Miesiąc: kwiecień 2023

nie mogę zrozumieć, jak …

…zachwyca, jeśli nie zachwyca.

Jakieś Ferdydurke się zrobiłem dziś.

Metallica dziś wydała swoje nowe dzieło. 72 seasons, czyli 4 pory roku, czyli 18 lat.

Zanim to nastąpiło, to kwartet udostępnił 3 single. 4? Chyba 4.

I tak jestem rozdarty. Czy to trzy akordy – darcie mordy, czy łomot tępy – bolą zęby? No jak ma zachwycać, skoro mnie nie zachwyca?

Już na wcześniejszej płycie było blado. W ubiegłym tygodniu poczytałem lament na internetach. Młoda dziewoja w płacz dała, że słucha nowych singli Metallica’y i jej nie …zachwyca! Że rozczarowanie. Że jak to? To jej ukochana Metallica, a zachwytu brak. Poczytałem te piękne wypracowanie i zachichotałem sobie myśląc sobie „oj dziecię drogie. Dziecko, gdybyś przeżyło tyle co ja”.

Dziś włączyłem sobie to nowe dzieło. I jak mnie łomotnęło. Ze 3 razy chyba krążek się streamingował! I jednak obstawiam na łomot, łomot tępy. Bolą, bolą zęby – jak to śpiewał Lombard drzewiej („śmierć dyskotece”).

Tyle o muzyce.

Ze świąt wróciłem bystro. PKP mnie woziło. I powiem tak – o ile do Białego było zacnie, to z potworem było słabo. Pierwsza klasa niby taka ładna, ale hmmm, niesmak pozostaje. Druga klasa wyglądała być fajniejsza. Ale byłem, poświętowałem. Wałówka zabrana.

Ale mimo lodówki pełnej jedzenia, pozwoliłem sobie na wizyty w sklepach. Na sam przód poszedł Lidl. Mieli promo. Sery franse i belżik (french + belgium) „drugi za 50%”. Kupiłem w ciemno dwa, intrygująco wyglądające. Truskawki też wyprzedawali. Za 4,98 złociszy. No skusiłem się. Ładne, czerwone, jędrne. I tak sobie pomyślałem, że stęskniłem się za tymi amerykańskimi smakołykami – strawberries coverd with chocolate.

Włożyłem wszystko do lodówki i tak sobie myślę co by tu zrobić z tymi dobrociami. Myślałem, że wywalę truskawki. Za każdym razem jak otwierałem lodówkę, to mi zgnilizną jakąś jechało. No pięknie. Truskawki z przeceny. Pewnie jakieś termninatorki! – tak myślałem. I naprawdę byłem bliski wywalenia owoców. Ale! Bo przecie jest zawsze jakieś ale. Pomyślałem znowu o tych strawberries covered with chocolate.

Truskawki wyjąłem, a smród został. No tak, francuskie sery! im bardziej śmierdzące, tym bardziej pyszne. Zasada stara jak świat.

Poleciałem do kolejnego sklepu. Nabyłem gorzką i białą czekoladę. Ostrzegam. Biała jest nieprzyjazna na obtaczanie w owocach! Unikać. Masakra wyszła. Ale gorzka w sam raz. Ładnie mi się roztopiła.

Wrzuciłem też winogrona w czekoladę. Wydaje mi się, że jak kiedyś w USA robiliśmy to, to najlepiej nam ananas wyszedł. I nie wiem czy nie banan. Ogólnie owoce, których myć nie trzeba.

A propos gotowania i kulinariów. I niewidzialnej ręki. I svinto, czyi zdechłej, szarej myszy.

Sąsiadki obok coś pichciły z 10 dni temu. Się nadymiło na klatce. Wietrzyły się pół dnia. Już nawet z tej empatii chciałem im mój pochłaniacz powietrza pożyczyć. Ale nie. Nie pożyczyłem.

Chatę chyba w końcu wywietrzyły. Ale gar stał do dziś na klatce. Pod oknem. 3 metry od drzwi. Świerzbiło mnie, żeby wziąć go do domu, wyszorować svinto i podstawić pod drzwiami. Ładny, lśniący, czyściutki. Taka „niewidzialna ręka” by była. Ale bałem się, że mnie kroki i hałas zdradzą.

Z garnka niestety nieładnie pachniało. Dziś podsunąłem nóżką pod drzwi sąsiadek. Może zapomniały o nim i może mają słaby wzrok i nie widzą co się dzieje 3 metry od drzwi – pomyślałem. I? alleluja! Praise the lord. Po pół godzinie garnek zniknął!!

I nawet nie zaczynajcie, żebym nie pisał o super serialu „28 days. Haunted” na Netflix. Horror, ale jaka komedia. To znaczy straszny, ale jaka baja.

oszukać przeznaczenie

podobała mi się ta seria. I to bardzo. Widziałem chyba wszystkie części (pięć?). Jedynkę kilka razy. Później było już gorzej. Coraz gorzej. Ale widziałem.

Dziś naskrobała do mnie dawno niesłyszana pani prof. ze szczecina. W jej radio nadawali horrorskop. Puścili w eter, że ryby dziś mają być rozmemłane.

Szybko odpisałem, że nie zamierzam być rozmemłany. Ale na obiad planuję rybkę, to może ona będzie?

– uważaj! Choroskob [sic!] nie kłamie – zakończyła uczona znajoma

Wieczorem napisałem doń, że dzień ma się ku końcowi i jakoś nie rozmemłało mię.

– dzień się jeszcze nie skończył – „złowróżnęła” koleżanka

Daleki jestem od rozmemłania. W ogóle. Nie tylko w dni przepowiedni.

Sprawdziłem nawet cóż to za czortostwo. Może ja nie znam wszystkich definicji i się jednak nieświadomie rozmemłałem?

PWN podaje:

Cóż. Odpowiadam:

Ad 1 – mam to w dupię (czytaj z francuskim akcentem, co byś brzmiał/a inteligentnie/burżuazyjnie). Z drugiej strony dziś środa – dzień loda. A czwartek dopiero jutro. Jutro będę niekompletnie ubrany. Czwartek – dzień bez majtek

Ad 2 – mam to w dupię

Ad 3 – pacz wyżej

Ad 4 – nudny? Moi? Jamais! (fr. nigdy!). poddający się losowi? Moi? Jamais! Jam kowal swego losu!

Także nie dopadło mię przeznaczenie. Uff.

Co mię ostatnio irytuje, żeby nie powiedzieć wkurwia? Jak ekspedientki w sklepie zawijają pieczołowicie wędlinki, które zamawiam i mocno zaklejają etykietą. Tak, że w domu się musze miotać. Dziś jakaś starsza pani poprosiła o torebkę foliową, bo ekspedientka tak niedbale zawinęła i zakleiła, że się rozwala i wystaje[sic!]. szczęściara.

A poza tym znowu święta idą. Eh!

naurzędowałem się

raz na jakiś czas w życiu każdego obywatela przychodzi ten czas – wizyta w urzędzie.

Popatrzyłem na moje oba dokumenty tożsamości – dowód i paszport i skonstatowałem, że czas ich ekspiracji niechybnie nadchodzi. Dowód we wrześniu, a paszport w listopadzie. Cóż, czasu co niemiara – można rzec. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale. W maju odwiedzam Albanię. I potrzebują mój dokument w ważności przynajmniej trzymiesięcznej. Później też pewnie jakieś wyskoki za granicę się przytrafią, więc lepiej uniknąć niepotrzebnych kłótni na granicach. W sumie to i tak na lotnisku nikt nie patrzy na ważność dowodu osobistego.

Myślę też o Stanach, a tam paszport musi być ważny przez przynajmniej sześć miesięcy. No niefortunnie czas urlopowy się zbliża, więc postanowiłem nie odwlekać.

Zabawne jest to, że do mojego Urzędu Miasta Dzielnicy Mokotów jest w miarę nie po drodze. Bliżej mam Wilanów, a najszybciej Urząd Dzielnicy Ursynów. Jak to dobrze, że formalności można załatwiać gdzie bądź. Nie mam złych reminiscencji z tych miejsc. Pamiętam przemiłą panią, która mi na początku milenium od ręki wydała prawo jazdy międzynarodowe (ciekawy twór. I tak w Stanach chyba nikt tej książeczki nie kuma. Szczęśliwie później udawało się wynajmować wehikuły na polski dokument. Trzeba było tylko numer dokumentu odnaleźć, co nie zawsze było dla mnie takie proste, bo tam jest kilka numerków).

Także nadejszła ta chwila. Podskoczyłem raz dwa i co ja patrzę! Troszkę ludzi jest. Pani w informacji wyjaśniła gdzie i co z paszportem i wręczyła druk na dowód osobisty, bo akurat wyszedł z tych transparentnych ekspozytorów, co eksponowane są na stolikach przy krzesełkach dla petentów.

21 osób oczekujących na złożenie wniosku paszportowego. Hm, sporo – pomyślałem. W 2023 roku okazało się, że mamy postęp i nie trzeba już wniosku na paszport składać. Robi to urzędnik w naszej obecności, na naszą prośbę. Opłata „tylko” 140 zł. Dowód na szczęście za darmoszkę dają.

Jest kasa (z kolejką), jest też opłatomat.

Także wywiad zrobiony. Czas na produkcję zdjęcia. Kolega ma zakład foto na Wilanowie, więc pomyślałem, że dam mu zarobić. I może od razu w tamtejszym urzędzie załatwić sprawy? – błysnęła mi myśl. No niestety praca w pracy mi się troszkę paliła i nic nie wyszło z tego. Następnego dnia los sprawił, że akurat wylądowałem na Ursynowie. 9:40 rano. Wbijam! 41 osób oczekuje na złożenie wniosku o paszport. Grrrr.

Wniosek na dowód wypełniony. Fotki w liczbie 4 sztuk pani zrobiła w trymiga. 4 zdjęcia z serii „Poszukiwany” w takiej ładnej oprawce mi wręczono. Nawet był napis, że super wyglądam! No jaszka! Always!

Opłatomat zajęty przez petentkę. Lecę na drugą stronę holu do kasy. Grrr. Po kiego czorta ludzie wdają się w durne, błahe dyskusje z urzędnikami. Ale i tak byłem pierwszy w kolejce. Dwie kasy są czynne. Jedna obsługuje literkę F – czyli opłata za paszport. Drugie okienko – coś innego obsługuje. Jestem tylko ja w kolejce. Kobieta płacąca za nie paszport odchodzi, a panienka z okienka sobie wstaje i chodzi po swoim boksie. Grrr. Nie można mnie przywołać? Czy tylko jedno okienko jest F, a drugie ABCDEGHIJKLMNOPRS….???

Lecę na górę załatwić sprawę dowodu, bo wniosek na paszport to chyba wieczorem złożę. 36-taosoba obsługiwana. Czyli dopiero 5 załatwili. Ja mam numerek 71.

Urzędniczka wzięła ode mnie papier. Popodpisywała się nań. Jakieś numerki naniosła. Super fotkę z moją buźką nakleiła i stwierdziła, że powód mojej wizyty nie może być „zbliżający się koniec ważności dokumentu”, bo jest marzec i mam jeszcze … pół roku. Hmmm. Był 31 marca. Dowód ważny do 17 września. To jest zdecydowanie mniej niż pół roku. Przejąłem się tym faktem, ale pani podpowiedziała, żebym sprytnie wybrał opcję, że nie mam dokumentu biometrycznego. Oczywiście musiałem zaznaczyć nowy powód, a przy starym dać skreślenie i postawić parafkę.

Jeszcze 20 osób do okienka paszportowego. No to zaszedłem na stację metra po kawę i ciacho. Uwielbiam bajaderki. Ale te w formie kuli. Jem wszędzie i zawsze. Raz nawet robiliśmy z Ulą w Nju Dżerzej. No nie wyszły nam tak pysznie. Chyba za mało tych odpadków-śmieci mieliśmy. Ale zabawa przednia. Może w Waw zrobię? Mam jakieś herbatniki na pok(r)uszenie.

Co mnie zadziwia w naszych urzędach, to to, że my do końca tacy dwudziestopierwszowieczni nie jesteśmy. Niby Polska cyfrowa, a w urzędach nadal jakaś hybryda cyfrowo-analogowa. Na szczęście zaptaszkowałem we wniosku o dowód, że jakiś podpis cyfrowy składam na przyszłe działania. To może nie trzeba będzie iść osobiście.

Pani od paszportu wzięła fotkę, zeskanowała i … oddała. To po kiego czorta ten fotograf robi aż cztery sztuki. Czemu nie mogę sam se samojebki zrobić, wrzucić na swój profil zaufany, żeby urzędnik mógł pobrać? Ech. Chyba za dużo wymagam. U nas w Banku to już papierów nie drukujemy, bo wszystko na podpisie cyfrowym lata. Może w 2033 roku nowy dowód i paszport dron mi przyniesie, bez mojego wychodzenia z domu? Życzmy sobie tego.

Wniosek złożony 31 marca. Paszport ma być gotowy do 2 maja. Ale pani zdradziła, że szybciej będzie. Git! 2 godziny na Ursynowie i tak szybko zleciały. Wiadomix. Inteligentni ludzie się nie nudzą!

Podoba mi się ten Charlie Cunningham. Taka fajna spokojna płyta.

Maybe he’s sick and tired of this design
Something’s broken, goes to show
A sign of the times, our own demise
But maybe he knows somethin’ we don’t
Oh-oh, oh-oh

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑