Miesiąc: sierpień 2009

30 sierpnia 2009

 

Według planów pomogliśmy Daszy się przeprowadzić. Mieszkała w Oakland w stanie New Jersey. Domek maluteńki (mniejszy niż moje mieszkanie) ale oczywiście, jak to w takich przypadkach jest – gratów a gratów. Za domkiem rzeka płynie, chyba Ramapo River i góry nieopodal widać. Takie prawie Łomianki. Cały van u-haul zapakowaliśmy. Oczywiście pogoda bardzo słoneczna. Tylko się przeprowadzać.
Aha, przeprowadziła się dziewczyna na Brooklyn.
Państwo pojechało nad jezioro się kąpać, a ja z Vicka do Renaissance Faire w Tuxedo w stanie New York. Takie klimaty Shakespeare’owskie. Tu monety biją, tam szkło wydmuchują. A tam ci jeszcze Robin Hood przebiegnie. Dosyć wesoło, folklorystycznie. Można nawet było się na “Poskromienie Złośnicy” załapać. Bardzo ciekawe i edukacyjne miejsce … dla rodzin z dziećmi. Oczywiście na każdym kroku zdzierstwo. Na szczęście tym razem potrafili odczytać datę urodzenia z polskiego ID.
Z ciekawości kupiłem mead, czyli pitny miód, zwany u nas “dwójniakiem” lub “trójniakiem”. Polski lepszy. 6 dolców za pół szklanki. No pisałem, że zdzierstwo.
Standardowo, jak co dzień, ułaziłem się jak pies i do Państwa nad jezioro nie dojechaliśmy, tylko prosto do domu.

krótki to wpis, bo krótki.
Do zobaczenia 31 sierpnia. Hej, u was juz jest 31 sierpnia!  Jak ten czas leci.

Zdjęcia może jutro wrzucę. Obserwujcie na bieżąco folder “zdjęcia”

29 sierpnia 2009

 

Nie wiem, która jest godzina. Komputer pokazuje 9:42, a mój zegarek 8:42.
Nie pamiętam też, o której poszedłem spać. No może, nie nie pamiętam, ale nie wiem. Ale stop kochani, nic z tych rzeczy. Po prostu nie patrzyłem na zegarek.
Jesteśmy w Princeton. I jak się na razie okazuje, jestem jedyną “wstaniętą” osobą. Reszta śpi. A to ci śpiochy. Niestety dwie osoby w salonie, więc chyba nie wypada iść zrobić sobie herbaty(?).
Ale przynajmniej mam dostęp do komputera. Drzwi do/od pokoju na szczęście się otwierają.
No może wślizgnę się do kuchni. Wypiję coś ciepłego i na miasto na jakieś prawdziwe amerykańskie śniadanie. O ironio (albo o zbiegu okoliczności), dwa lata temu, jak po raz pierwszy wizytowałem Princeton, to odwiedziłem śniadaniodajnię. I to chyba było moje jedyne śniadanie w takim stylu. Nieprzepyszna kawa i naleśniki. Poundcakes’y (albo “krepy” (crepes) z francuska) nawet nawet.
Muszę jakieś radio normalne włączyć, bo odruchowo nastawiłem madonna-channel w tuba.fm. Przereklamowany jest ten portal. Słabizna jak na mój gust. A z Madonną przecie pokłóceni jesteśmy.

Nie wiem jakie plany na dziś. Nie wiem czy plażowa siatka wypali, bo wczoraj cały czas padało. Patrzę przez okno – chyba nie pada. A przynajmniej nie wygląda, jakby padało.
Jeeez, jakie Madonna ma przechu… piosenki. Aha już mam, to jest unreleased song “your honesty” z EP “Remixed & Revisited”. Niezly kwas. A propos tej pani jeszcze. Nawiedziła Bułgarię i powiedziała coś o biednych Romach i została wygwizdana przez publikę. W Bułgarii też było jakieś ważne święto – chyba Jana Chrzciciela (ponoć jakieś istotne).
I tu zacytuję i zarazem sparafrazuję (nie wiem, czy dobrze użyłem tego słowa) – kto późno przyjeżdża na koncerty, sam sobie szkodzi. Hmm, nie rymuje się.
Słabizna z tym ostatnim zdaniem.
Uciekam, czerwony ze wstydu. Na szczęście nikt tego nie czyta. Może czas to opublikować? Boże ile wątpliwości w sobotę rano.

Przypomniałem sobie coś!!! Dlaczego wszyscy wybałuszają gały, jak mówię, że piję alkohol z Red Bullem. Niezdrowe, niezdrowe – słyszę uwagi. Albo “niebezpieczne, niebezpieczne”!
Ehem, ehem, wiem, zdaję sobie sprawę, że niezdrowe i niebezpieczne.
Ale nie zauważyłem. Co na to inni pijący to “świństwo”?

Wstaliśmy z dużym problemem. Jedni wstają, drudzy piją, trzeci palą itd. W końcu wzięliśmy pupy w troki i pojechaliśmy do New Hope w Pensylwanii. Bardzo urokliwe miasteczko. Przypominało mi Troki litewskie. Ładne domki, a w nich albo restauracja albo “gift shopy”, czyli “duperlandia”. Dwóch towarzyszy zostało w restauracji na małe conieco, a my poszliśmy zwiedzać. Szybko poszło, jako że miasto małe i krótkie.
Pogoda, jak to się mówi – idź ty na chuj i nogami wymachuj. Przepraszam za wyrażenie.
Słońce pojawia się późno i szybko znika. Ale to nie problem. wilgotność mnie dobija. Nie ruszam się za szybko ale i tak pocę się jak świnia … bardzo sie pocę. No może przyjdzie mi przywyknąć. W metrze nowojorskim jest tak, jakby ktoś wypompował powietrze i przyciągnął słońce.

Jutro nie spodziewam się ciekawych historii. Przeprowadzamy znajoma Państwa – Daszę i później w las “pajdziom”.
Także, jak się nie odezwę, to wybaczcie.
Jak ten czas leci. Jeszcze 3 tygodnie pobytu mi zostały. Ech, czas pędzi jak szalony.
Czas na wódę z colą, bo z Bed Rullem 🙂 przed snem może niekoniecznie.

28 sierpnia 2009

 

Ha, dziś za wiele się nie wydarzyło. Od rana pada, więc darowałem sobie US Open. Domachowska przeszła wczoraj i dziś miała grać o 11:00 z kimś innym. A tak słabo wyglądała na początku meczu.
Kubot z kolei odpadł. Szkoda.

Miałem dwa wyjścia. Pojechać do Miasta do American Muzeum of Natural History (Central Park West at 79th Street) albo do Century 21 na zakupy.
Oczywiście pojechałem na shopping. Porażka. Nic nie ma ciekawego. Kupiłem parę dupereli i się nachodziłem jak głupi.
Pan mnie zgarnął i pojechaliśmy do domu.
Później odbieramy Panią z pracy i jedziemy do Princeton do Tolika. W Princeton mieszka ponoć 20 noblistów. Bardzo ładne akademickie miasteczko.
Jutro jedziemy nad ocean na beach volleyball. Znajoma Państwa odbijać piłkę będzie. Pod warunkiem, że nie będzie tornada.

O rzucaniu palenia nie wspomnę, bo nie ma o czym mówić. Nie palę od 15 minut.
Ok, jakąś wadę muszę mieć, tak?
Ale palę mało, czyli rzucam tak na prawdę poprzez redukcję.

Właśnie poczytałem na onecie, że kolejna edycja “dlaczego oni śpiewają” rusza. Takie “the best of”. Jakby to powiedziała Agnieszka Chylińska “the best of what, kur*a”.
Czy ktoś mnie może informować na bieżąco co słychać w “tańcu z gwiazdami”, “modzie na sukces” i takich tam podobnych?
oczywiscie ja będę na bieżąco was informował o 3 sezonie “Californication” i US Open.
Żarcik taki.
W ogóle nie tęsknie za polską tv. Amerykańska skutecznie mnie odrzuca od gapienia się w telewizor. Kurczę, jak nazywał się ten program, co babka wzięła córkę i starego na wariograf, bo wierzyła, że mąż (drugi) zdradza ją z pasierbicą jego (córka jej). Taki Jerry Springer Show (czy jak się on tam nazywa). Aha, wariograf pokazał, że z córką jej nie zdradza. To się nazywa szczęśliwa rodzina.

27 sierpnia 2009 – update

 

Nie będę pisał, że “dzień pierwszy” albo “wielka draka w chińskiej dzielnicy”. Najbezpieczniej jest chyba datą. Czy dziś jest dzień 1, czy drugi, skoro nadleciałem wczoraj?
Wczoraj w centrum Miasta (w Bryant Park) siostry/bracia Williams zagrały sobie pokazowo. No szkoda, że nie było mnie tam. Może dziś siostry Radwańskie??? Byłoby … nie byłoby.
Wstałem o 5:16 i poszedłem znowu spać. Ale godzinę później już zostałem wypuszczony z pokoju. Drzwi się rozeszły w nocy i nie mogłem ich otworzyć. Na szczęście Pani domu zeszła do piszczącego kota Bazyla.
Z drugiej strony mógłbym siedzieć zamknięty w pokoju i pisać rozprawę filozoficzną o życiu życia. Tzn. byłaby to rozprawa filozoficzna o życiu i byłaby to praca życia. Ale czy już ktoś tego na strychu tak nie zrobił?
“Simpsons already did it” – z jakiego to serialu zdanie???

Polecam “BReaking BAd” – fajny serial. Nauczyciel chemii ze swoim byłym uczniem, który zna rynek … bawi się w młodego chemika, przy okazji przytulajac parę “benjaminow”.
Na razie tyle z wrażeń z 27 sierpnia.

Wróciłem z Miasta. Stała się rzecz straszna. Zacząłem palić! No może nie od razu zacząłem ale zapaliłem. Po 16 godzinach! Siedzialem w Bryant Park i jadłem lunch (sushi) i jakiś kolo palił cygaro i wszystko na mnie leciało. Kupiłem sobie paczkę za jedyne 10,25$ i zapaliłem w drodze na Hell’s Kitchen do mojego ulubionego pubu. Arsenal ogrywal Celtic 2-0.
No nie kupiłbym tych fajek ale głupio mi było sępić. Podszedłbym do kolesia i co bym powiedział “can you spare me a cigarette please?”. Mój angielski i połączenie “spare me” zabrzmiałoby jak chęć spuszczenia się na jego papierosa. Wolałem uniknąć blamażu lingwistycznego.
W Londku co prawda jakiś menel zaczepił mnie inaczej i dopiero w słowniku wyczytałem, że on ode mnie chciał “wypasożytować” papierocha. Poza tym Angole mówią na fajkę “fag”. “Fancy a fag?” – zapalimy/zapalisz/masz ochotę na fajkę. No, jak na mój gust, też nie najporęczniejszy zwrot.
(fag – to raczej i powszechnie znane określenie na członka rodziny)
Ale po kolei. Zajechałem autobusem na Port Authority Bus Terminal (8 aleja i 40 ulica) i udałem się na Times Square do informacji turystycznej po mapę metra. Linia nr 7 na koniec aż do Flushing Main Street. Aha, założyłem zegarek, po dwóch latach nienoszenia. Zdjąłem go po powrocie z USA w kwietniu 2008. Dziwne zegarek nadal chodził i pokazywał amerykański czas. He he he, przydatne. Ale zdjąłem go znowu, bo się spociłem.
Wczoraj może było jak w maglu, ale dziś o dziwo szło żyć. Upiornie gorąco ale jak człowiek nie robi gwałtownych ruchów, to jest ok. W metrze dramat. Gorzej niż sauna, bo nie ma czym oddychać i leci pot niemiłosiernie. Na szczęście w wagonach jest klima.
No i jadę tą 7 i po pierwszej stacji pan mówi “blah blah no Flushing Main Street blah blah … sorry for inconvienence blah blah”. To znaczy, to nie to, że nie ważne co mówił. On po prostu niewyraźnie mówił. Wysiadłem. Na szczęście drugi pociąg nadjechał szybko i nie było już komunikatów. Obok, dwóch starszych panów rozmawiało o tenisie i dzięki temu dowiedziałem się, że lepiej wysiąść o jedną stację wcześniej, czyli Mets-Willet Point. To i tak zrobiłem. Byłem o 11 i okazało się, że za wcześnie, bo tylko kwalifikańci grali. Łukasz Kubot miał największą widownie i fanów. Nie wiem dlaczego krzyczeli po angielsku. Mogli po polsku. Może Łukasz nie zna języka. Nie wiem jak się skończył mecz, bo w 3 secie przełamał Polak Japończyka (skubany dobrze i silnie serwował) z powrotem i zrobiło się 3-3. Śmiesznie się ogląda te mecze, bo to wygląda jak tenis uliczny. 20 kortów i stoisz od bocznej linii o 5 metrów. Na sam koniec wyszła Marta Domachowska grać z Francuzka o dziwnym, wschodnim nazwisku. No niestety po 3-1 dla nienaszej poszedłem. Marta grała słabiutko. Szkoda.
Kiedy byłem na Grandstand Stadium i oglądałem Tsonge, jakiś pan powiedział głośno, że Szarapova nadjechała i już trenuje. Sporo ludzi poleciało od razu na korty 1-5. Na tych kortach trenowały gwiazdy. Widziałem Safina (jednego z moich ulubieńców). Już niestety był po treningu ale przynajmniej jeszcze był.
(aha, jak ktoś ogląda moje zdjęcia, to czy w czarnym t’shircie to nie jest Hewitt?)
Dalej o kortach, na których trenują gwiazdy. Są niestety z dwóch stron otoczone wysokim krzakiem. Na szczęście na korcie, gdzie grał Kubot była trybuna i można było z samej góry podglądać gwiazdy. I tak tyłem do nas trenował Gasquet. Obok niego – Tipsarewicz (dziwnie w okularach wyglądał, jak ufo), Kohlschreiber (no dobra nie gwiazdy ale tenisiści z pierwszej 20).
Z trzeciej strony jest budynek, a jedyny odkryty bok tych kortów ma prawie na całej długości siatkę maskującą. W sumie tylko ok. 3 metrów siatki, przez którą można coś zobaczyć było. Ale dobre i to.
Zagapiłem się, bo jak Safin wychodził z kortów, to nie wiem czemu ale zostałem na swoim miejscu. Później zjarzyłem, że może autografy będzie rozdawał. I rozdawał. Jak podszedłem na tyle blisko, żeby portret zrobić, on już się odwrócił i poszedł. Szkoda.
Ze znanych widziałem na treningu – Ferrer, Soderling, Tsonga, Monfills, Jankowicz, i jeden jeszcze koleś ale nie mogę przypomnieć nazwiska.
Obok mnie przeszedł na luzie w klapkach Ljubicic. Niestety nie zdążyłem go uchwycić. Obiektyw za długi i musiałby daleko stać on … albo ja. Szkoda.
Samo miejsce – Flushing Meadows – rewelacja, szok! Nie jest zbyt duże jak na tyle kortów. Spodziewałem się większej powierzchni. Wszystko w miarę zasięgu wzroku. Trochę się jednak nachodziłem. Ale pod wrażeniem wielkim jestem. Przesympatyczne miejsce. Może jednak Wielkiego Szlema zaliczyć? Tylko do Australii będzie ciężko pojechać. Za daleko. Do Paryża jakoś mnie nie ciągnie. Czyli Londyn tylko został.
A propos Londka. Dziś nastąpiła uroczysta detronizacja brytyjskiej stolicy. Nie jest już moim zdaniem najtłoczniejszym miastem jakie widziałem. Na Times Square była mega masa. Do tej pory faktycznie mogłem być zmylony, bo jeździłem do Jabłka w marcu, kwetniu i listopadzie, a w Londku bywałem raczej w sierpniu. Więc eN-Y-Cee na razie szans równych w rankingu mym nie miał. Do dziś!
Jestem już w domu jak widać. Czekam na Państwa i jestem przezmęczony ale i przeszczęśliwy, żem część US Open zobaczył.
Do jutra.

ps: w folderze zdjęcia jest link do zdjęć. Fota 10 i 11 po kolei idąc (dsc_032.jpg i dsc_0034.jpg) – kto to jest? Na 11 Hewitt??? A na 10 nie mogę tego kolesia sobie przypomnieć!

i się zaczęło, czyli lot

 

Hura, moje pierwsze złote myśli w tym pięknym, nowym, jubileuszowym, kalendarzu-notesie (piszę na lotnisku na papierze). Siedzę lekko zmachany na Shithole airport w Amsterdamie i czekam na lot 0791 no NYC. Dziwna ta kontrola w Holandii, o wszystko się pytają. Czy mój bagaż był ze mną przez cały czas po spakowaniu go? “Yep” – skłamałem, bo 4 osoby dorosłe i 1 dziecko wiedzą, że nie był. Chociaż, hmmmm, ciekawe czy oni wiedzieli czy spakowany był.

Ok, zaczynam pisanie wrażeń i niewrażeń z najdłuższego urlopu, jaki kiedykolwiek miałem. Nie obiecuję, że będę co dzień skrobał, ale postaram się. Pogoda sprzyja ku powiększaniu wpisów, bo przy 100% wilgotności i 30 stopniach C może się okazać, że w domu będę siedział. Tylko o czym wtedy będę pisał?
(właśnie minęła mnie pomarańczowa ekipa Ukrainy. Ciekawe w co?)

Podróże kształcą. Dowiedziałem się o 3:30 polskiego czasu,  że po 4h33min snu można całkiem przyzwoicie wstać. Obyło się bez “zwlekania się z wyra”. Pomocne było to, ze jedna komórka-budzik leżała poza zasięgiem moich kończyn, wiec wstać trzeba było, coby ten okropny dźwięk wyłączyć. Bądź co bądź cisza nocna jeszcze obowiązywała. Jako, że dzień wcześniej rozmroziłem lodówkę, to nie miałem co jeść i pic (tzn. kawy z mlekiem). Na kolacji “u dedka”pan kelner odgrażał sie, że po świeżynce przez jakiś długi czas będzie człowiek syty (coś koło 3 dni wspomniał. Nie dwa, nie cztery ale właśnie trzy).

Szybki prysznic, ubranie sie, powyłączanie korków, zakręcenie wody i mogłem juz z kwadratu wyjść do taxi.
Przepraszam za wyrażenie, ale co za wredna … (ok, nie wyrażam sie) baba obsługiwała “check-in”. Mój lot z Amsterdamu do Newark nie był widoczny w systemie. Poprosiła mnie o jakiś wydruk biletu lub zamówienia i ogólnie skąd ja mam ten bilet, bo ona go nie widzi. W sumie to moja wina, ze jej lot-owski system nie widzi swoich klientów (właściwie to nie ich klienci). Ale z drugiej strony, jeśli lot obsługiwany był przez KLM, to czy w “okienku” tez siedzi KLM-pani? Baba była wredna. Na szczęście nie przyczepiła sie do nadbagażu. Miałem ponad 24 kg. Obok druga babka pogoniła parę. Nie wiem ile mieli, ale powiedziała, że nie przyjmie ich, bo limit jest 22 kg i musza iść sie przepakować. Znając wredotę/wredność, czy tez niemiłość “mojej” pani od check-in myślę sobie “no to pięknie!”. Już nawet chciałem zacząć czytać cały bilet, żeby sprawdzić czy ja mam coś extra w związku z lotem przez ocean. No właśnie, czy ich interesuje dokąd pasażer leci docelowo? Czy ją nie interesuje tylko to, że w tym momencie jestem pasażerem na trasie Wawa – Amsterdam?

Po co, a właściwie po jaką cholerę są bramki na lotnisku? Pasek zdjąłem, plecak też, bluzę a i owszem. Ze spodniami w zębach przechodzę przez metalowe wrota i oczywiście wielki, cholerny “dzyń”! No pan obmacał przedziwnie. Łącznie z kroczem i nogawkami i pasem w spodniach (to znaczy tym miejscem spodni, gdzie zwyczajowo jest pas).

Małe zakupy, jedno su-do-ku i juz boarding.

Zastanawiam sie kiedy zaczną ludziom kazać stać w samolocie, żeby jak najwięcej ich weszło? Niegłupi pomysł na krótkie loty. Siedzenie i tak jest niewygodne, a poza tym 1h45min można postać bez bólu.
Człowiek głodny jak pies.

W końcu lecimy i czas na śniadanie. Pół kubka herbaty z cytryną. Cytrynę pan przyniósł na specjalne moje życzenie i kazał mi z innego kubka palcami wyciągnąć. Ok, higieniczny i sterylny aż tak bardzo nie jestem. I tak myślałem, że pan jakaś chemiczną cytrynę w płynie mi przyniesie. Ale nie. Kanapka!!! Bardzo ekologiczna kanapka. 10 cm jakiegoś niewiadomego pieczywa a w nim pół plasterka okrągłego sera o średnicy/długości 5 cm. Masła nie jem, wiec nawet zdrowo podali. Sam ser nawet pyszny, ale niby-białej buły nie tknąłem.

W Amsterdamie od razu udałem się na terminal E2. Po drodze minąłem/przeszedłem 2 sklepy i drogowskaz na kasyno. W kasynie można palić. Ale przecie ja od dziś…

No i siedzę na tym Shithole airport i czekam na…otworzyli bramkę! Lecę!

Samolot, jak samolot. Cieszyłem sie na KLM, bo w każdym zagłówku jest ekran do gier, do filmów, do muzy, do radia, do TV. a tu ci niespodzianka. Jak tylko zobaczyłem wielki, zbiorowy ekran, to od razu zajarzyłem, że przecie Delta Airlines lecę, a nie KLM. I powiem szczerze, że to chyba najmilszy lot w życiu! I tak wcześniej na tych małych ekranikach grałem w “Milionerów”. Filmy nigdy mnie nie kręciły. Dziś zaproponowano, czy tez narzucono nam (w kolejności): “The Soloist” z Robertem Downey jr i Jamie Foxxem (chyba). No jakiś kwas. Wyłączyłem po 7 min. Drugi – “Monsters and Animals” – to kreskówka o niewiadomo czym, to znaczy chyba wiadomo. Najpierw jest stacja na Arktyce, na której coś się wydarzyło, a później na jakimś zadupiu w Californii jakaś lala wychodzi za mąż za kolesia, który prowadzi wiadomości lokalne. Mieli po ślubie wyjechać do Paryża, ale pan młody oświadcza, że dla kariery przenoszą się do mniejszej większej dziury. Pannę młodą przy okazji trafia meteoryt. Nie wiem co dalej, bo zajmuję sie czym innym.

Trzeci, o ironio, do trzech razy chyba sztuka, leci film o nazwie “Duplicity” z Julią Roberts i Clivem Owenem. Połączenie “Pana i Pani Smith”, “Mission Impossible” z elementem romantycznej historii. Nawet, nawet. Przynajmniej akcja często ma miejsce w Mieście.

W samolocie strzeliłem krzyżówki, sudoku i książkę. Jakiś dramatyczny kryminał o Sycylii z serii “zabili go i uciekł”. Pan komisarz oczywiście zblazowany, przeintelignetny itd. Postanowiłem więc pisać blog.
Co do przemiłości tego lotu, to jednak stwierdzam, ze Amerykanie, pomimo tego ze niektórzy zarzucają im płytkość i pozorną sympatię, są mili, a może nawet entuzjastyczni. My jesteśmy smutni. Nawet intonacja ich mowy jest radosna. Pani rozwozi napoje. Proszę o kawę z mlekiem. Dostaję tylko kawę, Bo po śmietankę pani musi skoczyć. “I’ll be right back with your cream” – zapewnia. Oczywiście dalej swój wózek pcha i o mnie zapomina. Po pół godzinie oddaję innej stewardessie śmieci razem z kawą. Za nią nadciąga “moja” i pyta “coś do picia?”. Powiedziałem, że czekałem na śmietankę do kawy i może tym razem uda mi sie wypić HOT white coffee. No i pani swoim uśmiechem i tonem rozładowała napięcie i nawet się pouśmiechaliśmy.

4 000 km za nami, prędkość ok 850 km/h, wysokość prawie 11 km. Nie palę od 17 godzin.

Wylądowałem! Pierwsze wrażenie – kurrrrr…., jak w piekle. Najlepiej się w ogóle nie ruszać. Kuda ja papał!

counting down the days

“Time goes by so slowly; I don’t know what to do”
————————————————-
“I just want to be a million miles away from here. I’m counting down the days”
————————————————-

7 dni.
—————————————————
no i odliczam sobie tak dni do wylotu. “Nucę, gwiżdżę sobie” jak śpiewa chyba Dorota Miśkiewicz albo inna polska szansonistka.
tam gdzie codziennie przebywam od 8 do 16 nic się nie dzieje. sprawy powoli są zamykane, coby nie zostawiać za dużo innym. no ale czas jakoś wolno leci. z moich ostatnich sensownych wyliczeń wynika, że jeszcze 2 razy w tym tygodniu muszę jeszcze rano wstać. a do urlopu 4 razy pozostały. niestety pobudka na okęcie też zanosi się na mega koszmarną. nastawiam się na 3:30 ;-(
głęboko wierzę, że wstanę i dotrę na lotnisko o czasie. nie pierwszy to raz, ale postaram się, żeby był ostatni. tak wczesny wylot ma sowje plusy, bo na newark zalatam (zalatuje?) o 12:59 tamtego czasu (18:59 jeszcze mojego czasu. hmmm, zawsze mojego czasu będzie…chyba)).

horoskop na dziś. aha, horoskop bierze się stąd, że codziennie rano czytam memu departamentowi przepowiednie z dziennika “polska the times”.
Ryby (od razu mówię, że mega durne to horoskopy. ostatnio miałem, że podczas urlopu mam uważać na elektrykę!”. no to kurwa pięknie! (sorry za q-wyraz ale sami byście pewnie przeklęli).
Jedziemy z przepowiednią:
“Odnajdziesz wreszcie upragniony spokój. Zmiany, które planujesz, uzupełnią Twoje szczęscie”.
Umarłem ze śmiechu i wyplułem z wrażenia rozmemłanego czekoladowego cukierka.
“Szczęscie łatwym jest” jak śpiewał jakiś koleś 20 parę lat temu.
———————————————————–

6 dni!
Tylko raz trzeba wstać do weekendu i jeszcze tylko 3 do wylotu.
Słuchawki na uszach, komp włączony, blog się pisze się, “ocean cloud” na uszach.
Horoskop na dziś:
Jeżeli się trochę bardziej zorganizujesz, będziesz mógł uporządkować swoje sprawy zawodowe“.
Tylko nie wiem po co?
Muszę zmusić się do zrobienia czegoś przed wylotem ale mam na to jeszcze 4 dni robocze. Czy ktoś mógłby sprawić, żeby mi się chciało tak bardzo, jak mi się nie chce?
Już nawet nie przeszkadza mi co inni robią, to znaczy jak inni wykorzystują sprzęt biurowy w celach prywatnych, bo przecież sam bloguje w trakcie urzędowania.
8:50 hmmm, za wcześnie na pierwszą fajkę.
OK, zakańczam. Zobaczmy co przyniesie dzień.

—————————————————————
5 dni

“Jezu jak się cieszę z tych króciutkich wskrzeszeń (…) znowu mogę myśleć, trochę jakby ściślej, i wymyślać śmiało nowy plan. I pięknie jest, nieskromnie bardzo jest. Kiedy mija, tak jak wszystko, ta euforia kilkudniowa. Wstawać i pracować i mieć nie bardzo mogę, nie bardzo chcę”
Co tu dużo pisać!? Do weekendu muszę wstać ZERO razy! Mógłbym zakończyć ten post już teraz, bo wszystko jasne i każdy mnie rozumie. Ale. Zawsze jest jakieś ale. Parę rzeczy trzeba zrobić. No i na ten przykład byłem już w centrum na pracach zleconych. Koleżanka….
oj, horoskop!!!
“Zniecierpliwione ryby będą się opędzały od kłopotliwych znajomych jak od natrętów. Jedyne wyjście – nie odbierać telefonów i przeczekać. I zafundować sobie dobrą kolację, która ukoi skołatane nerwy”.
Wyjątkowo do bani dziś ta przepowiednia, więc porzucam rozważanie co autor miał na myśli układając te myśli. Poza tym helo!, jakie skołatane nerwy!?

No dobra i ta koleżanka, od paru dni wierci mi dziurę w brzuchu, żebym zrobił zdjęcia naszej placówce w rotundzie. Obkleiliśmy oddział banerami i siatkami z okazji Powstania Warszawskiego. Także o zdjęciach nie ma co pisać. Klik, pstryk i już. Niech teraz agencja je obrabia.
Rano w centrum dawno nie byłem. Ludzi a ludzi. Przepchnąć się trzeba. Wkurza mnie jak ludzie łażą po chodnikach jak święte krowy. Slalom uprawiać trzeba. Po chwili jednak pomyślałem, że za kilka dni, to w centrum Miasta będzie ludzi, a ludzi. Choć jak na razie nic nie przebija tłoku londyńskiego.
W dzisiejszej “Polsce the Times” jest na szczęście, jak co piątek, su-do-ku, więc aerobik dla mózgu już jest na dziś.
Och, zapomniałbym dodać. Oglądałem wczoraj wieczorem turniej tenisowy w Toronto. Nasza Isia kontra Kataryna Bondarenko. Tak, zdecydowanie muszę zrobić baner na US Open saportujący naszą rodzimą rakietę nr 1. Nie wiem tylko co. Musi być krótko. Może “Jesteś beznadziejna!”, “Kończ, wstydu oszczędź”. Hm, za długo.
Już mam “Nadajesz swoją grą nowego znaczenia słowu TRAGEDIA”. Będzie jak ulał.
Myślałem o paszczowym dopingu Isi ale nie chcę ryzykować wydaleniem z Flushing Meadows.
No Isia wygrała 7-5, 6-4. Ale Bondarenko grała gorzej. Cieniunia Isia wali z całej siły w środek kortu. Przeciwniczka nawet się nie musi ruszać. Fakt, miała kilka fajnych uderzeń. Kilka! Jeden drop shot był niezły. Ale mnóstwo uderzeń fatal!
Dobra olać Isię. Dziś będzie grać albo z Masza Szarapową albo z przeciwniczką Maszy z rundy poprzedniej. Ok, sprawdźmy wynik pięknej Mari! (wchodzę na stronę wtatour.com) Wow! Masza ograła Zvonarewą 6-2, 7-6 (3). No nieźle!
Tak z ciekawostki, to Kataryna Bondarenko ograła wcześniej Venus, a wczoraj Serenka pogoniła Alonę Bondarenko. Czyli Bracia Wiliams kontra siostry Bondarenko 1-1.
Co do Braci/Sióstr Williams, to skojarzyłem właśnie fakt z Mistrzostw Świata w Lekkiej Atletyce w Berlinie odbywających się. Atakują biedną afrykańską biegaczkę (chyba medalistkę biegu na 800 m), zarzucając jej niekobiecość, a raczej męskość. Nie będą sprawdzać czy ma “małego Kazia” ale czy w jej kodzie DNA nie ma za dużo pierwiastka męskiego.
A dlaczego nikt Braci Williams nie przebada?
Dobra kończę na dziś bo mam ustawkę na śniadanie.

———————————————————————————————-
1 dzień (a dokładnie 33 godziny. całkiem ładna liczba)

“stoję na balkonie, palę papierosa; warszawa i ja”.
rzucam palenie od środy, więc muszę się wyjarać. nie zabieram też ze sobą papierosów, coby dodatkowo się zmotywować. cena fajek też działa motywująco. ponad 8$ w Mieście i new york state (czyli state of new york, zwanym również empire state, z mottem – exelsiors), ponad 6$ w garden state (czyli state of new jersey, potocznie zwanym new jersey, z mottem – liberty and prosperity) i ponad 4$ w commonwealth of pennsylvania (potocznie: pennsylvania, nickname – Keystone State, Quaker State, Coal State, Oil State, State of Independence, motto – Virtue, Liberty and Independence).
(ooo, używanym językiem w penn state jest m.in. pennsylvania dutch. a to ci ciekawostka)

nie pisałem nic, bo postanowiłem nie pisać w pracy. horoskopu nie pamiętam, czyli był nieistotny. właśnie zakończyliśmy planowanie wypadu do the state of california (the golden state, motto eureka). dwa dni w the city and county of san francisco (m.in. zobaczyć ulice san francisco i alcatraz nieopodal) i dwa dni na okolice (np. sekwoje). bilety kupione, a hotel się szuka. coś na oku już mam ale hotel nie zając. a jak ucieknie, to najwyżej na plaży będziemy spać. ciepło jest.
no właśnie co do pogody, to słabo to widzę. w dniu przylotu 30st C się zapowiadają. w weekend 30 – 32 i burze i deszcze. później już zimno, tylko ok 25 st C.
co do pisania, to niestety post ten się dziś kończy. nie zamierzam pisać w pracy, a po niej, mój laptop jedzie na formatowanie dysku, więc nie będę miał jak.
życzę sobie udanego lotu.
kolega w pracy powiedział, żebym w razie czego pionowo do wody wpadał. hmmm, dobra rada, ale myślę, że to nie będzie miało żadnego znaczenia przy 10 000 metrach.
dziś poczytałem o golden gate moście (długość 2700 m). wysokość nad wodą to ponad 245 stóp (75 m). ulubione miejsce na skoki do wody dla … samobójców. ponoć wlatują z prędkością 138 km/h. czyli z 10 000 metrów to będzie …. hmmm (szybkie przeliczenie) około prędkości światła 😉 żart oczywisty, bo nie umiem tego policzyć. porzucam tą myśl, jako że kompletnie nie zainteresowany skokami do wody jestem z żadnej wysokości.
to cóż, muszę już lecieć.

mdobrogov

“When I meet God
I’m going to ask her
What makes her cry
What makes her laugh
Is she just stars and indigo gas
Does she know why
Love has no end
But it’s dark-angel friend
Tearing women and men
Slowly apart”

h

ja 6

h natural – daddy took a raincheck

11 June 2006, Kinoteatr “Bajka”

My name is Maciej, 30, and I am … a Marillion fan. Maybe it sounds a little bit like a confession on a first AA meeting but I am OK with that.

In mid 80s, in national TV I saw a very short live performance of a strange rock band. I thought “Oh my God, what the hell is this, who the hell is that huge guy”. It was quite repellent. Few years later I saw “Cover my Eyes” and “No One Can” videos with new singer Steve Hogarth aka h. I liked those songs and even bought a cassette of “Holidays in Eden”. “Sympathy” made me buy “Singles Collections” cassette. I didn’t like all the songs. I didn’t consider myself as a Marillion fan then. Madonna, Bon Jovi, The Cure, Depeche Mode were the artists of my admiration that time.

“Heading for the great escape, heading for the rave …” made me buy “Brave”, my first Marillion CD, my forth CD in my life. Next I forgot about the band. Nevertheless I was a regular listener of the Polish most famous chart aired in national Radio Programme 3. Every Marillion single was in top 50 or top 30 for a decent period of time. Suddenly “Beautiful” entered top 10. I just liked the song but I didn’t feel like buying the whole album. I remembered “Deserve”. It ended up in the chart only in top 50 (didn’t make it to top 30) so I couldn’t record the whole song. This is the jolliest song. The music is eminently optimistic for me. So I was quite aware who Marillion was but without any madness or t-shirts wearing. Just a band among many.

I began my real journey with Marillion in 2000 when I got my first job in Warsaw in French chain of hypermarkets. I was a manager responsible for selling music, films and books. My boss was French. After 3 months trial period in Warsaw the whole staff moved to Białystok to open a new store. We were wearing casual clothes before the great opening. And my boss was wearing quite unique t-shirt. I asked him what it was and he said “marillion.com t-shirt”. I said something about Fish (first lead singer, that huge guy) leaving the band. In general I behaved like a common ignorant. He smiled and said that those were two different bands you couldn’t compare to. The next day he lent me “marillion.com” CD in a regular box-CD. He couldn’t give me that album in an original cover because there was a picture of him among other fans and it was too precious to him.

And it began.

Everyday he was lending me different “h era” Marillion’s CDs. I loved the music. Hence I slowly started to purchase them on my own.

As a regular concert goer I decided to trace the band and Fish. First it was Fish’s gig. I loved the show. I remembered only “daddy took a rain check” as I didn’t know well all Fish’s and Marillion’s songs then. Later that year it was Marillion playing in Poland. I believed I had heard “daddy took a rain check” again. In the meantime they played “daddy took a rain check” on the radio. It happened to be the DJ’s most favourite Marillion’s song. I called my boss and asked him “What was the title of that “daddy took a rain check” song”. “Sugar mice” – he shouted proudly. Eventually I purchased “Clutching at Straws”.

I switched a job, my boss and his wife moved to France (now they are in Moscow). But my love to Marillion stayed solid.

In April 2006 I got a very short email from my former chief. It was something like “11 June there is a mr. h’s gig in Warsaw. You need to see that”. I asked what kind of songs he would be performing. Covers, own songs or Marillion songs? “Everything. Even “Imagine”” – he replied promptly. So like a submissive ex-employee I went to Kinoteatr “Bajka”. I wanted to buy the ticket as soon as possible because I was simply afraid of canceling the show due to little tickets selling. I made sure at a box office if the tickets were still available. They were. People were only booking them not buying. “I better keep my receipt with me. Just in case” – I deemed wisely. I remember Shirley Horn tickets. First the gig was postponed due to her illness and than cancel (R.I.P. Ms Horn).

11 June 2006. I was visiting my parents in my home town Białystok (185 km East from Warsaw). It was just a weekend visit. At 10 am I was in the train on my way back home to Warsaw. I felt really bad. My throat was aching. I was even considering seriously giving up that show and staying in my bed instead.

Eventually I went to that gig. I was quite surprised with the number of people. I sat in 4th row and waited for a divine performance to happen. H entered the stage, said “hello” and started doing something with his laptop. I wasn’t expecting anything. I had no clue what the show would be like. The piano, the candles made an impression.

I really don’t remember the whole setlist right now but there were some pearls, highlights, ups and only one down. I didn’t enjoy “You’re Gone”. It sounded quite strange (not to say pathetic). As far as I am concerned that song sounds perfect only with the whole band behind h on one stage. But I forgot about it as fast as he played the next song. I remembered the story (or explanation if you like) to “this strange engine” lyrics. H in general was very talkative. And we, the audience, loved that! He was talking and singing, singing and talking. What else could we want? And with every song I was telling myself “Awesome. He is like an angel”. I could be misled because he was dressed in white and did look like an angel. And that angelic voice! With every song it was more and more awesome, gorgeous and divine. When he sang “Cloud Busting” I felt like I was on the cloud number 9. There was one moment h really took me by surprise. He did “Easter”. I didn’t know why but I always had thought that it would be impossible to sing it live. Anything is possible. Even “Cover my Eyes” and “80 days” sounded surprisingly well and powerful. “The whole of the moon” blew me away.

Unfortunately none of my friends liked Marillion so I didn’t have anybody to share this special moment with me. I felt “alone again in the lap of luxury”. Nevertheless the audience was outstanding so I didn’t feel really abandoned.

Then I wished that I had brought my recorder and camera with me. Maybe it was meant  to be like that. Maybe it was the moment that shouldn’t be recorded. Just to be captured and treasured in my mind.

While performing “Afraid of sunlight” and “Fantastic Place” he really did take us to the fantastic place and did take our lives away.

We were clapping our hands whenever h wanted to or not. We gave him standing ovation 3 times. We were lucky, we had 2 encores!!! Finally h bowed for the last time and evaporated.

I took a taxi and went home.

I liked the shoes h was wearing. He really looked like a character from a fairytale or heaven.

And of course the next week I spent in my bed with flu.

So, maybe it is a good possibility to thank somebody. If I hadn’t met that guy I would have never experienced that kind of music, art, emotion. Jean Francois merci beacoup pour Marillion!

madonna’s gig – when heroes go down

it’s in polish. here’s a quick and essentional english translation: crap!

Madonnę uwielbiam od samego początku jej kariery. Hmm, niemożliwe chyba. Ok, od początku mojej świadomości jej kariery (brzmi sensowniej?). Jest inteligentna, sprytna, łebska i co to dużo pisać – madonna jaka jest każdy widzi.

O koncercie niedzwiecki powiedzial ponad rok temu w radio. Czekałem jak kania dżdżu tego 15 sierpnia. 4 lata temu miała królowa pop serię 6 koncertów w londynie. Mogłem, za jedyne 75 funciaków, nabyć bilet na wembley. Ale nie nabyłem (czego pożałowałem zaraz po postanowieniu niekupienia).

Dobra omijam lata oczekiwania na gig i przechodzę prosto do daty 15 sierpnia 2009.

Jestem po koncercie Królowej Pop mega rozczarowany. Nie wiem co to było! Wyglądało to wszystko jak jeden wielki teledysk, jak jedna wielka dyskoteka. Wszystkie stare utwory miały nową, dyskotekową aranżację. “La isla bonita ” brzmiala komicznie.

Madonna zrobiła ze swojej kariery szopkę, parodię.

W pewnym momencie wygladało to jak cygański tabor czy też cyrk! Na scene wjechała fura z całą trupą Królowej.

Na telebimach dzwięk wchodził z kilkusekundowym opóźnieniem.

Po koszmarnym “doli doli”, a przed jeszcze bardziej koszmarnym “you must love me”, ludzie, zgodnie z ustaleniami oficjalnego fan clubu, zaczęli śpiewać “happy birthday” i “sto lat”. Królowa w trakcie oznajmia “nie znam polskiego ale wydaje mi się, że chyba śpiewacie “happy birthday” po polsku. Zagłuszyły was skrzypce mojego grajka. Zaśpiewajcie jeszcze raz”. No i ludzie śpiewają znowu. Brzmiało to słabo, cicho, niemrawo. Po wyciu chóralnym Madonna wzruszona mówi “Urodziny moje są jutro!”. Lekka konsternacja.

Zero jakiegoś kontaktu z widzami. Raz zwróciła uwagę na chłopaka, który miał napis “You changed my life”. Madonna powiedział, że to my, fani zmieniamy jej życie. Miłe, mimo że tandetne i oczywiste.

Wiem, że nie potrafi śpiewać itd. Ale taka dykteryjka – trzeci utwór koncertu, to “human nature”. Madonna sama na scenie z gitarą. Śpiewam lepiej od niej. Mega fałsz, głosik cieniutki. I na dodatek, o ironio, ona pieje “and i’m not sorry”. A powinno jej być przykro.

No i jak śpiewała to “human nature” to jej głos świdrował mi mózg. Już miałem dosyć tego “show”. Powiedziałem znajomym żartem przed koncertem, że 3 kawałki i spadamy. Mało brakowało, a by się spełniło.

No i w trakcie 3 utworu zaproponowaliśmy sobie odejście jeszcze jeden kilometr do tyłu na piwo i kiełbasę.

Później podeszliśmy z boku i staliśmy przy trybunie VIP. Tak gdzieś z 500 m na ukos od sceny.

Bardzo dużo playbacku. Wiła się po tej scenie, robiła cuda niewidy, tylko po to, żeby odwrócić uwagę od swojego “śpiewu”.

Na VIP trybunie można było słyszeć ją oraz pogłos z tyłu. Mega dyskomfortowe uczucie, szczególnie jak jest się na koncercie 😉

Z niecierpliwością czekałem końca tej szopki. “4 minutes”, “Like a prayer”, “Frozen” słuchaliśmy w drodze do wyjścia. “Ray of light” już prawie na przystanku tramwajowym, a “give it to me” w ogóle nie słyszeliśmy.

Reasumując – Pomyłka, mega rozczarowanie. To nawet nie był  show. A jeśli był, to mega nijaki.

Ale może dobrze, że byłem. Bo tak to bym żałował, że jej nie widziałem. Tylko teraz żałuję, że ją widziałem.

Byłem mega wkurzony po koncercie. Później mi przeszło i nawet się z tego śmieliśmy. Ale za chwilę wkurzyłem się znowu jak przeczytałem recenzje w necie. Albo zapłacone, albo ci ludzie tam nie byli, albo ja i wszyscy ci, których pytałem sa nienormalni.

A nie! już mam. Madonna miała zarąbisty kontakt z fanami. Dwa razy zawyła “u u”. A ludzie jej “u u”-back.

I fajny był koniec (znam z opowieści, bo już pędziłem tramwajem prawdziwym do metra). Zakończył się “give it to me”, na ekranach gigant napis “Game over”. Światło się zapala i można już spadać na chatę.

Królowa jest naga.

m

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑