Miesiąc: wrzesień 2020

jak Ania Starmach powie, że ma być …

sok z cytryny, to ma być i już!

Czy jak się ta pani z Big Chefa nazywa?

Kompot gotuję. Po raz pierwszy w życiu. Oczywiście w przygotowaniu tegoż pysznego napitku nie ma nic trudnego i skomplikowanego. Ale jak już miałem robić to po raz pierwszy, to postanowiłem zasięgnąć języka.

Jakiś pan jest ulubieńcem internautów.

… do 4-litrowego garnka wsyp jabłka do połowy i zalej wodą…

Pan faktycznie wykłada te sekrety gotowania jak krowie na miedzy. Ergo jest bardzo prosto.

Ktoś się pyta w tych komentarzach pyta – to ile ma być tych jabłek i ile wody!?

 

I trafiłem też na wybitność kulinarni polskiej. Pani Ania, pani z okienka, tak jak w sumie większość, dosypuje cynamon (szczyptę). Ale oprócz tego podpowiada, żeby łyżkę z soku z cytryny dać. No jak pani Ania mówi, to ja dodaję.

Z przepisu celebrytki wziąłem ten sok z cytryny, ale zabrałem trochę cukru. Nie przepadam. Dosłodzę później miodem.

Jutro ciasto będzie. Takie bez mąki, z serkiem ricotta. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Bo jabłek dostałem od Słodkokwaśnej i jego pani. W sumie to sami sobie nazbieraliśmy. Ale ja zbierałem im i nie wiedziałem, że mi odpalą działkę.

Na wycieczce byliśmy. Krajoznawczej. Korycin, Sokółka, Bohoniki (meczet), Silvarium, Zajazd Sokołda.

I jeszcze strony młodości Słodkokwaśnej odwiedziliśmy, czyli domek jego babci. A podobnie jak u mojej. Tylko, że moi dziadkowie to mieli z ho ho ho tej działki. Las, łąka, domek, podwórko, stodoła, ogród, sad. My też jak jeździliśmy do babci to gruszki, jabłka, agrest, maliny, śliwki zbieraliśmy. U Słodkowkwaśnej na wsi akurat jabłoń i grusza posypały owocami. To co się miało zmarnować? Pozbieraliśmy i do miasta zawieźliśmy. Także dziś ten kompot, a jutro zaryzykuję ciasto. Pani Słodkokwaśnej mówi, że te jabłka nie nadają się na wypieki. Jutro zobaczymy. Najwyżej przeczyści.

W Sokółce koleżeństwo zaproponowało cukiernię z pysznymi lodami. Stanęło na własnej produkcji jogurcie (na wynos słoik), pysznych ciastach i tortach i kawie. Porozmawialiśmy jeszcze z właścicielem i ruszyliśmy do kościoła obok. Pani Słodkokwaśnej zadziwiona, że jej stary tak ludzi zagaduję. Ale ja też czasem zagaduję i fajnie jest poznawać ludzi.

W kościele leży eucharystia, która się sama wyhodowała. Ponoć kapłan hostię upadniętą na ziemię włożył do vasculum (małe naczynie z wodą stojące przy tabernakulum służące księdzy do oczyszczenia palców po udzieleniu komunii). Mszę przerwał, jak zobaczył tę hostię na ziemi, żeby ją włożyć tam, gdzie włożył.

Po kilku tygodniach siostra Julia sprawdziła stan naczynia i zobaczyła czerwoną plamkę na hostii. Wypukłą plamkę o wyglądzie skrzepu krwi lub kawałeczka ciała. Po dłuższym czasie dwóch niezależnych uczonych sprawdziło skład tego co się wyhodowało. Stwierdzili, że materiał badany przyjął postać tkanki serca mięśniowego człowieka w stanie agonii. To wydarzyło się pod koniec 2008 roku. Czym prędzej zadzwoniłem do mojego serdecznego przyjaciela, księcia proboszcza (awansował niedawno) i pytam, czy to cud, czy co? Kolega odpowiedział spokojnie, że to eucharystia. Ale czy to cud!? – dopytuję. No ponoć kościół się jeszcze temu przygląda, ale nadał temu czemuś status niższy niż cud.

Nie ukrywam, że ciarki mnie przeszły. Żeby jakoś odreagować, to pojechaliśmy do wyznawców islamu do Bohonik. Bardzo sympatyczna starsza pani po krótce nam przedstawiła losy religii. Bardzo po krótce. Księżyc był niemym świadkiem przekazania przez Archanioła Gabriela Mahometowi mądrości. Dlatego też mają księżyc w symbolach swoich. I te mądrości objawiały się na liściach, na innych roślinach, na czym tam tylko światło padało. Dlatego też sztuka religijna nie pokazuje ludzi i zwierząt, tylko była właśnie ozdabiana ornamentami roślinnymi i kaligraficznymi.

Dowiedzieliśmy się, że te ich dywaniki do modłów mają kompas, żeby zawsze wiedzieć, gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Mekka. W Bohonikach mieszka jeszcze 6 rodzin. Fajnie, że kultywują tę religię.

Hmm, teraz czytam, że właściwym symbolem islamu jest szahada (wyznanie wiary). Znacznie częściej jednak za symbol uznaje się półksiężyc. Zasadniczo, z historycznego punktu widzenia, jest to niewłaściwe, bo półsatelita był nie symbolem religii, a jedynie kalifatu. Ok, zostawmy to. Wycieczka po meczecie była krótka, ale bardzo ciekawa. I tylko 5 zł. Jadąc na wschód wstąpiliśmy do synagogi w Tykocinie. 20 złociszy sobie zawinszowali. Eh, co religia, to religia.

Zostawiłem koleżeństwo u Słodkowkaśnej na włościach i pojechałem na swoje. Biały jak Biały, jest ok. Zawsze jakieś zdjęcie pstryknę, miło się przejdę po mieście. W niedzielę oglądałem ze szwagrem Obiektyw w TV Jard, czy TVP Białystok. Przez 15 minut njusy miały charakter kościelny. A w kościele to, a w chrześcijaństwie dziś tamto. Eh ten Białystok. Tylko by się modlili albo jakieś anatemy na LGBT+ nakładali.

Korzystając z okazji, że miałem auto, zabrałem się z rodzicami w nekropodróż. Cmetarz w Złotorii, Dobrzyniewie Kościelnym i Choroszczy. Dowiedziałem się, że mój pradziadek Wincenty D. zmarł w 1935, prababcia Salomea D. w 1958. Kosmiczne daty. 41 lat po odejściu Wincentego na świat przyszedł …

Pradziadkowie po stronie mojej mamy odeszli, gdy miałem minus dwa (prababcia) i trzy lata (pradziadek). Także jednego nie mogłem pamiętać, a drugiego jakoś nie pamiętam.

Weekend minął jak z bicza strzelił.

W poniedziałek jadąc po Słodkokwaśnych do Korycina sprawdziłem atrakcje Podlasia. Pojawiła się tajemnicza nazwa Silvarium w Poczopku. Taki las z pomnikami, atrakcjami leśnymi, barcią, kamieniami i czym tam tylko sobie ludzie chcą. Bardzo fajne miejsce. Spodobało nam się od razu. Sama nazwa Poczopek jest urocza, nieprawdaż?

Interesujący był zegar słoneczny o nazwie (o ile mnie pamięć nie zawodzi) dendrologiczny. Moim zdaniem chodzi lepiej niż klasyczny zegar słoneczny.

Park megalitów, czyli wędrujące skały, to takie kamyki rozrzucone. Kamienny krąg. Można było się doładować i po medytować.

Największym hitem jak dla mnie był Strigiforium (dom sów). Przeróżne ptaszki tam siedziały. Ale jakieś … ospałe były. Puchacz (łac. Bubu bubu) majestatyczny i posępny. Jedna sówka właśnie jadła obiad. Obok jakiś sokolik też. Niestety pałaszowali takie małe, żółte, martwe, kurczaczki. O kurczaczki!

Pomnik żaby słodki. Na sam przód myśleliśmy, że te Suvlaki (nie mogę zapamiętać nazwy tego parku), to taka naciągana atrakcja dla turystów z Warszawy. Ale spędziliśmy tam bardzo miło czas. Polecamy serdecznie.

W tej cukiernio-lodziarni właściciel nam polecił Zajazd Sokołda. Dobry wybór. Lokalne dania, jak i klasyczna polska kuchnia znajdują się w menu. Dziwi mnie tylko brak odgłosu tłuczenia mojego schabowego z kością. Ale pyszotek był. Zupa grzybowa na solidną 4 zasługuje. Oczywiście zawartość grzybów nie może równać się z liczbą owoców leśnych w zupach grzybowych mojego autorstwa. U mnie to często zupy nie widać (tej części płynnej znaczy).

Jadąc w piątek na weekend na wschód postanowiliśmy zjeść w karczmie żydowskiej Tejsza. No cóż, zgodnie stwierdziliśmy, że ok, ale niczego nie urywa.

No może niektóremu urwało. Bo z panią Słodkokwaśnej kawą się jeszcze delektowaliśmy, podczas gdy niektóry … się z nami nie delektował. Tykocin ogólnie zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Bardzo się rozwinął pod kątem turystyki. I sporo ludzi było. Niby piątek, ale w sumie koniec września. Ciekawe czy w lipcu i sierpniu Tykocin jest bardzo mocno oblegany.

W Korycinie zrobiłem sobie zdjęcie z truskawką korycińską, bo mnie urzekł ten pomnik.

Polecam Podlasie, polecam Wschód Polski. Pamiętam z czasów studiów eksplorację Suwalszczyzny (mieliśmy koleżanki z Suwałk). Eh, jakież to były fajne wakacje. Tereny przecudne. Eh, a mnie jest szkoda lata …

… że pękają oczy

Wczoraj mnie zabolały oczy.

Jeździłem sobie popołudniu po południu Warszawy i okolic. Już jakiś czas temu korciło mnie, żeby zahaczyć o Auchan Piaseczno. 10 lipca 2000 roku zaczęła się tam moja (krótka) kariera managerska. Fajny to był czas, dobrze wspominam. Wtedy w Polsce były tylko 4 hale: Piaseczno, Warszawa Modlińska, Gdańsk, Sosnowiec. W grudniu 2000 roku otwierały się kolejne 4, w tym Białystok. Taka to była francuska ekspansja. A chwilę później kolejnych 8 hal. Teraz to tych sklepów jest ze 40 i sam nie wiem, gdzie się to mieści.

Auchan Piaseczno AD 2000 wyglądał jak wielka puszka. Dopiero później architekci postanowili odchudzić te blaszaki, dodając witryny lub przeszklone wejścia. Poznałem nawet kiedyś jednego Architekta, także miałem info z pierwszej ręki. Praca w puszce była fajna, bo pierwsza, bo ja byłem młody i pełen animuszu, werwy i ochoty. Do tej pory doceniam ten czas i to doświadczenie. Kiedyś w pracy w nocy widziałem, jak jakiś kotek szarpał tackę z mięsem. Rano poinformowałem przejęty managera mięsa o tym fakcie. Ten wziął tackę mówiąc – przepakuje się.

Główny miejscem posiłków był Flunch, na którego ja mówiłem Fucking Lunch (F-Lunch). Jedzenie nie lepsze od Syfexo, ale o porcjach tak samo małych. Także lancze były takie, co … kot napłakał.

Stażowaliśmy się do końca września 2000 roku. Część ekipy spędziła w Warszawie około roku. Ja tylko 3 miesiące. To był dobry czas. Hotel Vera przy ul. Bitwy Warszawskiej. Niestety później nastąpiło cięcie kosztów i wylądowaliśmy w Hotelu Feniks przy ul. Grochowskiej (o ile pamięć nie myli. Feliks?). Pamiętam, że jak się wracało z pracy na Grochów, to się przejeżdżało koło Stegien i Sadyby. Ale wtedy nie było jeszcze ani trasy, ani mostu Siekierkowskiego. Jakoś puściej na Dolince Służewieckiej było. Takie to były dobre czasy.

Także wczoraj zajechałem na rekonesans. Myślałem, że spotkam Ewę, która tak naprawdę załatwiła mi tę robotę w Auchan. Po prostu kazała mi wysłać CV i szepnęła dobre słowo temu i owemu. Rozmowę miałem z szefową Ewy – Polką Anią, z moim przyszłym szefem – Jean’em Froncois’em i z dyrektorem sklepu Pawłem. Kręcił nosem, kręcił. Nie dziwię się w sumie. Co ja mogłem mu dać, tydzień po obronie dyplomu? Paweł zapytał mnie – czym jest handel? Coś tam mądrego wydukałem. Oczywiście, książkowo mądrego. Paweł zmarszczył brew i kiwa głową.

– wie pan co. Zatrudni mnie pan na 3 miesiące. I ja panu powiem po okresie próbnym czym jest handel – zaryzykowałem stwierdzenie.

Przyszły pan się zdziwił, lekko uśmiechnął i rzekł:

– ok. Dzięki temu, że Ania i Jean dali panu dobrą rekomendację, to zatrudnię pana. Ale za 3 miesiące odbędziemy tę rozmowę.

Oczywiście rozmowy z Pawłem toczyły się co dzień. Ale to było dobry czas. Uczyłem się. A jak nie wiedziałem, to pytałem.

No i wczoraj ze łzami w oczach zajeżdżam na parking. Ładną estakadę zrobili. Teraz wjazd i wyjazd o wiele prostszy i szybszy. Kiedyś to była walka. Ale przez to zniknął chyba parking dla pracowników. Oj pilnowali tego w 2000 r. Nie można było parkować aut na parkingu dla klientów. Nie można!

Puszka wygląda tak dalej obskurnie jak wyglądała 20 lat temu. Mojego działu z muzyką i książkami już nie ma tam, gdzie był. W ogóle muzyki już nie ma. Książki przenieśli obok. Jak wyjeżdżaliśmy do Białego, to Piaseczno się właśnie rozrastało i swego czasu była to największa hala w Polsce. Później otworzyli dwupoziomowe Auchan Wola, ale to się chyba nie sprawdziło.

Także wczoraj zabolały mnie oczy od widoku puszki. Ale uśmiechałem się. Dobre wspomnienia wróciły.

 

Wieczorkiem podszedłem do Roberta z restauracji Segment na piwko. A ten mi mówi, że taką pyszną pizzę na lunch zaproponowali. Zamiast sosu pomidorowego – taka pasta z awokado.

– oj, nie. Jadłem o 18.00

– ale mówię ci, pyszna jest. Nie zjesz?

– nie, no weź. Jadłem. Piwo poproszę w szklance

– to co robić?

– no tak. Się jeszcze pytasz

I pizza była ciekawa. Ostra kiełbaska, pomidor i ta maź z awokado. Taki malutki mlask. Mlaszczek.

Na podwórku siedziała panna o mega irytującym głosie. Aż się musiałem schować do środka.

O 20.18 właściciel mówi, że Legia gra. Oczywiście temat ten mnie mało interesuje, ale z braku laku, dobra smoła. Poszliśmy na pięterko i … niestety oglądaliśmy. A jeśli chodzi o polską piłkę klubową, to wszyscy wiemy, że na to nie da się patrzeć. Dałem radę do 60. minuty. Oczy mnie bolały co chwilę. Co za nieporadność. Gra na poziomi chłopców z orlika. Akcje nieskładne. Nikt prawie nie gra z pierwszej piłki. Najciekawiej wyglądał różowy kostium bramkarza Legii Artura Boruca. Na szczęście dwie bramki Legii udało się wcisnąć. Drużyna z Kosowa chyba na naszej połowie była ze dwa razy w pierwszej połowie. W drugiej już śmielej zaczęli atakować. Ale wciąż to był poziom „ojej! Moje oczy! Moje oczy!”.

 

Wczoraj też moje oczy ucieszyły się!

Niech pan je koninę – powiedziała w 2006 roku pani doktór wręczając mi piramidę żywieniową. Wtedy po raz pierwszy zrobiłem sobie badanie poziomu cholesterolu. Wtedy zaczęła się, jak mi się wówczas wydawało, nierówna walka z tym cholerstwem. Później doszły trójglicerydy.

Pamiętam to spotkanie z panią doktór.

– ile pan ma lat? – pyta

– 30 – odpowiadam szybko. Kurwa, 30 – mówię już do siebie w myślach.

Ale to był jedyny raz, kiedy wydało mi się, że już taki stary jestem. A jak wiem, dziś mam 29.

I tak walczyłem z tym cholesterolem. Bitwy przegrywane co pół roku. Doktorstwo proponowało mi tabletki nie raz. Ale ja wzbraniałem się. Nie chciałem żadnych medykamentów.

Półtora roku temu pan doktór zaproponował mi dietę niskotłuszczową. No cóż, coś tam sobie odtłuściłem, ale z pizzy nie dałem rady zrezygnować. Od ponad 2 lat mięso jem raz albo dwa razy w tygodniu.

Wczoraj zrobiłem lipidogram i na własne oczy nie uwierzyłem! Cholesterol spadł! Jest w normie. Dobry cholesterol jest wyższy niż minimum. No mógłbym jeszcze nad złym popracować, ale jest też ok. No i trójglicerydy mi spadły. Oczy się cieszyły, jak patrzyły na wyniki. Dlatego też poszedłem na piwo i skusiłem się na tę pizzę. Życie jest piękne!

 

Jadę do Białego dziś. Muszę zobaczyć ten dworzec. Bo ponoć znowu w remoncie. 20 lat remontu, 10 lat użytkowania i znowu remont?

Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy
Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy, oczy, oczy

jestem zdewastowany

https://www.youtube.com/watch?v=pFBUh3hKKDg

 

 

smutno mi Boże.

 

Usłyszałem przed chwilą w radio, że dziś premiera nastąpiła najnowszej książki Kasi Nosowskiej. Wczoraj przeczytałem kolejne 54 strony i muszę powiedzieć, że za ostro zareagowałem. Ale, bo zawsze jest jakieś „ale”, gdyby ktoś mnie wysłał na bezludną wyspę i pozwolił zabrać 1 000 książek, to nowość Kasi by została w domu. No może to nie bełkot. Kasia ładnie pisze, tylko czasem mam wrażenie, że jest za bardzo zagmatwana myśl, albo nie przystoi prawie 50-letniej pani tak pisać. Zgadzam się z pisarką w sprawie kotów sąsiadów. W punkt wyłożyła racje obu stron.

A bardzo zasmucił mnie wątek I Komunii Świętej. Czułem tę samotność małej Kasi razem z nią. Wzdrygnąłem się tą opowieścią. Także czytam dalej.

Ale nie to jest powodem dewastacji.

W ostatni piątek trenowałem do OnkoBiegu. Aha, Endomondo chyba poczuło błąd kroków (faux pas) i pokazało w końcu trasę mojego, niedzielnego biegu.

Zrobiłem sobie plejelistę o nazwie „running”. I jak wylatuję z klatki, to zwracam się do telefonu tymi o to słowami: Hey Siri, play running playlist, shuffled.

Dlaczego Siri nie nauczono jeszcze po polsku? Kolega ostatnio pokazywał swój Hujajej i po komendzie „OK gugl” telefon słuchał poleceń w języku naszym. Dziwny ten Apple.

No to biegnę. Muzyka motywująca, energetyzująca, hałas tępy, bolą zęby. Ale są też i utwory spokojniejsze. Jak The Unforgiven Metallica’y. W folderze tym są utwory polskie, rosyjskie i … zagraniczne. A tu Fieduk i Endżej śpiewa mi Różowe Wino, a tu ukraińskie Grzyby o Topniejącym Lodzie, a tu Leningrad o wystawie Van Gogha. To lecę, biegnę, trenuję. Muzyka mnie uskrzydla.

W poniedziałek poszłem się przejść, narobić brakujących kroków i stwierdziłem, że jak ten RaiM2 mi do łba wszedł, to może posłucham … Hey Siri, play rosyjskie playlist, shuffled. I skubana zrozumiała „rosyjskie”. To słucham, idę, słucham, się rozglądam, robię kroki. Jest hit „Dzwigatsja”. Nucę, macham rąsią i mi miło, очень приятно. Po jakimś czasie stwierdziłem, że na Grzyby mam ochotę. Przeskakuję utwory i nic. Otwieram aplikację, przeszukuję listę utworów. Są! Ale na szaro. Oooo – pomyślałem – pewnie się biblioteka wykrzaczyła.

W domu otwieram bibliotekę muzyczną moją na iMusic i tu też Griby są na szaro. Przechodzę do profilu artysty i … DEWASTACJA! Usunęli stare rzeczy! Jest jakiś nowy album, który brzmi jak wszystko inne teraz grane, czyli nijak! Bazaru NIET!

Wchodzę prędko na Spotify, jako gość, bo nie mam tam konta. Sprawdzę, jeśli są tam, to to właśnie będzie gwóźdź do trumny iMusic. Już od jakieś czasu, długiego czasu, ta aplikacja mnie irytuje. No i jako nie-użytkownik tej platformy streamingowej też nie widzę Gribów i ich żółtego, debiutanckiego albumu. Jest to nowe nieporozumienie.

Dziś, po kilkudniowej traumie, dzwoni do mnie największy fan Grzybów, Słodkokwaśna. Gadka-szmatka o tym i owym, przełykam ślinę, zbieram się na odwagę i się pytam, czy ma na Spotify na swoim profilu żółty album. Powiedział, że nie wie, ale sprawdzi. To było wczesnym popołudniem. Jest prawie 19.00, a kolega nadal nie dzwoni! Pewnie zdewastował się tak samo jak ja!

Smutno mi Boże.

https://www.youtube.com/watch?v=YC77YSU8oKQ

 

(o)krągłości, czyli jak zostałem zrobiony w bambuko

 

A mam krągłości tu i tam i tyle. Dopóki mogę się schylić i zawiązać buty, dopóty nie będę się martwić swoją physis. Na szczęście w Stanach kupiłem sobie takie lock lace, więc nie muszę się schylać.

 

Nie lubię okrągłych jubileuszy i kształtnych, zgrabnych liczb. Miałem pisać wczoraj, ale w związku ze wcześniejszym zdaniem, nie zrobiłem tego.

Dokładnie pół roku i jeden dzień temu nastąpił początek końca. Koniec świata się zaczął. Mały, wredny wirusek przewrócił wszystko do góry nogami. Nowy porządek świata. Wolnomularze, illuminati i inni podobni pewnie skręcają się z zazdrości, a Hitler się pewnie w grobie przewraca. Zostaliśmy zamknięci, zniewoleni. Maseczki na początku były „be”, mieliśmy siedzieć w domu. A później się okazało, że szmata na twarz to złoty środek, bez którego nie możemy się nigdzie ruszyć.

No cóż, pewnie jeszcze z rok lub półtora zaczekamy na jakieś pigułki, albo szczepionki. A tak, to trzeba jakoś sobie radzić. Szkoda, że latać za bardzo nie można. Do Miasta bym wyskoczył.

 

Dałem się zrobić w bambuko. Jak kupowałem książkę Marka Niedźwieckiego, to wydawnictwo zaproponowało jeszcze nowość od Kasi Nosowskiej. Przecie ja tą panią uwielbiam! Wziąłem.

Książka pana radiowca nawet ok. Taka wideoklipowa. Szybko się czyta, autor się nie rozwodzi. 200 stron w 2 godziny. Tylko przepis na mielone w książce spowodował niemałe zasumowanie. Coś w stylu – WTF?

Ale reszta przygód ciekawa, interesująca.

AlejażemjejpowiedziałaKaśka bardzo mnie się podobała. Błyskotliwa, w punkt, zabawna książka. Może dlatego, że to zbiór InstaStory, krótkich Kasi felietonów. Czytało się płynnie, bez zastanawiania się co autor miał na myśli. Także teraz umościłem się na sofie z IKEA, z własnego pomysłu pomarańczową margaritą i książą w łapie. Najłatwiejszy w tym wszystkim był wstęp i pierwszy rozdział o pazurach/paznokciach, który i tak zaczynał mieć znamiona konfuzji w stylu WTF?, ale na szczęście się szybko skończył, więc na zadziwienia nie było za bardzo czasu. Ale później, to miałem wrażenie, że tego drinka jednak za małego zrobiłem. Co to za bełkot!? O czym ta Kasia prawi w swej książce? Czytam i nie rozumiem. Załamałem się. Po 50 stronach odłożyłem. Dziś ciąg dalszy nastąpi. No zobaczymy. Może autorka pomyślała, że jest żeńskim odpowiednikiem tego pana, co co 2 tygodnie książki wydaje? Remigiusz Mróz? Ten od Chyłki? Mroza jak się czyta, to troszkę boli, ale skubany sprawnie piórem operuje i powieść sama się właściwie czyta. Ale u Kasi? Jakbym Dziady czytał (nie czytałem, od razu sprostuję. A niby po liceum im. Adama M. jestem).

A propos liceum. Używam takiego komunikatora Signal. Kolega polecał. Bo niby tak szyfruje wiadomości, że nikt nie podejrzy. I dałem się namówić. W sumie nie wiem po co, bo ja żadnych kontrowersji nie piszę, spisku nie prowadzę. Ale założyłem. Rozmawiałem z dwiema osobami, z którymi w końcu i tak przeniosłem się na inne platformy. Także zostałem jak ta gapa z tym Signalem. Chciałem kasować już (postanowiłem usunąć wszystkie głupie aplikacje i komunikatory) i widzę komunikat, że moja wychowawczyni z liceum używa Signala! Przecie we wrześniu mija 29 lat jak się poznaliśmy. Już oficjalnie za chwilę będzie można mówić, że znamy się dłużej, niż żyjemy. W marcu, tydzień przed początkiem końca, stuknęło mi 29 lat! A kolejne 29. urodziny już za mniej niż pół roku.

Wracając do Kasi, która zrobiła mnie w bambuko. Lubię jej teksty, jej płyty, jej dowcip, jej dystans do siebie. Fajna babka. Okazuje się jednak, że ta książka to będzie drugie dzieło, którego chyba nie jestem w stanie przyjąć. Koniec i Basta!

 

13 OnkoBieg 2020

Z Nowego Jorku do …

 

… Warszawy dziś pobiegłem.

Przez Austin. A co!

Bo pomaganie jest łatwe! I jeszcze Ulę z Teksasu namówiłem. Także Onkobiegowicze wszystkich krajów łączcie się.

Pisałem już o Kamilu. Fantastyczny facet.

Wpis będzie krótki, bo wrzucam filmiki. Mam nadzieję, że się załadują.

Miałem wrzucić mapkę biegu z Endomondo, ale po raz pierwszy aplikacja się wykrzaczyła. W taki dzień!

9 kilometr

 

 

koniec

 

koniec i początek

Sorki za ostatni film, ale byłem bosko zmęczony.

prze-niefortunność

z tych emocji zapomniałem dodać wcześniej.

Mam czasem, że jakaś melodia do głowy mi wpadnie i nie chce wypaść.

Usłyszałem gdzieś fragmencik i przepadłem. NIE SŁUCHAJCIE tego!

Недопитое Hennessy, Hennessy
Танцевать уже больше нету сил, нету сил
Мы словно с тобой на Ибице, Ибице
И этот бит просит двигаться, двигаться

niefortunność

niefortunnie kupiłem sobie duże śliwki. W sensie sam zakup nie był niefortunny. Po prostu położyłem owoc na czosnek w moim koszyku pyszności. Aż się zdziwiłem jak jadłem. Co tak czosnkiem daje? – zapytałem się. Ale na szczęście tylko z jednej strony. Się zjadło.

Co do niefortunności.

Mitsubishi Pajero – no cóż, to ponoć znaczy … masturbant albo masturbować się.

A jakież było zdziwienie, że w Ameryce Południowej Cherokee NoVa nie sprzedaje się. Nie znam się na hiszpańskim, ale miałem francuski i bym, obstawiał, że to znaczy „nie idzie” albo „nie pojedzie”.

Już nawet nie chcę zaczynać o polskich napojach gazowanych co się nie przyjęły na rynku anglosaskim – FART.

Ludzie, czy naprawdę w marketingach pracują dziwne ludzie?

 

Robiłem w czwartek w robocie. Po mieście jeździłem. I tak zauważyłem takie lokale usługowe. I się zdziwiłem wielce. Aż przystanąłem. Co w tym sklepie się sprzedaje. Dopiero po chwili zauważyłem, że to są dwa oddzielne punkty … usługowe. Dziwnie to jednak wygląda. Rozbieżnie. Aż takie brrr zrobiłem.

 

Niefortunnie trafiłem na pana Rybkę. A stoi pan z przyczepką na Stegnach. Wiem, że jest, ale nie wiem kiedy. Zazwyczaj trafiałem nań z przypadku. I dziś niefortunnie się spotkaliśmy. Nabrałem tego i owego. Za dużo. Miał pan śledzia po bałtycku. Taki ciemny jakiś.

– to da pan jeszcze tego śledzia. Ze sześć sztuk, na spróbowanie – mówię

– dobry wybór. Natnie pan tu, wzdłuż śledzia, zdejmie skórkę i będzie ładnie odchodzić od ości

– panie! Śledzia mam obierać? Zawsze ze skórą jem

– no ale ości

– no fakt. To spróbuję

I cholercia mniam i mlask!

Niefortunność mnie dognała dziś. Miałem tydzień temu oglądać koncert, ale pogoda pokrzyżowała plany. Dziś patrzyłem. W piątek znaczy. Oj. Kolega ma fajny głos. Tylko, motyla noga, nie znoszę szant poza Mazurami!

A też taka fortunność mnie trafiła. Pamiętam jak dziś, kiedy na początku listopada AD 2019, przed powrotem do Polski, przypadkiem posłuchałem The Rolling Stones’ów. Re-edycja płyty z okazji 50-lecia. Let It Bleed.

Słuchałem w wigilię wylotu przy blacie kuchennym i pisałem. A dziś czytam, że te dinozaury pobiły jakiś rekord. Kolejny numer 1 na Wyspach na liście najlepiej sprzedających się albumów. Ale ale. To jest numer 1 w szóstej dekadzie. W latach 70., 80., 90., 10., 20. mieli zawsze numer 1 na liście przebojów najlepiej sprzedających się albumów. Tylko A Bigger Bang wydany w 2005 roku zawiódł (numer 2).

Piękne osiągnięcie.

Kiedyś nie lubiłem ani The Beatles, ani The Rolling Stones. Chociaż pojedyncze utwory Stones’ów mi się podobały. Ale ta czwórka z Liverpool’u? Koszmar. Jakieś szarpidruty dla dziewczynek. Kiedyś, dawno temu, mój lektor angielskiego, rocznik 1948, powiedział, że był w klubie w Lądku, za młodu i jakieś szarpidruty grały. Teraz nawet i ja bym nie pogardził takim występem. Zobaczyć The Beatles live? Wow. Nawet jak byli mało znani? Też wow.

W 2008 roku miałem kolegę w robocie. Okazało się, że fan muzyki, a szczególnie Fab 4. Pożyczał mi płyty po kolei. Kurczaczki Naprawdę uważam, że The Beatles to jest zespół, który miał ogromny wpływ na muzykę i chyba nadal ma. A panowie grali razem, tylko przez 10 lat. Po kilku chwilach jednak odstawiłem ten zespół. Ale nadal szanując dokonania.

The Rolling Stones widziałem dwa razy w życiu. W 1998 roku w Chorzowie, kiedy promowali album Bridges to Bablylon. Pamiętam jak w pociągu jakiś koleś zapytał nas, czy my wiemy co znaczy ten tytuł. Spodziewaliśmy się czegoś mistycznego, przenośni jakiej. Także powiedzieliśmy, że nie, nie wiemy. Mosty do Babilonu – odparł koleś. Przestaliśmy z nim gadać. Pamiętam, że miałem na tej wyprawie plecak harcerski i mnóstwo kanapek. Towarzystwo się śmiało w drodze na koncert. Ale bardzo chętnie sięgało po moje kanapeczki w drodze powrotnej. 1998 rok. Bieda.

Drugi koncert to 2007 rok (chyba). Na Służewcu. Ciarki znowu były. Maryla Rodowicz skakała obok mnie, bo miałem jakieś takie lepsze wejściówki. Jakiś bank był sponsorem. Miałem zaszczyt wziąć udział w „Meet and Greet”. Nikt nie wiedział co to jest. Weszła do boksu pani jakaś i tłumaczy, że za chwilę wejdą członki zespołu, ustawią się do zdjęcia i po 10 sekundach wyjdą. Także wszyscy do boju, gotowi, start. Powtórek i poprawek nie będzie. I faktycznie wpadli, ustawili się, ładnie się uśmiechnęli i już. Cyk i do boksu obok. W dupie mieli nas i to, czy fota wyszła. Ale my i tak w szoku byliśmy. Mick Jagger był z nami.

I dziś czytam o tym sukcesie Stones’ów na wyspach. Że re-edycja ich płyty z 1973 roku znowu jest numerem jeden. Goats Head Soup. I tak jak w listopadzie 2019, słucham sobie i … tupię nóżką. Kurczaczki jaka fajna muzyka.

Jakoś niefortunnie trafiłem na ten artykuł i na tę płytę!

 

Niefortunnie okazało się, że moje tatuaże mogą przekreślić coś wspaniałego.

 

 

 

 

a po dwunaste …

Nie będziesz miał piktogramów cudzych przede mną.

Każdy miał ZPT w szkole. No może każdy tak stary i starszy, jak ja.

Na moich zajęciach w 4 i 5 klasie było nudno – szydełko, gary i piktogramy. Czyli nie chloruj, nie bębnuj i takie tam. Później mieliśmy normalnego gościa i strzelaliśmy do celu i bawiliśmy się młotkiem i wiertarką.

Mam taką oliwkę do ciała. Rumianek z czymśtam. Bo jakich suchy się zrobiłem. Smarowałem sobie tu i tam i nakapało mi na kapę. Uprałem. Ale co ja widzę! Kanapa ma plamę! Nie pomogła docelowa pomoc, czyli zmywak.

Oczywiście te obicia sofy są zdejmowalne i … pralne. Tyle tylko, żeby to zdjąć, to trzeba pół łóżka rozkręcić. Eh. Oczywiście rozłożyłem sofę i zdjąłem to. Zastanawiałem się, czy się odpierze. Ale tylko przez chwilę. Stwierdziłem, że to co miałem zrobić, to zrobiłem. Wyjdzie, jak wyjdzie. Mam to w (francuski akcent) dupię.

Po praniu czytam to coś wystające i patrzę, czy można wirować. Hm. Jest bęben przekreślony. No nie, w latach 80-tych to znaczyło – nie wirować. Słabo. Nie wyschnie mi do nocy. Będę spał na podłodze – stwierdziłem. A tej podłogi i tak mało, bo się sofa rozłożyła.

No dobra, wiruję to. Zerkam do wujka G i zapytuję – piktogramy pranie.

Ta-dah! Jestem w domu. W dzisiejszych czasach to znaczy NIE SUSZYĆ w suszarkach! 1000 obrotów i jedziemy. Po kilku godzinach jeszcze takie wilgotne. Żelazkiem miałem dopomóc, ale niestety ten piktogram nie zmienił się przez lata. Nie żelazkować, to nie żelazkować.

Przez to wszystko tylko taki Pierre Dolnik mi w domu wyszedł (co ja taki francuski dziś jestem? Brakuje tu tylko tej najlepszej francuskiej whisky Żak Daniel).

mais tu es fou Maciek

Na szczęście dziś środa, dzień … badmintona. Czyli z sesji wrócę do domu jakoś po 22. Czyli suszki mogą wisieć jeszcze te 8 godzin. Schnij kochany, schnij!

Ciekawe czy łóżko złożę z potworem? Hm. Tego na Zet-Pe-Tach nie uczyli. IKEA wtedy nie było w Polsce.

Ale za to narobiłem sobie rosołu z łososia i kupiłem borowiki na bazarku. Mniam!

 

a po jedenaste …

https://www.youtube.com/watch?v=T6cl_1X9luw

 

Nie dam. Nie popuszczę. Nie dopuszczę. A po złości!

Czyli „oto polska cała nasza”. Ło ho ho ho.

 

Zabierałem się za pisanie od wielu dni. Już nawet miałem wymyślone tytuły wpisu. Ale wszystko padło.

Miało być „jak mag jakiś” albo „straciłem swoją maskę”.

 

Pranie urządzałem. Wrzuciłem swoją białą maseczkę. Bo często piorę, bo prasuję, bo zabijam nań zarazki. Rozwieszam pranie i idę spać. W nocy się budzę w potach. Gdzie jest moja maseczka! – krzyczę. Aaaa. Uprana! – uspokajam się i zasypiam. Budzę się znowu – nie pamiętam, żebym rozwieszał!

Rano wstaję, przeglądam suszarkę i nie ma. Zaglądam do bębna i nie ma. Hm, a może nie włożyłem? – pomyślałem. Ale nie. Pamiętam przecie. Jak wrzucałem maseczkę do prania, to akurat przechodził tatuś Halinki. I jeden oficer też wrzucał. Wysoki – wysoki, taki wysoki, że jak wrzucał to kucał. I jechała taksówka i powóz. I krowę prowadzili…i trąbił autobus. I szły jakieś 3 dziewczynki. Jak wrzucałem maseczkę do skrzynki.

Ale jednak nie było!

Przetrzepałem jeansy. Nie ma. No nic. Trudno. Przepadło. Ale i tak się to w końcu znajdzie – powiedziałem do siebie.

No i jak zbierałem pranie następnego dnia, to jak przetrząsałem t-shirt z Austin, to z rękawka wypadła maseczka! Ta-dah i ło ho ho ho! Taki mag jestem! Mażek właściwie. Bo czary to takie średnie były. Maska się odnalazła. I całe szczęście, bo ta zapasowa jest ciasna. Jak zakładam, to mi się w oczy wżyna.

 

Weekend się udał przepysznie. Barka Wynurzenie i knajpa Makrell. Oj pyszne rybki i inne takie tam. Po głównym napitku zaproponowaliśmy sobie El Classico – wódka z energetykiem, czyli samo zło. Nie było to ani mądre, ani dobre (Nie mieli RedBulla). Ale cóż. Przeżyliśmy. Niedziela była piękna i terapeutyczna. Rower zawsze pomaga na przewietrzenie głowy. Wdarłem się ostatnio na niedokończony jeszcze Most Południowy (im. Zimnego Leszka? Oj coś czuję. Że Matołusz i Dupa mogą zaproponować taką nazwę). Fajny mostek. Szeroki. Ale do Wisły nie da się jeszcze dojechać. Pilnują. A jak nie pilnują, to są ekrany. Ponoć most z najdłuższym dojazdem.

Przed dotarciem do knajpy postanowiłem definitywnie rozstać się z Veturilo. Koszmar. Wiecznie coś nie tak. Albo z wyciągnięciem roweru (czasem), albo z oddaniem (najczęściej). A najbardziej do szewskiej pasji doprowadzają doprowadzały mnie dwie rzeczy:

– nie jesteś na stacji rowerowej (WTF!)

– są wolne stoiska, nie możesz zwrócić roweru (nie ma!)

Także po sobotniej wpadce, pożegnałem się z rowerem miejskim. Hulajnogą będę jeździł!

 

Na piątek na mecz zaprosił kolega do siebie, do knajpy. Przyjdziesz na mecz? – pyta mnie. Ja już wiem, że się nie pyta, kto w co gra, tylko się potwierdza i jeszcze ewentualnie utwierdza – będzie Leszek, czy pijemy piwo?

Był Leszek, fan nie piwa. Tym razem był samogon. A jak się skończył, to i piwem Leszek nie pogardził. A mecz słaby. Chyba. Nie pamiętam.

 

Dziś byłem świadkiem 11-ego przykazania. Nie dam, nie popuszczę, nie będziesz miał lepiej ode mnie.

Stoję na przystanku na Dolnej (w kierunku za miasto, czyli Wilanów). Zatoczka długa, spokojnie zmieszczą się ze 3, jak nie 3 i pół autobusu. Na przedzie zatoczki stoi taxi, a w połowie jakiś dostawczak (tam jest kilka straganów i kioski, także trzeba jakoś zaopatrywać). Podjeżdża jako pierwszy „Pińcet plus”, a za nim pojawia się 116. Gdyby ten drugi autobus chciał, to by się spokojnie zmieścił między 503, a dostawczym. Ale coś kierowca nie chciał się wpasować i tak się czaił, jak czajka jaka. Pierwszy skład zebrał pasażerów i zaczął udawać, że jest taki biedny i nie może wyjechać. Zaczął napierać na taxi. I tak co chwilę – osobówka odjeżdżała na z pół metra, a autobus udawał, że wyjeżdża z zatoczki i się zbliżał do taxi. Żałuję, że nie zacząłem tego nagrywać. Ciekawe, czy policja zarekwirowałaby mi ewentualnie telefon, jak dowód rzeczowy numer 1.

I tak po kilku podjazdach autobus włączył awaryjne, otworzył drzwi i wypuścił pasażerów. Czyli rąbnął w taksi. Oczywiście to było takie kontrolowane puknięcie, po złości. Jak mijaliśmy „wypadek”, to widać było, że nie stało się nic. Ale policja pewnie przyjechała i mandacik pewnie dała. Nie wiem, czemu pan kierowca autobusu taki uparty i zawzięty. Nie dam, nie pozwolę, moje to.

Kierowca taksówki mógł w sumie podjechać za pierwszym razem aż tak daleko, żeby ten nieszczęsny autobus mógł wyjechać. Eh, my Polacy. Tylko tych pasażerów szkoda, bo to skład na Ursynów był. 99% innych linii leci prosto na Sadybę, Stegny, Wilanów i Powsin.

I ktoś może zapytać, co ja robiłem na przystanku autobusowym? Wracałem z biura. Mam dosyć siedzenia w domu. I jak nigdy cieszy mnie widok jak podążam do starego i śmierdzącego biura. Jeszcze pół roku temu na widok Pałacu miałem złe skojarzenia. A teraz? Proszę bardzo – piękne niebo, pałac i księżyc.

 

Na klatce toczy się wymiana dobrami. Choć w niedzielę myślałem, że coś zdechło. A ta jakieś futro była. Jak rzuciłem okiem niedbale, to myślałem, że

Coś tam było! Może człowiek! Może!

Już miałem zapytać, czy w porządku wszystko. Ale drugi rzut oka stwierdził, że to pies jakiś. A jak się przyjrzałem z bliska, to już wiedziałem, że to futerko ktoś wywalił.

 

I szkoda, że nie mam nadal długich włosów, bo bym se loki nakręcił.

Eh. Zapuszczać?

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑