życie

palcy lizać

dawnom nie pisał, gdyż weny mię opuściły … chyba. A może po prostu się pandemia kończy i znowu nie mam o czym pisać. Bo w czasie zarazy się strasznie rozpisałem. W 2020 ze 123 posty. Rok temu też grubo ponad 60.

Ten rok zaczął się jakoś krwawo! Boleśnie.

W grudniu 2020 zapisałem się do pani podolog na terapię. Pani się ucieszyła i mnie pocieszyła, że ten mój problem to szast-prast wyleczy. Trzeba tylko czasu. No i hajsu, bo to prywatna klinika.

Ok, pani podolog fajna. Taka, że można oko zawiesić. Poleciła mi też ekipę od klimy, bo akurat wtedy jakoś na tapet, i ona, i ja, wzięliśmy temat chłodzenia latem chaty.

No to chodziłem na terapię. Pani założyła akryle na palce i czekaliśmy na zdrowie paluszków.

W październiku jakoś pani podolog nie kryła się ze zwątpieniem i brakiem koncepcji dalszego leczenia. Stwierdziła, że to … grzybica. Zapytałem, po czym wnosi? Po spojrzeniu na palce tylko? Wydawało mi się, że choroba stóp wygląda zupełnie inaczej. Zapytałem, czy pobierze próbkę i zbada. Ale okazało się, że nie. Na odchodne poelciła mi spray na palce i kazała przyjść za miesiąc.

Po 2 tygodniach wysłałem jej fotkę medykamentu z pytaniem, czy to to, bo:

– nie kosztowało to 70 zł, tylko 17

– nie ma wyrazu „spray” na opakowaniu, tylko „deodorant”

Pani podolog odrzekła, że to nie to i że za chwilę mi wyszuka na necie. Po pół godzinie napisała, że nie może znaleźć i kazała używać to, co kupiłem.

Po dwóch dniach zarekomendowała mi pana doktora chirurgii w klinice Zdrowa Stopa.

W ten sposób zakończyłem historię z panią podolog.

Wysłałem mail ze zdjęciami i opisem mojej przygody z leczeniem wcześniejszym. Zdrowa Stopa odpisała, że widzą ewidentne błędny w leczeniu i zapraszają.

Pan doktór od razu naświetlił sprawę – plastyka opuszka. Chirurgiczna inwazja. 2-3 tygodnie leżenia w domu z nogami wyciągniętymi.

Zapisałem się na zabieg 14 stycznia. Niestety przychodnia na drugim końcu miasta.

Znieczulenie zadziałało. Nie czułem nic, ale i też nie widziałem, bom zasłonięte stopy miał parawanem.

Ale słyszałem co się dzieję. Pan stukał, pan piłował, pan ciął, pan walił młotkiem, stopami moimi targał. Strasznie na wyobraźnię działały mi te dźwięki. Byłem pewien, że pół nogi już nie mam.

Równo po godzinie pan chirurg zaszył i założył opatrunek.

Jedynym obuwiem od tamtego czasu są klapki.

Przed zabiegiem nakupiłem sobie jedzenia i zacząłem czekać na gojenie. W między czasie ludzie dobrej woli wpadli z zakupami i pocieszeniem. Także dzięki ludzie za pomoc i chęć niesienia pomocy.

Pierwszy tydzień był makabryczny. Z wielkim trudem i bólem stawałem na pięty i szurałem do łazienki lub do kuchni.

Aha, obejrzałem nowego Matrixa. Niestety nie da się tego odzobaczyć.

Trzeciego dnia zmartwychwstałem. Jak głosiła pani pielęgniarka-podolog i pan chirurg, bolało 3 dni. Ale na szczęście nieznośnie, a nie baaaaardzo boleśnie.

Lek, jakiś na narkotyku, brałem tylko 2 razy dziennie, a nie 3×1, jak rekomendował pan chirurg.

Ogłupiający trochę ten lek. Szkoda, że na receptę, bo można by jeszcze zażyć czasem.

Rozmawiałem z siostrą pierwszego albo drugiego dnia i mówiła, że jakiś ogłupiony jestem, czy co.

Po 72 godzinach musiałem zmienić opatrunek. O-mój-boże. Myślałem, że zemdleję na widok masakry na palcach! Sine, opuchnięte, niewyglądające jak palce! Dużo soli fizjologicznej poszło, żeby odkleić zakrwawiony opatrunek. Ale udało się.

W drugim tygodniu już mogłem chodzić. Tylko co z tego, jak chodzenie powodowało ból stóp. W sumie to też żadne chodzenie. Łóżko-kuchnia, łóżko-łazienka.

Trzeci tydzień to już latałem po chacie jak ta lala. Ale oczywiście mało, a nogi często miałem w elewacji. Zgodnie z rekomendacjami mogłem tylko leżeć albo siedzieć z wyprostowanymi nogami. Strasznie niewygodnie się je i gotuje, tak siedząc.

W czwartek, trzeciego tygodnia, odwiedziła mnie Monika. Się naplotkowaliśmy, najedliśmy, … napiliśmy. Się znieczuliłem. Trzeba było się wcześniej spotkać. Ból miałbym już wcześniej uśnieżony.

Na koniec tego uwięzienia naszło mnie na tatara! Ale jak!? I jeszcze mnie ludzie drażnili wysyłając mi fotki tatarów i innych pyszności.

W sobotę wykorzystałem okazję i zamówiłem ten pyszny, surowy dań. Się kolega nie znał, zadzwonił do mamusi po radę, a ta mu uprzejmie powiedziała, że na tatara najlepsza … polędwica. No nie będę się sprzeczał. Kto bogatemu zabroni. 600 gram polędwicy piechotą nie chodzi. Było mniam i mlask!

I tak trzy tygodnie mijają. 5 fala mnie ominęła. Igrzyska się zaczęły. Pandemia się niby kończy, bo Szwecja, Dania, Włochy już ogłosiły powrót do normalności. Szwecja przynajmniej. Co do pozostałych krajów, to tak jednym uchem tylko podsłuchałem. Ale też jakoś życie ma być już u nich łatwiejsze.

Do Stanów mi się chcę. Mąż pani prof. ze Szczecina był w Mieście i opowiedział mi to i owo. Da się pojechać. Burdel jest. Nikt nic nie wie, ale ludzie latają. To może jakiś maj? Bo paszport kowidowy mi skrócili ze stycznia 2023 na wrzesień 2022.

Najgorsze mam za sobą. Teraz tylko czeka mnie regularność w dalszej terapii, ostrożność i wyrzekanie się przyjemności. Mogę zapomnieć o bieganiu, o nartach i innych aktywnościach, które powodują jakiś nacisk palców na obuwie. I tak przez rok. Eh.

Wczoraj i dziś poszedłem za blok wyrzucić śmieci. Jakaż to była radość! Zima, nie zima, w klapkach też można o tej porze roku chodzić.

Jutro jadę zdjąć szwy. Radość mnie szalona naszła! Do ludzi! W świat! Życie oglądać! Dosyć już tych czterech ścian!

Spojrzałem w lustro i zobaczyłem jakiegoś jaskiniowca. Fajnie – pomyślałem. Zapuściłem brodę i może w końcu uda się marzenie spełnić – broda a la Świetny Mikołaj!

Ale później rzuciłem okiem na fotkę z Wiednia, z października roku minionego, co taki chory poleciałem. Świeżo po primpingu byłem. Krótko na głowie i na buźce. I zobaczyłem młodzieńca, młodszego od tego jaskiniowca w lustrze o … ze 20 lat!

To se wyciągłem maszynki z szafki! Irokeza zrobiłem, bo zawsze marzyłem o nim. Ale jakoś nie stanął za dobrze. To dokończyłem dzieła.

Lżej! Młodość! Życie! Radość!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.