Miesiąc: październik 2019

teksańska masakra

gdzie ja byłem całe życie? Teksas jest suuuuper. Mogłem dziś skończyć marnie. Mój smok się rozpił. Wracałem sobie z parku do Austin i pomyślałem, że nie będę tankował w parku, bo drogo. Mijam pierwszą miejscowość – drożej niż w parku. Jadę dalej. No to jadę. I się zaczyna. Dodge żłopie jak opętany. Wiatr wieje nieziemski. To może dlatego zużycie spadło do poziomu 15 mil na galon? Patrzę na kalkulację – 120 mil na tym paliwie. Przede mną bezdroże. No dobra, to aż 200 km. A może tu to TYLKO 200? Panika. Co będzie jak się skończy paliwo? Nie ma zasięgu w telefonie. A jak noc nadejdzie? Nikt się nie zatrzyma pomóc. Rozdziobią mnie niedzwiedzie i tygrysy.

Właśnie. Dziś w parku podziwiałem środkową część i pojawiły się znaki odnośnie zachowania się przy spotkaniu czarnego misia lub tygryska. Hm. Żartów nie ma. Na szczęście ja nie spotkałem. A park mnie się bardzo spodobał. Ukryta stara droga. Tak się jedzie, że aż się kurzy. Kaniony, góry, ukryte kopalnie. Super. Na koniec zajechałem do miasta opuszczonego, czyli Terlingua Ghost Town. Miałem tam mieć hotel, ale opinie miał słabe i wybrałem ranczo. Hm. Ranczo miało tylko jedną zaletę – wygodne łóżko. Wszystko inne na minus – lokalizacja, warunki na ranczu, wyposażenie domku. No niby było wszystko ale jakieś takie po linii najmniejszego oporu. Zlew w łazience jest ale taki, że woda ledwo leci albo ciepłej wody żałują. Ale mieli basen, to się popluskałem.

A to wymarłe miasto super! Lokalsi są! Noszą kapelusze, buty kowbojskie i mówią jak w westernach. I wszystko na serio. Takie ich życie. Może jednak trzeba było tu mieć nocleg? Tylko chwila drogi do Parku. A z tego mojego to ho ho.

No nic. Było, minęło.

W międzyczasie znalazłem sklep z alkiem. Kupiłem małą whisky z Teksasu. Devils River Bourbon Whiskey. To chyba irlandzkie, a nie teksańskie? Już prawie miałem w ręku inną flaszkę z Teksasu, ale w ostatniej chwili zauważyłem „made in Canada”.  Pani za ladą zachwala mój wybór. No to sobie myślę, że chyba nie za dobrze. Przezornie później kupiłem colę. Warto było.

Po drodzę zatrzymałem się w sklepie Little Burro. Bardzo sympatyczny sklepik z fajną … toaletą. Jeden osiołek nawet beztrosko przeciął mi drogę. Ledwom za-(c)ham-ował. Tu kupiłem sobie colę w bardzo szczupłej butelce.

IMG_0738

No to sobie spanikowany jechałem w stronę Austin. Wiatr dmie, że aż strach i ja też zestrachany, że w polu szczerym stanę! Ale nie. Kalkulacja i zdrowy rozsądek wzięły górę.

Maciek, ale ty durny. Do najbliższej wioski ze 30 mil, a Ty masz paliwa na 97. Dojedziesz!

Jak to dobrze z kimś mądrym porozmawiać!

Wyszedłem na tankowanie i … o mój boże. Piździ nieziemsko! Kieleckie się może schować. Ale ok. Auto pełne, można ruszać.

Postanowiłem, że dziś wcześnie zjadę do hotelu, żeby w końcu odpocząć, wyspać się. Ale Teksas to nie New Jersey i Pennsylwania. Tam, to Lodging Area jedna za drugą. A tu? Jak na lekarstwo. Wściekły zatrzymałem się na poboczu, żeby sprawdzić hotele i tu zonk! Nie ma zasięgu. Ruszam i na rampie do autostrady … ta da! Ful zasięg. Jadę dalej. Picnic Area. Zjeżdżam… zero zasięgu. Noż idź ty na chuj i nogami wymachuj!

No Dobra. Miasto za 20 parę mil. Ozuna. Tam musi być życie. Udało mi się wygooglować jakiś zajazd. Nastawiam i jadę. Ale po drodze widzę jakiś szyld z nazwą nic mi niemówiącą. Pal to licho. Raz się żyje. Pan pokój ma za 74$. Wow. Tanio. Ciekawe co za standard. Pan miły bardzo i przyjacielski. Wchodzę do pokoju i … szok! Pięknie, czysto, ładnie, nowo! Zostawiłem bagaż i jadę jeść do lokalu, co pan proponuje. Teksas! W sali dla niepalących muza na żywo. Country, folk i takie tam. Ale jakoś życia nie ma. Siadam dla palących. Później się okaże, że ciuchy walą fajkami. Lalka wzięła jakieś 5$ za członkowstwo w klubie pijaków. Już raz to kiedyś widziałem. To nie knajpa, a prywatny lokal, więc muszę się zgodzić na picie i zapłacić wpisowe. Ok, no biggie. W lokalu kolesie w kapeluszach, w butach kowbojskich. Język angielski przeplatany z hiszpańskim. Nice!

Zjadłem szybko i wyszedłem.

A wiatr hula tak, że mam wrażenie, że mi drzwi do pokoju wyrwie. Eh ten Teksas!

teksański smok

Howdy Y’all!

Marzenia się spełniają. Trzeba tylko mocno chcieć.

Jak kończyłem studia, to chciałem być … księgowym. Na szczęście się nie udało. Może za słabo chciałem.

Teksas chciałem odwiedzić. Jakoś nie wychodziło. Do teraz.

Zaleciałem nawet sprawnie. Sprint nie miał tak strasznego opóźnienia jak potrafi mieć. Tylko 26 minut obsuwki.

Nie lubię wylatywać z Miasta. Bo to koszmar, bo niespodzianka, bo niewiadoma. Od wyjścia z domu na wsi, do dotarcia na LaGuardię minęło ciut ponad 2 godziny. To tak jakbym z Białegostoku wylatywał. Masakra. Już o JFK nie wspomnę. Miałem takie dwa razy, że z miejsca do samolotu wszedłem. A bałem się, że nie polecę. O ile za pierwszym razem chodziło o Charleston, więc byłby mały ból, jakbym nie poleciał, to za drugim już miałem stan przedzawałowy, bo jechałem na lot powrotny do domu.

Także jestem w Dallas i wybieram się do car rental. Po środku niczego jest to lotnisko, ta wypożyczalnia, to miasto.

Podbiłem w końcu do wypożyczalni Hertza. Już nauczyłem się od Piotrka G., że trzeba od razu na Złotego Członka lecieć, bo i tak nie pogonią, jeśli nim nie jesteś. A prawda jest taka, że oni wszystkim dają taki status, jak się człowiek zaloguje do ich programu. Takiż status i jamże miał. Ale nie robiłem rezerwacji przez apkę, bo ta bardzo ssała ostatnimi czasy. Wyłączała się. Dramat.

No to udaję głupiego, że jestem Złoty Członek ale się nie widzę na tablicy. Pan przygarnął. Czarny taki z akcentem z serii „lekki dramat”. Ale jakoś dogadalim się. Pan miły bardzo. Bardzo się przejmował, że system się wiesza, że wszystko długo trwa. A ja mu mówiem – ok, nie ma sprawy. Za piątym ok-ejem dorzuciłem, że przede mną tylko 9 godzin jazdy. A była prawie 18.00, czyli 6 pi em. W końcu pan mi dał pustą kartkę z numerem rezerwacji i mówi, że mam iść po auto. Zapytałem się go o umowę. Pan się podrapał po głowie, jak Pomysłowy Dobromir i dopisał na kartce magiczne słowo „incomplet”. Chyba to meksykańsku znaczy to samo co po angielsku „incomplete”. Coż, najwyraźniej pan w młodości nie wiedział, że skończy w Najwspanialszym Kraju Na Świecie i się na lekcjach angielskiego nie przykładał. Ależ nie bądźmy złośliwi i małostkowi. Najważniejsze to się dogadać. Zapytałem się na koniec, czy nie powinienem dostać od niego umowy. Pan powiedział, że przy wyjeździe pani mi da „complete”. I prawie wziął mnie za rękę i wyprowadził na parking i powiedział:

take any car you want

Myślałem, że jaja pan robi i dla żartu mówię:

For real? Any car? Even that pick-up?

Pan się zawahał na sekundkę i rzekł:

Yes, my friend. Go, open the door. See?

Pan mnie władował do auta. Drewno, skóra. Dodge RAM. Bestia.

Myślę sobie raz się żyje.

Jak jeździłem w ubiegłym tygodniu do Kansas City w Missouri, to Ula zapytała jak się Hiundaj Sonata sprawowała i ile palił. Powiedziałem jej, że prawie 34 mile na galon. Ponoć respect.

Mój Dodge żłopie jak smok – 16 mpg! Z torbami w tym Teksasie pójdę!

Aaaaa. Przejeżdżałem koło jednej rafinerii. Robi wrażenie.

Siedzę w aucie i nie wiem co mam zrobić. Nie ma drążka do zmiany biegów. Ale domyśliłem się, że pokrętłem się to wszystko robi. Podpiąłem telefon i ruszyłem, bo 9 godzin przede mną. Pokręciłem się po lotnisku przy Dallas jak Grzegorz Filipowski na lodzie i pomyślałem, że wrócę oddać tego smoka! Strach jechać. Wielkie bydle. Ale jakoś nie da się google map obsługiwać jak się samemu jedzie. Siri ogarnia tylko Maps, a te u mnie są wyłączone. No to pojechałem przed siebie.

Super auto! Jedyny minusik, który różni go od Sonaty, to to, że jak w Hjundaju się nastawia car play, to przycisk „mów” uruchamia Siri. A tu niestety jakaś obca baba się wtrąca. Także Siri trzeba uruchamiać z telefonu. A jak wiemy, w USA nie można dotykać telefonu podczas jazdy.

Także to jedyny minusik. Włączasz tempomat, to Dodge sam rozumie, że przed nim jest auto i zwlania. Włączasz długie światła, to Dodge widzi, że coś jedzie i przełącza na krótkie. Wajcha od kierunkowskazu jest też do wycieraczek. Chwile mi to zajęło. Fotel na różne strony się układa, przesuwa.

Po 22.30 stwierdziłem, że czas spać. Zajechałem do jakiejś miejscowości i bałem się jechać po niej. Na chwilę zatrzymałem się, żeby graty rozsypane w aucie pozbierać, bo latały za bardzo po podłodze i też się bardzo bałem. Miasto straszne. Wcześniej zatrzymałem się na małe siku, tankowanko przy okazji i jamu, bo ssało. Pogadałem sobie z obsługą – chłopiec i dziewczynka. Zainteresowani byli moim akcentem. Dziewczynka podjarała się akcją roadtrip. Też ponoć lubi. Ciekawe, czy autostop w Teksasie też jest nielegalny? Byle nie skończyło się to Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną.

Także Teksas mi się podoba! Marzenia się spełniają!

road trip

Jestem. Wróciłem. Przeżyłem.

Przejechałem 2 800 mil (4 500 km) w 5 dni. Za autostrady zapłaciłem … 1$. New Jersey to jednak dziwny stan.

Co przejechałem to moje. Amerykanie jeżdżą słabo.

Muszę wspomnieć o zwierzętach na drogach. Czasem takie całe sarenki leżały, jakby spały, jakby zdrzemnęły się na chwilę. A czasem pół sarenki leżało. Czasem rozmazane zwierzę na szosie było. No prawie co chwilę. Tego się najbardziej bałem – nie walnąć w nic wybiegającego z lasu. A drogi mają nieoświetlone. Najbardziej żal mi było chyba pancernika albo jeżozwierza.

Drinking and driving – very scary

To mój najulubieńszy przekaz z drogi.

Czy pojadę jeszcze kiedyś? Pewnie! Ale przelecę część stanów i zacznę road trip z Alabamy albo z Mississippi. Na pewno z NJ już nie wystartuję. Ale ciągnie mnie też do Monatny i Dakot. Pożyjemy, zobaczymy.

Hotele były od takich sobie, do koszmarów.

Jeśli ktoś pamięta filmy typu Urodzeni Mordercy, albo podobne filmy, w których główni bohaterowie chowają się w pokoju motelowym i kończą zaszlachtowani w wannie, albo cały pokój jest dziurawiony kulami, to właśnie wczoraj w takim byłem. Syf. A rano spotkałem karalucha idącego po ścianie. I pokój dla palących.

– czy ma pan wolne pokoje?

– tak. Dla palących.

– a nie dla palących?

– mam dla zwierząt ale myślę, że doceni pan bardziej pokój dla palących

– ok. Za ile?

– dla Ciebie mogę zrobić 109 plus podatek

– ok, biorę

To był drugi hotel w drodze do domu. W pierwszym też był tylko pokój dla palących. Ale nie wziąłem, bo wiedziałem, że będzie śmierdział. Za drugim razem wziąłem, bo byłem zmęczony i nie chciałem tak jeździć w kółko. Wylądowałbym pewnie i tak w palącym pokoju. No coż, tylko 500 zł za noc (125$).

Memphis i Nashville dziwne. Takie niby duże miasta ale przeciętne. Szału nie ma. Ale te pojedyncze uliczki robią robotę.

W Memphis pokręciłem się troszkę. Zaszedłem do Peabody Hotel. Czuć takie lata 20. ubiegłego wieku. Beale street to miejsce gdzie się dzieje wszystko. Bluegrass muzyka. Na ścianach i w oknach plakaty szalejącej Tiny Turner, Jerry’ego Lee Lewis’a. Fajnie! Czułem klimat tamtych czasów. Main street też ruchliwa i atrakcyjna ale już w nowoczesnym wymiarze. Ładna, zielona i z tramwajem po środku. Widok na Mississippi river fajny. W Sun Studio łza mi się zakręciłą i poczułem, jakbym się cofnął w czasie. Ten stolik, ta sofa skórzana. No duch Króla był odczuwalny!

Graceland! Domek Elvisa imponujący od frontu. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że Król ukrywa się już od 42 lat. Ciekawostka. Data rzekomej śmierci Elvisa wypada w dniu 19-tych urodzin … Królowej Popu. Patrząc na basen i backyard z ogródka medytacji miałem ciarki na plecach. Ludzie ogólnie mili w okolicy. Ale jak przyjechałem wieczorem, to się przestraszyłem. Kompletna awaria światła. Przeszedłem się po dzielni coś wrzucić na ruszt. Mapy pokazywały coś w odległości 400 metrów w głąb ciemnej ulicy. Poszedłem, doszedłem, zawróciłem się, bo nie wszedłem. Jakieś czarne dzieci się patrzył na mnie dziwnie, plus ta niby „knajpa” to jakaś chamska jadłodalnia. Obok była smażalnia kurczaków. Na szczęście mieli krewetki.

– poproszę małe krewetki

– bejbi ale to tylko 8 sztuk – powiedziała młoda dziewoja z jedną ręką pod koszulką i z siatką na głowie

– Wiem. Nie jestem taki głodny. Czy mogę poprosić o coleslaw na boku?

– nie mamy żadnych dodatków. Frytki są

– nie, nie chcę frytek

– baby, fries go with shrimps

– ok, fine

Oprócz frytek były jeszcze dwie … kromki chleba tostowego. Ziemniak z chlebem. Po rusku!

Także Graceland mega na plus!

Nashville też w podobnym stylu. Podobna populacja. Ale jakoś zaczepiaczy więcej. Może zależy to od pory dnia. Obleciałem Muzeum Sław, Kapitol i poszedłem na Broadway. O mój Boże. Hałas tępy, bolą, bolą zęby – jak śpiewał kiedyś Lombard.

Knajpa na knajpie! Ludzi od groma w każdym lokalu. I na dodatek wszędzie muzyka na żywo. Łomot! Oczywiście country w Nashville rządzi!

Hitem w nawigacji był komunikat jak wyjechałem z Nashville:

Continue on I-81 north for … 850 km.

A najfajnieszą autostradą była droga numer 555. Ciekawe czy jest 666?

Tennessee polecam!

Mój nowy hit:

amerykańskie drogi

 

Slower traffic use right lanes, unless passing

No i tu zaczyna się opowieść rzeka! Ograniczenie do 55 mph i sunie się coś białego. Biorę z prawej i widzę czarne dziewczę z telefonem w łapie. I jedzie sobie 53 mph. I tak co chwilę, jakieś spowalniacze w swoich wehikułach podróżują sobie. A najlepiej jak truck wyprzedza trucka. Litości. Raz się uniosłem i zamigałem światłami w lusterka trucka. To z tyłu, chyba kolega, odzamigotał mi. Dumb truck drivers!

Rozmawiałem z kilkoma ludźmi stąd i każdy kiwa głową. Kolega z NJ, co go poznałem rok temu powiedział … Jak mam nie używać brzydkich słów, to kolega nic nie powiedział. Dramatycznie jeżdżą amerykanie.

I taka jedna amerykańska droga zawiozła mnie z Fair Lawn w New Jersey do Kansas City w Missouri. Droga długa ale fajna. Drugi raz nie pojadę tak daleko. Ale nie żałuję.

Kansas City fajne. Cieszę się, że odwiedziłem. Pochodziłem to tu i tam. Oprowadzał mnie kolega, który chyba z dziada pradziada tu mieszka. To znaczy dziadek jego z Włoch przyjechał w latach 20. ubiegłego wieku. Czyli raptem 2 i pół pokolenia. Pół? Bo jego syn wyjechał i gdzieś pomieszukje sobie kilka godzin drogi od KC.

Kansas City w Missouri graniczy z Kansas City w … Kansas (KCK). To w Missouri lepsze ponoć jest. Muszę chyba skoczyć za granicę i zaliczyć kolejny stan.

Miasto bardzo zadbane, czyste i … ciche! Budynki odnowione i są albo hotelami albo apartamentowacami. Lunch zjedliśmy w pysznym Jack Stack BBQ. Coż, moja dieta poszła się … w momencie kiedy wsiadłem do Dreamlinera na Okęciu. Oj detox będzie w Waw! Ponoć Kansas City słynie z BBQ i steków. Nowy Jork ponoć „ukradł” im te steki.

Wieczorem poszedłem sobie do włoskiej restauracji Anthony’s. Ponoć jakaś dobra knajpa z serii „oh i ah”. Skubnąłem i poprosiłem o rachunek mówiąc, że bez smaku i nie podobało mi się. Pan i tak wbił na rachunek. Napiwek? Zero procent. A i tak durny byłem, że to zamówiłem. Bo pan mi przyniósł ogromny talerz żarcia. A myślałem wcześniej, żeby zamówić przystawkę z krewetek na makaronie. Klient obok to zamówił i była to spora porcja. Bym się najadł. Cóż są wakacje, a podróże przecie kształcą!

Give yourself a hug and buckle up!

hit me baby one more time

To już … ponad 20 lat od wielkiego hitu Brytnej. Eh, czas leci!

Hejka. Jak niektóre ludzie wiedzą, wyleciałem sobie. Czas wakacji w końcu nastał.

Postanowiłem w końcu dać odpocząć Uli z New Jersey i odwiedzić Ulę z Teksasu.

Uważajcie czego sobie życzycie, bo się jeszcze może spełnić.

W piątek …

Aha. Oczywiście znowu mnie jakaś influenza naszła. Ale to chyba z Waw przywiozłem, bo ostatni weekend w Polsce był koszmarnie zimny.

W piątek zagrałem sobie w Power Ball. Ze 90 milionów tylko można było wygrać, ale co tam! 90 milionów piechotą nie chodzi! Napisałem do Uli z NJ, że w poniedziałek do pracy nie musi iść. I nie poszła. Smutna buzia. Nie będę wdawał się w szczegóły, ale wesoło nie było i nie jest.

Dodam, że nie wygraliśmy.

Nawet Ula z TX chciała się przypodobać i liczyła na jakąś działkę. A ja dobry i się zawsze dzielę. Także 0 podzielić na milion znajomych równa się … sami wiecie ile.

I w ogóle ten wyjazd jakiś taki zajęty. Porozrywany jestem. Za dużo znajomych w tej Ameryce.

I bardzo fajne mieliśmy spotkanie z Państwem G., które akurat powracało z Atlantic City (bez sukcesu). Pycha jedzenie w gruzińskim lokalu i później do białego rana gry i zabawy ogólnorozwojowe. Fajna ta chata Uli. Przytulna. Miło się pomieszkuje w niej.

14 mój wyjazd do USA miał stać pod znakiem road tripów. To znaczy taki miał być plan.

Skończy(ło) się na poleceniu do Teksasu. Ale w międzyczasie wymyśliłem, że pojadę autem do Kansas City. Bo zawsze chciałem.

To jestem w drodze. Powiem tak. 1950 km to jednak wyzwanie. Ale tanio. Bo wydałem na paliwo (na razie) tylko ich 50 pieniążków. PiSPolska jednak droga.

Dałbym radę za jednym razem dojechać, bo czas się zmienia po drodze. Ale chciałem zatrzymać się gdzieś, nie wiadomo gdzie na noc i popatrzyć na lokalsów. No to właśnie jestem i patrzę. Nie rozumiem Missouriańskiego. Babka coś mi w hotelu opowiada, a ja ani be, ani me. Dopiero moja zajebista inteligencja podpowiedziała mi, że pani (chyba) dała mi upust w hotelu. W knajpie to samo. Najpierw jakaś barmanka coś zagaduje, a później stary dziad przy barze. Starego dziada spławiłem szybko. Czyli nierozumienie jest pomocne! Ha!

Także jestem już w Missouri.

A po drodze? A fajnie. Poczytałem sobie. Bo lubię, bo w sumie dawno nie czytałem.

Hit a worker – 10 000$ or 14 years

Lubię takie życiowe opowieści. Na szczęście mnogo ich w Ameryce, bo lubią oni pisać, a nie piktogramy stawiać. Raz się w Waw zszokowałem, bo skręcawszy w Idzikowskiego z Sobieskiego natknąłem się na rząd tablic z zakazami i nakazami. Literami!!! No co za debil to wymyśla?

W stanach te napisy są jakieś … esencjonalne. Choć dziś wjeżdżając do Missouri przegapiłem jedno opowiadanie. Ale chyba coś o tym, że jak widzisz jakieś auta na sygnałach, to masz zjechać lub zmienić pas. HGW, za szybko prułem. No i przecie nie kumam po Mizuriańsku.

Aha, Indiana ssie! Słaby stan. Pada deszcz i korki. Jak pożegnałem Państwo na H, czyli Ohio, to władowałem się w korek. Na wyjeździe z Indiany, też korek! Słaby stan. I Mike Pence, wicePOTUS jest z Indiany. Eh, same nieszczęścia.

Ale dojechany jestem. Wszystko jest ok.

Nie mogę tylko nadziwić się, jak zacofana Ameryka jest pod względem bankowości. Ula z NJ w tym robi, to wie. A ja, jako konsument się dziwuję, bo już nawet nie ma co się denerwować. Choćby jakbym miał tylko jedną kartę, bo wesoło by nie było.

Chwalą się Amerykanie, że można zbliżeniowo i Apple Pay regulować płatności. Mhm, Apple pay my ass! Zbliżeniowo? Tap my ass! Ni chu chu. I co za czort z tymi zip codem?! Po kiego czorta, jak wpisuję swój polski i nie działa! Na zszczęście karta Chase niezaowdna i jak 5 innych nie zadziała, to wtedy wyjmuję amerykański plastik. Działa.

Dobra Kochani, lecę spać. Bo jakoś późno się zrobiło. Jutro Kansas City, a póżniej …

Ciiiiii

Może „I’m walking in Memphis”? A może ogólnie „Tennessee Whisky”? Się zobaczy. Wiem od dziś, że Indiana ssie!

 

PS. Byłem na wyrobach. Wyniki mnie dobiły. W naszej sali wyborczej, która była w kościele, jakiś stary dziad wrzucając kartkę zakrzyknął „Tylko PiS”. Ja odpowiedziałem:

Niech pan sobie głosuje, ale to ja muszę z nimi później żyć.

A może tak by nie wracać? Otumanił ten PiS to nasze społeczeństwo. W każdej grupie wiekowej. Strzaszne!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑