Miesiąc: sierpień 2017

skyr!

Pictures and Movies

 

Zrzut ekranu 2017-08-27 20.23.24

Zanim zacznę główny wątek, to muszę napisać o co chodziło z wcześniejszym wpisem. Ostatniego dnia wiało i padało, więc zajechaliśmy na lotnisko wcześniej. I na sam przód info – samolot opóźniony o ponad godzinę. To się nudziliśmy, a raczej nerdziliśmy, jak to mówią bąbelki Państwa na K. z Europy. No i kolega zapytał, czemu nie ma odpowiedzi w google’u na pytanie – czy wieloryby pływają w deszczu? Drugi kolega rzekł, że trzeba stronę na ten temat założyć. I tu wszedłem ja, cały na biało. Oświadczyłem, że za chwilę stworzę wpis na ten temat i już. No bo jak się wpisze „bachorlęta“, to od razu google pokazuje stronę mojego bloga. W przypadku tych wielorybów, hmm, coś nie zagrało. Google głuchy na moje wpisy blogowe.

Skyr! Czyli nowe przekleństwo.

Wyraz brzmi złowieszczo, złowrogo. Jak największe przekleństwo. Uszy więdną na sam dźwięk. A jak pasuje do naszego nie gęsiego języka!? Skyr twoja mać albo ty stary skyrze! Toż to poezja. Na sam dźwięk tego słowa druga osoba już drży i się boi. I estymy nabiera.

Na Islandię chcieliśmy już lecieć od jakiegoś czasu. Żeby zorzę polarną (zwaną naukowo aureola boreliosis 🙂) zobaczyć. Żeby, tak jak fiordy, z ręki nam jadła.

Planowanie u Państwa G. połączyliśmy z degustacją pysznych gamburgerów. Piotrek – klasa mięsne bułeczki. Czekamy na kolejne takie nasiadówki. To był maj, pachniała … Białołęka.

Kraj jest mały. Śmialiśmy się, że na Islandii żyje ponad 300 tysięcy ludzi, z czego w samym Rejkiawiku 400 tysięcy. Największa mniejszość? Oczywiście my! Polacy.

Dziwny kraj. Kraj, w którym rzadko się mówi w języku islandzkim, bo wszyscy znają angielski. Kraj, w którym nie musisz gotówki mieć, bo za wszystko zapłacisz kartą. Także kron islandzkich (ISK) w ręku nie trzymaliśmy.

W maju była szybka decyzja i już. Wizzair lata bezpośrednio. Wylot o 18.00, czyli po robocie, bo na Okęcie to przecie rzut beretem. Nie tak jak na Modlin – trzy dni kajakiem. Czas inny na wyspie, więc 18 godzina, plus 4 godziny lotu, minus 2 w pamięci za zmianę czasu i już o 20 byliśmy na lotnisku w Keflavik.

Będę wrzucał ceny, bo niektórzy dociekawiają się co? jak? I tak dalej. Wynajęto auto w Hertz – Qashqai, z opcją „drugi kierowca“ (5 osób, 2 walizki rejsowe (mniejsza i średnia), 1 podręczna, 2 plecaki – daje radę). Koszt ok. 1 000 zł na dzień. No drogo, uprzedzałem.

Od razu pojechaliśmy do pierwszego miejsca – Hveragerði. Po prostu miejscowość oddalona o lekko ponad godzinę od lotniska. Po to tam, żeby rano było blisko, bliżej.

I już mogę powiedzieć, że byłem zauroczony wyspą. Ni to księżyc, ni to Mars! Już z samolotu był zachwyt. A po drodze jeszcze doszły zapachy – H2S albo sama siarka.

Mieszkanie/dom – koszt 260 euro, 3 sypialnie, 1 łazienka, salon z jadalnią i oddzielną kuchnią. Fajne lokum. Ale tylko potraktowane jako sypialnia. Rano już popędziliśmy na pierwsze atrakcje.

Zaskoczeni byliśmy zielonością.

z

W sumie lato. No i dzięki Ci Panie za pogodę. Też nam się poszczęściło. No może z wyjątkiem ostatniego dnia. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Na początek uraczyliśmy się wodospadami. Rewelacja! Można było wejść „za wodospad“.

w

Uwaga – trzeba się ubrać p-deszcz, bo wyjdzie się mokrym. Zobaczyliśmy na górze wodospadu ludzi i stwierdziliśmy, że też tak chcemy. Chwilę na lewo od strumienia wody była tabliczka „cośtam cośtam 650 metrów“. Język islandzki bardzo osobliwy, także nie dość, że nie wiemy jak odczytać, to nie pytajcie jak napisać. Cośtam cośtam brzmi dobrze. Foss to chyba wodospad, a sjon to widok. A propos, jest taki zespół z Łodzi Sjon (Nojs od tyłu). Fajnie grają.

Także stwierdziliśmy, że 650 m, to tak jak pół litra na dwóch, czyli nic. I okazało się, że to był drugi, zupełnie inny wodospad. Ukryty, otoczony skałami. Pięknie! Wejście doń, po kamykach, przez wodę.

w2

Pod wodospadem ogromny głaz, na którym można stanąć i zrobić zdjęcie. Ludzi mało (ta informacja ma znaczenie).

I tak od wodospadu, do wodospadu dojechaliśmy do wraku samolotu.

sj

Historia prosta ale straszna. Samolot awaryjnie lądował na plaży. 1973 rok. Na szczęście wszyscy przeżyli. Ale pozostawili wrak, bo po co dźwigać. W ciągu tych 44 lat samolot został pozbawiony wnętrzności, także sobie tam stoi i niesczeje. Ale! Droga do tego wraku jest osobliwa. Wieje, kurzy się, bezkres. Niby 40 minut iścia (3,6 km wg endomondo/google maps). Najlepsze było to, że jak się szło w tej marsjańskiej wichurze, to miało się wrażenie, że ni skyr bliżej się robi. Że cały cas jest daleko, a właściwie, to miejsce się oddala. Ale dotarlim! Wrak, jak wrak. Na szczęście czarna, pusta plaża obok robi piorunujące wrażenie. W drodze powrotnej się nawet trochę przebiegliśmy. Także jakby ktoś pytał, to begam tylko na Islandii.

bp

Zajechaliśmy później do bazaltowych paluszków.

bAza2

Ludzi sporo i radość obcowania z naturą odeszła. Jakiś mądry inaczej próbował nawet wspinać się po sklepieniu jaskini bez żadnego sprzętu. Zdziwił się, że odpadł zrobiwszy pół kroku w górę. Grawitacja działa nawet na Islandii 🙂 Ale nie wszyscy chyba o tym wiedzą.

baza

Fosshotel w Hofn (właściwie: Fosshótel Vatnajökull, Hornafjördur, 781 Lindarbakki, Islandia) – bardzo fajny hotel o cenach dosyć kosmicznych. W barze pracowało sporo naszych i jedna Rumunka. Krajanka uprzejmie zakomunikowała, że zorza jest codziennie! Cel wizyty się ziszczał. Kolega chciał bardzo zoabczyć to zjawisko. No dobra, takie trzy pociągnięcia po niebie widzieliśmy. Tylko takie szare były, nie zielone. No peszek.

Rano pojechaliśmy na plan filmowy ostatnich przygód agenta 007. Ktoś w Hollywood miał sen. Miał być pościg pomiędzy górami lodowymi i skyr! Postawili tamę, laguna się zamroziła i Bond mógł się ścigać. Doczytałem, że Games of Thrones teżtam kręcili. Ale to nie moja bajka. Desinteressement mnie to.

Wycieczka z Panem Samochodzikiem była jedną z lepszych atrakcji (tylko 5 500 ISK = ok. 200 PLN). Drugi największy lodowiec w Europie. Laguna, po której pływaliśmy jest młoda – liczy sobie tylko 87 lat. Także lodowiec topi się dosyć szybko. Nasza amfibia z lądu wjechała do laguny i już mogliśmy podziwiać góry lodowe. W międdzyczasie pan przewodnik wyciągnął z wody 1000-letnią górkę lodową, postukał, popukał i już wszyscy mogli się delektować najczystszą wodą świata.

amf

Za mostem była diamentowa plaża. Pan przewodnik polecił zwiedzenie. Góry lodowe wypływają tam do Atlantyku. Można dotknąć, polizać, objąć, wejść. W tym miejscu doświadczyliśmy przypływu. Człowiek to się uczy całe życie.

aaa

W drodze do Rejkiawiku zahaczyliśmy o jeden szlak na wodospad. Urokliwe, bo zwiedziliśmy małe domki o dachacha z trawnika.

ch_0378

Później przeszliśmy się do wąwozu. 2 km długi, 100 m głęboki.

waw

Taka moja refleksja. Zadepczemy i zniszczymy tę naszą planetę. Ludzie nie respektują piktogramów i napisów „nie wchodzić“, „nie deptać“. Szkoda.

Sam Rejkiawik? Hm. Miasto na 2-3 godziny. Nie dłużej. Można było na ten czas wynająć coś poza stolicą, skoro i tak tam tylko spaliśmy. Ale cóż, czasu nie cofniemy. Mieszkanie wynajeliśmy z AirBnB. 3 sypialnie, duży salon. 1 200 zł za noc za mieszkanie.

rejkiavik 1.jpg

Ale:

– sofa – w plamach. Przepraszam za moją łacinę (pardon my french) – sofa była po prostu ujebana

IMG_0397

– narzuta na sofę – zakurzona, że aż człowiek ma atak kaszlu

– tv i internet nie działa – w sumie to i tak niepotrzebne to było

– mieszkanie jest krzywe. Część wycieczki miała problemy z błędnikiem

– łazienka – koszmar. Deska sklejona taśmą. Prysznic w sumie też. Dopiero na opiniach (nota bene bardzo dobrych) dowiedzieliśmy się, że to Robert w lipcu posklejał. Ogólnie chata syf

IMG_0398

– woda ciepła śmierdzi siarką. Mycie zębów jest ciekawym doświadczeniem

– lokalizacja – muzyka napier… gra głośno do 3 rano, a później ludzie do 5 dyskutują.

Co do AirBnb. 3 razy korzystałem:

– Savannah, Georgia, USA

– Lwów, Ukraina

– Rejkiawik, Islandia

Serwis porażka. Niestety.

 

Podczas pobytu w stolicy zaczęliśmy zwiedzać atrakcje z serii Golden Circle:

– wulkan

Czterogodzinna wycieczka w głąb krateru. Koszt 400 dolarów od osoby. Pani powiedziała, że pogoda niesprzyjająca (nic nie było widać w promieniu kilkunastu metrów), i że raczej słaba to przyjemność. Podziękowaliśmy niestety.

vulcano

Na zdjęciu pogoda jeszcze dobra (ale wiało niemiłosiernie). Na wulkanie już aura była diametralnie inna.

– pęknięcie płyt tektonicznych pomiędzy Eurazją a Ameryką = Þingvellir (Thingvellir)

Od groma ludzi. No szczelina pomiędzy skałami. Także szybko to oblecieliśmy. Można było podziwić letniskową siedzibę premiera Islandii. Domek taki.

plyty

– gejzer Strokkur

Słowo gejzer pochodzi z islandzkiego. Fajnie tryskają. Warto zobaczyć. Tylko jeden był czynny. Co 10 minut strzelał. Inne tylko bulgotały. Temperatura wody 80-100 stopni. Polecam!

gejzer.jpg

– Gullfoss

Potężny wodospad. Jeden nasz wycieczkowicz wybiera się we wrześniu nad Niagarę, to porówna. Żywioł, moc, potęga natury – rewelacja!

gullfoss

W stolicy wykupiliśmy za 10 900 ISK (ok. 350 PLN) rejs 3-godzinny. Podglądanie wielorybów i delfinów. 99% szans. Dzień wcześniej finwala widzieli. Od rana pogoda dziwna – wieje i pada. Rough sea – więc nas przewieźli autokarem z Rejkiawiku do Keflaviku. No cóż, mamy voucher na dwa lata. Wracamy i mamy kolejny kurs za darmo.

whale

Blue Lagoon też nie wypaliło. Niemiłosiernie wiało i padało. Wysiedliśmy z auta, doczołgaliśmy się do przechowalni bagażu i daliśmy sobie spokój. Przecie w taką aurę nikt normalny się nie będzie taplał w kałużach. Ale w drodze do laguny pięknie dawało siarkowodorem! Zgniłe jajeczko.

Islandię polecam! Inny stan umysłu, inny świat. Drogo ale cóż, raz się żyje. Teraz przez kolejnych 5 lat przyjdzie mi oszczędzać.

 

Co do kosztów, to donoszę:

– danie rybne – ok. 4 100 ISK

– piwo w knajpie – 1 200 ISK, aha, uwaga na piwo Gull. Siki. Dobre było Boli, Einstok white ale i pale ale

– kawa – 500 ISK

– zupa – do 2 000 ISK

– skyr z musli – ok. 900 ISK

– bekon, jajka sadzone, zielenina – 1 700 ISK

– paliwo za 1 330 km – ok 17 000 ISK

– gałka lodu w wafelku – 500 ISK

– 3h38min parkingu P1 w Rejkawiku – 1 000 ISK

 

1 000 ISK = ok. 35 zł.

 

Co do kulinariów, to w Rejkiawiku dwa miejsca opiszę po krótce:

– śniadanie w Sandhold Bakari, ulica Laugavegur

Bardzo duże, fajnie wyglądające miejsce na śniadanie. Przeróżne pieczywo można zjeść. Niestety śniadanie niczego nie urywało. A właściwie, to więcej tam raczej nie pójdziemy. Zaleta – czynne od 6.30 rano.

– obiad w Old Iceland Restaurant

Rewelacja miejsce. Pyszne wszystko:

– zupa mięsna (owca) – 1 890 ISK

– shellfish soup – 1 990 ISK

– fish of the day – 3 990 ISK

– ciastko rabarbarowe własnej (matczynej) roboty – 1 690 ISK

– bronks – einstok 0,4 l – 1 350 ISK

– kawa – 500 ISK

– cola – 450 ISK

Jedzenie, jak jedzenie. Jednym smakuje to, innym tamto. Kwestia gustu. Tu wszystko było pyszne. Ale (poza wysoką oceną gooogle’a) pan kelner robi cały klimat. Entuzjasta, lubi swoją pracę. Uśmiechnięty, sama radość.

 

Byliśmy też w innej knajpie w Rejkiawiku. Ponoć jedna z lepszych. Też było smacznie. Okoń atlantycki za 2 850 ISK, 3 różne przystawki, rekin, wieloryb i inne rybki – od 1 500 do 3 600 ISK, danie mięsne 3 720 ISK. Ale lokal godny polecenia – The Islandic Bar, Islenski Barinn, Ingolfsstruti 1a 101, Reykjavik.

Na Islandii fajne jest to, że kawa jakakolwiek kosztuje tyle samo. Nie ważne czy espresso, americano, czy latte. Tyle samo.

 

 

W tym miejscu pozdrawiam moich wycieczkowiczów. Z większością się znamy „dłużej, niż żyjemy“ [sic!].

 

Na lotnisku dobił nas Wizzair. Na dzień dobry widzimy, że opóźnienie. Uwielbiam siedzieć 5 godzin na terminalu. Zaczęliśmy sprawdzać, co się dzieje z lotem z Waw do KEF. I zaczęliśmy się bać. Samolot wylądował w Szwecji. Ciekawe, czy awaria, czy awantura. Google jest pomocny – Wizzair ma w zwyczaju zatrzymywać się na tankowanie. Uff. Jedno muszę przyznać – dobrze skubani lądują. Lufa albo Frontier ląduje tak, że modlitewnik tylko otworzyć. A tu – szacunek i dziękuję.

Obszedłem lotnisko – do niby tanich wypożyczalni kolejka. Do Hertza pusto. Piszę „niby“, bo raz powiedziałem veto odnośnie Hertza. Na koniec dnia okazało się, że to był błąd. Więkoszość wypożyczalni ukrywa inne koszty i podczas wypożania się dolicza to i owo. Także polecamy Hertza. Szybko.

Druga atrakcja na lotnisku, to wielka tablica promująca i zachwalająca wyspę. Zgadzam się z nimi – kiedy najlepiej odwiedzić Islandię? Między 1 stycznia, a 31 grudnia 🙂 Zdecydowanie.

O ile jest Empire State of Mind lub New York State of Mind, to ja dodam Icelandic State of Mind.

Z ciekawostek – raz tylko na Okęciu i raz chyba od niechcenia na Keflaviku sprawdzili mój dowód osobisty (można i na dowód, i na paszport się przelecieć). Zadziwiający luz 🙂

 

Przed wylotem poczytaliśmy o Islandii. Teraz mogę zweryfikować.

1 nie zwiedzaj tych rzeczy tylko dlatego, że inni je zwiedzają

Prawda. Po krótkim czasie zwiedzania kameralnego, okazuje się, że tłum jest męczący i atrakcja traci na swojej … atrakcyjności

 

2 nie zakładaj, że wszystko jest drogie

Ha! Jest drogo, ale bez przesady. Chciałem kupić koszulkę w Duperella Store w jednym z turystycznych miejsc. T-shirt za 100 zł. Okazało się, że w Rejkiaviku jeszcze drożej (nawet 140 zł)

 

3 nie dawaj napiwków

Nie mieliśmy gotówki w ogóle. Napiwków się nie daje niby. Ale widziałem, że ktoś tam coś zostawiał. Dodtakowo na prawie każdym barze był wielki słój na napiwki

 

4 nie kupuj wody w butelce. Kranówka jest czysta. W restauracji nigdy nie zapłacisz za szklankę wody

To prawda! Taka anegdota – musiliśmy wylać śmierdzącą wodę nabraną w domu i nalać wody „z kibla“

 

5 nie zakładaj, że wszystko zobaczysz podczas wizyty

Nie zakładaliśmy. Nie da się

 

6 uwaga na mandaty – 90 kmh poza miastem. Nie ma autostrad. Fotoradary są wszędzie, i w mieście, i poza nim. Poza tym, szybka jazda jest po prostu niebezpieczna

Niebiezpieczna to może nie do końca. Większość podróży była po krajowej „jedynce“. Mogliby do 100 km/h zwiększyć. Koledze noga świerzbiła ale odczytałem taryfikator mandatów i było po temacie. Często mają takie mostki, na których trzeba zwolnić/zatrzymać się i przepuścić.

 

7 maska na oczy na sen

Tu było spoko. Nie potrzebowaliśmy. Raz przeżyłem dzień polarny. Tallin 2008. Przedziwne uczucie. Organizm głupieje

 

8 nie kupuj super drogich duperel-pamiątek

Nie kupowaliśmy. Duperella store są na całym świecie. Także byliśmy odporni

 

9 unikaj Blue Lagoon – pierdyliard ludzi i drogie wejście. The Mývatn Nature Baths, located in North Iceland, jest podobne

Byliśmy. Ale tak wiało i padało, że nie weszliśmy

 

10 unikaj zakupów w sieci sklepów 10/11 (całodobowe). Zamiast tego – Bonus, Kronan

Byliśmy raz, bo to jedyny sklep całodobowy. Kupiliśmy, zjedliśmy i żyjemy

Aha, motto tego kraju – jak leziesz baranie!? No przechodzą owce, czarne owce i barany przez krajową jedynkę i skyr. Sam se uważaj 🙂

Skyr! Jutro poniedziałek!

 

 

Na szerokie wody mnie weź. Wpłyń na mnie

Zrzut ekranu 2017-08-27 22.38.36 

kraina lodu

Czyli Ice Ice Land.

Szybko zleciało! Przecie nie dawniej, jak wczoraj planowaliśmy wycieczkę, bukowalismy noclegi. A to maj był. Pamietam dobrze, bo Państwo G. nas zaprosiło na pyszne gamburgery własnej produkcji. Wczoraj się żalili, że co to będzie jesienią i zimą, jak grila trzeba będzie schować? Nic nie będzie, nie będziemy przyjeżdżać ?

Żarcik.

Ale tyle o planowaniach i jęczeniu, że czas gna. Przecie wiemy, że czas biegnie szybciej, jak się starzejemy.

Jesteśmy albo w krainie lodu (sądząc po nazwie) lub w piekle (patrząc na widoki). Na pewno jest piekielnie drogo.

10 jaj, masło, wędlina w paczce, ze 2 paczki chipsow, duża cola, 2 małe napoje, kilka jogurtów, bakalie i 9340 ISK poszło. Czyli ca. 340 zł.

Ale pieniądze rzecz nabyta. Ważne są wrażenia. A te są nieziemskie. Widok z samolotu – Mars? Księżyc? Kosmicznie.

W drodze do hotelu (66 km od lotniska) minęliśmy kilka słupów dymu. Płasko, słońce zachodzące nad wodą. Zbocza gór się dymią i faktycznie śmierdzi siarką. Piekło?

Nasza miejscowość (nie jestem w stanie podać nazwy) jest na terenie górzystym, więc sporo dymiących zboków jest. Na szczęście nie czuć tu za bardzo H2S.

Skwitować nasz wyjazd jak na razie mogę jednym słowem – oszałamiająco.

W każdym bądź razie INACZEJ.

Hello (n)Iceland.

l’voof

czyli dawnej Polski uroki.

Dali długi weekend to pojechaliśmy odwiedzić dawną Polskę. Od Bałtyku po Morze Czarne. Hm, robi wrażenie ogrom Polski. Szkoda, że już tak wielce wielka nie jest. Co do pojezdki, to zacznę od końca i początku, czyli od transportu. „A idź ty na chuj i nogami wymachuj“ jak powiadał mój przyjaciel ze studiów. O ile na Ukrainę to jeszcze jeszcze ale z powrotem!? 9 godzin na granicy! Cały powrót 15 i pół godziny. Ma-sa-kra. Nie dziwię się opowieściom, że w Stanach ktoś wpada z gnatem i masakruje. Ja byłem bliski roznieść ten autokar. Dobrze, że żaru nie było, bo pan kierowca wyłączał silnik jak staliśmy.

Ale jak wiemy, podróże kształcą. Już wiem, że poza Uniję Jedyną Prawdziwą nigdy więcej autokarem nie wyjadę.

Mam takie wtrącenie jeszcze dotyczące granicy. Taki absmak mam. Faktycznie nie kojarzę, żeby na polskim o tym uczyli. Na rosyjskim tak. Jak masz czasownik ruchu, to się mówi „dokąd“, a jak ma się „statyczny“ czasownik, to „gdzie“. Np. dokąd nogi poniosą lub gdzie leży. W Polsce jakoś się utarło i zostało połączenie “gdzie” z czasownikiem “ruchu”. Ale mnie czasem to drażni. „Gdzie jedzie?“. Hm, chyba „dokąd“? „Nazwisko poda“. No nie podoba mi się sposób odnoszenia się polskich celników do Ukraińców. Mogę na usprawiedliwienie zrozumieć, że im prościej mówisz, to szybciej ktoś zrozumie. Ale Ukrainiec Polak dwa bratanki. Da się dogadać.

Ah! Teraz wtrącę moje dwa nowe, fajne powiedzenia. „Do pobaczenia“ oraz „wypapała“.

Do pobaczenia fajne jest i basta.

Koło naszego lokum, o którym nieuchronnie za chwilę, był klub. Ah, co to był za klub! Aż pod naszym nocnym kolejki się ustawiały. Na rogu naszej kamienicy był punkt z kawą i krłasantamiLviv Croissants. Pycha! Dziś w 5 punktach szukałem krłasantów! Nie było. Pech.

No i stoim na zewnątrz naszego punktu gastro i słyszę jak obok dwóch chłopców komentuje, że się jakaś dziewucha pod klubem wypapała (upadła znaczy. Albo może wypier…się…tego się?). No sprytny wyraz! Nie wulgarny.

Co do papania. No to kuda my papali?! Mieszkanie wybieraliśmy siedząc na telefonach. Słodkokwaśna podał mi namiar na mieszkanie, ja zabukowałem. Okazało się, że to co on widział i to co ja widziałem miało tylko dwie wspólne cechy: tę samą cenę oraz opis – dwa pokoje w centrum Lwowa. Dopiero na godzinę przed meldunkiem się zorientowaliśmy, że myślimy o dwóch różnych lokalach. Ale już po fakcie i jak wiemy – jak przygoda, to tylko we Lwowie, we Lwowie.

Cóż, po powrocie napisałem w recenzji na AirBnB, że mieszkanie przy Miodowej 9 powinno być natychmiast usunięte z tego serwisu. No powiedzmy, że chata jak chata. Jakie miasto, jaka cena, taki standard. Ale to co było w środku!?! Śmierdzące i brudne łóżko, sedes ustawiony tak, że bokiem trzeba było na tron siadać. Dodatkowo, po pierwszym tuszu pierwszego wycieczkowicza, cała podłoga w pokoju kąpielowym była mokra. Ręczniki po jednym użyciu śmierdziały i wyglądały jak szmaty do podłogi. Ah, wpadliśmy na genialny pomysł, żeby je wyprać. Całą noc i pół dnia się prało. O 2 nastawiliśmy. O 7.10 rano wstałem, żeby wirowanie nastawić, a tam się dalej prało. Po 8 Słodkokwaśna i jego pani nastawiali drugi raz pranie, bo się okazało, że za pierwszym razem to nie wiadomo co się stało. No chata syf. Co będę się rozwodził. Recenzja poniżej.

Zrzut ekranu 2017-08-17 22.29.05

Mam nadzieję, że mieszkanie w Rejkiawiku, które zarezerwowałem też na airBnb, będzie nie o takim standardzie.

I teraz o samym Lwowie. No co za piękne miasto! Jak się odwiedza takie miejsca, to aż żal, że Warszawa była tak zniszczona przez hitlerowców.

Lubię stare budynki, lubię kocie łby. Wszystko mi się podobało. Polecam każdemu. I do tego knajpki, knajpy, restauracje. Jak knajpa nie dowygląda, to dosmakuje. Jak smakuje, to wszystko inne też dobre. Szampaneria – hotdogi i szampan! Mnie najbardziej smakował ten z kaszanką i jajkiem. Ale i ten italiański też niczego sobie. Nowojorski najmniej się podobał. No ale kto by wpadł na taki pomysł gdzie indziej?

Sushi ze słoniny! Penis ze słoniny, serce ze słoniny! Zamówiliśmy kilka rollsów (właściwie to wszystkie, jakie mieli w karcie). Fajne to „sushi“ ze słoniną. Aż Rosjanki przychodziły robić zdjęcia naszym daniom. Żałuję teraz, że ja nie poszedłem zrobić zdjęcia ich dania – wielki biały penis ze słoniny. 4 panie raz dwa go wciągnęły. No i kto by wpadł gdzie indziej na pomysł takiej wersji japońskiego dania? A kawa parzona w piasku!?

Ukrainian state of mind! Dosłownie.

Byliśmy też w Parku Stryjskim. Duży. Pan Uber kierowca mówił, że trzeci w Jewropie. A najmłodszy syn pana kierowcy został w ubiegłym miesiącu mistrzem w arm wrestlingu podczas Igrzysk Olimpijskich sportów nieolimpijskich i za miesiąc się wybiera do Budapesztu na Czempionat Mira. Niestety Państwo Ukraina nie wsparła mistrza i wszystkie sukcesy syn odniósł za pieniądze swojej rodziny. Pan kierowca Ubera 30 lat pracował w banku i teraz sobie jeździ.

Kupiliśmy sobie wycieczkę limuzyną turystyczną po mieście. Bo już wszystko widzieliśmy i ile można chodzić i jeść. Fajna obwózka. Dosiadły się 3 dziewuszki i już gnaliśmy po Lwowie. Pan włączył przewodnika po rosyjsku, żeby wilk był syty i owca cała. O dziwo, większość zrozumiałem. Te dwie dziołchy obok mnie siedzące były z Odessy. Ale mamy podejrzenia ze Słodkokwaśną, że one chyba ten tego ze sobą. Gdzieś nam przepadły jak pan zrobił postój na zwiedzanie cerkwi. Cerkiew ładna. Z zewnątrz bardziej mnie ujęła, bo bryła taka mało cerkiewna. W środku, hm, kościoły w Białymstoku lepiej się prezentują.

Oh, tyle by tu pisać o Lwowie. I u Baczewskich na śniadaniu byliśmy. 120 hrywien (18 zł) za ile-zjesz-tyle-zjesz śniadanie. W cenie 50 gram wódki Baczewski. Wieczorem też dobrze karmili. Też pawie wszystkie przystawki przetestowaliśmy. Wódkę ciekawie podają. 200 gram dali nam w bucie kowbojskim. Ale 300 już w takiej szklanej beczuszce. Zamówiliśmy też whsiky Baczewskiego. Hm, no cóż, malczik się pytał jak nam smakuje. To odpowiedziałem mu, że to nie była whisky, na którą czekaliśmy i nie zrobili tej whisky dla nas. Zamówiliśmy szybko doń colę, a malczik kiwnął ze zrozumieniem.

No a mangalica! Ta świnia? Zamówiłem wersję z grila. Smaczna bardzo. No stek i pierożki już nie do końca.

Także jak widać moja dieta bezmięsna troszkę była przestrzegana i troszkę nie. Śledzie bardzo mi smakowały.

Ach i jeszcze jedna głupota. Przy jednej knajpie był szablon na modłę Instagrama. Że niby 5 000 lajków się ma. To oczywiście nieprawda. Wsadziłem łeb i już. Trzeba być chyba nienormalnym, żeby mnie aż 5 000 razy lubić. Raz wystarczy.

Dobra, kończę, bo zaraz lodówkę zjem. Pyszny i piękny ten Lwów. Polecam.

Do pobaczenia Lwowie.

Jak przygoda, to tylko we Lwowie, we Lwowie.

Tam zawsze i chętnie mogę papać i wypapać się.

 

 

 

 

szczęście jest drogie

A słucham sobie Marillion z nadzieją, że może jaka ulga nadejdzie. Przecie zawsze jak słuchamy Marillion w drodze z Narewki do Waw, to zaczyna padać. A żar dziś straszny się lał z nieba. Bardzo straszny. Jeszcze teraz, po północy, jakiś taki lepki jestem.
Happiness ain't at the end of the road. Szczęście jest drogie.
Jedziemy na wycieczkę. Widzę, że Aneta zabrała "misia w teczkę". Może i nie misia ale jakieś inne rozkładane pluszowe zwierzątko pod głowę. Niestety nie działa do końca mój ekranik, wiec nici z horroru i innych filmów. Tzn. ekranik działa ale nie ma głosu. No to jak straszydła oglądać bez dźwięku?!
To słucham sobie Marillion (dawno nie słyszany) i piszę ten wpis.
Telefon mi oddali z reklamacji. Po 20 minutach poza domem dostałem smutną wiadomość – wykorzystano 80% limitu danych. Jakim cudem?!?!?
Druga zła wiadomość. Plus sobie policzył za to, że przekierowałem rozmowy z prywatnego na służbowy telefon. Dziady. Nie mogę się doczekać lutego i pożegnania się z tym dziadostwem.
Autokar pełny. Noc jazdy przed nami. Plecy/krzyż już mnie boli. A to dopiero 2 godziny jechania.
Mam nadzieję, że mieszkanie na Airbnb jednak będzie na nas czekać i pani nam na godzinę przed przybyciem nie anuluje rezerwacji (ma dwie takie recenzje z ubiegłego roku). No cóż Lwów jest piękny, gorąc też jest. To najwyżej będziemy spali na … plaży?!?
"A na plaży mi się marzy – taniec w słońcu i bez końca".

"Happiness ain't at the end of the road. Happiness IS the road"

Dobrego długiego weekendu wszystkim. Cud się zdarzył nad Wisłą – pan dał mi urlop. 😜

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑