Miesiąc: listopad 2020

czarne dni

Thanksgiving był w Stanach w ubiegłym tygodniu, także czarny piątek nastał i ogólnie czarny weekend.

Dziś tylko 5 tys. nowych przypadków na 25 tys. testów. Ściema? Czy działania Matołuszowego rządu przynoszą skutki?

To posłanka! Nie pryskaj – tak krzyczeli ludzie do milicji, kiedy ta potraktowała gazem moją ulubienicę z 5-10-15 Barbarę Nowacką. Pokazała nawet legitymację poselską milicjantowi. Ale na nic to się zdało. Hmmm, a jak nie posłanka, to można pryskać? Nie wiem. Z jednej strony wkurzają mnie ataki w mediach na milicję, ale z drugiej organ ten też bez winy nie jest. Ale ja nie o tem.

W piątek poleciałem do mego Best Malla. Za chlebem. Już na wejściu jakoś mnie się nie spodobało. Choinki? Bombki? Światełka? Co jest!? – myślę sobie. Ale szybko skumałem, że grudzień się czai. A poza tym w Ameryce już po indykowym czwartku, Christmasowe dewocjonalia wjeżdżają do sklepów, na wystawy i … do domów. Znam jedną taką w Teksasie co już drzewko ubrała! U nas w domu zawsze w wigilię się choinkę stroi.

Oprócz tych światełek widzę jakiś ruch. Okazało się, że w końcu Rossmana otworzyli i 60+ się kłębi w kolejce, bo po 10 było. Pewnie jakieś rabaty z okazji uroczystego debiutu po remoncie. Ale ja napieram do Vincenta, po chleb. Mijam sklepy i widzę ruch. Rolety do połowy podniesione (albo opuszczone!), a w środku pracownicy układają towar.

AAAAAAAA, PRZECIE NAS JUTRO ODMRAŻAJĄ – zawołałem głośno w myślach. Obstawiłem, że ludzie nie ruszą masowo do sklepów.

W sobotę wpadam znowu po chleb. Ten z piątku na zakwasie jakiś słaby. Nie dość, że źle się kroi, to jeszcze jakiś niesmaczny i na drugi dzień stwardniał z lekka. Tym razem wziąłem mego ulubieńca – chleb z figą i orzechami. Mniam!

Rozglądam się po galerii Best Malla i się wystraszyłem. Ludzi od groma. Nawet do iSpota kolejka. A jak wiemy, tam zawsze więcej sprzedających niż klientów. Pewnie iPhone 12 się pojawił na półkach. Uciekam nad jeziorko.

I tu kolejny szok. Ludzie zniknęli! Pusto.

AAAAAAAA, PRZECIE NAS DZIŚ ROZMROZILI – zawołałem głośno w myślach, ale tym razem uśmiechając się spode wąsa.

Jako że trasa dokoła sadzawki błotnista i bardzo znajoma, to postanowiłem w krzaki dać. Fajnie się łaziło. Ja lubię takie szlajanie się. Niestety uderzył mnie śmietnik. Nie kumam, co trzeba mieć w głowie, żeby przyjechać w krzaki i wywalić odpadki? Różne. Łatwiej przecie byłoby zostawić to w śmietniku pod blokiem. No chyba, że to mieszkańcy domków. No bo jak się płaci za odbiór raz w tygodniu, to troszkę szkoda dopłacać, jak się więcej nazbiera. No to pod pachę i w krzaki.

Ogólnie zwracam uwagę śmiecącym. W ubiegłym tygodniu jacyś kolesie z napraw drogowych jedli śniadanie w swoim vanie. Jakiś kurczak z KFC. I co ja paczę!? Kierowca oblizuję kostkę i pac ją przez okno. Podchodzę i pytam, czy w domu też tak przez okno wyrzuca. Kolesiowi zrobiło się głupio. Mam nadzieję, że to była ostatnia kostka wyrzucona w ten sposób.

A już nie wspomnę o palaczach, którzy rzucają swoje pety gdzie popadnie.

Także spacer w sobotę był przyjemny, bo nie tłoczny, ale smutny przez ten bałagan.

W niedzielę poszedłem znowu robić kroki i znowu tłum zastałem. Co jest!? – pytam się.

AAAAAAAA, PRZECIE DZIŚ NIEDZIELA NIEHANDLOWA – zawołałem głośno w myślach, ale tym razem smucąc się.

Jednak ludzie rzucili się na zakupy. Ja planuję w tym roku kupować pod choinkę nic. Jakoś ten rok skutecznie zniechęcił do kupowania czegokolwiek.

Mnie najbardziej interesuje otwarcie restauracji, bo mam dosyć gotowania!

A nie! kupiłem sobie parę drobiazgów. Jakoś w weekend dałem z panią prof ze Szczecina po rozmowie. Okazało się, że sobie nowy ekspres kupili. To ja jej mówię, że mój zmartwychwstał po moich zabiegach rezurekcyjnych. Lewatywka i odkamienianie. Okazało się, że moja znajoma uczona ma łokieć tenisisty. No kto jak kto, ale ja jestem ekspert. Dwa łokcie miałem, milion różnych zabiegów, to się znam. I po tej miłej konwersacji, lecąc po chleb, zaszedłem do DUKA. Mieli takie sprytne filiżanki. Kolor transparentny. Cena czarnopiątkowa. Wziąłem. Przyznaję się. Skusiłem się na zakup. Okazało się, że mój ekspres na nowo wyzionął ducha i w sumie nie używam tych kubeczków. Kurna! Zostałem jak ta pała z nimi.

Wkręciłem się w serial Columbo (Porucznik Kolombo). Bo akurat skojarzył mi się z panią prof ze Szczecina. Po prostu Renata jest szaloną fanką. Minus serialu jest taki, że każdy odcinek ma 100 minut. A reszta to plusy. Fajna gra aktorska. Dobrze się ogląda. Intryga przednia. Nie należy jednak przesadzać z oglądaniem i trzeba robić co jakiś czas przerwy, bo schemat odcinka każdego jest taki sam, więc po kilku częściach serial po prostu może spowszednieć. Łobuz morduje, Columbo wpada na trop, a łobuz wpada przez drobny szczegół na samym końcu. Mam za sobą już 6 odcinków i przerwa teraz przede mną. Jeden z pierwszych odcinków był reżyserowany przez … Stevena Spielberga. Taka ciekawostka od pani prof ze Szczecina. Polecam. na CDA dają.

Pisałem, że po półtora rocznej diecie niskotłuszczowej (przymrużenie oczka) spadł mi cholesterol. Ale pięknie mi opadł! Poniżej górnej granicy. Bardzo się ucieszyłem.

W ubiegłym tygodniu zrobiłem sobie doroczne USG jamy brzusznej. Troszkę późno się umówiłem, bo aż na 12.30. Przygotowanie do badania wymaga niejedzenia na 6 godzin przed. Także po 15 godzinach głodówki położyłem się na kozetce. Pan bada.

Ma pan powiększoną wątrobę. Nie ma oznak stłuszczenia. Pofolgował pan sobie z jedzeniem? – pyta pan od USG.

Na sam przód się zdenerwowałem, bo rok temu było to samo. Ale na szczęście tomografia komputerowa potwierdziła, że jest cacy. Na drugi sam przód przyznałem się w myślach, że po tych moich fantastycznych wynikach z września, z mojej diety niskotłuszczowej „nisko” wyjechało na wakacje.

Nie, nie wydaje mi się. Chyba nie – odpowiadam troszeczkę nieprawdziwie.

Skończyło się badaniem moczu, krwi (cholesterol i próba wątrobowa) i konsultacją z hepatologiem. I co się okazało?

Kurna, cholesterol wrócił podwyższony. Wyniki dobre. Pan hepatolog zapytał o moje gabaryty. 186 cm i 95 kg– odpowiadam. Tak, tak, 95, a czasem nawet 94,5 kg! Sam jestem w szoku. Niedawno było 100-101. Teraz to już rozumiem, czemu mi spodnie z dupy spadają.

I pan uczony wyjaśnił, że ja kawał chłopa jestem, że wątroba wątrobie nierówna, że wyniki krwi mam dobre i mam się nie przejmować.

Ale weź się nie przejmuj, jak to cholerstwo na CeHa wraca. Chwila nieuwagi i bęc! Znowu jest powyżej kreski.

Konkluduję! Bo już czas skończyć biadolić.

Nie pijemy … dużo. Ewentualnie wino i whisky. Żadne drinki, żadne piwo, żadna wóda! I dieta niskotłuszczowa albo lekkostrawna. Muszę tylko zobaczyć, która na co pozwala. Skończyły się pyszne boczki, golonki, smażenia i inne takie. KONIEC! Sous vide chyba sobie kupię. Albo niech mi Mikołaj przyniesie. Zgrzewarkę do żywności już mam i jest fajna. Polecam.

Kiełki będę jadł. Zielone, bo zdrowe.

A taka jedna z Teksasu mi dziś wysłała żeberka w sosie własnym. Ula! Litości! Grrrr!

 

dzień bez radia

Lubię słuchać grające pudło. Brzęczy miło, nie trzeba nic robić. Wystarczy pstryknąć przycisk ON i już.

Dziś się moszczę w łożu po przebudzeniu, po omacku szukam na pilocie ON-a, nastawiam uszy i słucham.

Słyszę:

Dziś ważna data w świecie muzyki. Tego dnia …

OFF!

O kurczaczki! Już wiem. Jutro przecie Katarzyny. A u jednej to nawet i Katarzyny, i urodziny. Załatwili siostrę rodzice 🙂 Ale teraz jej zazdroszczę. Jeden dzień, szast-prast i już. Spokój na cały rok. Ciekawe czy jutro zapomnę zadzwonić, żeby pożyczyć Kasi to i owo.

Od 29 lat radio 24 listopada jest niemożliwe do słuchania. W 1991 roku odszedł Freddie Mercury. A jak wiemy, Queen u mnie nie grał, nie gra i grać nie będzie.

Zamykam radio, czekając jak kania dżdżu 25 listopada.

Brrr, Queen, brrr.

 

niektórych rzeczy nie da się odzobaczyć

ale da się odsłuchać. Ciekawe.

Mózg nasz płata figle. Raz coś zobaczymy, co nas wzdryga i chcemy szybko o tym zapomnieć, i koniec. Widzimy to co jakiś czas przed oczami. I psuje to nam dzień, humor i powoduje, że robimy „brrr”. Dlatego też przestałem oglądać mecze naszej reprezentacji w piłkę kopaną. Tego się po prostu nie da oglądać.

A z tym odsłuchaniem też jest podobnie. Kiedyś podesłałem pani prof. ze Szczecina filmik z piosenką „Gdzie jest słonko, kiedy śpi” i ją trafiło. Napisała mi nawet, żebym szedł w cholerę, bo teraz ta piosenka chodzi za nią cały dzień. Ha!

 

Nie będę sypał przykładami, czego nie należy oglądać, bo nie da się tego odzobaczyć.

Aha, jeszcze małe sprostowanie na temat milicji. Wczoraj kolega, emerytowany policjant przesłał mi filmik. Pan redaktor zagadywał grupkę młodych mężczyzn pod NBP w Warszawie. Okazało się, że to przebrani milicjanci. Kiedy zaczął ich pytać co tu robią, czy są funkcjonariuszami policji, młodzi się szybko usunęli z kadru. Mój kumpel pod filmikiem napisał mi tylko, że jako policjantowi w stanie spoczynku jest mu wstyd. Kiedy się te protesty skończą?

 

No dobra, co słonko widziało? Otóż wczoraj byłem nieposłuszny. Plany weekendowe się zmieniają szybko. Znajomi się przerazili zarazy i lockdown’u i zostałem sam w domu. Postanowiłem nadrobić zaległości filmowe. Barek pełen alkoholu, dobry film, cóż za pyszna sobota. Ale na sam przód stwierdziłem, że może coś na trzeźwo obejrzeć. I to już był poważny błąd. Pamiętam czasy, kiedy ze Słodkowaśną oglądaliśmy świetne filmy z serii „Tego się nie da oglądać na trzeźwo”. Pisaliśmy pijackie SMS-y do Pana z Europy na K., że dobry film widzieliśmy. Nasz przyjaciel próbował oglądać i szybko odpisywał, że nie da się tego oglądać. Albo „czy naprawdę ten film mi się podobał?”. Dziwne, ale wtedy nie wydawało mi się, że żałuję, że oglądałem, że chciałbym coś odzobaczyć. Polecam filmy: Maglownica (1995) i Ślimaki (1988).

No to wczoraj łożę się na sofie, odpalam Netflix i przeglądam. Milion tytułów, ale oczywiście nic ciekawego. Wchodzę w polskie kino i widzę ten ostatni film, tego miliardera, co rok temu na Mazurach podwoził motorówkę kelnerkę. Do żony już nie dopłynął. Tragiczna historia.

Film nagradzany, z pozytywnymi recenzjami, z międzynarodową obsadą (m.in. Bill Pullman, ten od Lost Highway Davida Lyncha). No to myślę sobie – to jest to!

The Coldest Game/Ukryta Gra dzieje się w 1962 roku głównie w Pekinie/PKiN. Kilka ujęć też jest z Brooklynu.

Przypomniało mi się, jak jakiś czas temu Pan z Euorpy na K. dzielił się ze mną informacją, że widział, że zna i że bardzo nie poleca. Że lepiej nie oglądać. Ale jak wiemy, Pan z Europy na K. jest starszym dziadem, więc co on tam może wiedzieć. Nie zna się. Także nie posłuchałem rad kolegi. Nieposłuszny byłem.

Odpalam film i patrzę. Jest Brooklyn, jest Warszawa, jest … nudno. Ten film jest po prostu zły. Niby jest jakaś historia, motyw przewodni, ale kompletnie nie wciąga. Ta gra w szachy też taka jakaś nijaka. Niby grają, ale nie wiadomo jak. Pach, pach i zwycięstwo. Pach, pach i proponuję remis. I chyba też są jakieś duże skróty myślowe w wątku głównym, bo w pewnym momencie cofnąłem się o pół godziny, do pewnej sceny, bo myślałem, że coś przegapiłem, nie załapałem. Ale nie.

Jedyny plus tego filmu, to fakt, że często mówią po rosyjsku.

Niestety filmu nie da się odzobaczyć. Panie z Europy na K. jest pan starszy, więc mądrzejszy. Teraz to już wiem. Powinienem był posłuchać.

 

ten kraj nie jest dla wszystkich, czyli

… this country is not for everybody

 

Każdy kto mnie zna, albo śledzi mój blog od Dziękczynienia 2015 wie, że jestem fanem country!

A to wszystko dzięki Adele i jej potężnemu przebojowi Hello! Podróżując naszym Jeep’em Cherokee z Miami na Key West z Panem z Europy na K. poznawaliśmy amerykańskie radio. Adele hit leciał wszędzie co chwilę. Postanowiliśmy postawić na radio satelitarne i wybraliśmy … country. I to było to. Do tej pory mam folder z tą muzyką w mojej muzycznej bibliotece. Wtedy dwa hity rządziły Cam „Burning House” i nasz ulubieniec George Strait i jego „Cold Beer Conversation”.

Dziś odkryłem, że Chris Stapleton wydał swój 4 album – Starting Over. Lubię go. Uwielbiam jego głos. To takie inne country mam wrażenie, nie dla każdego.

Rok temu podróżowałem autem do Kansas City i po Teksasie. Najpierw miało być południe Stanów i zabawa z koleżanką Ulą w Austin. Ale bilety lotnicze były drogie, więc przełożyłem wizytę na następny tydzień. Także najpierw zajechałem do Kansas City. Na sam przód moim oczom ukazał się olbrzymi billboard reklamujący koncert Chrisa Stapleton’a. Wydarzenie miało się odbyć dokładnie … za tydzień. Cholerne bilety. Gdyby lot do Teksasu nie był taki drogi, to byłbym w dniu koncertu w Kansas City i pewnie bym się wybrał na brodacza. Szkoda. On pewnie nie wie co to Polska. Choć nie, teraz już każdy wie, co to i gdzie to! Przecie Polska, to dziś kraj nie dla każdego. Wczoraj wracawszy do domu z biura zauważyłem od groma radiowozów na Ujazdowskich przy Pięknej (czyli w prostej linii od Sejmu).

Dziś czytam, że społeczeństwo zbulwersowane zachowaniem milicjanta, co brutalnie popchnął jakiegoś kolesia. Hmmm, nie pamięta wójt, jak cielęciem był. Za czasów rządów PO cała Polska się śmiała z nieudaczności policji. Że nie potrafi kogoś z plaży wyprowadzić, że ojca, głowę rodziny, nie potrafi z auta wyciągnąć. Że dwa biedne policjanty uwiesiły się na, bądź co bądź, zdrowym byku. Dopiero jak gazem tatusia potraktowały, to cośtam cośtam się udało. I wszystko na oczach płaczącej żony i przerażonych dzieci. Albo że jak strzelali, to chyba nic nie trafiło w cel. Padaczka, a nie policja.

A teraz? Milicja za brutalna – krzyczy społeczeństwo. Ja jestem za tym, żeby była. Nie łażę, nie narzucam się, to nie ma podstaw, żeby jakiś milicjant mnie brutalnie pchał. Ale chcę, żeby społeczeństwo czuło respekt przed stróżami prawa, ale też, żeby miało wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. A z tym gorzej.

Poza tym widać, że koleś spokojnie nie przechodził, także nie wiadomo, czy była jakaś pyskówka, czy wcześniej nie było próśb ze strony milicji, żeby pomykał chyżo. Nie dziwię się stróżom prawa. Jest ich dużo mniej. Tłum napiera, a co ma robić milicjant? Ankietę? Przepraszam, pan przechodzi z tragarzami, czy przyszedł protestować? A może kamieniem w policję rzucić? Bez sensu. Nie ma co się w tańcu … ceregielić. Jak się zachowujesz niewłaściwie, to się spodziewaj, że ktoś cię może popchnąć, że możesz niefortunnie upaść.

Polska, to dziś nie jest kraj dla każdego.

Chris Stapleton, to nie jest country dla każdego.

 

Chyba już powinienem zakończyć ten wpis i odejść. Dobrego piątku i weekendu wszystkim.

 

 

madonna może sobie śpiewać

Bitch, i’m madonna.

 

Ja niestety ani królową, ani królem popu nie jestem.

Niefortunnie się do selfie ustawiłem i wyszło, co wyszło.

 

 

Dziwka jakaś, bitch! Wyjaśniam, że dziś pojechałem na grzyby. Przejeżdżałem przez ulice i Praw-dziwka, i Muchomora.

Wczoraj pyszności jadłem u Słodkokwaśnej. Pastrami kanapka (mlaaaaaask) oraz karaś smażony (nacięty, żeby się małe ości wysmażyły. Było mniam).

 

Do tego Alcorythm, żeby dziś było cacy (polecam serdecznie ten napój). I do tego pani Słodkokwaśnej narobiła kapusty kiszonej (z octem). Nawet słoik do domu dostałem, ale już dziś zrobiło się pół słoika. Chyba dzieci zjadły.

Polecamy ze Słodkokwaśną film na Netflixie – White Boy Rick. Z Matfiu Makonahy (nie pamiętam jak się on pisze. Matthew McConagh… no nie wiem). Film jest o najmłodszym informatorze FBI. Zwerbowali chłopca jak miał … 14 lat. Detroit w 1985 roku wyglądało koszmarnie. Bałbym się tam mieszkać. Bardzo fajna kreacja młodej, brytyjskiej aktorki, która zagrała ćpunkę, siostrę młodego informatora.

Widziałem też Trailer Park Boys/Chłopaki z Baraków. Nie wierzyłem co ja paczę! Absurdalne, durne, ale … wciągające.

 

W sobotę poszedłem dookoła Jeziorka Czerniakowskiego. Lubię tam spacerować. Za każdym razem coś nowego odkryję. Zauważam, że pandemia spowodowała, że ludzie gromadnie spacerują tam. Nie ma galerii handlowych, to trzeba coś robić. Wcześniej na moich spacerach mijałem z jedną, dwie osoby. Teraz co chwila dzień dobry mówię.

 

Dziś pyszny rower. Pogoda akuratna. Niestety na mojej trasie od groma pieszych. Wcześniej spotykałem jeden rower i jednego człowieka. Teraz za bardzo nie było okazji, żeby się do 20 km/h się rozpędzić. Także drzewa były mijane bezpiecznie.

Muszę się przyznać, że wykorzystałem dziś dzieci Państwa z Europy na K. Wiedziałem, że Pan z Europy na K. pojechał na włości, więc dzwonię do szanownej małżonki. Okazało się, że jednak z nim się włości. To do dzieci dzwonię. Najpierw do mojego BFF-a. Oczywiście nie odbiera, bo pewnie nie słyszy. Na szczęście starsze dziecię odebrało i się umówiłem. W oponki chciałem dmuchnąć, bo Pan z Europy na K. ma taką sprytną pompkę. Podbijam do dzieci i mówię, że trzeba nadmuchać koła do 3,5 atmosfer. I tak żartem mówię do Bąbelka, żeby brał się za robotę. I co ja paczę!? Młody zaczyna mi wentyle odkręcać. Niestety trochę ciężka robota, bo sporo powietrza uszło, zanim mój BFF założył końcówkę pompki. Licznik pokazywał 2 atmosfery (nie wiem w jakiej jednostce pokazuje). Na szczęście siostra Bąbelka włączyła się do akcji i koło nadmuchane. Poprosiłem o kawę i młody zajął się ekspresem. A często bywało tak, że jak Pan z Europy na K. pytał się, czy chcę kawę, to mówił – to se zrób.

Piję sobie i konwersuję ze starszym dzieciem i oczywiście, jak zawsze, kawę wylałem. Pewnie pytacie się, czy zmyłem podłogę? Ha, nie!

Dobre są te dzieci. Takie pomocne. Może trzeba sobie załatwić jakieś? Ponoć w kapuście można znaleźć. Przejeżdżałem dziś koło pola kapusty. Nie było.

 

Nienawidzę prasować, to miałyby co robić. Toaletę bym nauczył sprzątać. Jak kamień z kabiny prysznicowej usunąć. I takie tam inne. Dobrze by było, gdyby miały 18 lat, to po fajki i po bronksa mogłyby same pójść. A jak byłyby młodsze i miało przynajmniej z metr 20, to do lodówki mogłoby sięgać, po piwo. Sama wygoda i korzyść te dzieci. Ooooo, i przecie 500+ dają!

 

bdsm

I inne takie skrótowce.

Nasz naród jest zdyscyplinowany, uległy, zdominowany i chyba związany. Tylko nie wiem z czym lub kim związany?

Dziś z przyjemnością przeszedłem się do biura. Pan kurier się zapowiedział. Trzeba było wpuścić i przyjąć paczki. A że w domu już człowieka szlag trafia, to chętnie się wypuściłem na miasto.

W witrynach księgarnianych zobaczyłem, że mój ulubiony pisarz Harakiri Murakami wydał nową książkę. Cyk, pstryk i szybki ajMasaż do największej fanki tegoż Japończyka z pytaniem, czy zna. Nie znała. Czy księgarnie są czynne?

książki – Murakami

W biurze oszczędzają na świetle. Korytarz ciemny, że strach iść, żeby się o coś nie zaczepić. Na szczęście jest na końcu korytarza światełko.

 

W Radio Nowy Świat usłyszałem jak Matołusz Morawiecki obwieszczał sukces. Polska daje radę. Nie, wróć! Założenia i strategia walki z pandemią wymyślona przez rząd się sprawdza, jest sukcesem. I tu, po raz pierwszy zgodzę się z Matołuszem! Polacy odnoszą sukces. Od kilku(nastu) dni jesteśmy w czołówce, ŚWIATOWEJ czołówce w liczbie największych nowych, dziennych przypadków zachorowań na covid-19. Wczoraj nawet przez chwilę byliśmy na prowadzeniu, ale USA się porachowało i ze 142 tysiącami nas zdeklasowało. Doszły Indie i finalnie dzień zakończyliśmy na 8 miejscu. Polacy najlepsi na świecie, drudzy w Europie, jak to się mówi.

Teraz też zerkam i widzę, że znowu idzie nam wyśmienicie! Dziękujemy polski rządu, świetnie nas dominujesz, przywiązujesz do domów, dyscyplinujesz, a my ulegamy. BDSM.

covid na świecie 13 listopada 2020

Ale Matołusz nie o tem prawił. Że DDM działa. Dystans, Dezynfekcja, Maseczka! Jasne. Widać to na ulicach.

Z tych skrótowców pamiętam z czasów początków mojej kariery zawodowej DDD+. W Auchan tak menadżery tłukli kasjerkom. Co należy robić, jak klientowi zrobić dobrze, żeby wrócił. Dzień dobry, Dziękuję, Do widzenia, plus własna inicjatywa.

Ja byłem dobry z tych plusów. Raz nas przeszkolili na kasach. Wiadomo, w razie czego. Jakby klientów naszło i trzeba było kasy otworzyć wszystkie. To wtedy i managerowie innych działów mogliby obsługiwać. Nie przeszkadzało mi to, to była fajna nauka. Przy mojej kasie stoi kolejeczka. Gdzieś na piątym miejscu kolega z pracy. Mówię – tego pana nie obsługujemy! – wskazując palcem tam gdzieś przed siebie. Nagle jakiś klient stojący przed moim kolegą łapie się jedną ręką za serce i przerażony pyta – mnie? Czemu?

Szybko wyjaśniłem, że nie o niego chodzi. Także takich własnych inicjatyw miałem sporo. Plusowałem często.

Kolega mój zza biurka, manager AGD, tak się przejął pracą przy taśmie, że jak przekładał tartę owocową ze skanera za siebie, do strefy pakowania zakupów przez klientów (takich rzeczy się nie wkładało do reklamówek. Normalnie kasjer wkładał skarby nabyte przez naszych szanownych klientów do reklamówek z logo Auchan), to ciasto mu wyleciało z tego pudełka. Chyba nie za bardzo skalkulował odległość i siłę należną do użycia w celu zrobienia tej czynności.

Przy kasie było wesoło. Ale tylko nam, managerom, bo kasjerki miały przerąbane. Im, takie własne inicjatywy by nie przeszły. Ale w Auchan było fajnie. Nawet po kilku ładnych latach rozpoznawałem buzie i zagadywałem.

HGW, kiedy ta pandemia minie.

Dziś wracając do domu przeszedłem przez Łazienki. Bo lubię i nie trzeba maseczki nosić. Ładna ta polska jesień. Najładniejsza na świecie. Nawet w Teksasie takiej nie mają, bo Ula z TX mi pisze, że jesssu jak zimno, że 26 stopni jest. Uleńko, pisałem już – NIE DENERWUJ MIĘ, bo się … zdenerwuję.

Wszystkiego dobrego 13-ego w piątek.

 

 

 

 

nie gęsi

A swój język mamy. Włoski?

Włosek to ja dziś jeden znalazłem w rogalu Marcińskim.

Sto lat naszej Polsce. 4 lipca dziś mamy.

 

Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami

Normalnie o tej porze, to ja się bawię u pewnego Marcina. Z innym Marcinem. A jak już od kilku lat wiem, dziś są jeszcze imieniny Macieja. Ale ja zimny drań jestem, to obchodzę razem z Bonifacym.

I u tego Marcina najpierw gotowi są goście, a później gęś. Bo ptak się pieczę 1 godzina na 1 kilogram, a my już od 19 za stołem.

 

Słuchaj jeno, pono nasi biją w tarabany

Rozmawiałem ze Słodkokwaśną ostatnio i pytam o ptaka. Mówi, że chyba nie, bo wirus szaleje. To podpowiedziałem mu, żeby zrobił, popaczkował i porozsyłał gościom. Nie będę mówił, co odrzekł kolega.

Dziś się pytam, składając życzenia, gdzie gęś. W sklepie – usłyszałem.

Czyli w tym roku nie gęsi jeść będziemy. Cholerny wirusek.

 

Jak Czarnecki do Poznania po szwedzkim zaborze, dla ojczyzny ratowania, wrócim się przez morze

Dziś mój, oficjalnie to mówię, najlepszy przyjaciel, Marcin, mnie zaskoczył. Zadzwonił rano i przywiózł śniadanie. Pod dom. Ciekawe czemu żona prowadziła auto. Pewnie whisky pił wczoraj. No nic. Nie o tym. Marcin był na zakupach ze swoją szanowną małżonką. Za pieczywem. Nabyli też rogala i mi sprezentowali! Dzięki Marcin!

Jadłem aż mi się uszy trzęsły. W ostatnim kęsie znalazłem … włosek. Nie powiem nic więcej, bo piekarka Mati jest fajna i sympatyczna. A może to mój włosek? Bo się ogoliłem na 9 mm i wyglądam jakbym miał 29 lat i jestem nie do poznania.

Wczoraj rozmawiałem z koleżanką z pracy z Poznania. Mówię jej, że rogale widziałem w Biedrze. Odparła, że widziała, ale się oparła. Była bliska nabycia, ale cena ją zniechęciła. 22 zł za kilogram. Ponoć w stolicy Wielkopolski są po 40, a nawet po 60 zł (cukiernia Elite). Zastanawiała się co tam Biedra dodaje, że takie tanie. Powiedziałem jej, że to mógł być efekt skali. Zamówią miliony rogali, to i cena spadnie. A taka pojedyncza cukiernia musi zarobić na kilkudziesięciu rogalach.

Rok temu koleżanka Olimpia z Poznania, wracając od rodziców przywiozła bułeczki i jeszcze świeżymi nas częstowała. Ale pycha! Jadłem po raz pierwszy i się zakochałem. Co za smak.

 

Sto lat Polsko!

 

black friday

czyli SZATAN TO PAŁA. Tak głoszą oficjalni chuligani Jezusa.

Jakoś nie jestem fanem zakupów i tych specjalnych rabatów z okazji różnych. Potwór do szkoły, Czarny Piątek i tym podobne.

Ostatnio chodzi mi po głowie odkurzacz. Ale taki mały, okrągły, samsprzątający i samładujący się. Pod nosem mam EuroAgd i sobie czasem zaglądam. 3 listopada patrzę, że iRobot Roomba w promo jest. O-o – pomyślałem sobie – może się skusić?

I tu wyjdzie moje lenistwo z okazji urodzenia w niedzielę. Odkurzanie mojego mieszkania zajmuje około 10 min. Jak nie mniej nawet niż 10. Więc po jakiego grzyba się wykosztowywać? 999 zł? Tyle kosztuje moje lenistwo? Bo już się nawet nie chce machać rurą w łapce w oldschoolowym odkurzaczu?

Mieszkanie jest proste. Żadnych durnostojek, zawalidróg czy dywaników z frędzelkami. Jest tylko dywan z takich frędzli. Ale pan z Europy na K. mówi, że ich iRumba ładnie wskakuje i odkurza ich dywan. A frędzle ma większe. Słodkokwaśna z kolei mówi, że ich Siajomi się zaplątuje we frędzelki i krzyczy „Help!”.

Także trudny wybór. Ale podjąłem męską decyzję, że kupuję. Trudno. Odkurzacz stary, bezworkowy marki Samsung oddam rodzicom. Bo ich to jakiś czołg.

Idąc do sklepu wysłałem zdjęcie do dwóch kumpli z info, że się skuszam i czy może chcą wtrącić swoje 3 grosze. Jeden nie. A drugi powiedział, żebym zwrócił uwagę, czy szczotka jest gumowa (żadna mi to szczotka. Po prostu gumowy wałek, co zbiera kurz. Te inne mają właśnie szczotki). Ogólnie on jest zachwycony swoją Rumbą i też się długo z szanowną małżonką zastanawiał. Ale on ma dom, dzieci i psa, więc odkurzacz taki u niego ma rację bytu. A u mnie? Czysta fanaberia.

Zachodzę 5 listopada do EuroAgd i co ja patrzę!? Oszusty! I to jakie. Wołam pana i się dopytuję o cenę, pokazując mu zdjęcie sprzed 2 dni.

Pan sympatyczny zaoferował, że pójdzie sprawdzić cenę finalną. Powstrzymałem go pytając, czy szczotka jest gumowa. Sprawdziliśmy i nie była. Także podziękowałem panu mówiąc, że już nie ma sprawy, bo rezygnuję z zakupu. Obok stał model nowszy, z gumową szczotką. Też w promo czarnopiątkowym, ale cena już dużo wyższa. Także na razie odpuszczamy. Może po świętach sobie kupię?

Dziś na wyspie w galerii handlowej Sadyba Best Mall zagadałem panią, co sprzedaje “niedobre” rzeczy. Dwa dni temu skusiłem się na makowca.

 

O kurczaczki, jakie słodkie cudo. Dziś podbijam i zachwalam, że mniam i mlask. I pani mnie uświadamia, że dziś ostatni dzień, bo lockdown. No ale przecież pani ma tu chleb, piekarnia niby – mówię. Tak, ale zamykają wszystkie stoiska na wyspach – odpowiada przekupka.

Do cholery z tym naszym rządem! Niech się sami zamkną.

Kupiłem zapas makowca. Ale to chyba błąd. Bo jak się znam, to do jutra zostanie tylko pudełko. A pyszny makowiec. Taki mokry, z rodzynkami.

Na videokonferencji poseł KO poprosił Matołusza o merytoryczne uzasadnienie wprowadzenia obostrzeń. Nie doczekał się.

 

Co do strajków i protestów, to znalazłem takie coś.

I nie wiem, czy zielone światło mówi pieszym, żeby pomykali chyżo? Czy dosyć już tych przejść!

wystarczy tylko 270

kurczaczki, dziś wybory w USA. Pamiętam, gdzie byłem i co robiłem 4 lata temu! Ależ czas biegnie.

Ule już pogłosowały dawno. Jedna pewnie na Trumpa, a druga pewnie na Bidena.

Rozmawiałem z koleżankami i się dziwiłem, czemu takie stare dziady startują? Panowie po 70. Ula z TX mówi, że jak Joe padnie, to Kamala będzie prezydentem. Fakt, na przyszłą panią wiceprezydent można oko zawiesić. Na Mike’a Pence’a niekoniecznie. Ale to właśnie 4 lata temu starsze państwo z Indiany powiedziało mi o tym senatorze. Że kibicują Trumpowi, bo jak wygra, to zabierze ze sobą w cholerę tego polityka i da spokój ludziom Indiany.

W Polsce prezydenci raczej młodzi. Kwach, jak był wybierany po raz pierwszy, to miał chyba mniej lat niż ja teraz. 41? A Dupa miał 43 w 2015 roku. Czyli my na młodość stawiamy. Ameryka na … doświadczenie.

A wystarczy tylko 270 głosów zdobyć. Z 538. Wtedy Hilary Clinton aka Leżąca Plaża (Lying Bitch), jak ją większość nazywała. Zdobyła ponoć 2 miliony głosów więcej. I cóż z tego. Nie wygrała w tych stanach, co trzeba. Najwięcej głosów ma się z Kalifornii, bo aż 55. Ale sporo stanów daje ci tylko 3. Także Jakby otumanić ludzi z 3 stanów, to już ma się 122 (Texas 38, Floryda 29).

 

W poniedziałek 4 lata temu zaleciałem do Charleston i zacząłem moją przygodę. Fajny to był road trip.

Myrtle Beach było już po sezonie, także hotel kosztował grosze. Coś ponad 50$. Wysokie piętro, widok na ocean. Jakiś przeziębiony byłem, bo pamiętam, że jakieś tabletki jadłem. Pokój ogromny, a łóżko przepastne. Obudziłem się przed 5 i poszedłem oglądać wschód słońca. Wtorek nadszedł.

Ale wieczorem wcześniej podziwiałem kurort. Niestety lekko zdemolowany był. Huragan Matthew odwiedził Karoliny wcześniej.

Po kolacji spotkałem w barze jakichś chłopców i pograliśmy w bilard. Jeden zaproponował mi jointa, ale odpowiedziałem, że nie palę, bo rano muszę być wypoczęty i na chodzie. Prawda była taka, że koleś wyglądał dziwnie, a ja nie palę takich rzeczy z nieznanych źródeł.

Rano po wschodzie słońca ruszyłem. Dzień wyborów. I to była przyjemna podróż. Ameryka prawdziwa. Nie jakieś betonowe autostrady i lasy, tylko architektura, życie, bezdroża, ludzie. W sumie na północnym wschodzie drogi są nudne. Bo na południu, jest krajoznawczo. Tak naprawdę to takie utwardzone drogi, które i tak nazywają się highway. Jechanie po takich szosach to czysta przyjemność i frajda. Przy którymś kościele stała kolejka do wyborów. Szkoda, że nie zatrzymałem się i nie porobiłem zdjęć.

W Savanah, w The Warehouse, oglądaliśmy w TV relację z wyborów. Ludzie się emocjonowali. Ja wszystkim mówiłem, że dylemat to my mamy co 5 lat w Polsce. A ostatnie wybory, to rozterka pomiędzy głupim a głupszym. W knajpie poznałem kolesia (po prawej) co zamówił sobie krewetki i był w delegacji i paniusię (po lewej). Pogadaliśmy troszkę. Na scenie grał chłopiec na gitarze i wtedy poznałem …

 

 

i do dziś jak to słyszę, to widzę ten bar, to miasto. A Savannah przepiękna, urokliwa!

W Charleston w barze już czekaliśmy na efekty głosowania. Jedno małżeństwo z Indiany, jedno emerytowane z MasaUciechs, ja i barman. Dyskusja trwała w najlepsze. W końcu chłopak powiedział, że nie ma bata, po czarnym prezydencie Ameryką nie będzie rządzić kobieta. Ludzie chcą białego faceta. I miał rację.

Charelston

Ciekawe co teraz będzie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że Joe Biden. Ale już wczoraj ktośtam, cośtam nie wykluczał triumfu Trumpa. Ale dziś znowu czytałem, że Donald ma 1 szansę na 10. Zobaczymy. Może znowu Putin pomoże?

 

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑