Miesiąc: kwiecień 2013 (Page 1 of 2)

Taxation without representation

Wybraliśmy się w końcu do D.C. Już nawet hotel mieliśmy zabukowany ale Sasza w ostatniej chwili kazał odwołać. Okazało się, ze odwiedzimy znajomych Pana mieszkających w Reston, VA. Tylko 21,7 mili od Białego Domku.

Nawigacja skazała, ze będziemy jechać 4 godziny i 1 minute. Wyszło trochę więcej bo raz na napisanie się zatrzymaliśmy, kupując pyszności w McDonalds.

Wyruszyliśmy ze stanu New Jersey zwanego Garden State i przejechaliśmy przez:

Pensylwania – State of Independence

Maryland – Old Line State; Free State; Little America; America in Minature

Delaware – The First State

Virginia – Old Dominion; Mother of Presidents; Mother of States

Lena i Sierjoga okazali się być przesympatycznymi ludźmi, bardzo gościnnymi. Także od razu wycieczka nam się spodobała. Reston, a właściwie osiedle, na którym mieszkają tez było sympatyczne i urokliwe. Dom maja duży w piwnicy salon z tv i ogródkiem, na parterze – kuchnia z salonem do słuchania muzyki i na gorze – sypialnie.

Sasza zna się z nimi jeszcze z czasów pracy w Moskwie. Lena i Sergiej przyjechali tu w 1998 roku, a Pan rok później.

Lena podrzuciła mnie i Ule do West Church Falls Metro Station i zaczęła się nasza przygoda ze zwiedzaniem Waszyngtonu. Na sam przód przyszło nam zmagać się z maszyna do biletów. Piękna, wielka, kolorowa z maluteńkim wyświetlaczem i trzema przyciskami A, B, C. Z czym jak z czym, ale z maszyna do biletów, to chyba każdy głupi potrafi się obejść. No i jak głupi poszedłem do pani Biletowej Oficerki o kolorze skory odmiennym od mojego. Niemiło powiedziała, ze wszystko jest napisane na maszynie i “follow the instructions”. Grrrr. Wcześniej podpytaliśmy się kogoś o pomoc. Ta osoba tez miała przerażenie w oczach. W drodze powrotnej do automatu ta sama osoba podpowiedziała, żeby do jeszcze jednej pani podejść, bo ta rozkminia maszynę. Udało nam się tylko namierzyć, ze od naszej stacji do South Capitol cena za bilet wynosi 3,45$. W dwie strony to będzie 6,90. Kupiliśmy w końcu dwa bilety i zeszliśmy na peron. Jako, ze pod dachem trochę wiało i było chłodnawo, poszliśmy na sam koniec platformy ogrzać się w słońcu. Jacyś pracownicy metra wracający skądś okazali się bardziej pomocni, bo jeden pan powiedział “the train stops over there” pokazując palcem środek platformy. Uświadomiliśmy pana, ze się w słońcu kąpiemy ale podziękowaliśmy za rade.

Nadjechało metro. 16 stacji do South Capitol, czyli końca wszelkich atrakcji miasta. Na 5 stacji stwierdziliśmy, ze może lepiej wysiąść na początku Mall-a, czyli na Foggy Bottom George Washington University. The National Mall to taki prostokąt zaczynający się Monumentem Lincolna i kończący sie Capitolem. Po obu stronach tego prostokąta ciągną się: Constitution Ave i Independence Ave usiane darmowymi muzea. Rożnymi! Muzeum ludzi, muzeum historii naturalnej itd.

Może teraz napisze o moich refleksjach na temat miasta:

– nikt nie pali! Przez 10 minut rozglądałem się za kimś palącym. Nie wiedziałem w sumie, czy publiczne palenie jest zabronione. Zapaliłem w sumie 3 papierosy, rozglądając się za każdym razem nerwowo, czy nikt nie rzuca mi niewłaściwego spojrzenia.

– pusto w tym mieście! Gdyby nie turyści, to na ulicy byliby biegacze i rowerzyści, z przewaga tych pierwszych. Ogromna przewaga. Także realia w serialu “House of Cards” jak najbardziej zachowane. Główna bohaterka przecież namiętnie biegała.

– czysto! Bardzo schludne miasto. Grzeczne, ułożone. Wiadomo – stolica najpotężniejszego państwa na świecie.

– na światłach pokazuje się czas do białego światła. W USA tylko czerwone światło jest czerwone, a zielone jest białe. Rozśmieszyło nas, gdy na jednym, niewielkim przejściu pojawiła się liczba “99”. 99 sekund do białego światła!

– samoloty latające nad głowami ludzi. Przedziwne wrażenie. Nad Manhattanem jest zakaz latania.

– zielono!

– straszne odległości między punktami zwiedzania. Zrobiliśmy 10 km, idąc 122 minuty!

– makabra w poruszaniu się autem! Nie dość, ze tłoczno, to jeszcze problem z zaparkowaniem.

Wysiedliśmy z tego metra, zrobiliśmy zdjęcie mapy na przystanku i poszliśmy dalej. Mauzoleum Lincolna pierwsze nam się pokazało. Widok jest dziwny tych zabytków. Zielono wszędzie i nagle taki biały, wielki gmach! Zwiedzanie wygląda jak ściganie drugiego końca tęczy. Wydaje się, ze już tuz tuz jesteśmy, a to jeszcze tyle trzeba przejść. Obeszliśmy Monument Linkolna. Na samej gorze, do okola są podane nazwy stanów wraz z rokiem przystąpienia do Unii. Zapamiętałem tylko kilka pierwszych – Delaware, New Jersey, Pennsylwania. Pierwotnie Unie zawiązało 13 stanów (jest to m. in. pytanie na przyznanie obywatelstwa).

O przodu weszliśmy na gore zobaczyć jak siedzi Abra-Ham-Ka-Dabra Lincoln. Duży! Monumentalny! Stojąc plecami do El Presidente widać wielką sadzawkę i Washington Monument. A jak się przesunie w lewo, to nawet dach Capitolu. Nie wiem dlaczego cały czas mówiłem Coloseum!

Od Abrahama od razu ruszyliśmy do Baracka.

 

Po drodze minęliśmy ścianę ofiar wojny wietnamskiej.

Biały Dom jest … biały i zarazem nie taki duży. Lekko się zaskoczyłem wielkością. Na szczęście turystów w mieście mało, wiec można było dostać się pod bramę. Ula powiedziała, ze jak była 7 lat temu, to na Pennsylwania Ave było tyle ludzi, ze dostatnie sie pod plot było niemożliwe.

Biały Malutki Domek (no, ok, nie taki on mały, ale zawsze mi się wydawało, ze jest duży) obeszliśmy, żeby zrobić zdjęcie od tylu.

Następny na naszej trasie był Washington Monument, który tylko minęliśmy, bo był w restauracji. Popękał podczas trzęsienia ziemi w sierpniu 2011 r. Obelisk jest jednym z najwyższych w swoim rodzaju obiektów i liczy bez mała 170 m. Wewnątrz pomnika znajduje się winda, którą można było wjechać na jego szczyt, skąd w zależności od przezroczystości powietrza rozciąga się widok nawet na ponad 60 km.

W międzyczasie mignęła mi kopułka. Okazało się, ze to Jefferson Memorial. Postanowiliśmy podejść, bo wydawał się całkiem blisko. Wydawał się jest właściwym słowem. Między nami była tylko wielka sadzawka. Pójście tam i z powrotem zajęłoby nam z godzinę. Mogliśmy tez wypożyczyć rower wodny. Ale czas mieliśmy ograniczony, bo musieliśmy być w domu po 20, żeby Ula mogla ułożyć młodego do snu. Później na mapie zobaczyłem, ze memorial stoi na wyspie, wiec dobrze, ze nie podjęliśmy próby iścia.

Pod koniec XIX w. w miejscu, na którym dzisiaj znajduje się Jefferson Memorial, składowano wybierany z dna rzeki Potomac materiał osadowy. Teren stał się wówczas popularnym wśród mieszkańców miasta miejscem plażowania. Będąc usytuowanym na wprost Bialego Domu, nadawał się znakomicie na wzniesienie na nim ważnego z punktu widzenia historii państwa pomnika. W 1901 senacka komisja odpowiedzialna za przebudowę stolicy kraju, zwana Komisją McMillana, zaproponowała wzniesienie budowli-panteonu, w której mogłyby być ustawione statuy sławnych postaci. Nie podjęto jednak żadnych konkretnych decyzji.

Następnie rzuciliśmy się w kierunku The Capitol. Przed nami tylko długie na parę kilometrów pola do przejścia. Zrobiliśmy postój na lekki odpoczynek, kończąc niedobrego bajgla. Obok dziecko wiązało but ojcu. Ciekawe czy stary wie, ze era niewolnictwa skończyła się dawno.

Capitol obeszliśmy. O ile z przodu było kilka osób, to z tylu (czyli od wejścia) nie było już nikogo. Ale to naprawdę koniec już Malla, wiec ludzie mogli mieć dosyć. Odległości są iście amerykańskie. Od Capitolu do metra doprowadziła nas New Jersey Ave. Poczuliśmy się jak w domu. Ulice w Waszyngtonie maja np. numerki (tak jak wszędzie), litery (np. ulica M) oraz nazwy stanów (np. West Virginia Ave).

Wsiedliśmy na South Capitol i pojechaliśmy do naszej stacji. Lena nas odebrała. Żeby nie było tak prosto, na wyjściu, na bramkach znowu nas spotkała niespodzianka. Okazało się, ze maszyna liczy sobie 1$ za wydanie karty, na której jest zakodowany bilet! W związku z tym, ze wysiedliśmy wcześniej, to zaoszczędziliśmy 70c. W maszynie przy bramce okazało się, ze brakuje nam jeszcze 1,3$. Czyli maszyna liczy sobie dodatkowego dolara za wydanie biletu w każda stronę (mimo, ze cały czas używaliśmy jednego kartonika)! Zdzierstwo! Oczywiście zanim się zorientowaliśmy o co chodzi poszliśmy do naszej Biletowej Oficerki. Ta nie patrząc na nas pokazała palcem plansze i powiedziała “read the regulations”.

Wrocilismy do Reston i spędziliśmy przesympatyczny wieczór z gospodarzami.

Na drugi dzień, o 9 rano pożegnaliśmy się z gospodarzami i pojechaliśmy do D.C. Tym razem padło na Georgetown, czyli takie niby Old Town. Urokliwie, kolorowo i sympatycznie. Ale jakiegoś większego szalu nie ma. Zajęło nam tam godzinę. Państwo poszło z młodym w jedna stronę, a ja obleciałem osiedle wzdłuż i wszerz.

Później udaliśmy się do Muzeum Historii Naturalnej. Ula z młodym wysiadła wcześniej, bo mały już marudził, a my szukaliśmy miejsca. Jeden niewłaściwy ruch i już byliśmy na autostradzie poza centrum miasta. Wróciliśmy na Mall i fuksem udało nam się zaparkować z tylu wejścia do muzeum.

Muzeum w stylu miasta – czysto, schludnie, fajnie. Nowojorskie muzeum jest większe, ale tu tez milo spędza się czas. Wyszedłem pierwszy i jakiś azjatycki pan zaczął coś mówić na temat auta. Kompletnie nie wiedziałem o co chodzi. Zadzwoniłem do Saszy i powiedziałem, ze chyba źle zaparkowaliśmy. Okazało się, ze pan stal na ulicy swoim autem z przyczepa z jedzeniem. Zablokowaliśmy go. Ooops.

Wracało się długo. Wyjazd z D.C. koszmarny. W Pensylwanii tez lekko tłoczno. A NJ Turnpike jak zwykle o tej porze pełna aut. 6 godzin wracaliśmy.

W domu urządziliśmy biesiadę i poszliśmy wcześnie spać.

Zastanawiam się nad Bostonem. Myślałem, ze taniej będzie w związku z ostatnimi wydarzeniami. Ale nie. Hotele zaczynają się od 500 zł za noc.

Waszyngton bardzo polecam!

shop ’til you drop

Tak, dziś ten dzień. Bergen Mall, GS Plaza, DSW, Paramous Center. Będą zakupy. Musze zrobić listę, co potrzebuje, bo wpadnę do sklepu i zgłupieję.

Sklepy otwierają o 9.30 a.m. lub 10 a.m. Dochodzi 9, wiec popisze na blogu i się pozbieram.

Wczoraj byliśmy u fryzjera w naszym mieście. Półtorej godziny zleciało szybko.

Obok mistrzyni lokalnego grzebienia obsługiwała klientkę. No buzie im się nie zamykały. Ula, mówi, ze do niej to kolejka na 4 miesiące. Ja uważam, ze gdyby tak szybko raczkami machała, jak buzia, to kolejka byłaby krótsza. Na koniec Jenny stwierdzila, ze strasznie szybko po polsku mówimy. Nie może wyłapać pojedynczych slow, tylko słyszy “szyszyszyszyszy”. Uświadomiłem ja, ze to nie było szybko.

Cały salon stwierdził, ze musi mnie Agnieszka ściąć na krotko, bo mam ładną buzie.

Brwi tez mi przystrzygli! Czuje się jakoś nago bez kudłów.

Ale ogólnie może być. Czuje się lżej i młodziej. I dzięki temu waga mi spadła o kilogram!

śniło mi się dziś, ze mordowałem zwierzęta. Ale tak złośliwie. Postrzeliłem kotka w udo, ten się jeszcze miotał, to go kocykiem “przykryłem”. Widziałem strach i umieranie w oczach zwierząt (w sumie to tylko koty i psy były). Koszmar jakiś.

Krzywdę wyrządziłem tylko raz w życiu – rzuciłem w gołębia kamieniem. Się założyliśmy, czy ktoś trafi. No i oczywiście trafiłem. Ale miałem 13 lat, to bardzo głupi bylem wtedy. Gołębi szczerze nienawidzę! To trauma za mieszkanie na ostatnim piętrze w bloku.

Co może mój sen znaczyć?

 

DSC_0471

 

Barber shop, czyli zegnaj 18-miesięczna hodowlo

Tak, to dziś. Ścinam hery. Zaproponuje pani, żeby coś zaproponowała. Jak nie, to 1/3 cala i jechane.

18 352 kroki; 162 min iscia,14 km, 913 kcal. Udeptanym. Jutro idę biegać. Po shoppingu.

Z dworca poszedłem od razu na TImes Sq zrobić fotki, może panoramę da się zrobić. Budki na zdjęcia nie znalazłem. Szkoda. Poszedłem do Grand Central Station zrobić fotki, może się da panoramę zrobić.

Postanowiłem zejść 3 aleja do Mostu Brooklynskiego. Zacząłem od 44 ulicy. Jednak skręciłem w 25 ulice, żeby wejść na Lexington Av. Nuda na tej trzeciej alei. Mało ludzi, sklepy użytkowe. Ale w miarę przyjemnie do życia. Lexington Av zakończył się Garmacy Parkiem. Piękny, ogrodzony wysokim płotem z 4 stron. Próbowałem dostać się z 3 stron ale było zamknięte, mimo ze 4 ludzi było w środku. Pewnie prywatny park dla mieszkańców pobliskich bloków. Nie bylem tu nigdy jeszcze. Dziwne.

Wcześniej kupiłem sobie lunch – sałata, jajko, tuna, ser blue cheese i mnóstwo zieleniny. Ble!

Lexington Av zamienił się w Irving Plaza, która doprowadziła mnie do Union Sq. Znowu wbiłem się na lewo. Siedzę sobie na skrzyżowaniu Mott St i Prince St. Bardzo urokliwe miejsce.

O, numerki się pokończyły w nazwach ulic! Dopiero do mnie dotarło. Małe Włochy, czyli Little Italy. Małe Włochy to będę miał, jak wrócę od fryzjera.

Za chwile wejdę na China Town o most już prawie, prawie.

W Best Buy przy 5, czy 6 alei kupiłem CD Jessie Ware. W Polsce już chodziła ona za mną. Dziwne, ze większość artystów z UK kupuje w US.

Most mnie rozczarował. Cały w remoncie. Rok temu tylko do tej pierwszej wieżyczki były ploty. Teraz są na całej długości. Szkoda! Plus jest taki, ze nie zrobiłem kilkuset zdjęć, jak to mam w zwyczaju z tego miejsca. W drodze powrotnej robiłem foty przejeżdżającym rowerzystom.

W parku przy moście murzynki tańczą i zachęcają ludzi do udziału. Jakoś bezskutecznie, chętnych nie widać. Mogliby w sprzęt zainwestować, bo strasznie rzęzi ta muza.

Wczoraj się strzaskałem. Dziś dotrzaskałem się bardziej. Troszku skóra skwierczy i jest czerwona.

 

The Ocean Doesn’t Want Me, czyli pomocy

Potrzebuje pomocy fachowców od ankiet. Socjologi, inżyniery ze Szczecina łączcie się.

W Ameryce jest tak, ze cokolwiek kupisz, to od razu wysyłają surweje do wypelnienia. Zeby poprawic jakosc obslugi, zeby dostac rabaty i inne benefity.

Wczoraj zabukowaliśmy hotel w celu zwiedzenia D.C.

Dziś na skrzynce mam ankietę. Z nudów myślę sobie – a, wypełnię.

Pierwsze pytanie mnie skonsternowało.

Have you already taken your trip or are you currently travelling?

Yes

No

 

Olałem te ankietę.

Jakoś przejmująco zimno dziś znowu, mimo tego, ze słońce już prawie w zenicie. Iść, nie iść? Oto jest pytanie. Hm, weather.com mówi, ze słonecznie do 8 p.m. będzie.

Myślałem o oceanie. Ale pogoda nie jest zbytnio oceaniczna. Może nad most się wybiorę? Strzeliłbym sobie York Ave, albo którąś inna pierwsza aleje od wschodu?

Ciesze się, ze nie mam konta na fejsie. Zamówiłem coś na koncie Uli i po złożeniu zamówienia pojawił się ekran w stylu “pochwal się na fejsie, ze kupiłaś to i tamto”. Koszmar!

Ja wczoraj kupiłem dwa lakiery do paznokci. Co by sobie znajomi pomyśleli?

Dygresja. Wpisuje w post wyraz “kupilem” i autopoprawiacz proponuje mi w pierwszej kolejności “kopiłem”. Co znaczy kopic?

Dygresja nr 2: Nie wiem czy pisałem o tym. Dzień przed nieproszonymi gośćmi oglądaliśmy horror “Hide and Seek” z Robertem DeNiro i z jakąś młodą lalką, co Ula mówi, ze jest znana. No ja jej nie znam. Film nudny, przewidywalny, mało oryginalny. Przestrzegamy. Pomyślałem sobie w żartach, ze nas okradli dlatego, ze ten durny horror oglądaliśmy. Miałem to nawet napisać w poście i miałem już szkic. Ale jak się okazało, ze naprawdę nas okradli, to zmieniłem to. Późnym wieczorem, jak już detektyw wyszedł, Sasza powiedział to samo!

Great minds think alike!

 

Old Shoes (& Picture Postcards), czyli co robiłem na Mieście

Dziś dzień pod znakiem szukania botów i rozglądaniem się za kartka. Tylko nie wiem po co mi 10 kartek za 1$.

Znowu opuściłem dom o 9:50 a.m. Mam nadzieje, ze historia się nie powtórzy.

Zacząłem od 8 alei, az do zbiegu B-way i 5, czyli do Flatiron Building.

Jakoś mnie to rybie oko nie przekonuje. Wszyscy krytykują.

Dziś chyba na dol zejdę. Jest fajna pogoda – słońce, delikatny wiatr.

Wczoraj wieczorem wyszedłem na biegi. Przeleciałem się po parku, mijając zająca i dwie sarenki. Poczułem się jak “Rogas w dolinie Roztoczy”. Biegało się naprawdę milo. 31 minut, czyli lekko ponad 5 km, czyli ze 3 i pół mili.

Na szczęście na hokeja nie poszedłem i nie skończyłem w Princeton. NJ Devils grali z Montreal Canadiens. Hokej mnie nigdy nie pasjonował. A NHL mógłbym zobaczyć ale tylko 15 minut by mi wystarczyło. Nie wysiedziałbym 60 minut czystej gry i dwóch przerw.

Strasznie dużo ludzi na Mieście.

Na Herald Sq był jakiś event związany z UFC. Ale wyglądało to blado, wiec się nie zainteresowałem. Obok przy wejściu do Macy’s spotkałem Pitbulla, tego koszmarnego kubańskiego rapera . No jak dwie krople wody i ten sam nikczemny wzrost. Ale ten mój Pitbull nosił jakiś uniform z plakietka, wiec wnoszę, ze to nie ten prawdziwy. Ale podobny jak dwie krople wody, mowie wam.

Na Union Sq znowu targi żywności. Można kupić kurczaka, jajko, rybę i mnóstwo zieleniny. Wstąpiłem do domu towarowego i odwiedziłem dwa sklepy z butami. Niestety nic ciekawego.

Niepostrzeżenie wszedłem do części uniwersyteckiej na Village. Washington Sq znowu pełen ludzi pasywnych i aktywnych. Za mną kwartet jazzowy przygrywa, a przede mną stepują na deskach. Ludzi miliard. Wszyscy siedzą na ławkach i fontannie lub leżą na trawie. Gorąco się zrobiło. Idę wrzucić półtora dolara jazzom i lecę dalej.

Tuz za parkiem zobaczyłem muzyka i aktora. Ten pan co grał prawa rękę Tony’ego Soprano w “The Sopranos”. Steven van Zandt. Stal przed restauracja i tekstowa. Jestem pewien, ze to był on. Otarłem się o Tribece z prawej i China Town z lewej i idę dalej w stronę wieży WTC. Siedzę teraz na środku W Houston przy Sullivan St. W Houston ma po środku pas zieleni, wiec auta mnie mijają z prawej i lewej.

Na Village minąłem fryzjera. Aż się zawahałem – taka spóźniona dygresja.

Przy Spring St znalazłem pub z napisem informującym , ze o 2:30 p.m. będą mecz pokazywać – Real vs Borussia. Mam nadzieje, ze CR7 pogoni cale to trio z Dortmundu.

Lunch kopiłem w Amish Market przy 53 Park Pl. Obsługiwała mnie LaKisha, bo tak stoi na paragonie. Znowu sushi. Ale nigdy nie jadłem u amiszów, wiec chciałem spróbować, bo pewnie zdrowo.

W Century 21 przez 30 minut wybierałem buty. W końcu znalazłem. Po 5 minutach stania w kolejce porzuciłem je na ladzie. 5 kasjerów robiło coś przy jednej kasie i miało gdzieś kolejkę. To ja miałem gdzieś kasjerów.

Chciałem na gore wrócić z buta, ale poddałem się i na 14 ulicy wszedłem do metra. Na autobus 4:10 p.m. spóźniłem się tylko 2 minuty, nie jedna, jak dwa dni temu. Mam nadzieje, ze historia się nie powtórzy.

Podoba mi się przechodzenie przez ulice. Nie tak jak w Poznaniu, co dwa razy mnie policja złapała, bo albo na czerwonym albo w niewłaściwym miejscu. Tu jest tak, ze idziesz cały czas. Jak jest czerwone, to tylko przepuszczasz auta. Wygląda to trochę tak, jak zombi atakujący ludzi.

Wróciłem do domu. Po chwili zadzwonił pan od garażu, ze przyjeżdża. Sam mu na imię i jest z Macedonii. Od 15 lat w USA.

Na jutro mam wizytę u fryzjera.

Dziś 14 205 kroków, 129 minut iscia, prawie 11 km, 750 kcal – to prawie tyle co w poniedziałek.

911, czyli spotkanie z FLPD i biurem Szeryfa

No okradli nas! Wpis może zawierać wulgaryzmy.

Jakieś chujki włamały się do mieszkania!

Co by było, gdybym zdążył na ten 4:10 p.m. wczoraj?! Nawet nie chce o tym myśleć. W sumie to nie wiem kiedy to się stało. Na pewno miedzy 9:50 a.m. a 5:30 p.m.

Wracam do domu, patrze – ulotki na podjeździe i na ganku. Nowość. Nigdy nie spotkałem się z czymś takim. Ale myślę sobie, no cóż, ulotki pewnie rozrzucają wszędzie. Teraz tak myślę, ze jednak wchodzenie na posesje nie jest właściwym zachowaniem. Wszystko się zazwyczaj rzuca na front yard.

Otwieram moskito drzwi i widzę, ze tylne drzwi są otwarte. Telewizor stoi na podłodze, a drzwi pod zlewem są otwarte. Te drzwi mnie zmyliły. No bo co można spod zlewu ukraść? śmieci? Akcja “niewidzialna ręka”? Coś mnie jednak podkusiło sprawdzić, czy są komputery, bo to w sumie najcenniejsze rzeczy dla złodzieja. Bo co innego? Kasy raczej się nie trzyma w domu. Komputery były, wiec stwierdziłem, ze pewnie Sasza wrócił wcześniej i coś majstrował przy tv i przy kompie pod tv.

Aha, na stole stała torba z dokumentami i książeczki czekowe leżały obok. No pewnie rura pękła pod zlewem i Sasza szybko poleciał do sklepu po zakupy. W domu panował porządek.

Na wszelki wypadek dzwonie do Uli zapytać, czy ktoś był w domu? Może jakiegoś majstra ewentualnie zamówili. Ula nie odbiera, czyli wyszła z biura. Dzwonie do Saszy, ten tez nie odbiera. Wyciągam maczka i sprawdzam pocztę i czekam na Państwo, które zaraz przyjechało. Ula wchodzi pierwsza. Pytam się, czy ktoś był wcześniej z nich w domu. Ula mówi “nie. Okradli nas”.

Wszedł Sasza, zamieniliśmy dwa zdania i już Ula dzwoni na “911”. Pani kazała opuścić natychmiast dom.

Przyjechali najpierw oficerowie z Fair Lawn Police Department w liczbie 3. Zdałem relacje, co się stało, bo wyszedłem ostatni i wróciłem pierwszy. Panowie poszli zrobić wywiad środowiskowy. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał.

Okazało się, ze garaż tez splądrowali. Zniknęły 3 rowery, generator prądu, dmuchawa do liści i podkaszarka.

Debile te złodzieje. Jeśli przeszukali wszystkie szuflady w garażu, to musieli znaleźć klucz od domu. Nie trzeba by było wyłamywać drzwi. Pan główny oficer okazał się mieć korzenie włoskie, wiec sobie porozmawialiśmy czekając na detektywa.

Zapytali się nas policjanci czy coś zginęło. Powiedziałem, ze nie wiem. Wszedłem do domu, zobaczyłem co zobaczyłem i wziąłem mój laptop, telefony oba leżały na stole, wiec nie pomyślałem o złodziejach. Później skojarzyłem, ze w szafie miałem – paszport, obiektyw, 500$ w gotowce, kartę do bankomatu, dwa blackberry. Już się pożegnałem z tymi rzeczami.

Poczekaliśmy na detektywa oraz grupę “dochodzeniowa” od Szeryfa. Weszliśmy zrobić oględziny. Mój pokój był nie ruszony. Góra za to cala przewalona ponoć (nie wchodziłem, wiem z relacji innych). Pan detektyw powiedział, ze wystarcza 3 min, żeby zrobić dom. Złodzieje wiedza czego szukać i gdzie. Najczęściej są to sypialnie. Tylko nie wiem po co pokój dziecka plądrowali. Młody by się wkurzył, gdyby zabawki poginęły.

Także na gorze byli, w piwnicy raczej nie. Na dole zaczęli od biura, bo wyciągnęli stamtąd ta torbę z dokumentami i książeczkami czekowymi. Coś musiało ich naprawdę spłoszyć. Zakładamy, ze listonosz.

Grupa dochodzeniowa porobiła zdjęcia. Na podjeździe pan postawił numerki od 1 do 3 przy tych ulotkach. Później wyciągnęli proszki i pędzelki i zaczęli opylać dom, głównie drzwi, drzwiczki, tv, gdzieniegdzie ściany.

W sumie pan detektyw opuścił dom lekko po 21. Okazał się on być o korzeniach litewskich. Jakoś europejsko się porobiło.

Sasza stwierdził, ze chyba nie ma paszportów, świadectwa jego narodzin. Czyli to co najgorsze – identity theft. Ale przeszukał torbę raz jeszcze i znalazł. Uff.

Z domu zniknęły – biżu, mały laptop oraz pamiątka chrztu małysza.

Dziwne, ze nie wzięli dwóch tabletów leżących na stole. Stwierdziliśmy z Sasza, ze te nowsze urządzenia są łatwe do namierzenia. Teraz sadze, ze nie mieli czasu na zabranie ich.

W kuchni w szufladzie tez leżą jakieś grosze i tez nie zabrali ich.

Proszek, który sypali najlepiej zmyć płynem do mycia naczyń. Lysol jakoś rozmazuje wszystko.

Na ochłoniecie pograliśmy sobie w bierki oraz w domino. Ja i Ula patrzyliśmy na obrazki, a Sasza patrzył na cyferki na kostkach przy tych obrazkach. Heh, inna percepcja u tych Rosjan.

Dziś jest zimniej niż wczoraj i nie ma słońca. Popilnuje chyba dziś domu.

 

Big in Japan, czyli pierwszy dzien na Miescie

Heh, czy do wszystkich przyjaciół jeździ 164? Z miasta Warszawa na Wilanów do Państwa na K podjeżdża 164. Od Państwa w Fair Lawn do Miasta tez 164 kursuje. To już wiem jakie mam kryterium na znajdowanie kolejnych przyjaciół.

Tak, jestem w autobusie. Trzesie strasznie. Zapomnialem jak to się pisze podczas takiej jazdy.

W Jasnym Zieleńcu jakos przejmujaco zimno . Nie chce sie biegać, ani wychodzić. W Mieście na pewno od razu zleje mnie ten pot, tak ze poczuje na sobie brud całego Miasta.

Pogoda nie wygląda za dobrze. Około 11-13 stopni, także za chłodno na lunch, czy książkę w Centralnym Parku. Dziś chyba będzie szybko. Zakupy w B+H Photo, buty przy Empire State Building i może perfum w Amber Krombie Fitch and Srombie. Trochę się nachodzę, bo sklepy wspomniane w innych kierunkach leża. A+F na 50 którejś i 5 alei, B+H na 33 i 8 alei. Buty są na szczęście 2 bloki dalej niż sklep z elektronika. Heh, ale to i tak tylko 20 pare przecznic, czyli zleci szybko.

Moze księgarnię zaliczę przy Bryant Parku? Ok, zakańczam myśl, zobaczymy co dzień przyniesie.

Dwie piosenki mnie prześladują:

– Taylor Swift “I knew you were trouble” – nawet niegłupi tekst ma jak na pop. W duperella store jakaś klientka wyglądająca a la Bejonse nawet to nuciła, bo leciało przez radiowęzeł.

– Macklemore “Thrift Shop”

I’m gonna pop some tags, only got 20 dollars in my pocket

I-i-i-i am hunting, looking for a come up, this is fucking awesome

Oh, i najważniejsze. Musze ściąć włosy. W Polsce wyglądam jak wazon, tu jak klasyczny redneck. Pół cala powinno wystarczyć.

Przedreptałem się po pierwszych sklepach i siadłem przy Herald Sq (róg B-way i West 35th). Powiewa wiatr i miejscami jest zimno. Trzeba kupić coś z długim rękawem.

W B+H wyszło ponad 111$ – pochewka na airbuczka oraz dysk zewnętrzny Western Digital.

Wcześniej wydało się jeszcze 47$ na dziesięcioprzejazdowy bilet na trasie Miasto-dom.

No ten lunch w Centralnym Parku raczej nie wyjdzie, ale chyba zajdę do Whole Foods na sushi. Nie! Już wiem! Kolo tej księgarni, co jest kolo Bryant Parku, do której chciałem zajrzeć jest kilka azjatyckich knajpek. Mozna tam take-out food kupic.

To tam kupie i zrelaksuje się w Bryant Parku. Idę dreptać dalej.

Coś mnie te zdjęcia w fish eye nie przekonują.

W B+H znalazłem nikona D3100 z obiektywem 18-55 za 500$ czy 600$. Mniejszy niż mój D70s ale w reku dobrze leży. Może?

Zapomniałem wspomnieć o malej drace z afrykanero-amerykanka o pupie rozmiar 5XL. Działo się to przy wyjściu/wejściu ze sklepu obuwniczego DSW mieszczącym się nieopodal Empire State Building. Ja akurat wychodziłem, a pani chciała wejść. Spodziewałem się oczywiście zachowania zasad dobrych obyczajów wiec radośnie wychodzę. “You’re welcome” usłyszałem tonem pelnym pretensji. A welcome yourself! Co za kultura?! Każdy wie, ze najpierw się wychodzi. Aha, ale ja chyba na innej półkuli jestem, to może jest odwrotnie? Na skrzyżowaniach tez jest zasada “first in, first out”, a nie tak jak u nas “prawa reka”.

Doszedłem do Times Sq. Pomyślałem, ze kupie długi rękaw w Aeropostale. Ale chyba w Californi nie znają długich rękawów. Trudno, Paramous Center albo w GS Plaza się nakupię, w to co chce.

Fajna akcja jest na Times Sq. Można zrobić sobie zdjęcie i poster z własną podobizna naklejają na chodnik. Od razu obróciłem się “jak Grzegorz Filipowski”    w poszukiwaniu budy. Nie wiedziałem czego się spodziewać, wiec nie znalazłem. Oczy moje przykula za to kolejka na sto tysięcy ludzi. Aha, pomyślałem. Stać mi się nie chciało. Moze innego dnia bedzie mniejsza kolejka. Polecialem za Bryant Park, na Library Way w poszukiwaniu ksiegarni i knajpy z sushi.Tego pierwszego miejsca nie znalazłem, a sushi jakoś nie zachęcało. Doszedłem do Madison Ave i wróciłem do parku. Poszukam chyba Whole Foods i pójdę do Centralnego Parku.

Ależ usiadłem w tym Centralnym Parku. Na takiej górce, w takiej altance. Fajny widok, fajne miejsce. Właśnie zlecieli się nowożeńcy na sesje! W zacisznym miejscu znalazłem sklep z sushi. Kupiłem wiec i jem.

Do A+F wszedłem i wyszedłem. Milion ludzi, głośna muza i zapach moich ulubionych perfum. Zauważyłem, ze maja perfumy w butelkach o pojemności 3 litry albo coś podobnego.

O słońce wyszło. Super. Smacznego.

Się zaczęli kręcić po tej mojej altance! No nie! Żadna tam sesyja profesjonalna. Po prostu grupa znajomych robi sobie fotki canonem. Ale jedna para faktycznie widać, ze jakby świeżo po ślubie.

Zagadka na dziś. Ile zapłaciłem za lunch?

To trójkątne to ryz z tempura i krewetka zawinięty w algę. To małe to pierożki z krewetkami. To największe to klasyczne rollsy.

Lece po tej 8 alei, żeby zdążyć na ten 4:10 p.m. Gdzieś przy 55 ulicy mijam lalki dwie i słyszę:

He opened his eyes when we were like kissing. It was so awkward. It was like ….

Jestem już na 53 ulicy i nie wiem co dalej, nie wiem czy lalki maja 12 czy 13 lat. Mała dygresja – skąd mała wiedziała, ze jej chłopiec otworzył oczy?

Na bramkę na dworcu wpadłem 4:11 p.m. Grrr

Dziwne te ludzie w Ameryce. Kierowca mówi do pani – only stand-ups. Pani się odwróciła i wyszła z autobusu. I taki nieliczny tłumek za nią tez. Dziwne. Lepiej chyba wsiąść wcześniej i stać,niż czekać na następny autobus i siedzieć.

Niestety David Bowie nie brzmi dobrze w tunelu pod rzeka Hudson River. Florencja ze swoja maszyna brzmi za to fajnie.

Wysiadłem z autobusu i poszedłem do Bottle Kinga po fajki. Się zszokowałem, bo na dzień dobry usłyszałem “u-u-u-u-u stars are never sleeping”. Bowie brzmi świetnie w monopolowym!

Wróciłem do domu i zobaczyłem, to co zobaczyłem. Myślałem, ze Państwo wróciło wcześniej i po coś nagle musieli pojechać do sklepu. Ale nie.

 

back in the crowd, czyli leniwa niedziela

put the sun behind the clouds
put me back in the crowd

Dzis tez leniwie bylo. Ula poszla do cerkwi, a ja, Pan i malysz pojechalism objechac stan. Padlo na sam przod na Teterboro i muzeum awiacji. Droga krotka z krotkim rzutem oka na panorame Miasta.

Muzeum jak muzeum, warszawskie ma ciekawsze eksponaty. Te nazwalbym raczej rupieciarnia. Ale bylo milo. Weszlismy nawet do samolotu na chwile.

Pozniej wpadlismy w tlum, czyli na odpust w Maywood. Zrobilismy zdjecie skrzyzowania, zeby wiedziec gdzie stoi maszyna. Maywood Street Fair to nic innego jak nasze klasyczne odpusty. Mnostwo ofert z duperelami, na scenie jacys panowie spiewaja hity i wszycy sie usmiechaja i jest wesolo. Dosyc meczace miejsce ale poznawcze.

Wrocilismy do domu na obiad. Zrobilem w koncu cod steak, ktory kupilem dzien wczesniej. Ryba wyglada jak losos, tylko biala jest. O, teraz patrze na wiki, ze z obrazka jak nasz klasyczny dorsz wyglada. Pyszna, tlusta rybka. Do rybki byla zupa miso. Panstwo na diecie postnej, wiec nie jedza niczego co mialo krew i jest od zwierzat. Czyli nie jedza – jaj, ryb, nie pija mleka i takie tam. Mowia, ze super. Ja postanowilem nie jesc miesa podczas wyjazdu, i dalem sie namowic Saszy na udzial w jakiejs weganskiej diecie. Do kawy bede mogl wziac mleko almondowe, czy sojowe, czyli sama delicja.

Po obiedzie pojechalismy kupic Chillean Sea Bass, ktory rok temu mi tak posmakowal. Sklep Shop Rite jest moim numerem jeden jak na razie. Majacy-wszystko delikatess! Na drugim miejscu jest Whole Foods ze zdrowa zywnoscia.

Po normalnych sklepach pojechalismy do koreanskiego sklepu po algi, sosy, grzyby i miso zupe w pascie. Kupilem kilogram pasty, czyli troche zup wyjdzie.

Wrocilismy, pan skrzyczal, ze o 16 to w jakims parku mielismy byc w gosciach. Ja sie wymiksowalem z podrozy, bo juz mam dosyc na dzis przemieszczania.

Moze pojde wsune schabowego przed wszystkimi?

Aaaaa, zrobilem zdjecie butom, bo sie polskie inzyniery zastanawialy jak w tej ameryce buty robia.

hold on, czyli nowa era

Dzis nadszedl ten dzien.

Oh you got to
Hold on, Hold on
You got to hold on
Take my hand, I’m standing right here
You gotta hold on.

Juz 3 i pol roku temu jak zamierzalem sie z kupnem nowego lapsa, glosy mowily mi “wez maczka”. Wtedy odpedzalem sie od tych rad, bo nieprzyjany bylem i-produktom z nadgryzionym jablkiem.

Dzis nadszedl ten dzien. Klikam pierwszy post z airbuczka. Pierwsza moja mysl – jej, ciezki! Przyszedl Sasza, wzial go na rece i powiedzial – wow, heavy.

Powiem tak, jestem zachwycony. Nie jest strasznie jak myslalem, ze bedzie.

Sobota minela leniwie. Pobujalismy sie po sklepach. Kupilem sobie buciorenta do biegania i inne akcesoria – wkladki profilowane do bucikow oraz majtki do biegania.

W innym sklepie zakupilem walizke i recznik Ellie Tahari, bo Ula zachwala, ze jakosc niesamowita. Pozyjemy zobaczymy. Ale trzeba przyznac, ze gatunkowo ciuchy Ellie Tahari sa swietne. Szkoda, ze takie drogie, szkoda, ze w sample store maja nie moj rozmiar.

Pobiegalem tez po jednym sklepie ciuchowym, ale skutecznie zniechecilem sie po chwili. Za duzo ludzi i nie bylo weny. W tygodniu wpadne.

Wczoraj po przylocie, Sasza zaprezentowal mi tequille ze specjalnej butelki. Czacho-butelki. Wystraszylem sie, bo kiedys pilem i palilem artykuly firmowane napisem “Black Death”. No i bylo to straszne. Ale tekila okazala sie nawet nawet. Slodsza niz te, ktore pilem wczesniej.

W moim pokoiku Ula zasiala jakies zielska. Hm, musze je chyba ususzyc i skurzyc, zeby sprawdzic czy to nie jakas zielen.

Lubie domek Panstwa. Czuje sie w nim jak w domu. Bardzo fajnie go urzadzili. Gorzej z amerykanskimi niektorymi artykulami spozywczymi, takimi jak kawa i mleko. No inny smak.

Jutro moze zaczne biegac. Moze…

Z wydatkow na razie poszlo tak:

w gotowce – 12 $ za bilet na LIRR + AirTrain oraz 19$ costam w Bottle Kingu za 1,7 litra Heaven Hill (burbon).

na karcie – errr, hmmm, cos sie maczek zawiesza

 

clap hands, czyli jak sie lecialo

Sane, sane, they’re all insane,
fireman’s blind, the conductor is lame
A Cincinnati jacket and a sad-luck dame 
Hanging out the window with a bottle full of rain
Clap hands, clap hands, clap hands, clap hands

 

Oj ciezko sie lecialo. Dluzylo sie strasznie. Jakis bachor przez 80% lotu darl niestety ryja. Ale tak wrednie darl, a nie zeby go cos bolalo. Pol samolotu obracolo sie wymownie w jego strone.

LOT to niestety wies. Jeden ekranik na caly bok samolotu, ktory sniezy, skacze, przerywa. Poza tym jakis badziew puszczali. Zegary mieli nie ustawione i caly czas czas w miejscu wylotu i przylotu wynosil o 2 godziny wiecej niz byl. Angielski kapitana i stewardess koszmarny. Ale usmiechalismy sie. Liznalem rekomendowana ksiazke, strzelilem pol sudoku 16×16, kilka krzyzoweczek i sie nie moglem doczekac ladowania.

Pan kapitan powiedzial, ze jakis koszmarny tlok na JFK i bedziemy czekac 40 min. To tego mi bylo trzeba, kolejnych minut w niewygodnosci. Krecilismy sie 100 km przed Miastem, az w koncu zaczelismy ladowac. Zrobila sie godzinna obsuwa. Za nami co chwile jakies wielgachne samoloty ladowaly. No tlok na tym JFK.

Pan kapitan lamana angielszczyzna zaczal przepraszac za opoznienie spowodowane warunkami pogodowymi. “Ale udalo nam sie wyladowac”. Pan kapitan tez wspomnial, ze mielismy duzo szczescia, bo kupa lotow byla odsylana na zastepcze lotniska. Szkoda, ze nas na Newark nie wyslali. Zaoszczedzilo by mi to kupe czasu. Ula z Sasza twierdza, ze zadne to tam warunki pogodowe, pewnie to Boston nie przyjmuje lotow, bo tam jakies terrorysty. Zlapali ponoc jednego Czeczenca i cale miasto jest pod ostrym nadzorem wojskowym. Ludzie do pracy nawet nie poszli. W Polsce to nawet jak sie samolot rozbije to tylko tydzien zaloby jest, a nie dni wolne. Heh, ale jak Polako-papiezo zszedl, to na pogrzeb dali wolne. Szkoda, ze nie wybrali znowu Polaka.

I co zaczeli ludzie robic po tym jak pan kapitan opowiedzial dzielnie, ze mimo zlych warunkow on wyladowal? Zabili brawo. Klaskali rekami!

Boze po co??

Wylecialem z samolotu. Pozegnalem sie z panem siedzacym obok i polecialem do oficera, czekajac na najgorsze, czyli na koleje. Ale pomyslalem sprytnie, ze skoro tak samoloty odsylaja na inne lotniska, to moze nie bedzie tlumu? Nie bylo! Lotnisko opuscilem tak jak chcialem, ciut po 18, mimio tego, ze wyladowalismy 17:44. Czyli 20 minut na odprawe. Pan oficer migracyjny zapytal sie krotko “czego?”, to mu wytlumaczylem, ze ja z wizytacja. “Kim ci znajomi?”, to mowie, ze kolezanka ze szkoly, a jej Pan, to jej pan. Nawet nie musialem dokanczac o Panu, bo przerwal mi tak, jak komisja egzaminacyjna na mojej obronie magistra. “Co robi w Polsce?”. Robi w marketingu w najwiekszym polskim banku. “Zdjecie jakies nienajbardziej aktualne. Wlosy troche urosly”. Zero responsu. Rob pan panie zdjecia, bierz pan panie odciski.

Jak mnie przewialo na dworze! myslalem, ze mnie porwie wiatr!!!

Air train oczywiscie przed nosem zamknal m drzwi. Na szczescie co 2 minuty jezdzi. LIRR (Long Island Rail Road) uciekl mi zanim zdazylem wejsc na schody prowadzace na peron. Ale na szczescie za 5 minut byl nastepny w kierunku Penn Station.

Na dworzec w Miescie zajechalem 19:08, pociag NJ Tranist do Panstwa odjezdzal 19:08. Czyli moglem sie nie spieszyc. Wyszedlem na gore popatrzec na Miasto i stwierdzilem, ze ide na autobus. o 19:30 ostatni express do Panstwa jechal. Zakladalem, ze na niego juz nie zdaze, czyli o 19:50 na jakis lokalny sie zalapie. To wobec tego mam czas na fajke, na relaksacyjna rozmowe z Pania. Okazalo sie, ze Ula tez drepcze w kierunku PABT i chce zdazyc na ostatni express. To sie zmobilizowalem i zdazylismy sie spotkac przed dworcem, zeby razem juz wsiasc do autobusu.

Posiedzielim do polnocy mojego, czyli do 6 rano waszego czasu i scielo mnie z nozek. Zdazylem tylko zuby wypucowac i padlem.

wstalem o 5 i czekam az panstwo wstanie. Ponoc malysz o 7 sie zrywa. Heh, to jeszcze 30 min. Chcialem sobie kapiel przygotowac, ale cholera woda obudzilaby wszystkich. No w sumie weekend jest.

Ile mozna spac. W Polsce o tej porze w weekend, to ja juz albo na szmacie, albo w drodze do Lidla.

Wlasnie! Ciekawe czy tu jest Lidl?

Dzis, w zaleznosci od pogody, pojedziemy do Miasta na cos tam nowego co otworzyli. Heighs jakiestam. Albo na lono natury pojedziemy.

 

Aha, i scinam wlosy. Wczoraj na Miescie dopadla mnie wilgotnosc i ten pot, co ma sie wrazenie, ze sie czlowiek klei od brudu. Musze tylko je dzis wykapac i zobaczyc, czy sie pozakrecaja od pogody. Moze mi afro zrobia?!

Ktos drzwiami trzasna! Sadzac po odglosach to najmlodszy wstal.

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑