Miesiąc: maj 2018

niegrzeczny jak ja

Hejka! Jak się macie? Bo ja świetnie. Kolejny dzień weekendowy i kolejna pobudka o 6.30.

Wracam ja ci z pierwszej części robót i dzownię do kolegi Arka-Zegarka. Bo dziś finał Ligi Miszczów. 9.51 na cyferblacie, a ten zaspany!

– co taki nie w sosie. Obudziłem?

– bo wstałem niedawno

 

Z Mysiami jestem na wczasach. Wstaję o 7.00, a Państwo śpi jeszcze!

Ludzie! Wyśpimy się po śmierci. Szkoda dnia, szkoda leżeć w łożu. Przygoda czeka.

 

No i tak kursowałem dwa razy na trasie Dom – Legionowo. Za każdym razem wybierałem inną trasę, żeby unikać zapchanych dróg. Ograniczenie na Wisłostradzie do 60 kph i ludzie jadą 60! A nie pada. Wracam Modlińską i jeszcze gorzej. A przy ZOO to już kompletna masakra. Ale dojechałem i zakończyłem dzień pracy. Oczywiście zaczęło padać, grzmieć i błyskać. Ciekawe czy pani prof. ze Szczecina już pod stołem siedzi?

Odkrywszy ostatnio ciekawy serial na Feflix – Safe. Gra Dexter. Tym razem gra tego dobrego. Tzn. na razie dobrego. Dostępny jest 1 sezon ośmioepizodowy. Jestem przy 5 i nie nudzi. A jakoś ostatnio nic mnie nie ciekawiło. Nawet „Suits“ odstawiłem, bo się okazało, że ta czarna rzuciła chyba tego Mike’a i wyszła za mąż tydzień temu za księżnika Harry’ego. W TV ponoć pokazywali. Nawet Wombat z tej kancelarii był na weselu.

Powróciwszy do domu pomyślałem o muzyce. Ale stwierdziłem, że oldschoolowy dziś będę i włączę sobie CD. Otwieram szafkę i patrzę na te moje krążki i nie wiem co wybrać. Marillion? Nie, nie trzeba, już pada.

Padło na Toma Waitsa i jego „Bad as Me“.

No good you say
Well that’s good enough for me

 

Pomiędzy sesjami pracowymi poszedłem po śledzie na wieczór. Koło bloku jakiś cymbał przywiązał psa do trzepaka. I albo smycz za długa i pies się nie mógł powiesić. Albo smycz za krótka i pies się nie mógł położyć. Ludzie to są ćwoki. A Fafik fajny. Szkoda go dla takich durnych ludzi.

A gdyby tak pana przywiązać do trzepaka i niech sobie klęczy, bo nie da rady usiąść?

I jeszcze o Nicki Minaj muszę wspomnieć, bo bije tę Cardi B na głowę. Cardi B ponoć ma ze wszystkimi beefy. Wszyscy zarzucają jej, że jest sztuczna i mówi nie po angielsku. Nowa gwiazdka odpowiedziała na swoim Instagramie i szybko usunęła konto. Ale jak wiemy z historii – w internecie nic nie ginie. Poczytałem jej wypowiedź. Miała laska rację i niech się inni od niej odczepią. Ale przepraszam bardzo, po jakiemu to kurna było?! Po blatino? (Ojciec z Dominikany, matka Trynidad = blatino).

No i ta Nicki moja wpadła do SNL na koniec sezonu. Dwa występy na żywo (? albo hmm) bardzo cienkie. Spodobał mi się za to skecz z jej udziałem. 3 przyjaciółki spotykają się w klubie i narzekają jakie to niedobre ludzie na ich drodze pojawiają się. I dla wsparcia i podtrzymania się na duchu śpiewają pisenkę w stylu schola, ognisko, chłopak z gitarą, Bee Gees, Abba, czyli obciach i kaszana. I w pewnym momencie wpada przyjaciółka Nicki, która zmienia nieco tekst piosenki dziewczyn (żeby dopasować ją do swojej tonacji) i zaczyna w swoim stylu wspierać psiapsiółki.

Co będę narratoryzował. Sami zobaczcie (Nicki pojawia się w 2min25sek):

 

Ok, to tyle. Chciałem tylko dać info, że jest ok, wszystko w porządku. Weekendy pracowe aż do 30 czerwca, więc jestem lekko aspołeczny.

Wow, podoba mi się ten Tom Waits!

Hejka!

lax

Co za miłe lotnisko. Mam same dobre słowa. Zaskoczonym bardzo.

Hotel wybrany na tylko noc okazał się mniej fajny. Okolica lekko dziwna, więc auto zamykane i wszystko zeń zabierane. Nawet jak tankowałem i poszedłem do sklepu po herbatę, to walizkę brałem. Lepiej nie kusić losu. Poza tym lubię swojego laptopa.

Wstałem o 5 i podjechałem pod całodobowe pączki. Okazało się, że pół dzielni się też tu zjechało. No cóż. Na lotnisku też karmią.

Autostrada o 7 pasach zajęta cała. O 5.20 rano. Oj duża to aglomeracja. Ale na szczęście jechało się płynnie.

Wypożyczalnia o 5.57 rano jeszcze nie czynna, wiec po odnalezieniu miejsca parkingowego wrzuciłem kluczyki i od razu wsiadłem do shuttle bus.

American airlines jakieś nie są moje ulubione. Ale w przypadku lotów cena ma znaczenie, a nie linia. Dopiero przy podobnych cenach wybieram lot ze względu na linię.

Dostałem kartę pokładową wczoraj. Bez bramki. Ale to nic. Czasem się to zmienia. Także nic strasznego. Ale nie podali numeru terminala. I to już mi się mniej podoba. Ale to nie tylko AA tak robi. Delta też nie podała jak leciałem do Seattle. Tylko, że w przypadku AA wygooglowanie numeru terminala po symbolu lotu dało dobry rezultat. Pan w autobusie pytał wszystkich dokąd lecą i informował o numerze terminala. Mnie rzekł – terminal 4 lub 5. To “lub” spowodowało, że wygooglowałem mój numer lotu. Wyszło, że jednak terminal 7.

Wpadłem na lotnisko 6.20 bojąc się, że limit wpadania na port lotniczy w ostatniej chwili został wyczerpany. Poza tym kilka osób powiedziało, że jak mam lot o 9 rano, to lepiej być o 7. Także jestem jeszcze wcześniej, bo okazało się, że te pączki nie wypaliły i zaoszczędziłem czas.

Kontrola zajęła … 2 minuty. Eh. I teraz sobie siedzę ponad 2 godziny na LAX-ie.

7 rano. Na wschodnim wybrzeżu 10. W Polsce – 16. Czas szybko leci

west coast part 4, czyli death valley

Zdjęcia/Pictures

Mój organizm powiedział NIE. O 3 rano czasu wsochdniowybrzeżowego, po mniej niż 3 godzinach snu (?), obudzonym został przez budzik. O 6 wylecieliśmy nad pacyficzny brzeg. O 9 rano czasu zachodniowybrzeżowego podziwiałem LAX. Zawsze wydawało mi się, że to takie nieprzyjemne lotnisko. Duże, tłoczne, niemiłe. A tymczasem okazało się odwrotnie. Może terminal był domowy, to tak właśnie tam jest.

W Miescie Aniołów byliśmy na początku lutego 2010 roku. Było jakoś nieprzyjemnie, miasto nie zrobiło na nas wrażenia – Kodak Theatre, napis Hollywood, Beverly Hills, Universal Studios, Santa Monica Blvd, Venice Beach, Mullholand Drive, zachód słońca w Malibu. Ale jakoś bez szału.

A teraz? Miasto oblane słońcem. Jakieś radośniejsze, zachęcające.

Podzielone autostradą. 7 pasów w jedną, 7 pasów w drugą stronę. Czuć wielkomiejskość. Ale to największa aglomeracja USA.

W wypożyczalni pyta się chłopiec dokąd jadę.

– do Doliny Śmierci

– aha, przepraszam, a mogę się zapytać po co?

– zawsze chciałem jąodwiedzić

– ale tam nic nie ma. Pustania i droga pośrodku. Byłem tam raz

– właśnie po to. Przejechać się po pustyni, pochodzić po kanionach. Też mam nadzieję, że będzie to jedyny raz

– [bardzo dziwnym głosem] aha

Na dojechanie do miejscowości Beatty (czytaj: bidy) miałem wg map 4 i pół godziny.

Po godzinie doszedłem do wniosku, że albo się zdrzemnę na poboczu w aucie na 2-3 godziny, albo poszukam jakiegoś motelu 6 i się wykąpie i prześpię. Ale nie, dojechałem. Nawiem zimny dmuchał po pysku.

Co chwilę w Dolinie Śmierci wysiadałem na zdjęcia. Przy punkcie opłat wisiał termometr – ponad 100F. Do tego wiał mocny wiatr, czyli czułem się jak w piekarniku z termoobiegiem.

Mój organizm się zagrzał. Czułem się jak w Moab, kiedy dostałem udaru. Dowlokłem się do hotelu, zameldowałem się. Kurczę, ludzie tu są tak przemili, jak w Utah. Młody chłopiec ze spokojem, uśmiechem i cierpliwością opowiadał i udzielał odpowiedzi na moje pytania. W pokoju okazało się, że nie ma mydła, ani szamponu. Na szczęście sklep Family Dollar obok. O 16 wykąpanym legł w łożu. Na 2 godziny. O 18 wstałem i poszedłem coś zjeść. Cały czas mną trzęsło. No pięknie, udar słoneczny pierwszego dnia. Umrę w tej wiosce.

Beatty, to największa dziura jaką widziałem w Stanach … na razie. No może poza Patterson, bo tam same złodzieje mieszkajo, więc mamy z nimi kosę.

O ile Tropic w Utah było małe, to było zadbane, tursytcznie ogarnięte. Tu, jest syf. Trailery bardzo popularne, dużo zniszczonych budynków użytkowych i mieszkalnych. Zaniedbane miasto. I można w restauracji palić.

Zaszedłem do restauracji polecanej przez recepcjonistę. Ponoć jakiś lokalny wow lokal.

Wchodzę i pytam, czy mam usiąść, czy zaczekać, aż ktoś mnie usadzi.

– wpisz się do książki

– ok

Po wpisaniu się pytam, czy mogę wybrać stolik. Pani rzuca na ladę menu i coś tam burczy. Przeglądam menu, nic nie rzuca się w oczy. Ale widzę kątem oka babkę z fajką w buzi!

– to tu można palić?!

– tak

W lokalu obok pytam:

– do you have hot soups?

– we have hot chilli

Zbiła mnie z pantałyku.

– but it’s not a soup, right?

Pani kelnerka skonsternowana.

Klientka przy barze poleciła lokal obok, który z kolei był nierekomendowany przez chłopca z hotelu.

Wniosek: korupcja i łapówkarstwo na tej wsi!

Często jak się pytasz, czy mają „hot tea“, to się dziwią i trzeba 2 razy powtarzać. A jak pytasz o „hot soup“, to już w ogóle nie rozumieją o co pytasz.

No nic. Dotelepałem się do pokoju. Cały w drgawkach. Już miałem szukać sklepu z termometrem i pigułakmi. Już widziałem, jak odnajdują moje zwłoki po 2 dniach (przy takim upale, po 2 dniach będzie śmierdzieć). Ale jak to zwykle wtedy mówię sobie:

– ale ty durny Maciek. Organizm powiedział NIE, prześpij się najpierw i jutro rano panikuj.

Tak też uczyniłem. Obudziłem się rześki o 6 rano.

Aha, nasz hotel nazywa się Attomic i ma ufoludki, które strzegą naszych pokoi. Fajnie.

Wyruszyłem w park. Zabrałem ze sobą 5 butelek wody.

I tu powiem tak, słońce, upał, ekspozycja na słońce to nie żarty. Nigdy w życiu nie wypiłem tyle wody. Dolewałem do butelek kiedy się tylko dało. Żar niemiłosierny. Choć nie, to jeszcze nie był niemiłosierny. Tylko 113 F (ok. 42C).

Na Zabriskie Point poszedłem na szlak. Tylko 5,7 mili pętelka. Radosny, w podskokach lecę sobie i dopiero później mnie olśniło, że to ponad 9 km. Widoki piękne. Szło się między takimi górkami, po chyba wyschniętym strumyku. Słoneczko świeci. Jest fajnie.

Doszedłem do kolejnego punktu, połowy pętli. I widzę, że godzina z powrotem. Porozmawiałem z panią ranger’ką, która powiedziała, że ta trasa na prawo jest krótsza ale odsłonięta na słońce. Na początku płasko, później lekko pod górkę.

Wybrałem ją, skoro przyszedłem jedną trasą, to nie chciałem wracać też nią. I tu dramat, kryzys. Płaskie, jak płaskie. Szybko się skończyło. Pod górkę było mniej zabawnie. Ledwo człapałem. A pani ranger’ka się jeszcze na odchodne pyta, czy chcę wody, bo ona zawsze ma zapas. Nie, po co, mam w plecaku jeszcze. Dwie butelki miałem.

Pierwszą wypiłem w 20 minut. Nastała panika, nie było strzałek na trasie. Horror. Ale szedłem takim korytem rzeki, więc twierdziłem, że strzałki niepotrzebne, bo nie ma gdzie zboczyć. Żar, słońce świeci prosto z góry (a było po 10 dopiero). Idę i już widzę, jak mam omamy, jak siadam przy ścianie w cieniu i już nigdy nie wstaję. Zobaczyłem znak „Zabriskie Point Trailhead 2,1 km“. Tyle, to ja w 20 minut oblecę! Już miałem wszystko skalkulowane. Żadnych przystanków, nie marnujemy energii i czasu na zatrzymywanie się. Wody wystarczy. Idę!

I znowu, jak w Utah. Fajnie się schodziło na początku, ale koszmarnie się wraca pod górę na koniec. Widziałem ludzi na wzgórzu, już widziałem koniec. To utrzymywało mnie przy życiu. Resztkami sił wszedłem. A już byłem bliski legnięcia na ziemię i mieniawszystkiego w dupie. A niech mnie rozdziobią … no właśnie, co? Jaszczurki chyba tylko.

Wszedłwszy na górę powiedziałem sobie, że dosyć chodzenia na dziś. Czacha dymi. Teraz tylko zwiedzanie punktów widokowych.

Ta, jasne.

Na jednym wzgórku, przy Artist Drive spotkałem kolesia co wyprowadził się z Miami i jechał gdzieś na granicę Oregon/Cali się osiąść. Dobra gadka z panem była. Zawodowy fotograf. Twierdzi, że w ciągu roku, jak się zmieni układ sił w Kongresie i Senacie, to Trumpa odwołają.

Samo Artist Drive przecudne! Wąska, jednokierunkowa droga. Widok, za widokiem. Sama radość. Country muzyka w tle. I o to chodzi.

Ze dwa lub trzy razy zatrzymałem się na parkingu koło Polaków. Bardzo młodzi ludzie. Potrafiący się zachować. Nie to co kiedyś – wstyd się przyznać, że ja też Polak. Fajnie. Brawo nasi!

A tak, to – niemiecki, francuski, włoski czasem.

Pod Natural Bridge porozmawiałem z ludźmi z Missouri.

– my grandmother was from Poland

– You know what, everybody has somebody from Poland

– yeah, you’re right

 

Duże wrażenie zrobiło na mnie wyschnięte morze. Była to wielka biała połać. Wyschnięta sól. A gdzienieniegdzie nawet jeszcze wilgotna. Można było też natrafić na kałuże z wodą.

Ruiny młynu, to były prawdziwe ruiny. Trzy ściany bez dachu.

Podróż przez park rewelacja. Czasem miało się uczucie, że się płynęło po tej drodze.

Ludzi na szczęście nie za dużo. Uwielbiam to w Dolinie Śmierci, że jest różnorodna. Masz pustynię, masz górki, masz kaniony, masz doliny, masz wydmy, masz wyschnięte morze, masz bezdroże. Tylko to słońce. Oj trzeba uważać. Połowa nas to woda.

Utrata 2% wody jest poważna. 15% – śmierć!

Rodzice powinni dać mi na chrzcie Hipochondriusz, czy coś.

Aha, i podoba mi się płyta Taconafide pt. Soma 0,5 mg, czy jak to tam. Trudno. Podoba mi się i już.

Spać, jeść, pić, jak tamagotchi! (…) Kiedy zamykam oczy, widzę łąkę z windowsa

 

west coast part 3 – Vancouver

tak, Kanada od jakiegoś czasu chodziła za mną. Na szczęście wiz już nie trzeba, bo na paszport biometryczny wpuszcząją. W grudniu wielka Trójca na wschodzie – Toronto, Ottawa, Montreal. Teraz, przy okazji odwiedzin stolicy grunge’u – Vancouver, gospodarz zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2010 roku.

Zdjęcia/Pictures – Vancouver 30 kwietnia 2018

Na granicy poszło sprawnie. Nie było kolejki. Państwo szybko przepytało – skąd? Po co? Na jak długo? W Jakim celu?

I zacząłem się plątać przy pytaniu skąd.

Z Seattle. Nie. To znaczy, z Nowego Jorku przyleciałem, ale zatrzmałem się w New Jersey. A tak w ogóle to z Polski jestem. Na wakacjach. Zwiedzam. Na dzień przyjechałem.

Chyba głupio to brzmiało, ale zbiła mnie z pantałyku tym pytaniem skądżem ja.

Ooo, Clevland gra w 2. rundzie NBA play offs z Toronto Raptos. Widziałem kanadyjski team kiedyś na żywo, bodajże w 2007 roku. W meczu z New Jersey Nets.

Rozterka z tym kibicowaniem, bo w Cavaliers’ach gra Lebron James – niezłe zwierzę. Fajne się go ogląda. OK, niech wygra lepszy.

 

I kapela się zaczyna rozkładać. W Jalapenos jestem z lapsem, to stukam, to patrzę na tv, na to co się dzieje wokół, to wkładam do pysia oktropne, darmowe nachos, które dają każdym wchodzącym, to popijam Margeritą. No właśnie, przecie Ula z TX miała mieć ksywę Margarita! Chyba.

A nie mówiłem jak genialnie się wybrałem na Zachodnie Wybrzeże? Maciuś bardzo mądrze zabukował bilet na 7.15 rano z JFK. A żeby być po 10 rano w Seattle, a żeby czasu nie marnować. Wszystko niby ok, ale pierwszy autobus ze wsi Fair Lawn odjeżdża o 6 w niedzielę. Na szczęście Oli się zaoferował z noclegiem. 5 pokoi na Kłinsie, to się jeden znalazł. A poza tym chyba się ucieszył, że go ktoś w końcu odwiedził. Taże o 4.39 pobudka, Lyft (konkurencja Uber) i na lotnisku byłem przed 6. Straszny tłok.

Do Vancouver bilet kupiłem na 6.30. “Wstawaj szkoda dnia”. Także następnego dnia pobudka już o 4.40. Na szczęście do dworca miałem 20 minut nogami. Ale też wziąłem Lyfta.

W stanach jeżdżę Uberem lub Lyftem z opcją Pool. Śmiesznie to wygląda jak się ludzie dosiadają. Można poznać tą i tamtą. Ale już nie jeżdżę. Szkoda czasu. Taniej raptem o 1-2$ na krótkiej trasie. Dziś patrzyłem z Hoboken do Fair Lawn. 28$ pool, a normalnie – 33$. Przy pool czas podróży się wydłuża, jeśli ktoś się dosiada, więc taki jest tego koszt.

Co do porannych wstawań i moich porannych lotów – do Los Angeles mam samolot w niedzielę o 6 rano. Na szczęście z Newark, nie z JFK. Także wystarczy z domu o 4 rano wyjść około 🙂

view

Vancouver spodobało mi się od razu. Na pierwszy plan poszedłem do Chinatown. Ciut ładniejsze od azjatyckiej dzielni w Seattle. Fajny ogród dr Sun Yan Sena mieli. Idąc stamtąd do centrum wszedłem niechcący na ulicę, na którj była awaria światła i klimat się bardzo pogorszył. Ale parę kroków dalej już powrócił wielkomiejski glamour.

dzielnia

Obleciałem miasto z grubsza, kierując się do Visitor Center. Już wcześniej moją uwagę zwrócił największy zawieszony most – Capilano Suspension Bridge.

Pani wyjaśniła, że shuttle bus jeździ co 15 min i wciągu 20 min za darmo dowiozą. Wejście do parku 45 CAD czyli mniej niż 45 USD.

1CAD = 2,78 zł

1USD = 3,45 zł

Ale w knajpach jak masz ochotę, to możesz zapłacić amerykańską walutą. Przelicznik 1 do 1, czyli bardzo niekorzystny.

Po drodze mieliśmy 3 postoje przy hotelach i pozbieraliśmy innych.

Nasz pan kierowca ma kota. Na przedzie autobusu stoi słoiczek na napiwki i zdjęcie z napisem – My boss says thank you for your support.

Kotek zbiera na żwirek i jedzenie.

Pan opowiadał ciekawie o mijanych rzeczach, wplatając wymyślone opowieści z życia jego kota.

Żeby dostać obywatelstwo amerykańskie „wystarczy“ zainwestować tylko pół miliona $. Do Seattle zjechało dużo Azjatów na osiedlenie. To się nie spodobało miejscowym, bo od razu koszty życia szły do góry. Chyba Trump przykręcił kurek. Towarzystwo zawinęło się do Vancouver, bo blisko, ale jednak w normalnym kraju. Tak, w Kanadzie też ciągną łacha z Trumpa.

Pan wspominał o bogatej dzielnicy Vancouver, Western Vancouver i Northern Vancouver.

Miasto też klimatem podobne do Seattle – rozłożyste, z wielkimi górami w tle.

I w tej dzielnicy w samym Vancouver pan kierowca wraz ze swoim szefem kotem chciali kupić mieszkanie. Ponoć za milion dolarów kanadyjskich nie ma w czym przebierać. Można trafić kawalerkę. Szef kot powiedział, że nic z tego, bo on to jeszcze ma łóżko do spania ale dla pana kierowcy nie ma miejsca. „Nie bierzemy“ – odparł szybko mruczek. A kawalerka była tak mała, że“

You have to leave the apartment when you want to change your mind

Pamiętam hotel w San Francisco o takiej kubaturze. Ula musiała z bagażami siedzieć na łóżku, żebym ja mógł wejść.

Z kolei w Zachodnim Vancouver, na wzgórzu, domek sprzedawała sama Oprah. Za 17,5 miliona.Ale kotu też się coś nie spodobało i też nie kupili tego. A na serio – w tej części miasta, według prawa, mogą być tylko domy, bloki, sklepy spożywcze i usługowe. Zakaz jakiegokolwiek przemysłu.

Park z mostem zawieszonym fajny. Straszny, bo jak się idzie poń, to strasznie zaczyna kołysać/bujać. Szedłem jak pijany. W parku też zorganizowali to ciekawie. Można było pomiędzy drzewami chodzić – po mniej ruchliwych mostkach lub sztywnych kładkach. Po drugiej stronie mostu – chodzenie po urwiskach. Rewelacja.

Aha, w Kanadzie mają bardzo dobrą kawę. Mówiłem, że prawie jak w Europie się czuję tam. To i kawa musi być dobra.

Można było w Vancouver zostać na noc i jeszcze jeden dzień. Ale zakładałem Portland, bo głosy mówiły, że fajne, ciekawe miasteczko. Gdyby człowiek wiedział, to czego nie wie! Eh.

W drodze powrotnej pan kierowca się obudził dopiero na granicy, że musimy wypałenić formularze celne. Pan się pokajał, przeprosił, a służby amerykańskie powiedziały, że zrobią to z nami ustnie. Fajnie! Bo tak, to by jeszcze parę chwil się zeszło. Dziękuję Ameryko.

I w Seattle i tu bardzo urzekały mnie boczne ulice. Margerita z TX mówi, że takie same są w Austin. To chyba następnym razem należey na rodeo zajechać. Iiiii-haaaaa. Trzeba będzie się Margericie podlizać, jak będzie w lipcu w Wawie.

W Vancouver też mieli łudząco podobną wieżę widokową ale jakoś nie miałem ochoty wjeżdżać.

Ze szczegółów, którymi pan przewodnik się chwalił:

– jeden z największych portów w Ameryce Północnej

– najprzyjemniejszy zimowy klimat w Kanadzie

 

Vancouver fajne. Podobało mi się. Wycieczka dosyć intensywna, nie było czasu na pierdoły.

west coast part 2 – portland

w stanie Oregon. Bo jeszcze ponoć w stanie Maine jest. A gdzie Oregon, a gdzie Maine!

pictures/zdjęcia Portland 1 maja 2018

A czemu nie po kolei, mogą zapytać niektórzy. Ano temu, bo o Vancouver będę się może rozpisywał. A chcę za chwilę na Miasto wyskoczyć. O Portland powiedzieć mogę tylko tyle – jessu.

No ale nie bądźmy niedobrzy.

Na północ (Vancouver) i południe (Portland) udawałem się za pośrednictwem Bolt Busa. Nie wiem o co kaman, ale WiFi mi nie działa. Tak samo z resztą było w tych polskich autobusach. No niby łączy, jest symbol, a ni czorta nie działa. Pisałem, że zeżarło mi 4GB, więc trzeba było szukać jednak sieci. A poza tym Kanada, to obcy kraj, więc tam w ogóle nic mi nie działało. Fotele skórzane w autobusie = ciągłe ześlizgiwanie się. Słabo. W drodze powrotnej z Portland do Seattle, w autobusie śmierdziało szczynami. Niestety, piszę jak było. Słaba akcja. Właśnie, muszę chyba do nich napisać.

Na ulicy PUSTO! Chciałem zajść na lancz. Widzę neon, to lecę. Lokal zlikwidowany. Po kilku takich miejscach znalazłem marokańską knajpkę. Czynna! Porozmawiałem z panią, czy mają lancz, czy można. Tak, tak. Po 5 minutach wyszedłem, gdyż pani się więcej mną nie zainteresowała. A oprócz mnie nie było nikogo. Sklepy pozamykane. Tak mi się wydawało, dopóki nie zobaczyłem ruchu między wieszakami. Ula mi później powiedziała, że Portland jakieś eko jest i oszczędzają prąd. Wyguglowałem w końcu jedzenie. Restauracja Swine przy hotelu. Na szczęście happy hours, wszystko 50% off. Ludzie zaczęli się schodzić po 3 p.m. A po czwartej po południu, to już nawet ulice się zatłoczyły. Nie, przepraszam, nie chcę w błąd wprowadzać. Nie zatłoczyły, a pojawili się ludzie. No chyba, że mówię o takim tłoku, co na dworcu Łódź Fabryczna.

A propos pani prof ze Szczecina. Nawiedziła Białystok i pisze do mnie tak – ale czyste miasto. No fakt. Czysto w Białym 🙂

W centrum turystycznym zapytałem się pana, co mogę zobaczyć w 3-4 godziny.

  • księgarnię z milionowym zbiorem (największym w USA lub na świecie wręcz)
  • muzeum sztuki
  • muzeum historii Oregonu

Już wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, że coś nie tak jest. Zapytałem o coś na zewnątrz, jako, że zwiedzanie tych miejsc zajmie mi cały czas i miasta nie zobaczę. To pan polecił wzgórze uniwersyteckie. Niby 20 min. Dotarłem do kampusu szybko. Tramwaje mają fajne, czyste. Ale góry nie widziałem, więc wróciłem do centrum. Autobusy mają syfiaste. I ludzie jakby mniej starali się o swój wygląd.

 

Mam! Znalazłem! Przypomniałem sobie! Widzę, że w moim kalendarzyku naskrobałem kilka słów w drodze potwornej, tzn. powrotnej o Portalnd. Autocytuję więc:

Ciężko coś miłego powiedzieć o Portland. W sumie można było 2 dni w Vancouver zostać. Ale cóż. Byłem, przyjechałem, zobaczyłem.

Można było wcześniej pociągiem wrócić. Ale cóż, było minęło. 2 godziny wystarczyły na Portland.

To może o pozytywach:

  • ciekawy akcent. Miałem problemy ze zrozumieniem
  • zielono, dużo drzew na mieście, wzdłuż ulic
  • czysto

to tyle.

Na Zachodnim Wybrzeżu dużo bezdomnych, żebrzących. Ale tu ci ludzie wyglądają … brzydko, jak członkowie Kelly Family. Brudni, zaniedbani, tak jakoś upośledzenie. W Seattle tego nie było. Jak się ogląda horrory i widzi się w oknach twarze ludzi (?) zaglądających do domu, to właśnie tak tu ci bezdomni wyglądali.

Szczytem było jedno miejsce, gdzie leżeli grupą na chodniku i nie szło przejść.

Część tych osób robi jakieś zamieszanie – krzyczy, rozmawia samo ze sobą (cóż, ja ze sobą też rozmawiam. Bo z kimś mądrym fajnie pogadać), gestykuluje, jakby opędzało się od swojego niewidzialnego towarzysza. W NYC tego aż tak nie widać, bo klimat dużo chłodniejszy.

 

 

Portland, Oregon, The Beaver State, 01/05/2018

Ha, ten beaver bardzo im pasuje!

west coast part 1, czyli smells like teen spirit

a właściwie powinno być „…part 3“ bodajże. 2009 San Francisco, trasa nr 1 wzdłuż wybrzeża, 2010 San Diego, LA, Santa Barbara, Malibu.

13. raz jednak tu jestem, to gdzie można jeszcze by tu pojechać? Gdzie oczy poniosą. Padło na Seattle. A jak tam, to już blisko mamy do Vancouver i Portland w stanie Oregon.

Pictures/zdjęcia Seattle 30 kwietnia – 02 maja

Początkowo miałem spać gdzie indziej każdą noc. Ale ostatecznie postawiłem na trzy noclegi w stolicy grunge’u.

A czemu Seattle? Bo wielkim sentymentem darzę to miasto. Uwielbiam serial The Killing, uwielbiam/łem grunge.

W większości filmów, czy seriali miasto jawi się we mgle, mroczne, deszczowe, nieprzyjemne. Ale jednak intrygujące. Jak to miło się rozczarować. Było słonecznie i nawet ciepło. Raz jak chciało popadać, to akurat wyjechałem do Kanady.

Poczułem po raz pierwszy dobitnie, co znaczy „histora“.

Pamiętam jak dziś, jak Courtney Love na cmentarzu czytała list pożegnalny męża!

It’s better to burn out than fade away

Ostatnie słowa wokalisty Nirvana w liście pożegnalnym. Klub 27. Kiedyś się wydawało, że to taki poważny wiek. A teraz? Że to dzieciak był. Szkoda chłopca.

Ale ja i tak fanem Pearl Jamu byłem. Jak się okazuje, jedynego ostałego się przedstawiciela wspomnianego gatunku muzycznego.

Groby Andrew Wood’a (Mother Love Bone) oraz Jimmy Hendrix’a gdzieś w stanie Washington. Prochy Layne Staley’ego (Alice in Chains) w rękach prywatnych. Chris Cornell odpoczywa w LA. Także gdzie ten grunge? Gdzie te ikony?

A co do Kurta, to okazało się, że prochy rozsypane gdzieś nad oceanem. Nie ma grobu jednak. Yoko Ono grunge’u (jak określili ją bohaterowie filmu „Sprzedawcy/Clerks“) sprzedała dom, a nowi właściciele postawili szlaban, bo mieli dosyć inwazji fanów i nawet nie można już domu zobaczyć. Pytam się kierowcy Uber, po co ona dom sprzedawała? Kasy nie ma? Nie wiesz, jak jest drogo dom utrzymać – usłyszałem w odpowiedzi. No ale akurat jej chyba kasy nie brakuje. No nic. Jej sprawa. Narkotyki za darmo nie są. Klub The Crocodile odwiedzony. Wszedłem i wyszedłem. Gdybym miał 17 lat… tzn. 21, to bym został. I na tym pozostawmyż opis klubu.

Co prawda, można było zobaczyć taki pomnik kamień o nazwie Black Sun, o którym śpiewał Soundgarden, ale to trzeba by było iść, a iść.

Zdesperowany wyguglowałem chociaż „pearl jam grunge places“. I dostałem:

– w tej kafejce ten z tym się spotkał

– tu nagrali coś tam

– w tym miejscu zagrali koncert, który uwieczniony jest w teledysku „even flow“

– tu stał na rogu

– tam się potknął

i takie tam pierdołki.

Także grunge to historia. Miasto zupełnie nie pasuje do tego gatunku. Ale jak powiedział pan Uber – miasto się mocno zmieniło. I wsumie nie ma co się dziwić. Ładne, czyste miasto. Dużo inwestycji z wielkiej płyty, to znaczy dykty.

Grunge sobie podarowałem i postanowiłem zwiedzać miasto.

Na sam przód jadąc z Lotniska, wysiadłem w China Town. Jedno chyba ze słabszych dzielnic. Ale zarazem z dużym akcentem Wietnamu. Brama na wejściu jest, także wszystko się zgadza.

chinatown

Zobaczyłem Go Poke – hawajska knajpka. I było to dobre (surowe ryby marynowane lub nie w sałacie i innych dodatkach).

go poke

Poke (fish salad)

Poke /poʊˈkeɪ/ (Hawaiian for “to section” or “to slice or cut”) is a raw fish salad served as an appetizer in Hawaiian cuisine, and sometimes as a main

Podróże kształcą.

Ludzi na mieście nie za wiele. Pustawo wręcz rzekłbym. Ale ponoć to niedziela, więc nie dziwota. Najwięcej tłumu było przy Pike Place Market.

market 1

Fajne miejsce – owoce, warzywa, owoce morza można kupić. Zadziwiły mnie fioletowe szparagi. I oczywiście od groma miejsc, gdzie można przysiąść i skonsumować.

market 3

Parki, parczki też są. I mają takie totemy hawajskie, alaskowe. W ogóle Seattle i Vancouver to dużo urody azjatyckiej, hawajskiej i alaskiej.

totem

Podoba mi się Seattle z jeszcze jednej strony. Jest górzyste. No może nie są to ulice San Francisco, ale powspinać się trzeba. I uwielbiam trawaje i te ich trolejbusy, czy jak to zwać – streetcars. I robi na mnie wrażenie, jak widzisz panoramę miasta, albo jakąś jego część, a w tle wielkie góry nieumiętnie schowane w chmurach.

Dużo bezdomnych. I to mnie w sumie zaskoczyło. Bo ta część Stanów, co prawda na Zachodnim Wybrzeżu, do najcielplejszych chyba nie należy. Tak mi się wydawało. Więc raczej bardziej na południu powinni się wylegiwać – San Francisco lub Los Angeles. Ale w Vancouver pan przewodnik rozwiał wątpliwości. Kandyjskie miasto jest najcieplejszym miastem w zimie. Śniegu ostatnim razem mieli jeden dzień. Jak się pojawił, tak i szybko znikł. Także bezdomni byli. Leżeli sobie i już. Po raz pierwszy trzymałem portfel z przodu. Po raz pierwszy rozglądałem się dookoła przechadzając przez równe zakamarki. Po raz kolejny szedłem tam, gdzie oczy niosły, nie patrząc w jaką dzielnię wchodzę. Tak po 22 się zastanowiłem, czy jak by ktoś szedł z naprzeciw, to ja bym skręcił, czy raczej nie? Ale mam wzrost, wagę, mały nie jestem, czyli z daleka też mnie widać. I sobie szedłem po pustych zakamarkach obrzeży China Town. Przecie wiadomo, że Azjaci są mili i fajni! Tym sposobem zasedłem do knajpy etiopskiej. Taki pikantny tatar podany na naleśniku (nazywanym chlebem) oraz z kupką ciepłego szpinaku i kupką sera białego (bardziej do szopskiego, niż do fety podobny. Ale pewnie to jakiś afrykański ser był – home made tak stało w menu). Pan i pani się dwa razy pytali, czy ja oby wiem, że to surowe mięso jest i czy ja napewno zjem. Odpowiadałem, że jeśli to wołowina, to nie ma sprawy.

etiopia

Jedzenie bardzo słabe. Jalapenos papryczki zabiły smak mięsa. Mordę tylko wypaliło. Nasze tatary są bardziej smakowite. Na koniec powiedziałem państwu, że w Polsce też jemy surową wołowinę ale z cebulą i ogórkiem kiszonym. Wielce zadziwieni byli, tym towarzystwem mięsa wołowego. Eh, ślinka cieknie. Już wiem, co ugotuję sobie pierwsze, jak do domu wrócę!

AirBnB wzięte po raz czwarty okazał się w końcu dobry! Przytulny pokój. Czysto, schludnie, w pełni wyposażone mieszkanie. Duża garderoba, łazienka, pralka i suszarka. I mają w pokoju bed wall albo wall bed. Muszę chyba do tematu w Polsce wrócić tej meblościanki! Mankament – brak wifi, a podczas 3 dni zjadło mi ze 4GB.

Ciekawe jeszcze jest to, że żurawie budowalane są oświetlone. Ciekawe, czy to taka fanaberia, czy może, żeby samoloty widziały? Ale kto tak nisko lata?

crane

Jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to wieża widokowa. Ten najbardziej znany budynek w Seattle. Niestety w remoncie, także widać było niecałe pół miasta – wodę, sypialnię i kawałeczek centrum. Ale zamiast 29, tylko 26$. Jak dla mnie – 10$ było to warte.

wieza

Cecha wspólna całego wyjazdu, tych trzech miast – zapach trawy dosyć nachalny. Ale to akurat mi nie przeszkadzało. I like to smoke a doobie every now and then.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑