdą wielką jest i basta. Mnie osobiście ich muzyka znudziła. Przestałem słuchać, a nawet przełączać jak leciało w radio lub TV.

I teraz pojawiła się ciekawa reedycja z okazji 35-tych urodzin. Zaprosili gości.

I słucham jak wariat. Wszystkie teksty pamiętam! Wykasowałem sobie ex-Beatlesa (żarcik) Artura Rojka, bo się nie da słuchać jego miauczenia albo beczenia.

Myślałem, że Maleńczuk to pomyłka w tym projekcie. Ale z każdym odsłuchem jest coraz lepiej. Świetnie pasuje do Tańcz Głupia Tańcz. Kto jak nie on może zaśpiewać ten tekst!

Najświetniejsza jest … Kasia Nosowska, również jak Michael Jackson, wpsomniana wcześniej w tym wpisie. Jej -10 w Rio re-we-la-cja!

Podoba mi się jeszcze duet z Lechem Janerką Pokręciłomi się w Głowie, znane wcześniej przeze mnie jako Someone’s Round the Corner, czyli próba Lady Panku podbicia Zachodu.

Muzycznie muszę wspomnieć o projekcie małżeństwa, które trzęsie szołbizem na świecie. Najbardziej wpływowi, najbogatsi i naj naj naj – The Carters, czyli Kłin Bi i jej mąż Jaj Zet. Bey ponoć ma koncert na Narodowym 30 czerwca. Czemu ja to przegapiłem?

Długa historia krótko o tym nowym projekcie. Jay Z zdradził Beyonce. Awantury z Solange (siostrą/szwagierką) w windzie znane są . Małżonka po paru latach wydaje ścichapęk Lemoniadę, gorzki album o przemyśleniu, o żalu, o wybaczeniu. Wiadomo, dramaty osobiste się sprzedają. Adele i jej 21 i 25 świetnym przykładem. Brytyjka odbierając Grammy za album rokku rozpłakała się prawie mówiąc, ze najlepszy album nagrała Beyonce i to jej nagroda się należy. Rok tem zdradliwy mąż wydaje 4:44, czyli album o tym, jakie miał pokusy, jak zdradził, jaki był głupi, jaki on szczęściarz, że ma taką żonę i że ogólnie głupi i ślepy.

Czyli mądry Polak po szkodzie. Ale co się nazdradzał, to jego, nieprawdaż?

No i 2 dni temu. A może i 3. Małżeństwo/Państwo Carterowie wydają album Everything is Love. Takie przyśpiewki o tym, że „oessu, nie wierzymy, że nam się udało [przetrwać ten kryzys małżeński]“.

A z innych głębokich tekstów:

Fuck you, fuck you, you’re cool

 

Powiem tak, ja tam ich lubię. Razem, solo w kolaboracjach. No lubię i już.

 

Leżąc na wznak przed oczami mam 
z “ekspresiaka” wciąż nagłówki dwa: 

“Minus 10 w Rio” 
“Dżuma w Santa Fe” 
Wszystko obok mija 
Jak wariata sen

polska, biało-zieloni

Hejka kochani. Jak się macie? Bo ja całkiem OK.

Na sam przód doniosę, że e-nabyłem bestseller autorstwa Kasi Nosowskiej. W księgarni obok roboty, co nie mieli już, chcieli 39 zł. W empiku – 31. A żem się zdziwił, że merlin jeszcze żyje. Brawo merlin – 25 zł.

Chyba po raz pierwszy dałem się oszukać w sklepie internetowym. 9 dni temu kupiłem opiekacz/toster. I tak wczoraj poczułem, że czegoś mi brakuje. Strona www sklepu jakaś mało przyjazna. Brak telefonu. Cóż, wypełniłem formularz. Dostałem info zwrotne, że dziękują za kontakt i na pewno się odezwą. To czekam. W sumie mało kosztował.

Taki dziś jestem biało-czerwony i patriotyczny. Wczoraj przecie nasi grali z Czile (biało-czerwoni równie ale z niebieskim). I prawie wygrali. Ale najważniejsze, że nie przegrali. Choć było blisko. Lewa noga Lewego bardzo dobra. Bramka piękna.

Chyba i w siatce nasi albo nasze kogoś zdemolowali/ły.

Także duma, patriotyzm, czerwono-białość.

A na sam koniec dnia uczta! Festiwal polskiej piosenki. Ci, co ponoć widzieli, mówią, że są w szoku i niedowierzaniu. W internecie relacje z Opola też numerem jeden na kilku, dużych portalach. Ponoć pisanie o tym festiwalu jest żenadą samą w sobie lub żenadą równą samemu festiwalowi.

Cóż. Nie widziałem, nie wiem, nie znam się. Słyszałem tylko w Trójce, że Tulia miała być pewnym faworytem do debiutów albo premier. To te ludowe dziewczynki, co tak na śniegu coverują przeboje. Na przykład Enjoy the Silence Depeche Mode i Nieznajomy Dawida Podsiadło.

A propos Dawida. Chłopiec wraca po ponad rocznym odpoczynku. Małomiasteczkowy – jego pierwszy singiel z nadchodzącej płyty taki sobie. Ale dopiero raz słyszane. Dajmyż szansę.

Za to strasznie podoba mi się hymn Męskiego Grania AD 2018.

Bardzo podobający mi się jest tekst. Czuć styl Zalewskiego.

Ja nie chcę iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę.

Nie chcę biec do gwiazd, niech gwiazdy biegną do mnie.

Nie chcę chwytać dnia, gdy w ręku mam tygodnie takie miłe.

Takie to miłe

A jak patrzę na teledysk, to mi się przypomina równie fajna kolaboracja:

 

 

Dziś dałem szansę nowej płycie Kanye Westa “Ye”. W USA się rozpisują, poświęcają czas. Czyli dzieło wiekopomne jakieś. Artykuł “Czego dowiedzieliśmy się o Kanye z jego nowej płyty” przeczytałem jednym tchem. No bo ponoć fan Trumpa, ponoć w główce nie wszystko poukładane, ponoć to i tamto. Okazało się, że niczego się nie dowiedzieliśmy. Płyta mało odkrywcza.

Na dzień dobry Kanye “śpiewa”, że myślał o się zabiciu. Ale jednak kocha siebie bardziej niż innych, więc pomyślał o zabiciu innych. O jesssu! Ten koleś od dawna ma coś nie halo z głową. Omijajmyż “Ye” szerokim łukiem.

N-now th-that that don’t kill me
Can only make me stronger
I need you to hurry up now
‘Cause I can’t wait much longer

Święta racja Kanye’u. Wzmocniło mnie po próbie odsłuchania “Ye” płyty. Yeah!

dobrej soboty wszystkim!

 

 

tu brzoza, tu brzoza

Czyli Płock żąda dostępu do morza.

Hejka kochani, jak się macie? Bo ja super ale w sumie coraz mniej super.

Dziś zaszedłem do sklepu z książkami za nowym bestsellerem autorstwa Kasi Nosowekiej „AjażemjejpowiedziałaKaśka“. No nie ma! Rozeszło się. W Trójce ją teraz czytają. A właściwie Kasia sama siebie czyta. No fanem jestem Kasi i Heya, to kupię, a co mi tam.

Od kilku dni przekomarzamy się z panio prof. ze Szczecina, jaka to super pogoda. Ale oczywiście „żółty skurwysynek“, jak to powiedziała albo uczona, albo ja, określając słoneczko, podczas naszej niedawnej konwersacji AjMasażowej, czai się znowu. Upały nadchodzą. I dlatego właśnie coraz mniej super się czuję.

I tak we wtorek siedzę na lanczu z panem od Państwa z Europy na K. i się zastanawiamy, co by tu sportowego po pracy zrobić. Ja byłem już zrelaksowany po porannej rozrywce na korcie tenisowym. Mój mistrz Sensei Nafa Radal przeczołgał mnie lekko, aż straciłem prawie ochotę na grę! A to przecie imposybilne, bo uwielbiam tenis i mogę grać bez końca.

No i Marcin mówi, że biegać idzie wieczorem. Ja mu odpowiadam, czy boginie go opuściły, że w taki gorąc chce mu się nóżkami przebierać po jednak świeżym, aczkolwiek gorącym powietrzu. No i właśnie wtedy mój starszy o równo dwa miesiące przyjaciel mnie uświadomił, że nie gorąc, a chłodzik. Patrzę ja ci w apkę pogodową i faktycznie stoi 18 stopni o 21.00! To ja też idę biegać. Dzień się dzieje, wracam zjebaniutki do domu i automatycznie idę na rower. I jak tak sobie jadę, to jażemsobiepowiedziałMaciek, przecie biegać miałeś iść. No miałem. Wracam do domu i AjMasażuję się z kolegą, że zapomniałem pójść pobiegać.

No i wczoraj wybiegłem z domu. I już podejrzanie, na sam przód naszedł mnie kryzys. Jak mi się nie chce – płaczę wewnętrznie. Ale uparty jak osioł jestem i jak coś postanowię (tzn. do łba wbiję), to nie ma zmiłuj. Miało być bieganie, to będzie!

Normalnie z bieganiem u mnie zawsze było tak:

– wyjście zdomu! Tragedia grecka. Zawsze milion powódów, żeby nie wychodzić. A to ubrać się trzeba, a to ludzie patrzą, a to nie uczesany jestem, a po co w ogóle biegać?

– jak już wyszedłem i biegnę – pierwsze 20-30 minut: jessssu, po *huj ja w ogóle wyszedłem z domu? Bieganie jest do dupy! Ale durny jestem? Jessu, po co?

– jak już mija ten czas – Run, Forrest, Run! Raz jak pobiegłem, to wróciłem z 22 km na liczniku. Bieganie jest fajne

 

No i wczoraj kryzys, jak nigdy, dopadł mnie na trasie 2 razy. Normalnie chciałem się zatrzymać i zawrócić do domu na 300-nym metrze. A później, na 6-tym km to samo. Ale było tak zimno, że wiedziałem, że muszę biec, bo nie dojdę. Zmarzłem! Ciało było rozgrzane, ale ręce całe zmarznięte. Jak na jesieni! Doleciałem do domu. Na 9 i pół kilometrze słyszę di-em’a (DM). Patrzę. Aha, to kolega z insta się dopytuje, czy jutro aktualne. Moja kolejna ofiara z insta. Tzn. followers nr 8 z insta. Zakończyłem bieganie na 10 kilometrze, ciut przed 60-tą minutą tej mordęgi. I było tak zimno, że nie dałem rady odpisywać na te di-em’y!

Dziś trochę cieplej, to się umówiłem na rower z kolegą z pracy. Podjedziemy do knajpy koleżanki wietnamskiej Djep. Znowu Wietnam, bo …

No i dziś się spotkałem na lancz z followersem numer 8 z insta. W ogóle to tak: mam 71 followersów. Z 60 osób to te, które znałem przed czasem tego medium. Czyli 11 nie znam/łem. Czyli zostało mi jeszcze 3. Muszę w końcu jakieś laski przyobserwować. Te co mam, to znam już długo. Z rudą Ewą się spotykam w lipcu i z Ulą z Texasu. Ale o tym spotkaniu kiedy indziej. W ogóle co za historia z ubiegłego roku z tą Ewą?! Ale wszystko w swoim czasie.

No i niby miałem iść od biura z Puławskiej, od Pana mojego, do biura na Sienkiewicza, do mojej dziupelki i w połowie drogi spotkać się z Rafałem w Vietnamce. Ale…

Ale roboty po kokardkę mam ostatnio, więc wyrwałem się po prostu na lancz.

Bardzo miłe spotkanie. Rafał z agencji szwajcarskiej, także kilka tematów zbieżnych. Ale przede wszystkim kolega to fan Gruzji. Także wykorzystać trzeba tę wiedzę/znajomość. I jeszcze chwila o fotografii i insta porozmawialiśmy i się zrobiły 2 godziny lanczu. Nieśmiały kolega tak na pierwszy rzut oka i jak na pierwsze spotkanie. Ale może to ja tak przyćmiewam? Nie wiem. Jestem ekstraordynaryjny, ekcepcjonalny i takie tam. A może jednak nie ośmielam, a może jednak onieśmielam. Ale ogólnie na plus kolega. Ma poczucie humoru i o to chodzi.

A jedzenie w Vietnamce jak zwykle mniam i mlask. Zapomniałem w sumie Rafała zapytać, jak mu smakowało, bo nigdy wcześniej nie jadł.

Dobra kiedy ten 2 lipca i Ula z Ewą?

ooopały

Hejka

Jak się macie? Bo ja w sumie ok. Żar jest, upały są, a ja jakoś ekstraordynaryjnie ok się mam. Nie umieram. Może dlatego, że od wtorku popołudnia mam długi weekend. Rower jest rześki.

Słodkokwaśna do mnie dzwonił wczoraj, żę będzie twarzą kanapek Banh Mi na Nocnym Markecie. Także jak ktoś wie, zna, nie wie, nie zna, to niech się wybierze, albo zorientuje się co to za wydarzenie kulinarne i się tam wybierze. Fat Daddy, czy jakoś tak nazywa się stragan.

No i tak mi Słodkokwaśna zamieszał w głowie, że śniło mi się dziś, że wpadłem rano do myś. I tak się witałem z Anetką, że za trzecim razem jak ją cmokałem w polik, kości zatrzeszczały. Anetka opadła na sofę w „bulu“. Jakoś za mocno głową machałem. Aha, do Słodkokwaśnej i jego pani przyjechałem dziś, w piątek, autem służbowym. I jakoś dziwnie je zaparkowałem.

No i sobie konwersujemy. Kolega mi o bułkach i Nocnym Markecie prawi. Jego kolega odsypia przy stole, bo do rana przygotowywali mięso i bułki. Także wyczeprani. Raptem wpada pan właściciel mieszkania, które koleżeństwo wynajmuje. Landlord oświadcza, że albo sprzedaje lokum, albo każe się wyprowadzać. I wtedy przypomniaełm sobie, że nie podpisałem listy obecności w pracy, a była już 10 rano. Pożegnałem się szybko i jeszcze szybcie wybiegłem do auta, które okazało się fest zastawione innymi. „Kurna“ myślę sobie „będę musiał tu do wieczora siedzieć i czekać, aż ludzie odjadą“. Wtem moje auto wyjechało samo spomiędzy aut i mogłem już wsiąść i odjechać.

Muszę chyba przestać jeść grzybki, bo sny mam dziwaczne

No to pędzę. Okazało się, że zrobiło się już ciemno. Przy przejściu widzę jak mała dziewczynka nie ogarnia dwóch psów – dużego o rasie mi nieznanej i małego kundelka. Zaczynam hamować. Nie mogę. Przytomnie zaciągam ręczny. Auto tylko zwalnia, nie zatrzymuje się. Niestety czuję gruchot kości małego czworonoga. Odjeżdżam w panice. Niedobry jestem.

I wtedy przypomniałem sobie, że przecie w piątek mam wolne. Ale skąd się wzięło auto służbowe?!

I rano budzi mnie dźwięk maila. To pani prof. ze Szczecina pisze. Przecie ona ma dwa fantastyczne pieski – Reksia i Burą Sukę. Muszę ją poprosić o zdjęcia, to wrzucę na blog.

I pani prof. pisze mi, że miała sen. Ale jej sen był bardziej zakręcony niźli mój, bo ja nic nie zrozumiałem z niego.

Początek snu był taki, że pani profesor szukała mojego mieszkania.

To od razu wyjaśniam, żeby na przyszłość nie było problemu.

Imieniny macieja są 14 maja, wtedy co Bonifacego. Ja nie święty, więc mamy już ulicę – św. Bonifacego.

Rocznik 1989 jestem (29 lat), więc numer domu 89.

A numer mieszkania podam, jak zadzwonisz stojąc pod blokiem.

Hejka kochani, będę leciał na ten żar, na ten upał. Płyn do mycia okien mi się skończył.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑