Miesiąc: maj 2020 (Page 1 of 2)

paniusia weźnie

czyli zawoalowany MissTake.

Tak kochani, przyznaję się do błędu. Wracam na stare śmieci.

Choć z drugiej strony, to nie porażka. To lekcja, to doświadczenie, wiedza. Widać nie dla mnie te internety, te blogi. Jakąś wadę muszę mieć. To prawda – nikt nie jest doskonały. Palenie rzuciłem jakiś czas temu (1246 dni) i tak beztrosko bez tych skaz i niepowodzeń trwam. Do dziś. Wymiękam z prowadzeniem bloga na nowym. Nie moja bajka. 

Zadziwionym też wielce jest, że jakoś tak cierpliwie do tego wszystkiego podchodzę. Drzewiej, jakby te posty mi się nie zaimportowały, jakby te wtyczki nie działały, albo to i tamto, to byłby szał. Wiązanka po polsku byłaby długa z ogromną liczbą słów w języku … łacińskim. A dziś? Dziwie się, że komputer jeszcze cały i w domu. Że nie rozpier….ony i nie wyje….ny przez okno.

Po prostu siedzę i sobie myślę – o, trudno. Nie zadziałało, nie wiem jak to zrobić. I wzdrygam ramionami.

Od ponad doby zaimportował mi się … ANI JEDEN post ze starego bloga. Mam dziurę między majem 2013 a majem 2017. 84 posty gdzieś sobie poszły.

Nie wiem co mnie naszło z tymi nowymi blogami. Zaraza jakaś, wirus mnie może dopadł. Na szczęście chyba już wyzdrowiałem. Także kochani wracam. Jeśli się kiedyś skuszę na szaleństwo, to tylko w ramach płatnych pakietów WordPressa na moim istniejącym od 11 lat koncie.

Wczoraj chilloutowałem się u moich serdecznych przyjaciół ze studiów, z którymi się szalenie dawno nie widziałem – Ulą (swego czasu znałem z kilkanaście Urszul) i Arkiem-Zegarkiem. Eh, pyszny boczuś zrobiliśmy. Troszkę się zagadaliśmy, bo się nie widzieliśmy od koncertu Editors 25.11.2018, i tak ścichapęk mięsko się zasiedziało w piekarniku. Ale skórka chrupiąca jak ta lala. Polecam. Przepis bardzo prosty, od Słodkokwaśnej (także nie wiem, czy mogę zdradzić). Ale prościutki jak drut – 3 składniki tylko potrzebne: boczek, sól, cukier. Więcej nie będę zdradzał. Palcy lizać.

Obejrzeliśmy lot na orbitę, pogadaliśmy, popiliśmy i … niestety mój kolega poszedł spać. Czyli ten lot w kosmos jakiś usypiający jest dla niektórych. Także lekki błąd z tym podglądaniem launchu Space X. Ale niech się chłopak wyśpi. Sam wystrzał na orbitę bardzo mi się podobał. Z taką dziecięcą ekscytacją oglądałem. Mówiłem dzieciom znajomym, żeby patrzyły, że to wiekopomna chwila. Ale usłyszałem tylko „Tato, kup mi to do Fortnita” albo „mamo, mogę iPad”.  

A właśnie! Wczoraj w niedalekim muzeum wojska obejrzałem nowy nabytek – kapsuła kosmiczna! Pan Mirosław Hermaszewski latał tym. Kurczaczki, ależ to maleńkie. Jak tam się …. Hmmm.

Z Ulą chwilę posiedziałem i zawołałem Uber, bo mnie też coś sen morzył. Wyjście udane. 

Kolejny błąd wczoraj, to niezrobienie 10 000 kroków. Wszystko miałem wykalkulowane. Tu podejdę, tu podjadę, tam podskoczę i jak nic limit dzienny kroków się zrobi. Niestety nie przewidziałem deszczu. To znaczy przewidziałem, ale nie dało się jednak długo iść. Kurtka co prawda przeciwdeszczowa była. Ale spodnie już nie. Także musiałem wskoczyć do metra i przez to straciłem z 600 kroków. Eh. 9 765! Tak blisko byłem.

Dziś na śniadanie naleśniki. Kurczaczki, a nie miał to być blog o tym, co na obiad i jaka kupa po. Chodzi o to, że zrobiłem, że udało się. Lubię kuchnię, lubię gotować. Ale kilka rzeczy mi za cholerę nie wychodzi – pieczenie ciast i te naleśniki właśnie.

Nie potrafię gotować z przepisu. Lubię improwizować. A w pieczeniu ważne są proporcje. Kiedyś dosypałem pół szklanki mąki, bo wydawało mi się, że jedna (zgodnie z przepisem), to zdecydowanie za mało. Oczywiście upiekło się ale nie za bardzo dało się jeść. Wtedy do mnie dotarło – aaaa, jedna szklanka!

Ale w tej pandemii zacząłem się doktoryzować w obu dziedzinach. Wcześniej udało mi się zrobić fenomenalne tiramisu, ale dieta naszła i porzuciłem słodkości. Teraz, dwukrotnie upiekłem najpyszniejsze serniki. To nie tylko moje zdanie, ale również innych. Królewna Państwa z Europy na K. powiedziała, że to najlepszy sernik jaki jadła w życiu. Nie wiem ile do tej pory jadła, i czy mój, nie daj Boże, nie był przypadkiem pierwszy, ale taki tytuł i takie wyróżnienie bardzo łechce mnie. Dzięki. No i jeszcze koleżanka Olimpia chwaliła. Także przepis powędrował na blog.

Do naleśników podszedłem w wigilę zarazy – 7 marca. Naschodziło się kilka osób i postanowiłem zrobić te placki z pieczarkami, cebulą, serem i orzechami włoskimi. Niestety mąkę miałem jakoś eko, bio, czy nie wiadomo co tam jeszcze. Nie wyszły. Popękały, porozpadały się. W pandemii robiłem ze 3 razy jeszcze naleśniki. No tak powiem ze zmiennym szczęściem. Dziś padło na placki z serem. Kiedyś, jak Mama robiła, to miałem na nie długie zęby (u nas się tak mówiło, jak ktoś czegoś nie lubił i nie chciał jeść). A dziś? Bardzo proszę.

W domu robiło się dwa rodzaje naleśników:

– zawijane w kopertę z japkiem – oh, motyla noga, jak ja je lubiłem!

– zawijane w rulonik ze srem – jedyne co, to lubiłem to wysmażone, chrupiące końcówki bez sera. Za środkiem nie przepadałem. Jakoś długie zęby miałem na biały ser

No i dziś zrobiłem zawijane w ruloniki z serem. Obsmażyłem. Oczywiście wyszło nie tak jak u Mamy, ale kontent jestem.

O tych naleśnikach to wspomniałem dlatego, że zauważyłem pewną zależność. Nie wiem, czy Wam też tak się robi. Podzielcie się proszę. Otóż, mnie zawsze wychodzą dobrze dwa pierwsze naleśniki. Później jakaś kupka mi się robi (a to dziurawe, bo się jakoś ciasto źle wylało, albo się zwijają przy przewracaniu). Ale ostatni placek znowu jest ok! Może smażyć tylko 3 naleśniki? Pierwszy, drugi i ostatni. A tych środkowych nie smażyć? Hmm.

Także biję się w pierś. Wracam na stare śmieci skruszony ale doświadczony. Słodkokwaśna, jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc (ku pamięci: oddać hajs, oddać hajs, oddać hajs. Nie zapomnieć), ale to nie dla mnie. Szkoda mego zdrowia.

mask off

 

Ten nowy blog zaczyna mi się nudzić. Myślałem, że będą fajerwerki. Że miliony mi się zlecą czytać. Ale nie. Jak krew z nosa mi idzie. Jeszcze 83 posty czekają na import. Gdybym wiedział, że to tak będzie wyglądało, to bym się w życiu na to nie pisał. Dziś nawet udało mi się swoją własną stronę zablokować. Brawo ja. Muszę się jeszcze wywiedzieć jak zalogować się na swojego gravatara, bo coś nie chce mnie wpuścić.

Trzeba uważać z tym prowadzeniem swoich stron www na każdym kroku. Życzliwych pełno ze swoimi motywami, plug in-ami i innymi. Wszystko ma swoją cenę. Trzeba uważać.

 

Cieszę się, że ten durny zakaz zakrywania twarzy w miejscach otwartych został zniesiony. Dziś poleciałem do sklepu i na wejściu na swojej klatce spotkałem dwa psy. Coś knuli przeciw jakieś gówniarzerii. Lekka panika. Wejście/wyjście wąskie, nas już w sumie trzech – społeczny dystans niezachowany. Policjanci się na szczęście wycofali. Ciekawe czemu oni nie mieli maseczek? Mimo zniesienia nakazu zakrywania ust na dworze, nadal trzeba je zakrywać w przypadku niezachowywania odstępu 2 metrów. Ci moi byli bardzo blisko siebie. Może mieszkają razem? Nie wnikam.

 

Moją największą traumą, czy też strachem jest wyjść z domu bez spodni. Słowo daję. Już kilka razy w życiu sprawdzałem czy mam portki na tyłku, po tym jak ludzie mijani się na mnie dziwnie patrzyli. I dziś to samo. Wychodzę, idę i tak jakoś dziwnie. Jakbym goły był. Takie piętno odcisnęło to przymusowe zakrywanie twarzy. A to tylko trwało od 16 kwietnia.

 

Sklep mnie odrzucił, bo ludzi od groma. W sumie to ja nigdy nie chodzę w sobotę o tej porze. Zakupy robię albo skoro świt, albo wieczorem. Kupiłem coś na obiad i już. Właśnie. Obiad. Naszła mnie szalona ochota na schabowego. Jeszcze w kolejce do lady biłem się z myślami, patrząc na soczysty antrykot z tłuszczykiem. Ale nie. Postanowione, że będzie świnka, to będzie. Już wyklepany kotlecik.

 

Dziś jest akcja czyszczenia rzeczy z lodówki. Rosół wczoraj nastawiłem i dziś czas na zupę. Dodał com miał:

– sałata masłowa

– cebula

– cukinia

– marchewka

– pietruszka

– seler

Czyli dzienna dawka przynajmniej 5 warzyw przyjęta.

Blender, który odkupiłem od Słodkokwaśnej bardzo się sprawdza. Przede wszystkim do miksowania zup. Za każdym razem poddaje termicznej próbie plastikowy kielich. Z taką sadystyczną przyjemnością to robię. Dziś chyba było najgoręcej, ale na szczęście pojemnik wytrzymał.

 

Ostatnio konwersowaliśmy sobie z Panem z Europy na K. i Państwem Słodkokwaśnym na temat kulinariów. Oczywiście niepowetowana strata dla całego świata z powodu powrotu do normalnej pracy Pana z Europy na K. i zaprzestania pichcenia. Bąbelek jego ponoć się wziął się gary. Brawo młody!

 

Rozmowa na temat gotowania zeszła na wspomniany już blender. Okazało się, że każdy z nas miał ubaw po pachy z tym urządzeniem.

Słodkowaśnej wpadł ten plastikowy czopek do środka! Piąteczka kolego. Jak to się mówi – byłem tam i robiłem to (been there, done that). W moim przypadku nie zauważyłem, że to plastikowe coś jest wsadzone od dołu. Na szczęście blender przeżył. I ja też.

 

Następnie, tak troszkę nieśmiało, ale już wyraźniej rozochocony, po opowieści naszego druha, przemówił Pan z Europy na K. Czy jedliście kiedyś zupę … gumową? Otóż istnieje taka. Niektórym udało się przygotować ją i zjeść. Nasz kolega po prostu niefortunnie założył gumową uszczelkę. Nie z tej strony. Ciekawe czy i mi się kiedyś przytrafi pobróbować tej pysznej zupki.

 

Nie chciałem być taki ostatni, więc dorzuciłem i ja historię. A właściwie to była taka magiczna sztuczka. Wykręcasz kielich z koktajlem mlecznym i bach, jak za dotknięciem magicznej różdżki, pojemnik staje się pusty. Ta-dah! Oczywiście wszystko, kacze pióro, wylewa się dołem, bo wykręciłem nie w tym miejscu co trzeba. Od razu powiem, że fatalnie się wyciera taką gęstą maź. Pan z Europy na K. przynajmniej zjadł swoje. A ja niestety musiałem obejść się smakiem.

 

No dobra kochani, czas na sobotę. Czas na schaboszczaka!

 

PS. Kurczaczki. Od prawie 2 godzin zaimportowało się nic. 282 posty z 365. Po co mi to było?

brawurowa bladź, czyli mój pierwszy raz po raz drugi

Ostatnia scena już, dramatyczny akt
Wysmakowany kicz, płakać mam czy się śmiać?
Niepojęty grzech, czas ucieka tik-tak, tik-tak
Trąci chłamem, gdy czekam na mój znak

 

Hejka kochani! Jestem. Nadaję.

W pierwszych słowach pragnę podziękować za pomoc i za wsparcie Słodkokwaśnej, który mnie rozdziewiczył, trzymał za rękę i poprowadził przez meandry zakładania własnej strony. A ciężka jest to droga.

Taka fanaberia mnie naszła. Żeby mieć własne strony. Ileż mnie to zdrowia kosztowało? A ileż hajsu?

Mogłem zostać na wordpressie i wykupić u nich jakiś pakiet. 14 zł/miesięcznie za jeden adres (czyli bez mała 400 zł/rok za oba blogi). Mógłbym wtedy mieć adres taki, jaki sobie zawinszowałbym. Albo w ogóle nic nie robić i zostawić wszystko tak, jak jest. Ale nie. Maciuś sobie zażyczył zmian. Brawurowa bladź.

Albo mógłbym, czyli to, co zrobiłem, wykupić domenę i podpiąć do niej silnik … wordpressa.

Wykupienie domen obu w sumie wyszło 55 zł (zanotować: oddać hajs Słodkokwaśnej). Niby tanio. Ale tu wkracza Wujek G cały w czerni, który indeksuje wszystko co jest w necie. To są bezduszne roboty, które nie wiedzą, że biedny Maciek porzuca blog na wordpressie i idzie na swoje. Google by mnie po prostu szybko zablokował za dublowanie treści. Także należało albo usunąć stare blogi (za darmo), albo je przekierować za 52 zł/rok każdy. Także wybrałem opcję numer dwa.

I tu zaczęły się kłody pod nogi. Zamienił stryjek …

Importowanie mojego polskiego bloga idzie jak krew z nosa. Drugi dzień to robię. Drugą próbę poczyniłem i nadal brakuje mi jeszcze około 80 kilka postów. Ładujcież się do cholery.

Słodkokwaśna mówi, że jak jest tego w chuj, to się będzie ładowało długo. No ok. Niech się ładuje. Mam rok na to. Jak się nie przeniosą wpisy, to wracam na wordpress stary.

 

Aha, nie dziękuję „niektórej osobie”, do której zwróciłem się z zapytaniem, czy wie i czy może pomóc. W zamian dostałem suchy link do wygoogle’owanego artykułu w temacie. Powiem tak, jeśli się do kogoś zwracam z zapytaniem, to tylko dlatego, że cenię ich wiedzę, liczę na pomoc i dobre rady. Wygoogle’ować to sobie sam mogę bez łaski. LGTFY my ass, jak się to mówi. Ludzie, możemy w ogóle ze sobą nie gadać. Wszystko można znaleźć w necie. Ale czy o to chodzi?

 

I taki trochę niepewny jestem, czy warto było się przenosić. Czy ta fanaberia to coś zmienia. Adresy miałem w sumie ok. Teraz zamiast

www.mdobrogov.wordpress.com jest www.mdobrogov.pl

oraz

www.empirestateofmd.wordpress.com jest www.mdobrogov.com

 

Fanbaberiusz powinni mi dać na chrzcie.

 

A zacząłem Darią Zawiałow, bo bardzo lubię tę piosenkę.

 

Podoba mi się ta dziewczyna. Wydała na razie dwie płyty i miałem je w swojej bibliotece muzycznej. Ale z czasem wykasowałem większość i zostały pojedyncze utwory. Nie rozumiem trochę jej fenomenu na liście Trójki. Jej prawie wszystkie piosenki dochodziły do wysokich miejsc i spędzały w zestawieniu ponad pół roku. Dziwne. Dobre ma przeboje, ale chyba nie, aż tak. I ucieszyłem się, że w końcu „Gdybym miała serce” wyszło na singlu. Piosenka doszła na szczyt listy i po kilku tygodniach zepchnął ją … Kazik. I szlag listę trafił.

Daria genialnie zaśpiewała swoją wersję „Jeszcze w zielone gramy”. Zdolna, młoda szansonistka. Trzymam kciuki.

 

A propos Trójki. Trzymam kciuki, daję szansę. Nie rozumiem jadu typu „Panie Kubo wstyd” albo „to już nie to samo”, czy też „nie macie honoru”. Kurczaczki. Ludzie! Opamiętajcie się. To jest wyjątkowe radio. To nie jest zautomatyzowana i ogłupiająca radiostacja typu RMF FM. To są ludzie, którzy chcą robić dobre radio, dobre audycje. Pech jest taki, że to Polskie Radio i macki PiS-u doszły i tu. W jakim innym radio posłuchamy książek typu Solaris? Albo Grażyna Dobroń opowie jak zdrowo żyć, a Agnieszka Szydłowska co się dzieje fajnego kulturalnego w Polsce? Piotr Stelmach, który wrócił powiedział ciekawą rzecz. Trójka to nie jest praca. I to słychać. Dajmyż szansę, nie plujmyż jadem. Mann niech się zamknie ze swoim przekąsem w stosunku do nowego dyrektora radiowego. On dla mnie z resztą nigdy nie miał klasy.

 

No dobrze, kończę mój pierwszy wpis na moim nowym blogu. Zaglądajcie do mnie.

legendy (nie)miejskie

Candyman. Candyman. Candyman.

Ależ jam się bał tego horroru. Dobra opowieść. I czy wy wiecie, że nigdy w życiu nie wypowiedziałem do lustra trzy razy tego słowa! 

Ale Beatlejuice już tak. I głowa mała! Nic się nie stało. Bummer. Czyli legenda (nie)miejska.

Czarna wołga! Oj to było straszne. O co chodziło z tym autem? Że dzieci porywała? Ale, że co? Chodziło o to, żeby się od domu nie oddalać, czy żeby nie bawić się przy drodze? Daleko od szosy. Uwielbiałem ten serial. Ponoć ta Ania pracowała na tym samym uniwerku co pani prof. ze Szczecina.

Ja się czarnej wołgi bałem. Babcia Stasia straszyła nią. Właśnie. Czy nadawanie imion może być legendą (nie)miejską? Babcia Stasia, matka mojego Taty Stasia i jego brata Eugeniusza. I moja mama Eugenia. Dobrze, że rodzice nie poszli tym tropem i nie nazwali mnie Katarzyniusz albo Katarzyn. Miałem ponoć być Rafał. Brrrr. Wolę już Klaustrofobiusz. Kiedyś wciskałem kit dzieciom Państwa z Europy na K., że tak mam naprawdę na imię. Nawet się chyba dały wpuścić w maliny. Wymyśliłem kiedyś dobre imię, ale wstydzę się go używać – Genitaliusz. Jakieś takie … chujowe.

Na mojej dzielni spotkałem ostatnio auto. Nie czarną wołgę, a biały misiowóz.

Co do legend (nie)miejskich, to opisałem parę historii na blogu – DJ Yamnick i Has(z)ło. No wiadomix, że to się może każdemu przytrafić.

Uwaga! Raz na zawsze wyjaśniam. Przygoda DJ Yamnicka, to nie jest żadna autobiograficzna trauma! To nie o mnie! Mnie się nigdy język nie omsknął jak igła po winylu! Proszę mi tu nic nie imputować!

Co do tej historii, to muszę przyznać, że dostałem ją od mojego serdecznego przyjaciela Radka z pracy, zwanego od tygodnia Daddy, Sugar Daddy albo tato-Radek. Skubany wysłał mi to w robocie. Robiliśmy na jednym open space dzielonym szafami, obrazami i czort wie czym jeszcze. To musiał być jakiś 2007 lub 2008 rok. Siedzieliśmy w innych pokojach, ale raptem 2 metry od siebie. Jak się wstało, to można było się zobaczyć. No i ta cwana gapa wysłała mi maila z przygodami młodego wojaka DJ Yamnicka. Jak skończyłem, to spadłem z krzesła na podłogę i nie mogłem powstać. Po prostu wyłem ze śmiechu. Koleżanki na mnie patrzyły jak na wariata. Mój szef zza ścianki zapytał „Panie Maćku, czy dobrze się pan czuje?”. Nie dałem rady nawet odpowiedzieć. Zwijałem się na podłodze. Jedyne co widziałem, to rozhahahaną buzię mojego kumpla, który sadystycznie wyjrzał zza obrazu popatrzeć na mój śmiech. Dzięki stary!

Od jakiegoś tygodnia kolega jest nazywany przeze mnie tato-Radek, Daddy albo Sugar Daddy. Choć chyba tego ostatniego jeszcze nie użyłem oficjalnie. Dziś będzie premiera. Wyślę mu AjMasaż, że go obsmarowałem nazywając go Słodkim Tatuśkiem. Nie, tu nie ma żadnych seksualnych podtekstów. Radka po prostu szalenie lubię. Jest mega cierpliwy na moje wszelkie zapytania odnośnie ajProduktów. Hmm, dziwne, a czemu do Arka-Zegarka nie dzwonię. Ten też mega szurnięty na punkcie firmy z Cupertino. A z Radziem staliśmy się rodziną, bo wykupiliśmy pakiet office rodzinny. Jakby ktoś chciał, to zapraszamy. W robocie mamy zniżkę, także pakiet Office 365 wynosi “tylko” 300,99 zł/rok. Mamy już 3 członków, czyli na razie 100,33 zł/rok na osobę. Tato-Radek, ja i jeszcze jeden kumpel. Propsy posiadania tego pakietu? 1 TB na onedrive oraz pakiet Microsoft Office. Chętnych zapraszam do kontaktu. Nie, to nie jest legenda miejska. Samiuśka prawda.

O Has(z)ło nie będę nawet zaczynać. To ewidentna legenda miejska. Wy’google’owałem kilka historii z pointą haszło i jednak ta, którą wrzuciłem jest najlepsza. Sztos!

Co do (nie)legend.

Kiedy siekasz malutką papryczkę chilli, to zawsze, ale to, motyla noga, zawsze, wyszoruj ręce po. Z 10 razy! Bo 9 to za mało! Bo będzie piekło. Oczko jak potrzesz po siekaniu, to, oj tam oj tam, powiesz „hej, ale mnie oczko piecze i pijesz dalej”. Ale jak kurczaczki pójdziesz sikać (i jesteś chłopczykiem), to współczuję! Piecze jak diabli. I ten czort Słodkokwaśna się jeszcze z ciebie śmieje. Wniosek? Siadać na siku po siekaniu chilli!

Ale ostatnio odkryłem ciekawą zależność. Tzn. Słodkokwaśna mi powiedział. Szparagi. Jak po szparagach idziesz na jedynkę, to to jest prawda. Nie żadna legenda. Siuśki dziwny mają zapach. I dziś na ten przykład tak sobie myślę w toalecie – oj, czuję, że chyba dziś szparagi jadłem!  A dziwne jest to, że czemu się nie myśli jedząc szparagi – oooo, to siuśki będą miały dziwny zapach dzisiaj? Ten ludzki mózg jest naprawdę zadziwiający.

Rok temu była legenda miejska! Pyton. Kurczaczki, jak ja się bałem rowerem jeździć, bo ponoć wężyk upodobał sobie Nadwiślę. Akurat tam, gdzie rowerowałem się często. I nawet kartkę widziałem, że uwaga, że pyton. Brrr. Brzydzę się wężami i krokodylami.

A jeszcze wcześniej przecie złoty pociąg był poszukiwany.

Legenda (nie)miejska z lat 80-tych. To dla dziewczynek. Niektóre madki krzyczały na swe córki, żeby nie grały w gumę, bo im się … macica obsunie. Serio! Słyszałem to na własne uszy.

Legenda miejska – szczur wyskakuje z klozetu. Oooo, ja pisałem o wężu.

Ostatnia chyba już (nie)legenda. Jakiś bloger kilka lat temu napisał, że chce napisać 40 wpisów na swoje czterdziestolecie. I ponoć mu się nie udało. Oj to ja powiem, że też się do tego przymierzam. I tak sobie rachuję, że to właśnie jest mój 42 wpis w tym roku. Czyli to naprawdę da się to zrobić. Dzięki Bogu ja mam jeszcze 11 lat na ten challenge typu „40 wpisów na 40 lat”.

I tych legend jest bez liku. Ja powiem prawdę. Cudownie mnie się piszę przy moim nowym stoliku. Trochę w łokcie uwiera. Ale za to ile przestrzeni! Zachwyconym tym moim nowym stolikiem jest.

Były legendy to musi być urban. Lubię ten widok!

green kuchnia

nie, nie żadne tam vege, czy eko. Kuchnia mi zakwitła. Zielono jej.

Miałem pisać wczoraj, że ładny dzień mamy. Że ja wolę moją mamę. Że wszystkie dzieci nasze są. Ale nie zdążyłem. U Słodkwaśnej się relaksowałem. Podjedli, pospacerowali, pooglądali Ozarka i Konia BoJacka. Wracając uberem jeszcze pogawarił z panem Davronbekiem z Tadżykistanu. Dziwnie się teraz jeździ tym przewozami. Ni to zdezynfekowane, ni to czysto, ni to w maseczce, ni to co tam jeszcze.

Pan podpowiedział, że z Warszawy to przez Moskwę lub Turcję się lata … do Taszkientu. A stamtąd, to już tylko 100 km autobusem za 8 zł. Aha, i w lato żarko – 40 stopni. Powiedziałem panu, że dla mnie żarko to jak jest 25 stopni. Ogólnie w dzień piekło, ale w nocy przyjemnie – tak zarekomendował pan swój kraj. Ale jakie widoki? Góry i nie tylko. Może by kiedyś polecieć? 

Aha, u Słodkowaśnej pojedliśmy pyszotki. A na deser był … rabarbar pod kruszonką. Nigdy nie byłem fanem tego warzywa/owocu. Ale wczoraj posmakowało mi bardzo. Właśnie, co to jest rabarbar? W Stanach się wielce zdziwiłem, jak zobaczyłem dynię na owocach. Co kraj to obyczaj. Mnie na przykład cały czas zastanawia imbir – w Carrefourze jest w sekcji owoc, ale we FRAC-u jest już w warzywach.

Chyba za chwilę nastąpi przekierowanie na moje nowe strony. Dam znać jeszcze. Wczoraj zakupiłem dwie domeny – jedna „pl”, druga „com”. No ciekaw jestem, czy się zmobilizuję do przygotowania ładnie moich stron.

Tak z ciekawości podpatrzyliśmy ile kosztowałoby wykupienie strony z rozszerzeniem „com” na 10 lat. 666 złotych! Szatan, diabeł, czort! 

Właśnie, a propos wczoraj! Wczoraj miałem napisać, że wczoraj (dziś piszę, że 2 dni temu) 60 lat skończyła … Majka Jeżowska! Kto jej nie pamięta?! Toż to radość, uśmiech, pozytywna energia skierowana do dzieci. Ja chyba za duży już byłem na jej kinder-hity. Ale nie mniej doceniam to, co zrobiła/robi dla dzieciaków. Kurczaczki, 60 lat? Przecie w przypadku tej pani, to czas się powinien dlań zatrzymać i ona ciągle powinna mieć te dwadzieścia, czy trzydzieści parę lat i śpiewać najmłodszym. Eh. 

Rok temu Owsiak zaprosił Majkę Jeżowską na festiwal do siebie. Był czad, było pogo.

Dziś, po długim czasie nastąpił ten dzień – nowy, stary stół wjechał na salony me. Ileż mnie to zachodu kosztowało, ale po kilku ładnych miesiącach mogę się już nim cieszyć. Szalenie mi się podoba. Przeciwności losu było od groma. Albo, już oficjalnie mój najlepszy przyjaciel, Rafał był zajęty, albo w ostatniej chwili wszystko mi przekładał i krzyżował. Miałem już nawet ręką machnąć, ale bardzo szkoda by mi było tego cudeńka. Dziś jestem przy aucie i okazało się, że akumulator padł. Ale na szczęście w niedzielę urodzonym jest, to wszystko się udało. Mam, jest, stoi, upiększa mój kwadrat. Co tu będę deliberował, sami zobaczcie, jaki piękny, stylowy mebel. 

Stary stół oddaję chyba Słodkokwaśnej. Chyba, bo mieliśmy to już przybite, ale pani Słodkokwaśnej, jak jej o tym wczoraj zakomunikowałem, rzuciła suche wątpięNo to może do studia? – rzekł kolega. No może. 

Także Słodkokwaśna, bierz pan te stół. Przypominam, że mieszczący się on jest w auto Pana z Europy na K. Brał na Święta zimowe, to wiem.

Czy widzicie mnie piszącego nowiuśkie posty? 

Postawiwszy cudeńko na środku, pomyślałem, że czas chyba przearanżować mieszkanie. Ta wielka komoda coś mi zaczyna przeszkadzać …

I na koniec szybka ankieta – czy kwiatka zabrać, czy zostawić? Zielono coś i mi.

Aha, ktoś może zapytać, po co mi 6 kontaktów w ścianie? Otóż zabawna historia. Jak robiłem remont w 2014 roku, to stwierdziłem, że wszystko będzie miało swoją dziurkę. Nienawidzę kabli i przedłużaczy.

Miał być:

1 dekoder do tv kablowej

2 telewizor

3 zestaw hi-fi

4 apple tv

5 lampka

6 i jeden na tak zwany “zaś”

Po remoncie okazało się, że potrzebuję jednego kontaktu tylko dla tego tak zwanego “zasia”. Życie.

budyń

Nie. To nie będzie wpis o miłościwie nam panującym Sebastianie. Chociaż?

Tak się „zapasłem” (narobiłem zapasów znaczy) w czasie tej pandemii, że w końcu postanowiłem na nowo odkryć światło w lodówce i zrobić miejsce w szafkach. Nie, nie robiłem specjalnie zapasów. Po prostu jak jestem prawie codziennie w sklepie, to zawsze coś wezmę albo z ciekawości, albo na spróbowanie.

Dziś padło na budyń. Ha, kiedy ja ostatni raz robiłem albo jadłem budyń? Jak jakiś szkrab byłem. Z kilkanaście lat pewnie temu, jak nie kilkadziesiąt. Budyń kupiłem przed Wielkanocą w związku z pieczeniem sernika. A, wezmę 3 opakowania – pomyślałem wtedy.

Nieużywający za bardzom cukru jest, także dałem na koniec miodu. Jedna torebka i pół szklanki mleka. Oj. Mogłoby być ciut mniej płynu. Pamiętam z dzieciństwa, że gęsty to był dań. 

A co do naszego Budynia? Ciekaw jestem, czy PiS przesunie wybory na najdalszy termin, jaki się da, żeby tylko mieć więcej czasu, żeby móc zdyskredytować przyszłego naszego prezydenta Czaskoskiego?

Bardzom ciekaw jest.

Ok, po 9 już. Czas chyba zacząć dzwonić po ludziach i potwierdzać, czy wczorajsze ustalenia aktualne, czy też nie. Wczoraj miałem już grafik na dziś. Ale jeden się wycofał i efekt domina ruszył. No może nie do końca się wycofał, ale tekst typu „jutro nie mogę. Jeśli możemy to przełożyć, to przełóżmy. Ale jeśli nie, to wolałbym o tej godzinie i na takich zasadach”. No to teraz muszę na nowo klocki poskładać. 

sam nie wiem …

… jak ja to robię. Ale kochani, siedzę i piszę.

– coś tam było! 

– człowiek!

– może dostał?

– może

Kończy się tydzień, nie ma nadziei
Że następny coś jeszcze zmieni

Właśnie włączyłem sobie Kult’owy album „Spokojnie”. Nie, nie dlatego, że afera z Kazikiem jest. Po prostu włączyłem, bo to znacząca płyta dla mnie jest.

Kochani, jestem rozdarty. W rozterce takiej jakbym jest. Najpierw parę miesięcy temu dzwoni Monia i mówi „Pisz, kochany, pisz. Bo czyta mi się Ciebie świetnie”. Ewa W. z domu Z. też mnie chwaliła, że parska co chwilę śmiechem, aż jej dziewczynki się pytają „mamo co ci?”. Ewcia, mam nadzieję, że nie covid-19. Pamiętaj, parskasz, zakrywaj buzię. Tylko zgięcie łokcia później zdezynfekuj.

A teraz ta sama Monia dzwoni ze spóźnionymi życzeniami (jako jedyna, dziękuję bardzo) i narzeka. Stary, co się tak rozpisałeś? Nadążyć nie mogę. A później dzwoni Słodkokwaśna i nawija „Ale się rozpisałeś”.

Kochani, to wszystko dla was!

Mój dom murem podzielony
Podzielone murem schody
Po lewej stronie łazienka
Po prawej stronie kuchenka

Ha, u mnie odwrotnie. Po lewej stronie kuchenka, po prawej łazienka.

I tak przy okazji razgawora ze Słodkokwaśną ustaliliśmy, że odpalam płatne strony moich blogów. Kolega pomoże i wesprze. Fajnie. Muszę pomyśleć o nazwach domen.

I tu trzeba uważać. Bo cały czas mam w głowie pana, który handlował piórami wiecznymi. Miał sklep o nazwie Pen Island. Nastały nowe czasy i pan poszedł do internetów i założył stronę www o nazwie Penisland. Był zadziwiony reakcją „klientów”. Wiadomo nie od dziś, sex się sprzedaje.

Dziś widziałem, że jest jakaś afera z blogerką modową, szafiarką Dźiesiką Mercedes. Nie czytam durnych artykułów, ale mam to do siebie, że notuję tytuły tych … artykułów. I zauważyłem coś o tej szafiarce. I dziś Słodkokwaśna mi napomyka. Ok, już kojarzę. Jakiś niedawny czas temu takie pipeczki-aktoreczki-celebrytki chwaliły i reklamowały nową linię ciuchów tej Jessiki. 

Kochani, warto, polecamy. Dobre, bo polskie. Warto zapłacić tych parę złotych więcej. Ale otrzymacie dobrą jakość

Jeśli Fruit of the Loom się produkuje teraz w Polsce, to ok. Ale jeśli to robią małe rączki w Maroku, to nazwijmy rzeczy po imieniu, to jest po prostu ściema i oszustwo. Ale przyznajmy im kredyt zaufania. Być może, nie wiem, nie znam się, może Fruit of the Loom pozwoliło im na produkcję w naszym kraju. 

Ale jakim trzeba być frajerem, żeby płacić za t’shirt 200-250 zł, jak można kupić za 15? I tu się nie dziwie, że ludzie są wściekli.

Odnośnie markowych rzeczy, to muszę tu wspomnieć mojego Bąbelka numer 1. Mam dwa Bąbelki. Oba lat 13. Jeden to siostrzeniec, a drugi to mój BFF, syn Państwa z Europy na K. Znamy się całe życie … Bąbelka, czyli ze 13 lat prawie. Oba smyki są bardzo fajne i się ciekawie ich robi w balonika. Tzn. robiło, bo wyrosły i już się nie dają wpuszczać w maliny.

I ten mój Bąbelek numer jeden jak kania dżdżu czekał tego 17 maja i tych swoich 13 urodzin. Ale w międzyczasie wściekł się, bo okazało się, że od 18 maja już wszyscy mogą sami się przemieszczać po ulicach. A on taki był zniewolony i ten 17 maja, to takie zbawienie miało być. Mówię mu, że ma jeden dzień i niech to wykorzysta. Ale nie, młody zdenerwowany tą niesprawiedliwością. Cóż. Bąbelku kochany, życie to nie bajka. 

Na pocieszenie mówię mu, że o korzyściach bycia 13-latkiem. 

Mówię mu, podczas składania życzeń:

Bąbelku, już możesz uwolnić się spod skrzydeł mamy, o ile ta na to pozwoli i swobodnie zarządzać swoim kontem (poprosiłem siostrę, żebyśmy założyli Bąbelkowi i starszemu konta, które oczywiście kochający wujek zasila). Możesz kartę zamówić. Ile masz kasy?

Mały zaczął liczyć swoje aktywa. Okazało się, że ma w skarpecie jakieś różne waluty. Matka chrzestna mieszka w Londynie, to chyba go wspiera funciakami.

No to mu opowiadam o licznych kontach walutowych, które również może założyć. Mały cieszy się jak … dziecko.

Dziś rozmawiam z moją mamą i pytam się jak tam chłopaki. Okazuje się, że Bąbelek nadal jest wściekły na tę niesprawiedliwość, która go spotkała. Ale, bo zawsze jest jakieś ale, podekscytowany jest możliwościami związanymi z kontem. I już ponoć kartę zamówił. Heh, sprytny, merkantylny smyk.

A które prawo dla nas
A które prawo dla nich

Właśnie się nauczyłem, że najdłuższa piosenka Kultu, to Tan z płyty „Spokojnie”.

Rozmawiałem z kumplem Rafałem, co gramy w kometkę razem. Był z tydzień temu z szanowną małżonką na spacerze. Z bulwarów weszli na Plac Zamkowy. I się okazało, że jest protest przedsiębiorców. Rafał wyciągnął swój aparat i zaczął pstrykać, bo jest fanem street photo. Mówił, że nic się nie działo, bo protestujący spokojni. Ze 300 osób. Bitwa pod Termopile nazywa się chyba 300. Ale pewnym momencie milicja zaczęła interweniować i napierać na tłum. Aresztowali Rafała i jego żonę. Kumpel tłumaczy, że są z żoną na spacerze. Ale milicja niewzruszona. Poprosił, żeby chociaż do jednego komisariatu ich zawieźli. Ale nie, dyskoteki nie są koedukacyjne. Aga trafiła do Legionowa, a Rafał do Mińska (o ile mnie pamięć nie myli). 5 godzin spędził w komisariacie. O północy wrócił do Waw, wziął auto i pojechał po żonę. Mówił, że każdy pies miał gaz i ponoć go użyli. A protest był spokojny, żadnych ekscesów. Na dodatek dostanie on i pewnie jego żona wezwanie do sądu w sprawie kary 30 000 zł z sanepidu o niezachowywanie dystansu. Ale dystans był utrzymywany do momentu, kiedy milicja nie zaczęła napierać.

Na usprawiedliwienie milicji mówię, że 

Wiesz. Milicja podczas akcji nie będzie pytać co pan tu robi? Spacerek czy protest? Ale faktycznie, jeśli nic się nie działo, to powinni zachować się odpowiednio do sytuacji. A tak, to czyste skurwysyństwo

Dziś widzę artykuł zatytułowany „Wiec Dudy jest ważniejszy niż protest”. Nawet nie klikam, bo nie chcę sobie ciśnienia podnosić. Przepraszam, ale kurczaczki, w jakim kraju przyszło nam żyć?! Ruszmy dupska na każde wybory i zróbmyż porządek. Mam wrażenie, że duża część elektoratu nie-PiS nie chodzi głosować bo a) bo nie, b) i tak nie mam na to wpływu. A później się okazuje, że ten mały chujek z ulicy na N., tudzież dzielnicy na Ż. rządzi krajem. NIE. Mówię NIE. Zacytuję brata bliźniaka naszego Naczelnika

Spieprzaj dziadu

Się uniosłem.

I czy tego chcesz, czy o to chodzi
Bym w złości tu przychodził

Pisałem o minimalizmie. Podczas tej zarazy kupiłem sodastream i chyba to tyle. Papier toaletowy nadal jest. Ale się kończy i za jakiś miesiąc trzeba będzie dokupić. Nie, nie wpadłem w szał kupowania w marcu papieru toaletowego. Do tej pory nie mogę pojąć tej paniki i wykupywania rolek.

Wczoraj nabyłem to:

Taka mała, sprytna patelenka grillowa. Z drewnianą podstawką. Na jednego rybnego steka na przykład. Już nie muszę wyciągać tej wielkiej kolubryny, żeby usmażyć małego steczka. Cała żeliwna jest ta patelnia. Można do piekarnika włożyć. Fajnie. Chyba już za pierwszym razem nauczyłem się, że rączka nagrzewa się również. Auć.

the end

Kurczaczki, ciasto francuskie mi nie wyszło, a widelec spadł z talerza do kosza!

Wnioski?

– schować kosz z powrotem do szafki 

– nie rozciągać tak ciasta, bo się podziurawi

– duchy wróciły i czegoś chcą

Wpis miał się nazywać „nic nie może przecież wiecznie trwać”, ale coś mi zaświtało, że już coś takiego popełniłem. O tu jest.

Tych wpisów mam ze 40, a jednak wiem, co się w nich mieści. Właśnie. Ile ja mam tych wpisów. Adnu sekundeczku. Bzzz pii uuuu grrr brrr, mam już. To jest 360 post.

To jest the end, czyli koniec.

Rozmawiałem 21 maja z moim serdecznym kolegą ze studiów, którego nazwę tu, hmmm, Arek-Zegarek (sorki Arek). Szalenie dawno się nie słyszeliśmy i nie widzieliśmy. Pamiętam jak dziś, że w jakimś biurze przy ul. Sienkiewicza opijaliśmy zdrowie pierworodnej. Ciekawe czy pamiętasz Arek czego wtedy słuchaliśmy … często. Starsailor i ich „Love Is Here”.

Don’t you know you’ve got your Daddy’s eyes 
And your Daddy was an alcoholic

Nie, niczego nie insynuuję. Ta piosenka była po prostu przez nas katowana. No może nie katowana, ale często grana.

Ja uwielbiam z kolei tytułową piosenkę. Smutna taka.

A chciałem na wesoło, ale przypomniałem, że to koniec, koniec pewnej ery, to na smutno chyba powinno być, także smutna piosenka jest na miejscu.

No i wyobraźcie sobie, że wczoraj pępkowe, a dziś matura u córki! Jak ten czas leci? A mamy tylko … 29 lat (Arek-Zegarek jest mój rocznik, jak się łatwo domyślić, skoro na studiach się poznaliśmy. No dobra, mógł być po technikum, a ja przecie 7 lat grałem w licealnej drużynie koszykówki).

Arek załamany sytuacją w Trójce. Jak szybko można tak radio rozpierdolić? (chyba tego wyrazu użył? Albo ja to chyba powiedziałem, a on przytaknął). Ale sami przyznajcie, że ten wyraz jest na miejscu. Jeśli czytają to nieletni, to tu jest komunikat:

Drogie dzieci, tak, w języku polskim występują wyrazy zakwalifikowane do wyrazów „nienamiejscu” lub po prostu wulgarnych.

Synku, to ty przeklinasz? – tak kiedyś retorycznie zapytała mnie mama, jak w zdenerwowaniu zakląłem jadąc autem.

Trójki już nie ma. Jest za to Trujka. Powiedziałem koledze, że ja jeszcze słucham i będę słuchać. Dziś otwieram me niebieskie oczy, klikam na ramówkę radia, a tam … Wojciech Cejrowski. Brrr. Nie, nie słucham już tego programu.

Kolega zaangażował się w finansowanie nowego projektu zwanego Radio Nowy Świat. Myślę i ja o tym. Ale wpierw niech ruszą, zobaczymy. Na razie dla mnie to nie wygląda za atrakcyjnie. Czas pokaże.

Listy przebojów już nie będę słuchać, bo jakoś mnie odrzuciło. 

I kończąc wątek kolegi Arka-Zegarka. Mam nadzieję, że pojechałeś na te Mazury, czy Warmię, bo ja dziś jednak wpaść nie mogę. Umówionym.

Ale co za akcja z tym umówieniem się. Jakiś czas temu zadzwoniłem do kumpla i mu mówię:

– stary, odmrażają gospodarkę, to się musimy w końcu spotkać. Piątek sobie zarezerwuj. Kolega się nazywa Piątek. Ale nie Krzysiek, to nie ten od futbolu.

– ok, postaram się

I słuch zaginął po koledze. Standard w jego wykonaniu. Dzwonię na przykład w poniedziałek, a ten mówi „oddzwonię do Ciebie za chwilę”. Mhm. Czekaj tatka latka.

Jest piątek, dzwoni Piątek.

– cześć … – zagaja

– to Ty teraz do mnie dzwonisz?! Toż mieliśmy się spotkać tydzień temu w piątek. Zapomniałeś?! – zaczynam swoją nie do końca passive ale na pewno aggressive narrację

– no dziś nie mogę, ale w sobotę możemy gdzieś wyskoczyć – kontynuuje kolega.

Zaczyna do mnie docierać, że zachowałem się jak pałka i to jest teraz ten piątek, bo tydzień wcześniej nie było nawet gdzie się spotkać. Mea culpa. Kacze pióro, czas leci szybko, jak nam knajpy odmrozili.

Dobra, koniec z tym wątkiem. Jest sobota, to nie gadamy o Piątku.

O kurczaczki! Teraz dopiero widzę w górnym rogu arkusza WORD, że jest opcja dyktuj. To po ki czort ja stukam w tę klawiaturę!!! Yuppie.

Ostatnio ni to z nudów, ni to z ciekawości zacząłem eksplorować świat blogów. Nie czytałem nigdy, z wyjątkiem Słodkokwaśnej, którego blog szalenie polecam, innych stron, bo uważałem, że to nuda i nie da się tego czytać. Kto by chciał zagłębiać się w świat innej osoby i zapoznawać się z dziwnymi przemyśleniami na stronach www?

Ale dałem szansę i obserwuję kilka blogów. Z jedną osobą wdałem się w wymianę opinii. Trochę mi łyso, bo ja mam bloga od 11 lat, a kolega z rok. Ale potwierdził mi to, czego się obawiałem. Chcesz sukces, to się staraj. To jest czas i praca. Samo się nic nie zrobi. Nawet jeśli napiszę najwspanialszy wpis, to świat przede mną na kolana nie padnie.

Działa to wszystko podobnie, jak znam to z instagrama (tak, konto skasowałem na IG). Like4like, follow4follow. Zaczynasz coś komentować, to ta druga osoba wróci do ciebie i jeszcze inni jego „czytacze”. 

Istotnym faktorem jest posiadanie jednak MordoKsiążki. 

Ja mam/miałem kilka przemyśleń na temat prowadzenia bloga:

– nie zakładam FB

– nie płacę

– nie nastawiam się na zarobek

Ale pogadałem jeszcze z inną osobą i się poważnie zastanawiam, czy nie kupić jednak czegoś na tym WordPressie. Ale nie pakiet premium za 33 zł/miesięcznie. Ale ten niższy za 14 zł. Poczekam tylko na jakieś flashowe wyprzedaże, bo mają czasem. Zobaczymy.

No i z tą drugą osobą sobie konwersuję i pytam się go jak to jest z tym pisaniem, bo on ma bloga od 1999 roku. Toż to inna epoka, inne milenium. Mówił mi, że zaczynał na blog.pl ale się po jakimś czasie zwinęli, bo wordpress nadchodził. 

Także zaczynam coś z moim blogiem zrobić. Muszę się jeszcze do Słodkowaśnej na korepetycje wybrać.

Podczas tych rozmów padł temat, że nic w internecie nie ginie. 

Dziś miałem koszmar.

Ten wpis miał być krótki, jedno- lub góra dwuzdaniowy. A znowu wyszło czort wie co.

Śniło mi się, że skasowali mi wpisy na wordpressie! The end! Naprawdę się wystraszyłem. 

Od dłuższego czasu piszę moje posty w word-zie, a później je wklejam na blog. Ale ten plik to takie demo, często, a właściwie prawie zawsze, mi się zdarza poprawiać później to co napisałem. Także jakby skasowali, to byłby to dla mnie dramat. 11 lat w piach by poszło. Może ktoś ma radę, albo wie, jak się przed taką sytuacją ustrzec (gdyby sen zaczął się urzeczywistniać)?

This is the end
Beautiful friend
This is the end
My only friend, the end

ac piorun dc

Choć nie widać mnie, ja klnę się, że serce me bije i ludzi kochać spieszę.
Rad bym wszystkich was sumiennie uściskać, ale przebicie może być i zaczęłoby błyskać.

Lubię Lao Che. W tym roku zaczęli trasę pożegnalną. Ale dzięki koronce musieli ją przełożyć. To może poszukam biletów na 2022? 

Fakt o mnie numer kolejny.

Bardzo dużo chodziłem na koncerty. Na niektórych artystów po kilka razy. Ale jakoś ostatnio nie chodzę bo:

– dowiaduję się po fakcie, że ktoś był

– drogie bilety

– jakoś mi się nie chce

Na czym byłem ostatnio? 

Editors? Czy Dead Can Dance w czerwcu 2019? Nie pamiętam już.

Na początku roku myślałem o kupnie wejściówki na zobaczenie Pearl Jam. Nigdy ich nie widziałem, a kilka razy mogłem, bo często przyjeżdżają. Ale porachowałem sobie. Bilet ponad czysta złotych. Dojazd, jakiś nocleg, wikt. Plus to i tamto i się robi bez mała tysiąc.

Nick Cave! To samo. Ale jego to bym z roku na rok zobaczył chętniej niż grunge’owców z Seattle. Na szczęście bilety na Australijczyka sprzedano na pniu, więc dylemat zniknął.

Na Metallicę polowałem rok temu. Wszedłem na stronę ciut przed 10 rano. Mieli się, mieli strona. Mam czekać. Po 50 minutach tego mielenia info, że jest gdzieś tam jeden bilet za horrendalną cenę z widokiem takim sobie. A chciałem iść nie sam. Może i dwa bilety by udało się kupić. Ale nie widzielibyśmy się. I ja cały czas mam opór przed Narodowym. 

Kupiłem za to bilet na Alanis Morissette. I mam szczerą nadzieję, że odwołają. Bo jakoś nie czuję tego koncertu. Lubię tę artystkę. Jej kilka płyt znam na pamięć. Ale te ostanie dwa albumy nie były nagrane dla mnie. Pożyjemy, zobaczymy. Październik się zbilża.

A właśnie. I tak miałem ten koncert odpuścić, gdyby …

Google robi jakiś konwent dla lokalnych przewodników z ich map. Należało tylko się zaprezentować, wrzucić jakiś filmik na YT o sobie, odpowiadając czym jest dla mnie przewodnictwo lokalne.

Używajcie mnie dopóty nie wywalą korki

Wylot i all expenses covered by google. Nawet można by było negocjować przedłużenie pobytu. To znaczy zapłaciliby za przelot Warszawa – San Francisco. A na przykład powrót mogliby ustawić na inny termin lub z innego miasta. Ale czas od końca konferencji do wylotu to już twoje zmartwienie i koszt. Dla mnie bomba. Wylot miałby być albo w dniu koncertu Alanis w Wawie albo dzień przed. Także biłem się z myślami. Czas nadsyłania zgłoszeń był do końca marca. Ale już wtedy koronka rządziła światem. Także nici ze słonecznej Kalifornii. Poza tym okazało się, że kumpel się przeprowadził do Chicago (w międzyczasie zachorował na tę zarazę ale już wydobrzał. Kurczaczki, skąd to ludzie łapią? Ja cały czas beztrosko brykam po podwórzu i nie mam. Ale wydawało mi się, że miałem, bo coś łupało mnie w krzyżu pod koniec marca. Może przeszedłem bezobjawowo. Czy może być taki długi nawias w tak krótkim zdaniu?), a para, którą poznałem ze 4-5 lat temu w Waw się dawno już rozstała (miałem niby mieć u nich miejscówkę. Tak przynajmniej mówiła pani koleżanka. A czy mogą być dwa nawiasy, w tak już długim zdaniu?).

Dobra kończę o Kalifornii i o zarazie. Ja miałem o AC/DC pisać. I znowu jakaś maturalna praca mi wyjdzie na 5 stron A5.

Otóż byłem na koncercie AC/DC. Lipiec 2000 albo lipiec 2001. Wtedy co był Big Brother, tylko nie wiem który sezon. 

(Dokładnie) Tydzień po studiach zacząłem pracę w Auchan. Zajmowałem się „kulturą” i miałem do czynienia między innymi z przedstawicielami Wielkiej Piątki – Sony Music, BMG, Warner Music, Universal, EMI.

Później BMG połączyło się z Sony.

PeHowcy (PeHa = Przedstawiciel Handlowy) byli głównie z Waw albo zdalni. Tylko Przemek reprezentujący Universal Music był z Białego i do mnie często wpadał wciskając mi płyty do sprzedaży. Namówił mnie, żebym wziął 200 CD Ich Troje i ich tej płyty co latali z pochodniami. Długo mnie przekonywał, bo to była ogromna liczba płyt. W sumie sprzedałem, jak odchodziłem z Auchan, 8 000 płyt.

Michała Wiśniewskiego aka Polski Marylin Manson poznałem kiedyś … w kiblu. Robili przy MDM-ie w jakimś klubie (na Polnej?) bal z okazji oszałamiającej sprzedaży ich płyty. I wytwórnia postanowiła zaprosić na to wydarzenie swoich kontrahentów. Przemek wziął mnie. Pamiętam, że się schlałem nieźle, ale nie tak jak kolega. Spaliśmy w hotelu MDM, więc daleko nie było. Problemem był powrót do domu, bo ani Przemek, ani ja nie za bardzo nadawaliśmy się na wodzenie maszyną. A wymeldować się trzeba było. 

Gdzieś w kącie, za szafką, uwiję swe gniazdko.
Stanę bacznie na warcie i jakby co, na alarm dam zwarcie.

Ale ja też nie o tym. O AC/DC.

Kolega do mnie zadzwonił z pytaniem, czy nie chcę na koncert AC/DC pojechać? Nie przepadam za tym zespołem, ale wiedziałem, że ten band to legenda i wypadałoby z przyzwoitość ich zobaczyć. Na Joe Satrianim też byłem i żałuję. Pan stał na scenie i na gitarce jakieś “iju iju” wygrywał. Kolega Radek oglądał Joe z zapartym tchem, a ja z jego przyszłą żoną co chwilę na fajka wychodziliśmy.

Koncert AC/DC miał duży plus, gdyż był w Pradze (czeskiej).

Zespół promował płytę „Zajęcza Warga”

i was born with a stiff, a stiff upper lip

Akurat ten kawałek lubiłem i chodził za mną. To się nie dałem długo namawiać.

Po drodze zabraliśmy PeHowca ze Śląska – Darka z Katowic.

W ciągu godziny po przekroczeniu granicy polsko-czeskiej zatrzymał nas patrol i była pokuta – 100 zł polskich w przeliczeniu. Pani podeszła do auta od strony kierowcy i zapytała, jaki tam był znak. Ładna nawet ta Czeszka. Laska nebeska taka. Oczywiście my się zaczęliśmy przekomarzać z panią, a kierowca Przemek się wykłócać. Bo żadnego znaku nie było, niech nam nie wmawia. Po chwili podszedł pan. Stanął przy koleżance przy naszym okienku. Tylko klamrę paska było widać. Tak był wysoki (zapewne się musiał mocno schylać, jak chciał list do skrzynki wrzucić). I to był koniec dyskusji. Zapłaciliśmy i odjechaliśmy w oburzeniu.

Ale to nie był pierwszy raz, kiedy szybko, za granicą, policja czeska łapie Polaków. No nie lubili nas.

Praga fajna. Co tu mówić wiele. Każdy kto był, to wie. A kto nie był, to słyszał. Hotel mieliśmy w dzielnicy 8, czyli daleko. Na zdjęciu wszystko wyglądało świetnie. Na miejscu okazało się inaczej. Czar prysł. Basen nie był wymiarowy. Miał z metr na dwa.

Przy wyjeździe zapłaciliśmy 1 000 koron pokutu za kurenie na pokojach. Przemek musiał rano w łazience zapalić, żeby dojść do siebie. Problem był w tym, że nie mieliśmy już tylu koron. Wysupłaliśmy 900 coś koron i mówimy panu, że złotówkami dopłacimy. Nie chciał. Awantura na całego. W końcu zagarną hajs leżący na stole, machnął ręką, żebyśmy już sobie pojechali.

Koncert był wieczorem, więc cały dzień zwiedzania mieliśmy. Po raz pierwszy zobaczyłem jak po ulicy idzie dwóch chłopców trzymających się za rękę. „Europa” powiedziałem do moich chłopaków. Ale faktycznie te Czechy są jakieś bardziej postępowe niż Polska. Trawę można u nich jarać, a u nas nie.

Cały dzień szukaliśmy golonki. Ale problem był w tym, że nikt z nas nie wiedział, jak po czesku jest golonka. To łaziliśmy od knajpy do knajpy. Przeglądaliśmy menu pijąc piwo. I nic. Po golonce ani śladu.

W jednej knajpie zobaczyliśmy JĄ! Pytam się pana co to jest, jak to się nazywa. vepřové koleno – rzekł kelner. Ale my już nie byliśmy głodni, bo jak tak wcześniej przeglądaliśmy te menu, to coś tam zawsze zamawialiśmy. A to hermelin, a to utopenec. Ale ważne było teraz to, że wiedzieliśmy jak jest ten dań po czesku.

Aaaaa. Znalazłem zdjęcia. Na szczęście podpisane – Praga, 12.06.2001.

Czyli ja byłem dzieciak straszny. A koledzy są o 9 lat starsi, to też takie dzieciaki jeszcze były. Ale wycieczka fajna.

W Pradze nastąpił powrót do whisky. Miałem traumę z lat wczesnostudyjnych. Kraszan nas kiedyś poił czerwonym Johhnie Walkerem. Fuj. Colę cały czas dolewałem. A teraz koledzy zaproponowali whisky. Oponowałem, mówiłem, że nie piję wódy na myszach. Ale Przemek powiedział, żebym spróbował, że jak nie będzie smakowało, to on zapłaci za mnie. Chivas Regal 12 letni wjechał na stół. Tzn 3 szklaneczki wjechały. Jakie dooooobre to było. Wydaje mi się, że ostatni piątek zaczęliśmy ze Słodkokwaśną od Chivasa. Oj. Brr na samo wspomnienie piątku, a raczej soboty. Ale to wszystko przez Anetkę.

Do klubu żadnego nie weszliśmy, bo żony kolegów się zmówiły i nagadały chłopakom, że w praskich klubach nocnych łby użynają. I się przestraszyliśmy strasznie. I uważaliśmy na każdym rogu na siebie.

Wczesnym wieczorem znaleźliśmy nasze El Dorado. Knajpę serwującą tylko jeden dań. Oj. Męczarnia z jedzeniem była. Kilka razy w życiu zdarzyło mi się nie zjeść całej golonki. W Czechach parę razy i w Wawie. Spory dań! Ale mięso smaczne. Raz. A nie. Przeperaszam, trzy razy robiłem golonkę w domu. Pierwszy raz, ostatni raz i o jeden raz za dużo. Jakaś ta świnia za twarda była. I długo, pamiętam, się z tym trzeba ceregielić.

Miejsca na koncercie mieliśmy siedzące. Supportem był Rammstein. Trochę dziwnie wyglądały te pirotechniczne popisy w świetle dnia. Ale jakoś szybko panowie się uwinęli.

Samego koncertu gwiazdy wieczoru już nie pamiętam. Dla mnie te ich kawałki brzmią tak samo. Pamiętam tylko, że wokalista (Brian Johnson) i gitarzysta (Angus Young) o wzroście metr 50 (czyli nikczemnym) latali po tej scenie we wszystkie strony. Szacunek. Wyjazd bardzo udany. Także jakby ktoś pytał, czy widziałem AC piorun DC na żywo, to odpowiadam, że tak i polecam. Teraz chyba Axl Rose z Guns n Roses śpiewa w tym zespole. To nie wiem, czy bym tak poleciał i polecał.

Kurczaczki, w Pradze też dawno nie byłem.

  • W poście wykorzystano fragment utworu Lao Che „Prąd Stały, Prąd Zmienny”

macio bonifacio

Z ciekawostek o Warszawie. Numeracja ulic leci zgodnie z biegiem Wisły w przypadku ulic równoległych. 

Jeśli ulice są prostopadłe, to numery rosną od rzeki. To teraz pytanie: Dlaczego św. Bonifacego ma taką dziwną numerację? Numery rosną „do rzeki”.

Nie, ten balonik, to nie jest mój dom. Bliżej cmentarza mieszkam.

Ja naprawdę wyglądam jak z filmów o bohaterze z Transylwanii. Uszy mi odstają. Maseczka w buzie ciśnie. Jak żyć. Do rzyci z takim życiem.

Z ciekawostek o moim życiu. Uprzedzam, że ja bardzo wierzę w takie zbiegi okoliczności, takie fatum, takie zrządzenia losu. Niedaleko mojego wcześniejszego domu w Białymstoku była ulica Buska. Teraz, na Sadybie, parę kroków ode mnie jest ulica … Buska.

Rok 2000. Umówiłem się z panem z Europy na K., że pójdziemy na kręgle. Taki wtedy był czas i moda na ten sport. Drogi sport i ciężko było coś znaleźć. Padło na Sadybę Best Mall. Przypominam, że do połowy 2004 roku nie mieszkałem w stolicy. Daleko ta Sadyba. Psy wiadomo czym szczekają. Oczywiście nie było wolnych torów. Stoimy czekając na autobus. I tak sobie myślę:

Co ja tu robię? Co to za zadupie? Daleko. Obok jakiś cmentarz. Ciemno wokół. Pusto. Beznadziejne miejsce.

Po kilkunastu latach mówię, że to moje miejsce na Ziemi. Wszędzie jest blisko. Co prawda nie ma tramwajów, ale komunikacja jest sprawna. Do stacji metra 8 minut. Autobusem do centrum – 20 minut. Nogami do Wilanowa raz dwa. Do Łazienek chyba ciut bliżej. Super ta Sadyba.

Kiedyś czytałem na gazecie jakieś lęki faceta. Lat 40. Że się boi, że w domu straszy, że blisko cmentarza mieszka i pewnie jakieś duchy go nawiedzają. Ja wtedy miałem z lat ze 30. I obśmiałem kolesia. I jeszcze pomyślałem, że co za baran kupuje mieszkanie koło cmentarza.

Teraz, jestem ciut starszy i jak sami zauważyć możecie – w moim mieszkaniu straszy. A cmentarz mam z 200 metrów od bloku.

Czyżbym to ja pisał wtedy z przyszłości?! 

Naprawdę muszę szybko znaleźć jakiegoś psychologa, albo psychiatrę.

Żarcik.

Lubię Sadybę, lubię tę moją ulicę św. Bonifacego. Nie boję się tych moich duszków. A cmentarze lubię. Tylko akurat po tym moim się ciężko chodzi, bo tak nawtykali tych grobów, że czasem przejść nie można.

Wracając do ciekawostek z mojego życia.

Jak byłem mały, to imieniny obchodziłem w lutym. Przed urodzinami. Mama w pewnym momencie powiedziała, że przekłada mi moje święto na po urodzinach, bo tak ponoć wypada. Padło na maj. Nigdy nie mogłem zapamiętać, na którego maja.

Przy ulicy św. Bonifacego mieszkam już z … ho ho lub jeszcze dlużej. I dopiero niedawno dotarło do mnie, że Bonifacego i Macieja wypada tego samego dnia. Jakiś zimny (ogrodnik) jestem. Albo drań.

Św. Bonifacy jest patronem kawalerów i nawróconych. A coś mnie ostatnio korci, żeby do kościoła znowu wejść. Ale chyba nie. Z ateizmem lub agnostycyzmem mi do twarzy jak widać. Waham się tylko, które bardziej mi leży. Wczoraj jadłem krewetki na lunch.

 

 

 

 

Przysłowia: 

  1. Pankracy, Serwacy, Bonifacy – źli na ogrody chłopacy.
  2. Przed Pankracym nie ma lata, po Bonifacym mróz ulata.
  3. Pankracy, Serwacy, Bonifacy, każdy swoim zimnem raczy.
« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑