Miesiąc: luty 2020 (Page 1 of 2)

bez tytułu, czyli

tak zwany untitled.

No bo naprawdę nie wiem jak zatutułować ten wpis. Całą drogę jakżem szedł, tak myślał. I wymyślił, że bez tytułu jednak będzie jak ulał.

Zrobiłem wioskę. Zgrzeszyłem. Choć nie. Grzech, piekło, niebo, to chyba wtedy mają jakieś wartości, jak się wierzy. Także nie zgrzeszyłem. Po prostu sumienie mnie gryzie. 

Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu

Złamałem prawo. Popełniłem przestępstwo. Na szczęście o niskiej szkodliwości.

Właśnie okradłem Biedrę! Żenua wszech czasów w moim wykonaniu. 

Po robocie wybrałem się na zakupy. Brawo Biedra za postawienie w końcu kas samoobsługowych. Lidl – teraz twoja kolej.

Nienawidzę stać w kasie w tych dyskontach. Szlag mnie autentyczny trafia. Ludzie zawsze mają jakieś sterty rzeczy, a państwo w kasie jakoś nie daje rady tego przerobić. W Lidlu kilka razy chciałem zwrócić uwagę. Kasjerka brała towar, skanowała i rzucała na tę część kasy, co się wkłada do torby. Piorunem to robiła. Jak ziemniaki jakieś!

Chociaż nie narzekajmy. W Stanach stanie w kolejce w sklepach wymaga ogromnej cierpliwości.

Także teraz się przechadzam. Ludzi mało. Wybieram, przebieram. Patrzę, 4-pak Ginesa! Mojego ulubionego piwa. 3,99 za puszkę! Biorę. 

W kasie jestem drugi, ale koleś przede mną chyba pół sklepu kupił. No nic, czekam cierpliwie. Rozglądam się i przecieram oczy – KASY SAMOOBSŁUGOWE. 

To idę sam się porachować. Kładę, ważę, skanuję. Dyskonty wchodzą – dwie puszki czerwonej fasoli o 1 zł mniej. Biorę 4-pak i skanuję kod kreskowy na tej obwolucie papierowej, nie z puszki. Wiadomo, że z puszki będzie tylko 3,99 zł, a ja przecie kupuję hurtowo, bo aż 4. Także laser przejechał po kreskach, towar wylądował na tej półeczce do zbierania później do torby.

Wracam sobie do domu. A że lubię czytać, to wyjąłem sobie paragon. Coś jakoś dużo zapłaciłem, a przecie nic nie kupiłem.

A wise man once said that everything could be explained with mathematics

Przecie ja po mat-fizie jestem, to co się ludzie dziwicie.

Cholera, okradłem Biedrę!

Na paragonie stało „Piwo Guinness – 3,99 zł”.

Ciekawe czy mi to piwo później w gardle stanie, czy się udławię nim, czy co? Karma to widziała.

Za karę firanki dziś upiorę.

To ja pisałem, złodziejaszek Maciej.

Wstyd. Wstyd. Wstyd.

drzewiej, czyli

tryb rozkazujący w drugiej osobie liczby pojedynczej od czasownika „stać się drzewem”.

 

Serio, słyszałem kiedyś taką odpowiedź, jak zapytali studentów.

 

Wziąłem sobie dziś dzień wolny. A bo środa popielcowa, a bo musiałem do końca miesiąca wziąć, a pan w delegację się udaje w czwartek i piątek. Tom będę zastępował. Czyli dziś dzień święty. Miałem nawet listę rzeczy do zrobienia. Już wiedziałem jak będę święcił dzień.

Od kilku dni wisi kartka na drzwiach wejściowych bloku, że 26 lutego od 8 rano do 17 nie będzie prądu. Zaznaczyli, że istnieje ewentualne załączenie wcześniejsze. Nie pomyślałem wtedy. 26 wydawał się taki odległy.

Budzę się.

8 z minutami. Odpalam sobie internety, muzyka już wyje. I bęc! Cisza!

Ooo, pewnie bluetooth się popsuł i nie łączy się z wieżą. Trudno. Posłuchamy na lapsie.

Hmmm, internet nie działa. Oh, nie ma prądu. Ok. Wstaję.

Wchodzę do łazienki, zapalam światło

Aha, nie ma światła

Robię swoje po ciemku. Nie wiem nawet jak wyglądam.

Wchodziłem do łazienki z 6 razy po coś i za każdym razem włączałem światło. Dziwny nawyk. Ciekawe te odruchy bezwarunkowe.

Kawy se narobić zechciało. Wsypuję, ubijam, kolbę wkręcam do ekspresu. Klik i czekam krzątając się. Po dłuższej chwili myślę sobie, że chyba tej kawy nie nastawiłem. Podchodzę do automatu i klik znowu. Robię śniadanie. Gdzie ta moja kawa.

Aha, nie ma światła

Ok. Mam tygielek to sobie naparzę na kuchence. Hmmm, pstryczek nie działa, bo jest na prąd i nie mogę odpalić palnika. Zapałki jakieś wilgotne. Cholera po co palenie rzucałem.

Myślę sobię rybki se upiekę na obiad. Odkurzę.

Aha, nie ma światła

Jak żyć? Jak żyli ludzie drzewiej? Jak w jaskiniach odkurzali? Jak internety przeglądali? A jak grzali? Ciekawe. Szkoda, że nie ma prądu, to można by wehikuł czasu włączyć.

Mnie najbardziej przejął zamrażalnik. Cholera, rozmrożą się rzeczy. Pierogi zjadłem na drugie śniadanie. Już się puściej w zimnym schowku zrobiło.

Telefon się podładował ciągnąc od lapsa, który i tak za chwilę padł.

Słaba akcja bez tego prądu.

Znowu zechciało mi się poodkurzać. Posprzątałem wszystkie zbędne rzeczy z podłogi i z blatów i stołu.

Aha, nie ma światła

 

Dobrze, że woda ciepła jest i można się popluskać. Świeczkę sobie zapaliłem w łazience, robiąc nastrój taki.

Bez prądu da się żyć. Ale troszkę tylko. Gazy odpaliłem i nagotowałem jak nigdy. Ryba w zalewie octowej, zupa rybna, kasza gryczana. Chciałem okap włączyć, żeby pochłonił zapachy

Aha, nie ma światła

Chciałem sprawdzić, o której nastawiłem kaszę. Patrzę na zegarek na piekarniku.

Aha, nie ma światła

 

Zmyłem na mokro parapety i przetarłem meble. Da się bez prądu żyć! Jedyne minusy – (prawie) czysta chata i przeczytane książki. Nuda, nie?

Dobra lecę po mój łańcuch do mojego nowego roweru! I chyba zupę czas wyłączyć, bo 5 godzin pyrka już. Dobrze, że ten gaz nie na prąd, uff.

Prąd właczyli po 15, ufff. Żyję.

Nauczyłem się dziś dwóch rzeczy. Pierwsza, to to, że nie wiem w jakiej pozycji kontakt światła jest włączony i wyłączony. Jak się pojawił prąd, to zapalił się kinkiet. Zaświecił znaczy. AAA, co za historia! Wyszedłem ja ci kiedyś za dnia z domu. Wracałem wieczorem. Patrzę, światło się w mieszkaniu pali. Złodzieje! – od razu pomyślałem. Ale na szczęście nie. Drugie co się dziś nauczyłem, to to, że nie nauczę się nigdy w jakiej pozycji kontakt jest włączony, a w jakiej wyłączony.

Niech moc będzie z wami! Dobrej środy popielcowej wszystkim. Otrzepcież szaty.

dobre rączki potrzebne od zaraz

Lubię zupę tajską. A właściwie lubię zupę z mlekiem kokosowym. Skoro takie mniam i mlask, to pewnie niezdrowe.

Once on the lips, forever on the hips!

Trudno. Nie ma co się hamować, jak jest zachcianka. Raz od wielkiego dzwonu można zgrzeszyć. Krewetków sobie nakupiłem w Lidl, bo coś nawet nie drogo było.

 

To już będzie 6 lat, jak zrobiłem remont mieszkania. To już chyba będzie trzeci raz wspomniane w ostatnich trzech wpisach. Przed metamerfozą pozbywałem się rzeczy, w tym płyt CD. Myślę, że ze 100 krążków poszło na klatkę. I ktoś je sobie wziął.

Teraz mnie znowu naszło, żeby przewietrzyć szafkę z muzyką. Nie słucham CD. Od 7 lat wszystko jest na streamingu. No chyba, że Tom Waits i Marillion. Oni zawsze na CD. Myślałem nawet o tym, żeby tylko ich zostawić, a reszty się pozbyć.

Nie wystawiam już nic na OLX, bo ludzie nie doceniają. Dam na ten przykład zestaw 5 płyt za 20 złotych, to się za chwilę jakiś zapyta, czy za 15 pójdzie. Albo druga – a ile za 4 płyty?

Rower też patrzyłem i wychodziło mi, że za 300 zł mógłbym wystawić. Ale nie chce mi się użerać i opuszczać ceny. Pewnie za jakieś 150-200 by poszedł. To wolę jednak oddać Słodkokwaśnej. Niech ze swoją panią popedałuje w nieznane, do lasu, w siną dal.

Także nie chce mi się z ludźmi użerać. Wole oddać towar w dobre ręce. I właśnie dobrych rąk poszukuję. Jakby ktoś szłyszał, wiedział, to niech powie o mnie i mojej wielkiej akcji oddawania CD.

38 płyt lekką ręką nazbierałem. Waham się jeszcze co do Madonny, Edzi Bartosiewicz i Coma’y. Ale z sentymentu zostają na razie.

No i proszę ile miejsca mi się zrobiło w szafce! Taki spryciula jestem. Istny space saver!

IMG_4794

Uwaga! Zanim dobre rączki dostaną dobrą muzykę, pozwoliłem sobie przesłuchać tych wybrańców. Uczciwie postąpię. Posłucham i jak nic mi nie drgnie, to w dobre rączki.

Zacząłem od A.

Adele – 21

Cholera, chyba zostaje!

Teraz Christina Aguilera i jej retro „Back to Basics”. Cholera, chyba zostanie. Dziewucha nagrała fajny dwupłytowy album. No i miała/(ma?) głos jak dzwon.

Coś czuję, że dobre rączki zostaną puste.

Tak samo mam z szafą. Raz na jakiś czas postanawiam wyrzucić stare ubrania. Albo ubrania, w których już nie pokazuję się.

Nie mam problemu z selekcją. Decyzja jest błyskawiczna. Zostajesz. Out. O, to jak to mam?

Także dosyć szybko na podłodze pojawia się spora kupka ciuchów. I się teraz zaczna.

Ooo, nie chodziłem w tym nigdy, to tak głupio wyrzucać. Założe raz, zobaczę i wtedy ewentualny out

Albo

Ooo, nie, to nie

Albo

Hmmm, trochę już stare i przetarte, ale super wygodne

Albo słyszę

Nieeee, nie wyrzucaj mnie

Nie zdziwię się jak zostanę z tymi płytami, bo wszystko się nagle okaże pięknymi dźwiękami.

Niektóre płyty kupiłem tylko dla jednoego utworu.

Rachel Yamagata – Worn me Down

Shirley Horn – Here’s to Life

Dave Brubeck – Take Five

Candlebox – 10 000 horses

Fatboy – Bad News from Pretty Red Lips

Muzykoterapia – Winobranie

Incarnations – Rebeka

 

Mam nadzieję, że dobre rączki się nie zgłoszą i nie będzie bólu oddawania.

co to za kraj, co to za miejsce?

 

 

Sobota! Już znowu czuję ten entuzjazm, ten porządek. Ranne wstawanie, szmata, sklep, gary! Eh.

8 rano ktoś puka, ktoś stuka, ktoś wierci, ktoś boruje. Do jasnej cholery! Pamiętam 6 lat temu, jak administracja mi przysłała regulamin przeprowadzania remontów. I tam stało:

sobota od 9 do 14

a żeby to pan tak wziął i raz zawiercił. Nie! Pan sekundę boruje i stop. Wrr stop wrrrr stop warkocz, warkocz, warkocz. O 9 pan przestał.

Wściekły się zwlokłem z wyra i cóż, pora zacząć nie marnować dnia.

W moim budynku jest jakaś wymiana oświetlenia na korytarzach. To ta ekipa skoro świt wzięła się za robotę. Ruskie jakieś, bo pan radyjo miał włączone w tym języku. A może Ukraińcy albo BialiRusini. Eh. Kinga Rusin i jej wypad na Oskary i słynne selfie z Adele na prywatnej imprezie u Jaja Zet i Bejąse.

Ale ok. Zostawmy ten wielki świat. Jaki TVN, takie … dziennikarki.

Poleciałem to pana Rowerka, żeby nadmuchać oponkę lub ją wymienić. 30 zł dziękuję bardzo.

Także Słodkokwaśna możesz wpaść po swoje dwa kółka.

Mój blok to dramat. Ludzie nie szanują ani siebie, ani innych. Wracam tydzień temu od Słodkokwaśnej i przy wejściu kupa. Rozmazana i obok taka nadepnięta. Akurat za mną sąsiad szedł, to chwilę porozmawialiśmy.

Administracja nasza co chwile jakieś odezwy nam wiesza. Zakaz, nakaz, uprzejmie to i tamto. Lubię im na tych plakacikach błędy ortograficzne poprawiać. Już raz czy dwa miałem ochotę zamieścić odezwę do Administracji z informacją, że oni są dla nas, a nie my dla nich, i żeby trochę z tonu spuścili. Kilka razy byłem u nich z pytaniem o to, kiedy pojawi się znowu kosz na śmieci przy wejściu.

– za chwilę będzie. Zamówiony jest

– pani kochana. Przez rok to Państwo zamawiacie?

– nie no co Pan, od niedawna nie ma

Machnąwszy ręką, zmieniwszy temat

– a kontener na szkło postawicie kiedyś?

– a nie ma?

– nie ma

– jest

– zapraszam. Blok 50 metrów stąd

– wie Pan. Proszę poczekać, bo od października nowa firma będzie, to kontenery nowe będą

(rozmowa odbył się na koniec września)

Wyszedłwszy stamtąd w niesmaczeniu.

Administracja zakazała stawiać worki ze śmieciami na rampie i nie rzucać na ziemię, jak się kontener wypełni.

Czywiście kto sam z siebie podstawi kontener? A po co będę innym pomagał? Ostatnio zwizualizowali problem. Powiesili zdjęcie z masą śmieci dookoła wejścia tylniego. Poinformowali również, że gryzonie się gromadzą przez to. Tak, kiedyś wychodziwszy z bloku widziałem jak szczur po poręczy sobie hasał.

Idę sobie raz do skrzynki na listy. Obok sąsiadka wyrzuca śmieci. Oczywiście nie ma kontenera, więc stawia na rampę.

– przepraszam, co pani robi?

– wyrzucam śmieci

– przecież Administracja prosi, żeby nie stawiać śmieci na rampie. Ciężko się przejść dookoła bloku?

– ale inni też tak stawiają

– aha, no tak, jak inni też tak stawiają, to jest ok

 

To taka sama zasada, jak kierowcy parkujący gdzie popadnie z włączonymi światłami awaryjnymi. Przecie to nie wykroczenie. Światła awaryjne mam włączone, to jest wszystko ok.

No jaszka!

Ludzie, co to za kraj, co to za miejsce!

Wracając do soboty. Zaprowadziłem rower do pana i pomyślałem, że do Lidla skoczę, bo jakieś grecki smakowitości mają i jakiś zestaw 5 pojemników do przechowywania. Wziąłem siatę z napisem „Dzień Dobry” i idę do serwisu. Ale pan chyba ruchu nie miał, bo powiedział, że od ręki zrobi. Fajnie!

Wróciłem do domu, łamiąc zakaz skrętu w lewo z warsztatu do mnie. Nie włączałem świateł awaryjnych, po prostu złamałem prawo kodeksu ruchu drogowego. Nie udawałem, że jest inaczej. Wziąłem plecak i popedałowałem do najnowiusieńskiego Lidla na Wilanowie! Koło Państwa z Europy na K. No prawie koło.

Ostatnio nauczyłem się, żeby jednak apkę Lidla włączyć. Znowu trafiłem w kasie na pana Roberta z serii „Uczę się”. Strasznie miły pan. Ostatnio jak byłem, to zobaczyłem, jak ludzie rozbierają pudełka z łososiem z wózka. Myślę sobie – oho, społeczeństwo nauczone, świadome i mięsa nie je. Tylko rybki.

59,99 zł/kg – eee, normalna cena, nie ma szału. Ale wezmę sobie jedno pudełko – pomyślałem.

Na kasie pan do mnie mówi:

– a ma pan aplikację Lidla?

– mam. Wczytałem kartę

– a aktywował Pan kupon na łososia? Panie, 20 zł taniej za kilogram będzie. Warto.

– ooo, ok

Pan zerka na paragon na ekraniku

– widzi Pan, 5 zł taniej na tym pudełeczku

– ooo, super, dziękuję Panu

– trzeba patrzeć na te kupony, bo można zaoszczędzić

I dziś znowu trafiam na kasę do Pana Roberta. Nadal ma „Uczę się”. Ale ja już przecie wyedukowany, wiem wszystko. Wiem jakie są kupony. Nabyłem sobie mini-patelnię. 14,99 zł normalnie (tyle co w IKEA). Nawet oglądałem ją w alejce. Ale stwierdziłem, że w IKEA sobie kupię. Przy kasie przeglądam kupony i widzę, że nie zauważyłem wcześniej kuponu na patelenkę! Upust 5 złociszy. Zadzieram kiecę i lecę!

Zrobiłem sobie nawet takie funny insta story.

patelnia

 

– czy aktywował Pan kupon na patelnię?

– oczywiście – odpowiadam cały w uśmiechu

– a nie wziął Pan drugiego humusu? 60% taniej będzie

O cholera! Jakieś promo poza apką! Ależ mnie Lidl podszedł!

– ooo, nie zauważyłem

– to niech Pan idzie ja zaczekam

– nie, nie, za duża kolejka. Następnym razem. Ale dziękuję za info

– wie Pan, trzeba patrzeć na etykiety na półkach. To poza aplikacją jest

– ok, dziękuję

Bardzo miły Pan. Lidl jakoś ostatnio poszedł w odstawkę, ale przeprosiłem się z nim po otwarciu sklepu na Wilanowie. Będzie chodzone.

Co to za kraj, co to za miejsce?

Tydzień temu wpadłem do lokalnego barku na piwo. Akurat był niedawno owdowiały Stasio, co przychodzi tu chyba prawie codziennie i gra w rzutki. Z każdym gra.

– cześć Stasiu

– cześć Maciek. Zagrasz ze mną w rzutki?

– ok ale daj się piwa napić

– ok, to ja idę zapalić

i tak Stasiu zagaduje prawie każdego, kto w tym lokalu kiedykolwiek rzutki trzymał w ręku.

A Staś jest sympatyczny. Strasznie się wkręcił w grę. Na początku, to każdy go ogrywał, bo pan starszy nie trafiał w tarczę. A dziś? Własny sprzęt, trening codziennie! I zaczął ogrywać najlepszych. No coż, ze mną mu jeszcze tak dobrze nie idzie. Ostatnio Stasio nawet nową barmankę Lolę wciągną w ten sport. Ostatnio mówiła mi:

– wczoraj ograła pana Marka i pana Grzesia w rzutki

Lola jest z Ukrainy i ma ukraińskie końcówki, jak mówi po polsku.

– Wow! Nieźle, gratulacje – powiedziałem.

Duży sukces faktycznie, bo jeszcze Marka, jak Marka, ograć można. Dobry jest, ale widać, że on idzie na szybkie zwycięstwo. Wali potrójne 20 czasem, ale częściej wchodzą mu 1 i 5. Także ten rejon tarczy ma obrzucony. Ale jak przyjdzie mu zakończyć grę w innym rejonie planszy, to już gorzej. Ale jak skubany trafi 60, to się go później ciężko goni. Myślę, że na przestrzeni lat, mam z nim remis. Albo ciut do przodu jestem. Ale ograć Grześka? Fiu, fiu. Kolega 18 lat trenował bada. Grałem z nim kiedyś w tenisa. Dobry skubany jest. Silny. Dobra wytrzymałość. Ograł mnie. W rzutki widać, że ma takie podejście sportowe (tak ze Stasiem to oceniliśmy). Z Grześkiem w lotki mam bilans ujemny. Ale lubię z nim grać, bo to wyzwanie. Także Lola popsiała się wyjątkowo ogrywając obu panów.

I Lola mi opowiada, jak dzień wcześniej o mało nie została pobita, czy czort wie do czego by doszło.

W barze był ruch, nawet spory. Jeden podpity koleś zaczął się do barmanki przystawiać. Jak się okazało, że nici z tego, to koleś zaczął być agrsywny. Lola kazała mu przestać albo opuścić lokal. Bałwan z kolei jej rzekł:

Spierdalaj na Ukrainę

Lola włączyła alarm ochrony. Ale nie zadziałał. Zadzwoniła do właścicielki i do swojego chłopaka. Zrobiło się gorąco. Pijak chciał wejść za bar mówiąc, że Polska dla Polaków. Obok siedziało dwóch chłopaków i na szczęście stanęli w jej obronie. Kolega tego ćwoka był chyba bardziej ogarnięty i mniej pijany, bo szybko zawinął kolegę  z baru.

Zdjęcia z monitoringu lokalu wydrukowano i mamy gablotkę z serii „tych panów nie obsługujemy”.

Co to za kraj, co to za miejsce!?

Kolejna akcja, już z moim udziałem. Wchodzę do baru na bronksa. A żeby się zrelaksować, żeby pograć w moją grę, która mne wciągnęła. Magiczne obrazki są na smartfona. Przepadłem. To w sumie nie gra, ale logiczna zabawa, łamigłówka taka. Tym razem wybrałem jakiś duży rysunek i dwa razy już go resetowałem, bo coś nie tak poszło.

lamigl

Chyba jakiś pies wyjdzie z tego obrazka.

Wchodzę do baru. Prawie wszystkie stoliki zajęte, oprócz tego pod telewizorem. Staś gra z Markiem. Przy barze tylko jedno miejsce wolne, w kącie. Co było mi na rękę, bo nie miałem ochoty na rozmowy. Chciałem sobię główkę połamać tylko. Okazało się, że obok siedział Jimmy, chłopak z Kenii. Poznałem go kiedyś, ale dawno go nie widziałem. Jimmy rozmawiał z dwoma Polakami. Jeden ni hu hu po angielsku i chyba było mu nie w smak, że jakoś gadki nie ma i siedzi jak ta pała. A drugi coś tam dukał. Biedaczysko myślał, że jak będzie głośno dukać, to będzie mu lepiej po tym angielsku szło. Także kolo był głośny, ale ja się wyłączyłem i nie słuchałem o czym rozmawiają. Tego niekumatego po angielsku znam z widzenia. To taki kolo, co prosto w oczy nie powie, a jakiś komentarz w powietrze rzuci. Ja go zawsze ignorowałem, bo twierdzę, że jak ktoś chce mi coś powiedzieć, to niech mi to powie prosto w twarz.

Także piję piwo i jestem w swoim świecie.

– ale rozumiesz trochę po polsku? – odezwał się ten niekumaty

– rozumie troche – rzekł Jimmy

– jesteś czarnuchem?

Myślałem, że się przesłyszałem. Ale nie, bo baran powtówrzył pytanie. Jimmy bardzo inteligentnie udał, że aż tak dobrze nie rozumie po polsku. Ale jestem pewien, że zrozumiał pytanie.

– jesteś czarnuchem?

Pomyślałem, że może kolesie sobie żartują. Tak jak ja ze Słodkokwaśną żartowaliśmy sobie z Namka, a on z nas.

– jesteś czarnuchem? Wstydzisz się, że jesteś czarnuchem?

Odstawiłem piwo i telefon i w bardzo brzydkich słowach zapytałem się bałwana, czy zdaje sobie z tego sprawę, o co pyta? I czy on jest dumny z bycia białasem? Na koniec rzuciłem, że jest rasistą.

Wróciłem do gry i znowu usłyszałem jakieś komentarze do mnie ale rzucone w powietrze. Zgodnie z tradycją zignorowałem kolesia.

Ale znowu bałwan zadał te dwa pytania.

– możesz zabrać swojego kolegę i wyjść stąd? – poprosiłem tego co coś tam dukał po angielsku.

Ćwok był już zrobiony i chyba nie podobało mu się, że bar nie kręci się wokół niego. To musiał zagaić rozmowę. Bałwan wyszedł pierwszy, a jego kolega zaczął przepraszać za niego.

– stary nie przepraszaj, tylko zwróć uwagę koledze, że jest rasistowskim ćwokiem – poprosiłem.

Widać było, że koleś się strasznie zawstydził za kolegę.

Zapytałem się później Stasia i Marka, czy znają tego bałwana, bo on tu nie raz przychodził, a moje chłopaki są klientami tego baru dużo dłużej niż ja.

Marek powiedział, że to jakiś członek bandy Mokotowskiej.

Ok, jak mnie znajdą na dnie Wisły albo Jeziorka Czerniakowskiego w betonowych butach, to szukajcie tropu w tym wpisie.

Jimmy podziękował za wsparcie i opowiedział, że książkę napisał – Strangers at the gate: Black Poland

książka

To chyba po tej akcji druga część powstanie. Eh.

 

– Maciek, zagrasz ze mną – zapytał namolnie Staś

– oj Stasiu, nie chce mi się. A Marek co? Już nie chce?

– Marek idzie do domu

– no dobra, to zagram. Ale Jimmiego bierzemy do gry

– dobra, to na 3 nastawię – rzekł uradowany jak dziecko Stasio.

No chłop po stracie żony ma dwie rozrywki – bawienie wnuka i te rzutki.

– Jimmy, do you wanna play darts with us?

– ok

Chyba na 5 czy 6 gier, Stasio wygrał jedną, ostatnią. Jimmy ani jednej, ale skubany dobrze sobie radził! Ale jak to mówi Pan z Europy na K. – beginners luck. Tak też podsumował mój wczorajszy debiut w squasha. Tzn. mój niesamowity popis gry w tę grę.

Ale serio mówiąc, to nie wiem co się dzieje z naszym społeczeństwem.

Co to za kraj, co to za miejsce?

 

Kurna, znowu potarem sobie oko, uprzednio posiekawszy red hot chili pepper. Jejks. Piecze. Tylko teraz nie sikać, nie sikać!!!

Miłej soboty wszystkim.

yikes!

 

Lubię Nicki Minaj. Cóż mogę poradzić. Rzuciłem palenie i kościół też, to nie mogę być taki perfekcyjny. Wadę muszę mieć.

Nicki jest fajna, bez napinki, fajne ma beat’y, fajny flow i rapuje nie tak najgorzej. Szybko nawija.

 

Szacun dla Adele!

Nicki kojarzy mi się z Nowym Jorkiem. Tęsknię już trochę za Miastem, yikes!

Dziś miał miejsce debiut – zagrałem w squasha. Moje dziewczyny wyjechały na narty z żonami, więc z cośrodowego badmintona nici. Ażem chciał się cotygodniowo się poruszać, to namówiwszy Rafała na grę. On mistrz squasha, ja amator. Mówiłem mu nawet, że jak nie chce, to nie. Zrozumiem. Przecie chłopak zmarnuje godzinę na bawienie się (ze) mną. Ale o dziwo się zgodził. To na 8 rano polecieliśmy. Ja miałem tylko jedno marzenie – zdobyć chociaż jeden punkt w każdym secie.

Entuzjazm był!

s1

Pierwsze dwie partie przegrałem do 5 i do 7. Trzecia chyba do 6. Ale w nastepnej?!!? Ograłem mistrza 11-9. Yikes! Ostatni punkt był mega sztos, bo kolega wyłożył się jak długi na podłodze. Eh, ja i te moje tricky shots.

s2

Rafał (wściekły) co chwilę mamrotał coś pod nosem

– grałeś wcześniej!

– Nie, nie grałem.

– grałeś! Masz zagrywki squashowe

– nie, pierwszy raz rakietę trzymam. Nie widzę powodu, dla kótrego miałbym kłamać

Zabawne. Kiedy byłem na zajęciach u mego senseia Nafy Radala, to zapytał mnie czy gram w squasha, bo mam zagrywki squash’owe. Heh.

I tak sobie pykaliśmy. Do 7, do 6, do 5. W dwóch setach było blisko. Przegrałem na przewagi 12-10 i 13-11. Cholera! Tzn. Yikes! Ale tu już kolega wrzucił piąty bieg.  Przez godzinę nie mogłem się oswoić z tym, jak się ta piłka odbija. No inaczej niż w tenisie.

W ostatnim secie widziałem zacięcie u kolegi. Widać było, że chce mnie do zera pojechać. 7-1! Uffff. Jakiś farciarski punkt zdobyłem.

– człowiek układa plan, realizuje go i taka jedna chwila i wszystko na nic – podsumował Rafał

– widziałem, że jesteś skupiony i za wszelką cenę chcesz do zera to wygrać

No cóż, squash to nie mój ulubiony jednak sport rakietowy. No na pewno lepszy od ping-ponga. Za tydzień ja prszetestuję kolegę w bada. Ale marne szanse, żebym do zera go ograł. Zawsze się zdarzyć może błąd serwisowy. Postaram się jednak o taki wynik. Zobaczymy.

s3

Jedyne czym się zaskoczywszy, to to, że aż około 5 000 kroków zrobiłem. W tenisie i w bada coś około 1 500 – 3 000 kroków mi wychodzi. I badminton w singlu bardziej mnie poci. Takie ciekawe ciekawostki.

Aha. Wstyd mi tym bardziej, że nie podłożyłem się Rafałowi, bo on dziś ma 30 urodziny. Rok starszy ode mnie jest. No coż. Nie postarałem się. Prezentu nie dałem. Dzień święty popsułem. Kolega się tak przejął, że po spotkaniu wziął żonę i pojechał do Torunia. Chyba do ojca dyrektora.

A propos Torunia. Rok temu chwailiłem PiS, że taki dobry dla ludu. Że podatki państwo nam rachuje. 15 lutego 2019 r. odpalili platformę. I … zawiesiło się. Za dużo chętnych. Serwery padły. Ale 16 lutego rozliczłem, a 22 lutego w piątek wlali mi kasę. A teraz? 15 w sobotę wyrachowawszy, że 500+ mi są winni. Do dziś ani widu, ani słychu mego hajsu zwrotu. Niedobry PiS.

A propos PiS-u jeszcze. W TVP(iS) zaalarmowali społeczeństwo o sukcesie wielkim filmu Zenek! Aż ćwiartka miliona ludzi poszła na to cudo! Pokazali zestawienie z innymi filmami muzycznymi z 2019 i 2018 roku – Kłin i Elton Dżon.

Zrzut ekranu 2020-02-21 17.10.31

Chyba o najlepszym zepsole świata Queen pisać nie muszę – nie grali, nie grają i grać u mnie nie będą. Sukces Zenka bezapelacyny. Oczywiście życzliwi donieśli, że porównanie lekko żenujące. Że powinni popatrzeć na otwarcia weekendowe w analogicznych okresach. Ktoś super dorzucił do wykresu wynik kolejnego gniota „365 dni”, który chyba tak jak Zenek miał premierę.

Zrzut ekranu 2020-02-21 17.10.58.png

Uwielbiam ludzi. Zawsze można na nich liczyć!

Miłego ostatkowego weekendu! Ja mam pracę w niedzielę rano i będę wodził maszyną, także sobota na luźno.

proszę, nie śmiejcie się

Pisałem o plażkach egipskich, które nawiedziły mnie w ubiegłym roku. Nadal coś mnie trafia. A to duchy mi popsuły szczoteczkę do zębów – 200 zł. A to ząb się ułamał po tym, jak kolega mnie sezamkami poczęstował – 200 zł. Nowy/stary rower – już w tysiącach się wycenił. Wiecznie coś!

Już nawet ten zwrot podatku nie cieszy. Fiskusowy prezent, to już ta przysłowiowa brzytwa, koło ratunkowe!

Stary rower postanowiłem za tak zwane „postawisz flaszkę, to się dogadamy” oddać Słodkokwaśnej, żeby mógł ze swoją panią śmigać po mieście.

Mój niebieski przyjaciel został ostatnio wyciągnięty na ostatnią przejażdżkę. I niestety złapał gumę – kolejny, drobny wydatek.

Teraz tak sobie pomyślałem, że trzeba było poprosić Słodkokwaśną o darmowe kanapki na Nocnym Markecie w tym sezonie! Ale cóż, słowo się rzekło. Kanapki prze-najpyszniejsze na świecie, także mogę płacić. Darmowa flaszka też dobra.

Bruksela przede mną, prezentowa Florencja przede mną. Z wycieczki tygodniowej do Bejrutu zrezygnowałem. No może dołączę do znajomych na jakieś 2-3 dni, zobaczymy. Także wydatki i wydatki! Jak żyć?

Jak słyszę od panujących, że społeczeństwo zarabia coraz więcej i się bogaci, to mi gul chodzi. JA TEGO NIE WIDZĘ PO SOBIE.

Chyba czas zmienić panujących albo … pracodawcę.

Dziś miałem sen – I have a dream!

Śniło mi się, że Dorota Szelągowska wpadła do mnie z ekipą zrobić mi albo metamerfozę, albo rewolucję. Już nie pamiętam, co ona teraz ludziom robi. Uwielbiam oglądać tom paniom i jej program. Wieczny optymizm i słońce na twarzy.

Już nie pamiętam z czym miałem problem, że ją zaprosiłem. Chyba zabudowa kaloryfera i przestrzeni pod parapetem? To akurat naprawdę chcę zrobić, to nie sen. Mam nawet koncepcję.

No i tak Dorota mi doradza, opowiada, maluje wizję mojego podoknia (jest w ogóle taki wyraz?). Bardzo się polubiliśmy od startu. To ja kuję żelazo póki gorące i proszę ją o pewną rzecz. Mówię, że widziałem w jej programie jak zrobiła komuś w kawalerce sypialnię. Punktuję u pani readaktor-architekt. Nie dość, że pokazuję, że znam i śledzę program, to jeszcze chwalę jej pomysły i rozwiązania. A jak do tego zacząłem jej mówić jaką ja mam wizję mojej sypialni? Jak zacząłem sypać niewybrednymi pomysłami? Tzn. oryginalnymi. A jakiego przy tym fachowego słownictwa użyłem? No Dorota cała w skowronkach, że taki fachowiec i znawca się trafił.

Pani redaktor odsuwa kanapę, rzuca okiem na ścianę i kręci nosem, że coś się jej nie podoba. Odrywa gołymi rękoma karton-gips (for real!) odkrywając co się dzieje w ścianie. Woda się leje!

Załamany jestem. Znowu ta ściana, znowu jakaś awaria w łazience. Przecie nie dawniej jak w sierpniu mini-remoncik był.

Od razu łapię za telefon i wybieram moją agentkę z PZU. Ale jakoś nie mogę zadzwonić. Ręce mi się trzęsą, numer coś nie ten.

I tu znowu pojawia się Dorota i wybawia z opresji przedstawiając pana Zbyszka, który zajmie się ścianą i ciekiem.

– Trzy siedemdziesiąt i po temacie – mówi pan

– słucham? Co „trzy siedemdziesiąt”? – dopytuję zbity z pantałyku.

– no, trzy siedemset

Jakby ktoś mnie w łeb obuchem zdzielił! Kolejny wydatek.

– ale od ręki pan robisz? Płacę i dziś po sprawie?

– tak

– to rób pan – powiedziałem przybity, machnąwszy zrezygnowany ręką.

 

Przebudziwszy się od razu poleciawszy pod ścianę zbadać, czy wszystko ok – aaa, bo pisałem, że czas imiesłowy wskrzeszać.

Ale człowiek ma durne sny. Ale Dorota Szelągowska super miła babka.

 

To już będzie 6 lat, jak w nudnym finale Miszczostw Śfiata spotkali się Niemcy i Argentyńczycy. Nie pamiętam nawet kto wygrał. Chyba nie Messi, czyli jak zwykle Germani, bo oni zawsze wygrywają. Te zawody zapamiętam tylko z jednego powodu – zdemolowanie przereklamowanej Brazylii (chyba gospodarzy) przez przyszłych mistrzów. Demolka była jakaś masakryczna. Blitzkrieg. Aż się biedny Neymar popłakał.

A Polacy w ogóle grali wtedy? Szczerze nie pamiętam.

Także to już 6 lat jak robiłem remont i nabyłem jasny zlew.

A niech to jasny szlag!

Zachciało mi się, że zlew będzie w kolorze płyty kuchennej, która z kolei jest biała z powodu tego, że każdy mi czarną odradzał. I cieszę się, że mam białą, szklaną płytę, bo jest fajna. Ale ten zlew! Masakra.

Ale oczywiście wszystko musiało grać ze sobą i pasować. Ciemny blat, białe kafelki, to i biała płyta i biały zlew.

Nawet chciałem kupić biały piekarnik, ale ceny zaczynały się od 2 500 zł. Czarny za pół ceny też świetnie pasuje i pysznie piecze.

Wraz ze zlewem dostałem preparat do mycia. Starczyło na dwa razy. Oczywiście można było kupić nowy, orygnialny. Tylko, że cena też była oryginalna.

Przez 6 lat próbowałem różnych metod mycia – cif, jakiś biały proszek, woda z octem, przeklinanie zlewu, że jak się nie wyczyści, to go wyp…olę z domu. Raz nawet coś mi się przywidziało, że cytryną można ładnie przetrzeć tę dziurę w blacie. Bo niechcący cytrus raz mi wpadł do zlewu, a ja go tak czymś przycisnąłem, że aż soki puścił. Zobaczyłem wtedy jasną, czystą plamkę pod nim. Nakupiłem ci ja cytryn. Rękawiczki zakładam, tnę, rżnę, przecinam, obieram z lekka i jak zacząłem szorować! Hmm, bez kurna rezultatu.

Nadal tym cifem szoruję i domyć nie mogę. Już nawet myślałem – trudno, kolejny wydatek, kupię nowy zlew ale tym razem jakiś normalny, nie biały.

Czytam ja ci ze dwa dni temu nagłówek w onet.pl – jak skutecznie umyć zlew. Jasne – pomyślałem. Kolejna rada z dupy. Kiedyś też coś poradzali.

Do wody wlej ocet, sok z cytryny i przetrzyj

W tego typu „artykułach” najbardziej lubię opinie ludzi

A zdradzicie proporcje, czy mamy się sami domyślić?

Mój faworyt!

 

Ok, patrzę na ten nagłówek o tym szybkim czyszczeniu zlewu i widzę, że nie ma ikonki video. Czyli znaczy się artykuł pisany. Nie klikam nawet jak widzę trójkącik, bo puszczają pierdyliard reklam i „porady” trwają w nieskończoność. Wolę czytać.

Poradzili wysuszyć zlew, wsypać mąkę i suchą szmatką wcierać. Wszystko musi być na sucho, bo przy odrobinie wody robi się papka. W sumie mądrze gadają – pomyślałem.

Hm, brzmi ok, nienajgorzej. Zlew mam, mąkę bez glutenu mam, szmata się też znajdzie. Dam szansę. Jakoś nadziei sobie nie robiłem z osiągnięciem efektu WOW, gdyż na końcu artykułu napisali coś mgliście, że niby się trochę doczyszcza, że ciut lepiej będzie. Nie gwarantowali całkowitego wyczyszczenia. Ale jako, że zdesperowany byłem, to postanowiłem jednak spróbować. Lepsze to niż nowy zlew i wydatek rzędu tysiąc pięćset sto dziewięćset.

Ale oko moje przykuły jak zwykle komentarze. A właściwie komentarz, bo tylko jeden wpis był.

Domestos lepszy, albo za pół ceny Agent z Biedry

 

Ja już się dawno nauczyłem, że domestos najlepszy. Wszystko inne to jakaś nieskuteczna, aczkolwiek dużo tańsza podróba.

Domestosu nigdy nie używałem w kuchni. Zawsze w łazience. No bo tak jakoś dziwnie wylewać to coś w miejscu, gdzie się później jedzenie obrabia, nie?

Ale tak jak mówię, desperacja była spora u mnie. 8,99 za domestos, to duuuużo taniej niż nowy zlew z montażem (niewykluczone, że syfon trzeba by było wymienić, a może i blat?). 8,99 brzmi sensowniej.

Oblałem ja ci zlew i poszedłem na spotkanie. Domestos zawsze wlewam i zostawiam na kilka godzin. Albo idę spać, albo do roboty.

Wracam po kilku godzinach i co ja widzę? BIAŁY, CZYSTY ZLEW. Przysięgam, że większej radości nic i nikt mi ostatni tak nie sprawił. Przez kilka chwil stałem nad zlewem ze szczerym i serdecznym uśmiechem. Jak dziecko rad byłem.

Dajcie znać, czy to już teraz do lekarza? Czy jeszcze mogę zaczekać? 8 minut autobusem z domu do Instytutu Psychiatrii mam tylko (przymrużenie oczka?).

 

Proszę, nie śmiejcie się.

wstyd (mi)

Nie mam już chyba rodziców. Ale muszę to jeszcze zweryfikować.

Wczoraj się zajadam pizzą w Segmencie na granicy Sadyby i Wilanowa i sobie tekstuję z ukochaną i jedyną siostrą. W końcu zadzwoniłem do niej i pogadaliśmy. EKUZ dla młodego trzeba załatwić, skoro wybiera się w podróż z okazji 18 urodzin ze swoim ukochanym i jedynym ojcem chrzestnym. W ramach prezentu miałem dla niego propozycję nie do odrzucenia. Albo kasa albo podróż w nieznane w strefie Szengen albo w strefie bezpaszportowej, bo sam nie wiem, czy to jednoznaczne. Chodzi o to, żeby na dowód osobisty można wjechać.

Młody wybrał Florencję. Ale EKUZ to już sam sobie musi załatwić, bo dorosły od kilku miesięcy już jest.

Najpierw miał być inny prezent. Zaproponowałem tak:

zabiorę Cię na mecz Twojej ukochanej drużyny piłkarskiej, pod warunkiem, że nie będzie to Barcelona

Chelsea lubię wujku – rzekł młodzieniec.

Uff, mądre dziecko. Byłoby najmądrzejsze, gdyby oczywiście wymienił Manchester United, ale cóż, Londyn też super. Niestety ciężko kupić było bilety, więc zasugerowałem dowolne miejsce w europie, do którego można wjechać na dowód.

I Kuba wybrał Florencję, bo jak zaczął grać w fifę, to właśnie fiorentiną. Ok. jedziemy. Młody musi się tylko ogarnąć jak te matury tam wyglądają w maju i kiedy nastąpi ich koniec.

Także konserwuję ze starszą siostrą, a ta mi mówi, że nasi rodzice ….

Aha, w Segmencie dają najlepszą pizzę w Waw! – wstawka

Boże jaki wstyd. Nie potrafię tego nawet napisać. Co zrobili moi rodzice?

Kinomani się zrobili, na psa urok. Opery już im się znudziły. Kilka razy dostali od nas w prezencie świątecznym wejściówki na wysoką kulturę. A wczoraj….

chlup, bęc, jedna pięćdziesiątka, druga, trzecia…

Wczoraj moi rodzice poszli do kina…

NA ZENKA!

 

To już chyba lepiej było iść na te 365 dni.

Matko boska! Nie mam rodziców! I chyba z pół rodziny już nie mam, bo oni nie poszli sami. To pewnie ta młodsza siostra mamy ich namówiła.

Przerwa na telefon do rodziców. Tato odebrał. Mama nie odbiera. Hmmm, pewnie się wstydzi teraz. Tato też się jakoś nie kwapił do rozmowy i wstyd mu było. Ponoć coś mnie było słabo słychać i coś przerywało. Eh ci rodzice.

Tato mówi, że dziadostwo ten film i żeby nie iść. Aha i poszli we 4 – rodzice i dwie siostry mamy (w tym jedna to moja chrzestna, a druga to chrzestna mojej siostry. Czyli 1 ojciec i 3 matki). Wstyd!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trudność 1/7 – tekst dziecinnie jasny

Tekst w liczbach:
  • Liczba akapitów: 17
  • Liczba zdań: 46
  • Liczba słów: 367
  • Liczba słów trudnych: 6

Tekst w procentach:

    • Procent słów trudnych: 2%
    • Procent rzeczowników: 27%
    • Procent rzeczowników trudnych: 1%
    • Procent czasowników: 20%
    • Procent czasowników trudnych: 2%
    • Procent przymiotników: 12%
    • Procent przymiotników trudnych: 1%

Trzeba chyba imiesłowy wskrzesić.

it’s all about benjamins, baby

Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki

Benjamin Franklin

Wstawka:

Oglądam sobie na Netflix serię „Evolution of hip hop” i tak sobie myślę, że ten Pi Diddy, Puff Daddy, Diddy, Daddy, czy jak on się tam teraz nazywa, zabił gansta rap i zmienił hip hop w jakieś … hmm, nieporozumienie.

Artysta Zwany Niegdyś Puff Daddy.

I co ta Lil Kim z siebie zrobiła?!

 

Tak, pewne w życiu naszym są dwie rzeczy. I czas na jedną z nich właśnie nadszedł.

 

Tydzień temu miałem prezentację w pracy. Kolega-prelegent powołał się na jasnopis.pl. Że mamy niby pisać na poziomie 3-4, czyli maturalnym. Skala wypocin wg wspomnianego serwisu oceniana będzie w skali od 1 do 7. I takie odniosłem wrażenie, że kolega jakąś ósemeczką napierdalał do ludzi. Pardon my french.

I tak z ciekawości sprawdziłem moje ostatnie wpisy. Przecie ja się tak pysznie bawię słowem! Toż to jakaś 6 będzie, jak nic. Jak w banku!

Hę. 2 jest nową 6. No w porywach do 3 moje wpisy wyciągają, bo niestety literówki są i jaśniepisanie.pl nie zakumało chyba, tylko zaliczyło to jako wyrafinowany i trudny język.

Taka lekcja pokory albo zimny kubeł na moją głowę. Już nawet nie będę wspominał, że w sumie 11 dostałem na maturze z języka ojczystego. Pisanego i oralnego, czyli ustnego. Wstyd Maciek!

Wczoraj poszedłem się dziabnąć, bom na czekoladę miał ochotę. Obok mnie w okienku co chwilę podchodzili ludzie i prosili o … zaświadczenie do PIT-u o oddaniu krwi. Jakemże się zdziwił. Jak to?! Ano tak to. 8 lat mojej krwi w piach poszło! Ale za 2019 wziąłem certyfikat.

117 zł do odpisania!

Krew oddaję od 2010 tylko i wyłącznie z jednego powodu. O przepraszam, korekta. Krew ODDAWAŁEM do końca 2019 roku tylko i wyłącznie z JEDNEGO powodu:

darmowa czekolada!

Którą i tak rozdawałem później w pracy ludziom, gdyż sam nie za bardzo jem.

Dzień wolny mnie nigdy nie przekonywał. Albo wyskakiwałem z roboty na wysysanie i wracałem, albo kończyłem godzinę przed i szedłem do pani Igiełki.

Od wczoraj krew oddaję już z dwóch powodów. Do słodkości doszła:

ulga podatkowa

Aha. No i oczywiście oddaję krew, bo pomagam (przymrużenie oczka).

 

O nowy Morrissey w radio z panią. Thelma Houston. Pani co miała hit w … 1976. Piosenka nawet nawet. Ale mam z tym panem problem. Mam kilka płyt, lubiłem, słuchałem. Ale kilka lat temu artysta na koncercie w Polsce strzelił focha. Wszedł na scenę, pokręcił się kilka minut i chyba po jednej piosence stwierdził, że jakoś fani nie za bardzo entuzjastyczni. I wyszedł. To ja takim gwiazdom mówię – pa pa!

 

Ludzie są durne. Sprzedaję rzeczy na OLX. Po taniości, bo nie lubię zdzierać. I dostaję wiadomości z serii „a za tyle i tyle pan sprzeda?”. Ludzie, 4 książki Murakamiego za 30 zł, to prawie jak za darmo. Nie, jakieś dziecko chciało się wytargować na 25 złociszy. Kiedyś sprzedawałem słuchawki za 500 zł. Taka chyba germańska firma – Szajzerhajser. Koleś wali prosto z mostu. Żadnego „ani be, ani kukuryku”, tylko „daję 350. Przyjeżdżam dziś i po temacie”. Odpisałem panu coś z serii „Hmm, chyba pomylił pan licytację”.

Sprzedawałem szafkę z IKEA. Dałem wymiary, dałem link do strony mebla na stronie sklepu. Szafka długość 160 cm. Dzowni dziad, że jest zainteresowany i jutro rano się zjawi. No to ja chatę pucuję. Błysk i świeżość. Dzwoni pan i mówi, że żona właśnie jest w IKEA i ogląda szafkę i ta szafka ma długość 160 cm. A oni chcieli 140 cm. Rezygnują. Podziękowałem panu za info, że nici z transakcji. Pan się żachnął znacznie – no co pan? Ja poważny człowiek jestem.

I zostałem jak ta sierota – z niechcianą szafkę i czystym mieszkaniem.

Wczoraj zadzwonił kolejny. Pokorowiec na sofę opylam. Wytargował koleś niższą cenę. Ja już mam nastawienie „daj pan cokolwiek i bierz pan to w cholerę”. Miał być do 11.30. Super. Wziąłem sobie wolne i czekam. Dzwoni po 8, że pilnie musi do domu wracać (nie jest z Warszawy) i że się może odezwie kiedyś.

– halo, halo! – mówię. Ale jest pan nadal zainteresowany?

– ttttak. Tylko się może odezwę ewentualnie kiedyś

 

Postawnowiłem nie przeklinać i nie denerwować się głupotą ludzką. Znowu zostałem z wysprzątanym mieszkaniem i niechcianym pokrowcem. I do pracy lecieć muszę. A piątunio dziś.

Pewnie śmierć nadejdzie szybko, jak się będę takimi przejmował. Serce może mi nie wytrzymać. Żyłka na czole może nie wytrzymać i … pęc lub pęknąć.

 

Wczoraj dostałem PIT z pracy. Boje się rachować … Mam nadzieję, że ta krew i IKZE dopomogą. Rok temu, gdyby nie redukcje podatkowe, to byłoby z 1 500 złociszy do dopłaty.

 

 

 

Klasa trudności tekstu: 2/7. Tekst bardzo łatwy.

Cholera, piszę jak w podstawówce!

 

strachopiór

Albo piórostrach. Czyli słynne kalambury rozgrywane u kolegi Przemka, co najlepszy tatar na świecie robi. (przymrużenie oczka)

Miałem do pokazania hasło „UPIÓR”. To pokazuję pióro i ducha. Członki mojego zespołu już chyba zmęczone były, bo nie mogli zgadnąć. Pan z Europy na K. wpadł na pomysł, że hasło to STRACHOPIÓR albo PIÓROSTRACH (już teraz, po latach, nie pamiętamy. Także obie nazwy są zapamiętane).

Wyglądam jak upiór dziś!

Moja szczoteczka obudziła mnie o 2, 4 i 4:30 rano! Za drugim razem zawinąłem ją w ręcznik i zamknąłem drzwi do łazkenki. Za trzecim razem – zabrałem ją na dywan. Jestem nieprzytomny. Na szczęście jakieś długie i nudne spotkanie teraz, to mogę sobie klepać wpis.

Jakby co, to na bardzo ważnego maila odpisuję. Ale na szczęście nikt się mną nie interesuje.

Rano chciałem wypucować ząbki i niestety – szczoteczka wyzionęła ducha. To pewnie temu już mnie nie straszyła. Nie miała po prostu siły. Podładowałem trochę i … NIC. Cholera. Szlag trafił. W drodze do pracy udało się kupić nową na allegro. Inny model tym razem – zdrowe dziąsła/gum healthy.

Taka jak moja kosztuje teraz 190 zł. Hmmm, 4 lata temu dałem za nią ponad 500 zł. Zobaczymy jak ten nowy model. Przez te 4 lata nakupowałem od groma końcówek do szczoteczki na amazonie. W polsce strasznie drogie, a w ameryce chyba 16$ za 10 lub 8 sztuk. Niby mają pasować do mojego nowego modelu. Jak nie, to:

Po pierwsze, primo – załamka będzie.

Po drugie, … primo – oddam siostrze.

Po trzecie, … primo – sprzedam, jeśli po drugie nie będzie pasowało.

Jak tak biegałem w nocy, to podpatrywałem jak tam Oskary.

 

Nie rozumiem polaków, którzy się tym tak emocjonują. Poczytałem już komentarze rozwścieczonych kinomanów na temat najlepszego obrazu.

Jak można coś takiego wyróżnić!?

Film nic nie wnosi!

Zero gry aktorskiej! Jak film może być najlepszy, jeśli pominięto gry aktorskie w kategoriach dla aktorów!?

Wszystko było realizowane pod dyktando reżystera i jego wizji!

 

Nie kumam. To zapraszam za kamerę i nakręcenie filmu. Pogadamy wtedy.

A może właśnie to o to chodzi, że kreacje aktorskie nierzucające na kolana i niepowalające, a film właśnie ma to coś?

 

W tym roku poniosło mnie. Wszedłem w mainstream. Obejrzałem, a właściwie próbowałem obejrzeć, wszystkie nominowane filmy w kategorii „De Najlepszy Obraz”. Plus dorzuciłem do tego „Gorący Temat/Bombshell”, bo zarówno Charlize Theron i Margot Robbie były nominowane do najlepszej aktorki pierwszoplanowej (ta pierwsza) i drugoplanowej (ta druga). Film taki sobie … amerykański. Gry aktorskiej nie zauważyłem u pań. Ale amerykański kolega powiedział mi, że Charlize odegrała świetnie postać Megyn Kelly. Także mogę się nie znać. Film oparty na faktach. Mnie najbardziej podobał się John Lithgow jako szef Roger Ailes.

To co tam takiego było nominowanego?

 

Ford vs Ferrari lub Le Mans 66

Chyba po niecałej godzinie wyłączyłem. Nie zaciekawiło mnie to w ogóle. Matt Damon i Christian Bale robiący sobie dobrze na ekranie. Taki sobie efekt. Kompletnie nie chiało mi się czekać, żeby sprawdzić, czy Ford zbuduje tego forda i pokona Ferrari.

 

Irlandczyk

Lubię filmy Martina Scorsese, a szczególnie te nowojorskie i o gangsterach. Długość produkcji nie wystraszyła mnie. Podzieliłem sobie na 3 części. Ale czy to najlepszy film? Oj chyba nie aż tak. Film po prostu dobry.

 

Jojo Rabbit

Wyłączyłem zniesmaczony po 30 minutach. Nie kumam zabiegu pokazania wesołego chłopczyka przekomarzającego się z Hitlerem. Nie! Nein!

 

Joker

Dwa podejścia miał ten film. Raz u Słodkokwaśnej patrzyliśmy. Po ponad godzinie wyłączyliśmy pytając „o czym jest ten film?”. Za drugim razem, w zaciszu domowym przyjrzałem się. Film ciekawy. Żoakłin Finiks, czy jak się wymawia to imię też dobrego świruska zagrał. Ale tu mam wrażenie, że każdy by świetnie tego trefnisia pokazał. Ale przyznać trzeba, że Oskar zasłużenie przyznany. Z takich psychobohaterów do dziś pamiętam American Psycho. Czytałem książkę i oglądałem film. Dwukrotnie się dobrze bawiłem.

 

Małe Kobiety

Jesssu. Wyłączyłem też jakoś prędko. Za stary chyba jestem na filmy o dojrzewaniu. Za kostiumy należało się. Brawo. W tym obrazie zwróciłem uwagę na dwie rzeczy: bezkonkurencyjną Meryl Streep i kostiumy właśnie.

 

1917

W skrócie – widziałem 30 minut. Chłopcy miotający się po okopach. Przygód Kilka Wróbla Ćwirka chyba ciekawsze. Nie nakręcili tego filmu dla mnie.

 

Pewnego razu w … Hollywood

Lubię Tarantino. Ale ten film to jego najsłabsze dzieło. Brad Pitt świetny i nagroda za drugoplanowego aktora zasłużona. Byłem w kinie ze znajomymi na tym. Grubo po ponad godzinie kolega szepnął rozgoryczony – w tym Tarantino nie ma Tarantino. Film ok, ale czy Najlepszy Obraz? Chyba nie.

 

Historia Małżeńska

Mój faworyt. Szkoda trochę Adama Driver’a. No ale ten Żaokłin to murowany faworyt był. Scarlett też świetna. I też miała pecha, że na Rene Zellweger  wpadła. Trzeba by zobaczyć ten film o Judy Garland. Wolę Scarlett taką jak tu, niż w tych Awendżersach i tym podobnych. Historia życiowa, urzekła mnie. Oglądało się przyjemnie. Najlepszy film to mógł być jak najbardziej. Laura Dern! Co ona wyprawia ostatnio?! Świetna w Wielkich Kłamstewkach i teraz tu – świrnięta lekko adwokatka. Najjaśniejszy punkt filmu. Brawo! Ooo, grała też w Małych Kobietach, a Scarlett w Jojo Rabbit. Zapracowane panie.

 

Parasite

Myślałem, że i tego filmu nie dane mi będzie do końca obejrzeć. Nie cierpię ludzi pasożytów, darmozjadów. Ale z taką nutką niepewności postanowiłem dać szansę. No lekko mnie film zszokował swoim rozwojem akcji.

Cieszę się, że wygrał tyle nagród. Może to otrzeźwi trochę Hollywood, bo część amerykańskich produkcji to pokaz przepychu, dużej kasy i braku sensu. Szkoda mi trochę Historii Małżeńskiej. Ale przegrać z Parasite, to jak wygrać.

 

Ok. Spotkanie się chyba powoli kończy.

nie lękajcie się

otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Jak to mówił nasz Papa JP2.

I wczoraj o mało drzwi nie zostały otwarte. Tak mi się przynajmniej wydawało na pierwszy rzut oka/ucha.

Jakoś na początku milennum, w 2002 płytę nagrali dwaj znani i popularni rockmani – Jan Borysewicz i Paweł Kukiz.

Bo tutaj jest jak jest. I ty o tym dobrze wiesz

Hicior masakryczny. Każda stacja radiowa i telewizyjna to grała. Panowie śmieli się, że następną płytę zatytułują Jan Paweł 2.

Na szczęście nie dane nam było to sprawdzić, bo panowie nie dogadali się. Chyba współpraca nie …zaPROCENTOWAŁA.

Kiedyś u Kuby Wojewódzkiego panowie Panasewicz i Borysewicz gościli. Taki dialog z prowadzącym:

Lady Pank: w naszym zespole wódki nie pije się

Kuba Wojewódzki: słucham?

LP: w naszym zespole wódki nie pije się

KW: tylko?

LP: whisky

KW: aha

 

Jakżem się wczoraj zląkł! O maryjo przenajświętsza. Prawie umarłem.

Kładę się do łoża. Wytoaletowany cały. Moszczę się krótko. Zasypiam prawie i słyszę jak ktoś …wierci.

WŁAM! – pomyślałem.

Już raz mnie chcieli okraść.

Szybko zaczynam do siebie dochodzić. Nie, to dźwięk z wewnątrz mieszkania. Zrywam ja ci się na równe nogi i już wiem, że to z łazienki. Każdy kto był u mnie, to wie, że za dużego wyboru nie ma – albo pomieszczenie, w którym przebywam albo łazienka. Nie ma innej opcji.

Kurwa, przez łazienkę mi się włamują!

Przepraszam za F-word.

Zapalając światło do kąpielowego pokoju już wiem – to szczoteczka do zębów.

Mam duchy!

Kolejna mądra konstatacja.

Ale mówiłem, żem znienacka wzięty, więc nie myślącym (za wiele) był.

Wyłączyłem maszynkę i wracam do łóżka.

Po trzecim razie zabrałem wściekły szczoteczkę do łóżka. Przynajmniej mam w zasięgu ręki i mogę po omacku wyłączać. Kilka razy zawyła na stoliku. Wibracje i bliskość od ucha zdecydowały, że ostatecznie maszynka spała na miękkim dywanie.

Nie wiem, czy w nocy się jeszcze odzywała, nie słyszałem jej w każdym bądź razie. Rano zawyła raz. I później kilka razy w ciągu dnia.

Powiem Wam, że masakra. Wystrachany i zlękniony byłem. Serce mi kiedyś padnie od tych niespodziewanych ekscesów. Jestem pewien, że albo duchy, albo ktoś był w chacie i się tak ze mną bawił. Brrrr.

I teraz muszę kupić nową szczoteczkę.

W tej się przycisk start/koniec wcisnął za bardzo i chyba styka się z tym sensorem, co włącza soniczne wibracje. Niestety nie da się jej rozkręcić. Kolejny kurna wydatek na horyzoncie.

Najważniejsze, że nie okradli, nie ubili. Żyję i mam się świetnie.

 

Aha, dziś Oskary. Kibicuję Marriage Story/Historia Małżeńska – cała trójka – Scarlett Johansson, Adam Driver i niesamowita Laura Dern. Parasite koreański (drugi) najlepszy film w tej stawce.

And the Oscar goes to …

 

 

« Older posts

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑