Miesiąc: październik 2013

do redakcji Przyjaciółki część 2

Droga redakcjo Przyjaciółki – jestem zaszokowany.

Kwiat naszego społeczeństwa, nadzieja jutra! A taka głupiutka i beszczelna!

Mój promotor też był dziad i się czepiał ale ja o nim tak nie pisałem publicznie.

Muszę tu zacytować, żeby przejść do sedna. Dostałem taki oto mail czy to rozpaczy, czy to zadziwienia, czy to zgorszenia. Nie wiem. Redakcjo roszczygnij. Redakcjo wybaw, bom w rozsypce i w zażenowaniu jest. Pardą maj frencz – jak to mówią angole.

Jestem na takiej liście mejlowej moich studentów – seminarzystów. Rzadko z niej korzystam, raczej oni do siebie pisują i jakaś panna się pomyliła i kliknęła – ‘odpowiedz wszystkim’ i…dotarł do mnie taki e-mail.Cytuję:

Iksińska się dopier*oliła do mojej pracy ze dużo literówek zrobiłam i mam złą redakcję rozdziału, a sama jak pisze do nas maile to napier*ala tak, że nie można jej roszczytać.”

Bożesz Ty mój. Widzisz i nie grzmisz!

Czy ktoś z was miał podobny problem? Jestem ciekaw czy w Szczecinie są takie same chamy jak u tej Iksińskiej. Pani inżynier, co prawda nie ma pani grup seminaryjnych, ale co by Pani zrobiła na miejscu Iksińskiej? Czy studentka powinna się pod ziemię zapaść? Czy kupić sobie słownik ortograficzny? A może powinna zmienić promotora?

Redakcjo czekam na Twe zbawienne rady!

 

gdybym miał ogon

to bym pacną muchy.

 

Weekend wygląda na jakiś sinusoidalny. Raz na wozie, raz pod wozem. Wszystko zaczęło się w sobotę, bo musiałem wstać o 5.30 czasu jeszcze letniego. Ominęła mnie przez to piątkowa, kulinarna uczta u Słodkokwaśnej.

A właśnie, Słodkokwaśna na miesiąc do Wietnamu w styczniu leci. Muszę w końcu wpaść do tego Wietnamu. Koło mnie jest. Tylko nie wiem, co tam robić przez miesiąc? Sajgonki zawijać? Talerze zbierać po jedzeniu? Podłogę po gościach zmywać? W sumie mały ten bar “Wietnam”, więc chyba od roboty się nie zmęczę. Nie wiem.

Po pracy w sobotę nadszedł czas na zakup pysznych steków, co by wieczorem stestować. Nie było 70-dniowych, leżakowanych, więc kupiłem rib-eye. Już w drodze po mięso zaczęło mnie coś drapać w gardle i w nosie swędzić. Grrr. No tak, dawnom nie chorował.

Wieczorem pyszne spotkanie ze stekami w roli głównej. Niebo w gębie i zdjęcia na Instagramie – tak mogę to podsumować pokrótce. Jestem fanem polskiesteki.pl i ich produktów. Nie był to ostatni raz u nich. Szkoda, że dosyć kosztowny.

Ah, w poniedziałek pan mnie pogonił z Urzędu Miasta, bo stwierdził, że łeb mam za mały na zdjęciu. Na szczęście wczoraj Wybitny Warszawski Fotograf dokonał powiększenia głowy. Mam nadzieję, że pan przyjmie komplet wniosków na wydanie nowego paszportu.

W nocy z soboty na niedzielę kolejny dramat – zmiana czasu. Czyli tylko wyglądać, jak o 16 będzie ciemno. Na szczęście pogoda jeszcze bardzo przyjemna.

Dzięki zmianie czasu może jakieś nowe ujęcia powstaną, może padnie jakieś nowe światło na obiekt moich zainteresowań? Instagram przepełniam ujęciami pewnego budynku.

Oczywiście, jak to w niedzielę wziąłem się za porządki. Spornik do karnisza mi się urwał!!!! A żaluzje wyrzuciłem w sierpniu. Jakąś prowizorkę zrobiłem z firanami ale jak zaświecę światłem, to sąsiedzi będą mieli szoł. Kurczę, będą widzieć co w TV oglądam. A tak chciałem obejrzeć “Las bliżej nas” oraz ostatnie odcinki polskiej telenoweli “Klan”!!! Grrr, teraz to wioska włączać jak się na widoku jest.

iTunes uraczył swoich klientów darmowymi koncertami. I przeglądam sobie, i słucham, i patrzę. Jak na razie najjaśniejszy punkt oferty to The Queens of The Stone Age. Cieszę się, że przy zakupie wieży dokupiłem grube kable do kolumn. Ciekawe kiedy przyjdą sąsiedzi z pretensjami.

If i had a tail, i’d own the place

If i had a tail, i’d swat the flies

Jestem maszyną, jestem zeszłowieczny, w krainie darmowej lobotomii

 

 

Run Forrest run

Przebiegnij Warszawo dziś było. Ustawiliśmy się z Panem K. blisko startu. Gdzieś koło 50 metrów lub ciut dalej. Ponoć ludzi było 2 kilometry i startowali przez 10 minut.

Ustawieni tak w boksach startowych słuchaliśmy głupawych komentarzy prowadzącego. Kazali skakać, machać rękoma i tańczyć w rytm muzyki. Jako, że dla mnie to nie była muzyka, więc nie tańczyłem. Na sekundy przed 12.00 powiedziałem tylko do Pana K. – napierd..amy i tyle go widziałem. Endomondo odpaliłem na 20 metrów przed startem. Włączyłem muzykę i popędziłem ile sił w nogach. Przez pierwszy kilometr była walka, dżungla. Biegłem po pasie zieleni po lewej i po krawężniku po prawej. Czyli pokręciłem się trochę. Na drugim kilometrze pani w telefonie powidziała, że lecę już przez 8 minut z kawałkiem. „Oj, źle bardzo źle“ – pomyślałem. „Za szybko lecę“. Na Chełmskiej przed 3 kilometem rozwiązał mi się but po raz pierwszy. Nici z bicia rekordów na 3 kilometry i testu Coopera. Na Sobieskiego pani o kuli beztrosko przechodziła przez ulicę. Cudem wyminąłem. Idiotka. Skręt w lewo i pod górkę po Spacerowej i Goworka to już nie zabawa. Myślałem, że zejdę z trasy, że na czworakach się wdrapię. No cholera za szybko zacząłem. Czekałem też na kolkę ale szczęśliwie mnie nie dogoniła. Ufff. Na 4 kilometrze była jakaś atrakcja zorganizowana przez ING. Zauważyłem li tylko, że asfalt pokryty jest jakimś gumoleum pomarańczowym. Kibiców nie dostrzegałem. Muzyki też prawie nie słyszałem. Sunąłem tylko przed siebie. Wyczekiwałem tylko pani w uszach, która odliczała kolejne kilometry. Mówiłem, a właściwie błagałem – „mów już!“. Pani w uszach informowała mnie co kilometr, więc jej głos był zbawieniem. Na 5 kilometrze miał być catering. Nie było. Po mojemu, pojawił się on dopiero w połowie, między 5 a 6 km. Przytrzymałem się po kubek wody, bo niestety nie nadążali wolontariusze, żebyśmy w locie mogli łapać. Udało mi się wlać do gardła dwa łyki. Reszta poszła na okolice klatki piersiowej. 6, 7 i 8 kilometra nie pamiętam. Wiem tylko, że wtedy but po raz drugi się rozwiązał. Zacząłem wtedy wątpić w dobry wynik i postanowiłem porozglądać się czy Pan K. mnie nie dochodzi. Miałbym wtedy kompana do biegnięcia.

Ucieszyłem jak dziecko jak brałem wiraż z Marszałkowskiej na Aleje Jerozolimskie. To już tylko kilometr z kawałkiem, z moim tempem, to już tylko 10 minut! Dam radę! I już było super, leciało się jak na skrzydłach. Z wielką radością zlatywałem po Myśliwieckiej z górki. Już witałem się z metą. A tu nagle Pani z Endomondo mówi – Ten kilometers in 44 minutes and 49 seconds! Jesssu, ależ czas wykręciłem!!! Nie chce mi się już biec ale mety nie widać. Z górki powyprzedzałem z kilkadziesiąt osób ale straciłem siły na finisz. Z powrotem mnie powyprzedzali.

Zabiłem sobie brawo na mecie.

15 000 osób zarejestrowało się. Prawie 11 900 osób ukonczyło bieg. W swojej kategorii wiekowej zająłem 305. miejsce. Generalnie byłem 1 761! Wstępny, oficjalny czas to 48 minut z kawałeczkiem. Tylko, że na mecie Endomondo zarejsetrowało mi 10 910 metrów. Heh, ale i tak jestem dumny z wyniku.

A dzień wcześniej przeleciałem dyszkę na Grand Prix Warszawy w czasie rekordowym 47 minut 27 sekund. Jak widać z biegu na bieg się rozkręcam.

Pan K. był tuż za mną, jak się okazało. Też super wynik i performance. Gratuluję!

 

A z muzyki, to o Edzi Bartosiewicz nie będę pisał, bo szkoda atramentu. W dwa dni złota płyta w Polsce. No, hm, errrr. Ke? Czemu? Jak to? Pani artystka sama przyznaje, że to nie jest najlepsze dzieło, a właściwie to płyta z 2002 roku. Niesetety słychać i czuć. Z nowości na krążku dodam, że pani Edzia Be piszczeć zaczęła.

 

A druga płyta mnie zaskoczyła. Nie nastawiałem się na nią, bo jakoś zespół mnie znużył. W TVP Kultura w piątek, w programie kulturalnym rozmawiano między innymi o tym krążku. Wszyscy mieli pozytywne opinie. Że zespół nic nie musiał, że nagrał płytę tak naprawdę dla siebie. I z tym się zgadzam. Nagrali ją dla siebie i dla mnie. I podejrzewam, że każdy odbiorca tej płyty tak może powiedzieć. Bardzo fajny album panom z Kings of Leon się udał. „Mechanical Bull“ ożywiło mnie, bo ostatnio nie było nic do słuchania.

 

Z innych, sporotwych ciekawostek. Serena Williams wpadła na półfinał lekko kontuzjowana. Pomachała rakietką, wzięła przerwę medyczną na masaż i zdewastowała naszą najlepszą tenisistkę 6-2 6-2. Eh.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑