Miesiąc: lipiec 2011

finally summer is here

…not

 

Lato chciało wrócić. Próbowało wczoraj przed 11 oraz po 16. Słońce się przebiło przez ciężkie chmury i było tak bardzo leciwie, letnie, latowo(?). Oczywiście wtedy najmniej spodziewałem się słońca, bo wykonywałem prace fizyczne i dodatkowe źródło ciepła było trochę nie na miejscu. Ale fajnie, że w końcu zrobiło się tak ciepło i co najważniejsze – JASNO.

Po takim rozpieszczeniu, chmury z powrotem zamknęły bramy niebios. Sierpień ma być ponoć upalny. Hm, myślę, że wątpię. Lipiec też zaprognozowano na koszmarnie przegorący i co? Nic! Powiem szczerze, że nie pamiętam takiego lata. Przechadzam się po tym świecie ponad 3 (prawie 4) dekady już i nie stwierdzam faktu przeżycia takiego lipca.

W ubiegłym roku grzało tak przez okrągły miesiąc, że w końcu kupiłem wiatrak. Teraz zakręciłem skrzydłami dwa razy – w maju. Nie czepiam się pogody, bo nie przepadam za upałami. Ale. Zawsze jest jakieś ale. Jakie będą konsekwencje na pozostałe pory roku? Komary już się rozmnażają jak króliki. Wilgotno, mokro, dość ciepło i latającego cholerstwa pełno. „Komar” is in the air – taka parafraza szlagieru „love is in the air”.

Moje obawy i uwagi co do aury są podyktowane obawami i uwagami co do naszego zdrowia psychicznego. W tym tygodniu w Trójce pojawił się reportaż na temat „Letniej Depresji”. Oczywiście odnoszono się do stanu ducha ludzkości, który najczęściej pojawia się jesienią.

Wstawka: Kury „Jesienna Deprecha”

„Mam znowu doła, znów pragnę śmierci, wracają dawne lęki i nie mogę w nocy spać. Ból przemijania, choroby, wojny, rozpacz, wszystkie ciemne strony życia dręczą mnie- oż ku**a mać.

ref: Brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś. Nawet seks jest banalny i nie kręci mnie .Może jestem nienormalny, za krótko byłem w wojsku. Może w lecie jakiś komar adidasa sprzedał mi.

2. Mam znowu doła, znowu pragnę śmierci, wszystkie formy samobójstwa przed oczyma staja mi. Sam już nie wiem co robić mam, nie chcem dłużej smażyć tłuczonego szkła.  Mam już dość leżenia pod kałużą. Ratuj mnie jesienny, mały Boże.”

Pani znawczyni rzekła, że zjawisko letniej depresji jest nowe i za bardzo nie ma doświadczenia i jej wywody są tylko hipotetyczne. Nie odkryła Ameryki – lato służy nam do ładowania się słońcem. Jak go nie ma teraz, to oczywiście powinniśmy kupić sobie lampy, żeby się naświetlać. W sumie wypowiedź pani znawczyni mało odkrywcza i mało merytoryczna ale bardzo intrygująca i zatrważająca. No bo co z nami będzie, jak słońca nie ma? Ratuj nas letni, mały Boże.

Pamiętajmy, że 40% Szwedów (jak powiedziała to kiedyś pani socjolog, podczas zabrania mnie i pana K. na stopa w Holandii 15 lat temu) z powodu swego położenia geograficznego ma depresję, co wiedzie do samotnego trybu życia i do licznych samobójstw. Czyli Polska nie będzie już drugą Japonią, tylko Szwecją? Drogo ponoć na Północy Europy. Trzymajmy kciuki za sierpień jednak. Już raz Szwedzi chcieli nas zatopić.

I chyba teraz muszę wspomnieć o czymś. Takie ładne przejście mi się zrobiło. W związku z tym, że nie ma tego słońca, rukola nie chce mi rosnąć. Bardzo wygodne usprawiedliwienie sobie znalazłem, nie prawdaż? Otóż, ziółko nie da rady się wzbić więcej. Ma już z 8 cm ale wygląda na to, że listki są za ciężkie dla łodyżek, więc te się kładą w doniczce. Takie kłębowisko się zrobiło. Hm, może trzeba było nasiona bardziej zakopać? No nic, trudno, napinki nie było. Szkoda jednak.

Teraz bardziej weselsze historie. Pamiętacie jak mi się wieża Hi-Fi się popsuła? Oczywiście, że nie pamiętacie (poza jedną osobą). Radio gra, magnetofon gra. Jejks, ale dziwnie to brzmi – MAGNETOFON! Czuję się jakbym miał ze sto lat. Nie gra odtwarzacz CD. Co prawda poradziłem sobie, bo podpiąłem odtwarzacz DVD do wieży i dźwięk z płyt taki pełniejszy, czystszy, donośniejszy. Ale jak to ja, cały czas odczuwałem jakiś dyskomfort i niedogodność. Nie chciałem eksploatować DVD, bo jak się i to zepsuje, to co mi będzie odtwarzało filmy i koncerty? I dziś, po 3 czy 4 miesiącach, chciałem zanieść do naprawy mój sprzęt. I myślę sobie – a dam mu szansę. Wkładam płytę i … PACH! GRA! Lalalalalalalala (bardzo dorosły i inteligentny komentarz. Ale kurcze jaki wymowny!).

Co do płyty, którą wepchnąłem, to musze powiedzieć, że coś mnie ona naszła. Nawet w sobotę, tydzień temu, wspomniałem i zarekomendowałem ten krążek panu K. Tak wykrakałem, że nawet pewna Londynka zabawiła się po raz ostatni w swoim życiu. No nic, szkoda dziewczyny ale sama zgotowała sobie taki los.

I ta płyta. Powiem teraz szczerze, że to jest chyba jedyny artysta, którego mi szkoda, że już nie ma z nami. Zawsze jak coś słyszę jego, to oczy mam zamglone. Nagrał facet jedną płytę. Ale jaką?! Rewelacja jak dla mnie, mimo upływu tylu lat. Pan w ostatniej swojej drodze zażył coś, i nucąc „Whole Lotta Love” Led Zeppelinów poszedł popływać, czego nie potrafił. Wikipedia podaje, że ponoć już wcześniej parę razy zdarzało mu się znikać, żeby popływać, a w dniu śmierci nie stwierdzono żadnego alkoholu i narkotyków w organizmie. Czyli po tylu latach dowiaduję się, że to jednak nieszczęśliwy wypadek. Tym bardziej szkoda.

Niestety na płycie nie ma najlepszego utworu moim zdaniem – Everybody here Wants You.

Polecam – Jeff Buckley „Grace”.

Tim Buckley, jego ojciec, w wieku 28 lat opuścił ten świat – taka sucha wiadomość. Ale tu już ponoć i ewidentnie – sex, drugs and rock ‘n roll. Plus alkohol.

Rozpisałem się strasznie. Ale to tylko po to, żeby nie pisać o czymś, co mi się ostatnio przydarzyło. Czas niestety na to nadszedł.

W lipcu skończyła mi się ważność karty bankomatowej. Bank postarał się i tym razem przysłał mi już kartę zbliżeniową. Uaktywniłem ją. Tak mi się wydaje. Postąpiłem zgodnie z wytycznymi, więc chyba ją uaktywniłem.

Pewnego pięknego lipcowego poranka, czyli gdy wiatr i deszcz, tuż przed pracą postanowiłem zajśc do McDonalds’a. często tam chadzam. Ale tylko po shake’a albo po shake’a i ciastko. Bo naprawdę są dobre. I postanowiłem kwotę 7 coś zł uiścić moją nową karta. Zbliżyłem plastik do terminala, coś pyknęło, zabłysło – i już – pomyślałem sobie. Pan mi już promocyjną ofertę prezentuje. Do każdej płatności takim sposobem lodzik lub kawa mała gratis. Kawę piłem, więc się na lodzika ewentualnie zasadzić bym chciał. Ale ręki już wolnej nie miałem. W jednej ciastko, w drugiej – shake. Mówię panu, że „dziękuję, nie mam już wolnej ręki”. Pan się pyta – na wynos? Tak – odpowiadam. I pracownik restauracji zaczyna mi pakować ciastko do torbeki papierowej. To dopowiadam mu, że jak już pakuje tą słodycz, to poproszę shake’a również tam zapakować, i w związku z tym, że mam już wolną rękę, wezmę loda. Faktycznie dobre lody mają.

Po dzień dzisiejszy (minęło 4 dni) na moim rachunku nie odnotowałem tej płatności. Okradłem McDonalds’a! Co za wstyd!

Hm, wczoraj płaciłem normalnie ta kartą, czyli poprzez użycie kodu PIN. I zeszło już z rachunku. Czyli karta aktywna była. Dziwne!

Kiedyś, na MTV pokazywano największe wpadki gwiazd. I jakaś nowa wschodząca gwiazdka została sfilmowana jak będąc nietrzeźwą, zrobiła awanturę w restauracji. Komentarz był jednomyślny – nie ma nic bardziej żenującego jak zrobienie sceny w Maku.

Bodaj w 2000 roku, pamiętam to jak dziś, zrobiliśmy MacWioskę w pewnej MacRestauracji w MacKoninie. Ja, pewna osoba płci męskiej i pewna osoba płci żeńskiej. Nie ma o czym mówić, bo to już minęło i był to urok wieku, w którym byliśmy. Teraz to wyglądałoby diametralnie inaczej. MacInaczej. Ogólnie wszystko odbyło się w bardzo humorystycznym stylu i nikt nie został obrażony. Nawet jakiś pan z kilkuletnią córką popatrzył się na nas chyba bardziej z zazdrością, niźli z oburzeniem. Pewnie sam by tak chciał. Ale! Jego kilkuletnia latorośl miała minę mówiącą – tatusiu, jak będę duża, to chcę być taka jak ta pani 😉

Dobra, wstaję, szkoda dnia. Czas na sprzątanie, zakupy i gotowanie. Czyli mój ulubiony sposób an weekend!

niemożność i nieochoczość

Jak się ma taki widok za oknem i jak się ma taką aurę przez 90% lipca, to nachodzi niemożność i nieochoczość.

Wczoraj się zapowiedzieliśmy sobie i umówiliśmy na wyjście na miasto. Do UFO na Rozdrożu. Bardzo fajne miejsce, tylko szkoda, że nieczynne 😉 Chyba aura pokrzyżowała plany wszystkim. Na szczęście dużo nie mieliśmy zakupionego, więc oczekując pozostałej części znajomych, rozkoszowaliśmy się również rozmową. Nie dość, że zimno, to jeszcze zaczęło siąpić. Poradziliśmy sobie idąc do Okien. Ale na podwórku o tej porze dnia i nocy, też sama nieprzyjemność i dyskomfort. Nieważne, bo nie o tym miałem pisać.

Obiecywałem, zapowiadałem, przygotowałem sobie entree i nic. Post toaletowy na razie jest pustą obietnicą. Ale jakaś niemożność i nieochoczość mnie naszła. Może pójdę do sklepu i kupię boczek i karkówkę na wieczór? Może czas wstać z wyra? Tyle pytań i propozycji, a mnie jakaś niemożność i nieochoczość ogarnęła.

Naprawdę czuję się jak jesień ale nie czuję się jednak  jakbym był dwa miesiące przed Australią. Brr i grr na przemian z grr i brr.

A mówią, że w USA mają tylko jedno żniwo. Upałów żniwo. I nawet nasza wysłanniczka mieszkająca tam informuje mnie, że weekend w basenie i przed TV spędza, bo taki gorąc. Ja też tak chcę! Dlaczego w tygodniu, kiedy trzeba wbijać się w spodnie i koszule, jest nieznośnie ciepło i duszno. A jak nadchodzi tygodnia koniec, pogoda drastycznie się załamuje?

Nawet moja rukola przejawia oznaki niemożności i nieochoczości. Na szczęście, tak jak pisałem, nie mam napinki. Wyrośnie lub nie wyrośnie, jej sprawa. Oczywiście wolałbym opcje numer jeden, bo we dwójkę zawsze raźniej.

Co do “obietnic z toalety” zapowiedzianych jakiś niedawny czas temu, mam nawet w głowie post o moim pierwszym świadomym koncercie, do którego nie mam biletu, więc nie muszę go szukać w antyramach toaletowych. Czyli wszystko gotowe i podane. Tylko kliknąć “nowy wpis” na moim blogu i pisać. Ale nie. Jakaś quasi jesienna depresja mnie dopada. Jakaś niemożność i nieochoczość.

Na szczęście miałem możność i ochoczość do napisania tego wątku. Ten pierwszy wpis o moim dziewiczym koncercie będzie chyba dużym zaskoczeniem dla znawców mojej osoby, więc z drugiej strony nie chcę psuć niespodzianki pisząc coś na siłę, wbrew ochoczości. Tylko ochoczości, bo możność zawsze jest, o ile dostawca netu dostarcza net.

Czuję, że ten wpis działać zaczyna “możnie” i ochoczo na mnie. Właśnie mam chęć na wstanięcie i pójście do łazienki celem porannej (?) toalety. Tak, wstaję i idę do sklepu. Nic nie cieszy jak stanie przy garach i pichcenie. Hmm, ciekawe czy kurze same się zetrą, czy samo się odkurzy? Łóżko na pewno samo się nie pościeli – to już niestety wiem.

Ciekawe czy na innych ten mój wpis też zadziała “możnie” i ochoczo.

A w trójce ulubiony Depeche Mode i ich “Walking in My Shoes”. Jak ulał do aury za oknem 😉

WSTAJĘ, SZKODA DNIA!

“Ciągle pada. Nagle ogniem otworzyły się niebiosa. Potem zaczął deszcz ulewny siać z ukosa. Lliście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja? A ja chodzę i niestraszna mi wichura ni ulewa, Ani piorun, który trafił obok drzewa, słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa.”

ładne kwiatki

Zasiałem rukolę. I czekam, i się zastanawiam, i już nawet nie trzymam kciuków. Co ma wyrosnąć to wyrośnie.

Kiedy w 2005 roku dostałem na parapetówie kwiatki: kaktusik oraz ooo-taki-jak-ten, ucieszyłem się, że moje mieszkanie będzie takie zielone, a nie zimne. Byli właściciele zabrali firanki i zmienili dywan. A mówili, że tylko żyrandol z kuchni wezmą. Dla mamusi niby. Mieszkanie bez firanek wygląda na chłodne ale i większe. Poza tym niewygodnie też jest, jak się mieszka na pierwszym piętrze i ma gołe okna. Kurz, pył i odgłosy starszych pań sąsiadek z serii „co kupiła?”.

Pierwszy kwiatek był przez mnie pielęgnowany. Podlewany 2 razy w tygodniu. Nawet raz go przesadziłem, bo się pięknie rozrósł. Po jakimś czasie zaczęły plamy się pojawiać na łodygach. Skonsultowałem się z koleżanką z pracy, co z kwiatkami jest za pan brat. Mówię jej, że mam taki to, a taki problem. Pyta się mnie co to za roślina. No zapytaj faceta co to za roślina, to na pewno odpowie. Jako, że przechadzaliśmy się po parterze naszej korporacji wyposażonej w zieleń, wykrzyknąłem odkrywczo – „Ooo, taki jak ten”. Koleżanka szybko dała radę – podlewaj raz na dwa tygodnie. Mhm, czyli raz na dwa, a nie dwa razy na jeden. Kwiatek chyba się zmutował i ewoluował przez ten czas rozpieszczania go nadmierną ilością wody, bo po zastosowaniu się do rady i ograniczeniu mu płynów po roku zgubił listki pozostawiając mi same badyle. A nawet podobał mi się ten ooo-taki-jak-ten kwiatek. No nic, kupię sobie kiedyś nowy.

„W doniczkach zachodzi proces podlewania” – tyle wciąż pamiętam z klasówki z biologii z klasy trzeciej liceum. Oczywiście pisaliśmy prawie wszyscy brednie podczas sprawdzianu, bo później czary-mary robiliśmy i były piękne oceny. Takie to były kwiatki. Ziarno raz zasiane dawało efekty – taka enigmatyczna i filozoficzna wstawka. Nie będę wnikał, bo jeszcze do liceum każą wrócić. Ale pani profesor biologii była … hmm, ekscentryczna i ufna w stosunku do młodzieży. Pamiętam, że tak kombinowałem, że przez rok nie miała okazji mnie przepytać w ramach „Ustnego Odpytywania Uczniów Zaraz po Sprawdzeniu Listy Obecności”.

Wraz ze wspomnianym wcześniej badylem dostałem podczas parapetówki nr 2 małego kaktusika. Imprez z okazji kupienia mieszkania robiłem chyba ze trzy, bo za jednym razem wszyscy by się nie zmieścili. I tak na pierwszym spotkaniu w pokoju o 20 m2 przebywało 16 osób. Plus rewelacyjnie obciachowy zestaw regałowy, duże biurko na komputer, stół, stolik, łóżko. Ale jakoś się pomieściliśmy.

I ten kaktusik taki maluteńki rósł sobie spokojnie. Gołym okiem nie było tego widać ale po długim czasie niewidzenia zobaczyłem, że wystaje bardziej. No to go również przesadziłem. Trochę mi nieudolnie ta operacja poszła, bo ciężko coś, co kłuje brać do rąk. Zlitowałem się nad nim jakoś niedawno. Kupiłem worek ziemi. O dziwo wyszedł łatwo i bezboleśnie ze starej doniczki. Przesadziłem, podlałem i wysłałem zdjęcie do pani inż. ze Szczecina, która ma męża maniaka na punkcie kaktusów, po poradę. Ona chcąc nie chcąc też ekspertem w sprawie tego typu zieleni jest. Tak przynajmniej ja uważam. Każdy, kto posiada większe pojęcie od mego jest w moich oczach znawcą. Mniejszym lub większym. No i pani inżynier przesyła mi porady. M.in. „Nie podlewaj po przesadzeniu”. Oops! Kaktus sobie się wyginał w kierunku słońca, a ja go co dzień przekręcałem, żeby rósł prosto i żeby się odginał. Po szybkim czasie zrobił się jakiś brązowy. Myślę sobie, że to pewnie od słońca. Wypala powoli biedaka. Szybka konsultacja ze znawczynią. Hm, poradziła, żeby wyjąć z doniczki, otrzepać z ziemi korzenie i dać mu trochę przeschnąć. No i tym razem przesadziłem go fest, bo nie drgnął nawet, kiedy go delikatnie szarpnąłem. Po użyciu większej siły kaktus się rozerwał. I taka fajna czarna gąbka ze środka kwiatka ukazała się mym oczom. Żegnaj kaktusie. No nic, kupię sobie kiedyś nowy.

Nasiona dwóch gatunków bazylii kupiłem sobie przy okazji przesadzania wspomnianych wcześniej kwiatków. Ziemia została, doniczka była wolna, więc czas na mój mały zieleniak (zieleniec?). Najpierw postawiłem na klasyczną odmianę. Aha, bazylia wzięła się stąd, że kiedyś u Państwa K. zauważyłem bujny krzak wyhodowany w warunkach domowych. „Ja też tak chcę” – zażyczyłem sobie. W sklepie znalazłem dwie odmiany – zieloną i fioletową. Na pierwszy ogień do ziemi poszła zielona. Oczywiście wypytałem się Pani K. jak to się robi. I pełen wiedzy, animuszu i radości zasiałem ziarno w doniczce. Podlewałem codziennie. Szybko wybiły się takie dwuipółcentymetrowe niby ździebełka. No i tu zaczął się problem. Jak podlewałem bazylię, to niektóre łodyżki przygniatały się do ziemi od ciężaru wody i nie chciały powstać. Po kilku dniach wszystko już było przyklepane. No nic, zasadzę sobie nową bazylię – fioletową. Znowu konsultacja, ale tym razem z tą koleżanką od ooo-taki-jak-ten kwiatka. Poradziła, żeby kupić taką nakrętkę na butelkę, zrobić w dnie butelki szpilką dziurkę i wbić tą końcówką w doniczkę. Woda sobie będzie kapać kropelka po kropelce, nie uszkadzając tego co wyrosło. Jak powiedziała, tak zrobiłem. Dziurkę zrobiłem igłą, bo szpilki nie miałem. Poza tym szpilką bym nie zrobił tego. Spróbujcie zrobić otwór w dnie butelki plastikowej. Powodzenia. Igłą jakoś poszło. Nalałem wody, nakręciłem ten czubek i wbiłem butelkę w ziemię w doniczce. Poszedłem do pracy. Kiedy zjawiłem się w mieszkaniu po 16, zastałem wielką kałużę pod parapetem. Ziarenka Bazyli jakieś wymyte leżały wymieszane z ziemią w promieniu kilku centymetrów od doniczki lub na niej samej. Nie, bazylii już nie zasadzę więcej.

Avocado wzięło się z pomysłu moich znajomych z okolic placu Szembeka. Fajnie im wyrosło. Chociaż miał opory i dopiero, gdy kolega poinformował go w żołnierskich słowach, że jak nie zacznie rosnąć, to go wypie… wyrzuci znaczy, to zaczął rosnąć. Czyli z roślinami należy rozmawiać. Moja pestka szybko pękła i wypuściła łodygę. Ładnie się rozwijało avocado. Piękny, prosty kształt, listki liczne i zielone. No ale niestety po jakimś czasie kwiatek zaczął tracić listki i został sam badylek. Pa pa avocado. No nic, zasadzę sobie kiedyś nowe.

W międzyczasie dostałem przechodni kwiatek od znajomych. Dziecko im się narodziło i zaczynało raczkować, więc chcieli się pozbyć zielska. Ponoć liście były trujące. Albo sok z tych liści. Co prawda oni otrzymali jeden kwiat ale ten rósł jak opętany dosyć szybko. Rozmnażał się również przez rżnięcie. I w ten sposób dostałem dwie nowe doniczki z dwiema grubymi łodygami z olbrzymimi liśćmi. Rósł nadal szybko, więc go raz tez musiałem rozmnożyć. Ściąłem go w połowie i wsadziłem do trzeciej doniczki to, co zostało mi w ręku. Nawet mu tyczkę kupiłem, żeby się nie łamał. No i jak to już zawsze u mnie, po jakimś czasie liście zaczęły żółknąć i odpadać. Zaobserwowałem, że na moim korytarzu mieszka kwiatowa pani, która zrobiła sobie pod oknem klatkowym ogródek z licznych kwiatów. No to wystawiłem dwa kwiatki, a trzeci wylądował niestety w kontenerze. I tak codziennie patrzyłem z dumą jak sobie rosną, jak kwiatowa pani dba o nie lepiej niż ja. W duchu mówiłem do nich – Niech wam ziemia lekką będzie. Po jakimś roku zauważyłem, że ogródek usycha. Sąsiadkę też jakoś przestałem rejestrować. Chwilę później ktoś zaczął gruntowny remont jej mieszkania. R.I.P. kwiatowa pani. Nie, tych kwiatków raczej sobie już nie kupię.

Przesadzając ostatnio wspomnianego kaktusa, kupiłem znowu worek ziemi. Doniczka była mała, więc prawie cały worek został. Pomyślałem znowu o ziołach. Ale jakoś nie mogłem znaleźć na bazarku odpowiedniej budy z nasionami. Jakieś półtora tygodnia temu, przebywając na weekendzie w cudownej i uroczej Narewce (polecam tą miejscowość) otrzymałem od gospodyni kilka ziarenek rukolii. No i zasiałem. Ponoć trzy tygodnie trzeba czekać. Już mija 10 dni, czyli taki tam półmetek. No wygląda to na razie jak bazylia. Mniemam, że wszystkie nasiona w początkowej fazie wyglądają tak samo. Teraz jest coś na wzór dwulistnej koniczyny. A może to nie były nasiona rukolii? Przekonam się o tym niebawem. Teraz nie mam napinki. Podlewam, jak zobaczę, że jest sucho. Delikatnie i ostrożnie, żeby nie zalać źdźbeł. Dawczyni nasion mówiła też coś o rozsadach ale nie jestem przekonany. Może nie wyjść mi ta operacja i będzie znowu porażka. Na razie nie wygląda, żeby się łodyżki jakoś niebezpiecznie ściskały. Czyli rozrzuciłem nasiona w miarę „odstępnie”. Aha, nasiona dostałem w pojemniku po kremie Nivea, więc większość materiału do zasadzenia miało takie białe powłoki. Ale jak widać rośnie wszystko. Ciekawe czy mi krem wyrośnie, czy rukola. Jeśli to drugie, to napiszę do producenta kremu, że robią świetny produkt. Nie dość, że nawilża, to jeszcze świetnie nawozi. Co do pielęgnacji, to teraz już tylko przekręcam doniczkę, żeby łodyżki rosły pionowo, bo do słońca się przekrzywiają. Podlewam je wodą mineralną, lekko gazowaną, bo nie chce mi się do kuchni po zwykłą wodę iść. A butelka „mineralki” zawsze pod ręką w pokoju stoi. Nie napinam się, co ma wyrosnąć, to wyrośnie. Jak ma nie wyrosnąć, to nie wyrośnie. Ale już mi się widzą kolejne zioła w doniczce. Ale nie, nie o takich ziołach mówię. Za duży rachunek za prąd mam i tak, więc muszę oszczędzać energię. Myślałem o trzeciej próbie bazylii i może coś jeszcze? Nie wiem, zobaczę, jak będę w sklepie z nasionami.

Jak widać historia zatoczyła koło z tymi ziołami. A ta jak wiemy lubi się powtarzać. Mam nadzieję, że tym razem nie. Mam ochotę na rukolę 🙂

fatalne zdjęcie z super CzarnejJagódki

gdzie król chodzi piechotą

Postanowiłem w końcu się zmusić do częstego przebywania w toalecie. Postanowiłem w końcu zmusić się do opisania wszystkich koncertów, na których byłem. Postanowiłem w końcu oprócz koncertów opisać te wszystkie rzeczy, które mam w kolekcji, a nie są związane z koncertami. Chociaż z tym ostatnim to chyba przesadzam. Co mam napisać, że jechałem metrem w Rzymie albo busem z lotniska Frankfurt Hahn do centrum Frankfurtu? Się zobaczy się. Może nie będzie niczego.

Ale nie chodzi tu o to, że na tronie dobrze mi się myśli i jak zrzucam gruz czy robię jedynkę, to pamięć wraca. Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu bilety z różnych atrakcji, czy to koncertów, czy to US Open 2009, czy to z metrów różnych postanowiłem sobie „upamiątkować” w antyramach i upiększyć toaletę tym samym. O wiele lepiej się załatwia w takich reminiscencjach. Minusem tego jest brutalna wizja mijającego czasu. To już tyle lat od tego czy tamtego wydarzenia? Jakby wczoraj wydawałoby się.

Pobyt w toalecie też do przyjemnych nie będzie należał, także nie ma mowy o relaksie. Jak się siedzi na tronie, to widzę tylko część dużej antyramy, czyli nie wszystko spiszę. Jak się robi jedynkę, to ogarniam wszystko ale nie ma jak notować. Więc sami widzicie, będzie to typowa ciężka praca.

Poświęcę chyba osobny post na blogu poszczególnemu koncertowi. No może coś połączę, jeśli jakieś elementy zbieżne znajdę w mojej pokręconej logice i zagmatwanym opisie wspomnienia. Zobaczymy co przyniesie praktyka.

Kiedyś, jak wybrałem się na pierwszy duży koncert (nie zdradzam nic na razie, bo nie będę miał co pisać w wątku), to stwierdziliśmy z kumplem, że “ku pamięci” bilet sobie naprasujemy na t’shirty. Ale teraz tych bluzek musiałbym mieć ze czterdzieści.

Musze jeszcze wprowadzenie zrobić do pewnych sformułowań, które chyba mogą być w częstym użyciu.

W 2006 roku zapisałem się na forum Marillion oraz zostałem oficjalnym członkiem brytyjskiego fanklubu tegoż zespołu. Tak się udzielałem w dyskusjach, że w pewnym momencie miałem największy odsetek wpisów spośród wszystkich forowiczów. To miejsce dyskusji było bardzo przyjacielskie. Nikt nikogo nie obrzucał błotem, nie pluł jadem, jak to ma miejsce np. na Onecie. Jeśli jednak komuś się nie podobały czyjeś opinie, to ewentualnie dostawał maile z pogróżkami. Mój kolega napisał nieprzychylnie o wtedy najnowszej płycie kapeli. I dostał maila od jakiegoś fana, który informował go, ze coś mu zrobi. Sprawa trafiła do adwokata kolegi ale nie pamiętam jak się zakończyła.

Ale ogólnie było to fajne miejsce. Piszę, że “było”, gdyż od liku lat już tam nie udzielam się. Zerknę raz na 10 miesięcy i tyle.

I pewnego razu w sekcji „any other business” ktoś założył wątek o najnowszej płycie jakieś kapeli (nie pamiętam nazwy już). Wpis był krótki, bo brzmiał mniej więcej tak – their new album is a real crap! Czyli, w wolnym tłumaczeniu, ich nowa płyta była prawdziwym krabem tyle, że przez „p” w środku (to chyba znaczy, że jakiś biały kruk, czy coś. Nie wiem, słaby byłem z biologii).

Odpowiedział mu kolejny fan, którego recenzja zabolała. Uświadomił autora wątku, że w ten sposób obraża kapelę i nie szanuje fanów. Jeśli mu się album nie podoba, to mógł przekonwertować swoją myśl w następujące dwa sposoby:

  1. This isn’t an album i’ve been waiting for – to nie jest płyta, na którą czekałem
  2. They haven’t recorded this album for me – nie nagrali tej płyty dla mnie

Kolega numer jeden podziękował za uwagę i przeprosił za powstały błąd kroków, czyli faux pas i re-wyraził swoją myśl na temat tego albumu w następujący sposób – their new album is a real crap!

Mnie osobiście spodobała się ta dyskusja. Faktycznie, po co obrażać czyjeś odczucia i estetykę? De gustibus non est disputandum! Od tej pory, o ile nie zapominam, zamiast mówić, że ten album jest gówniany, staram się mówić, że albo nie nagrali tej płyty dla mnie albo informuję, że to nie jest płyta, na którą czekałem. Prawda, że śliczniej?

Tyle gwoli wprowadzenia. Chyba kilka razy napiszę, na które płyty nie czekałem albo na którym koncercie wokalista nie śpiewał do mnie. A jeśli nawet nie, to przynajmniej można nauczyc się czegoś tolerancyjnego z tego postu, nie możnaż?

Udanych wspomnień sobie życzę i a wam ciekawej lektury. Jestem zadziwiony, że tyle osób chce zaglądać na mój blog i czytać takie głupoty 😉

“o rezerwuar”, tzn. au revoir

Ok, jest 1:22 mego czasu, 31 marca 2008 r. … – vol.2

Dzień szósty, 2 kwietnia, środa
A wybrałem sie do Miasta tak sobie pochodzić. Wysiadłem na George Washington Bus Terminal na 175th lub 179th ulicy (Harlem) i w metro czym prędzej do 4th ulicy. To sobie poszedłem na sam dół prawie na Wall Street. Tak się sobie kręciłem po alejach ale głownie Broadway’u się trzymałem. Zapytać się o drogę raz musiałem, bo coś za nisko Downtown myślałem, że już jestem i minąłem dzielnicę biznesu. Ale nie 😉
Porobiłem zdjęcia, przeszedłem obok czegoś, gdzie kiedyś stały dwie wieże WTC (World Toilet Center) i na górę do Uli pod pracę na lunch (11 West 42nd St) pognałem. Lunch, jak lunch, miłe japońskie jedzenie. W dordze “po” jeszcze papieros w parku i na autobus, a Ula do pracy. A i zadzwonił Kraszan, więc się umówiliśmy na telefon później, bo głupio i nieelegancko tak w towarzystwie przez godzine nawijać przez komórę 😉
O ok. 18:00 zjawiły się trzy osoby z mojej podstawówki i pojechaliśmy coś zjeść i pogadać. Mieszkają 11 minut samochodem od nas. Jedzenie bardzo dobre. Na przystawkę szrimpsy i buffalo wings, a na główne “Colorado Rnegade” – taki stek z pieczarkami i szparagami na wierzchu. Do tego sałatka z French dressingiem i mashed ziemniaki. Pycha. Aha, średnio wysmażony był mój stek! Później zawinęliśmy się na chatę do znajomych (dwoje z nich jest małżeństwem i mają 5-letniego syna Damn Iana, tzn. Damjana). Bardzo fajne spotkanie pomimo tego, że się 17 lat nie widzieliśmy!!! I “that’s it”. Do domu kumpel mnie odstawił koło 23, bo i tak pod Princeton mieszka więc „carem” zajechał do nas.
Dzień siódmy, 3 kwietnia, czwartek
Pojechalem do B&H store na rogu 9th Ave i 34th ulicy kupić w końcu cholerny aparat dla kumpla. Oczy z orbity mało co nie wyskoczyły. Sklep naprawdę przeogromny! Zamówiłem com chciał, dorzuciłem torbę i wybrałem metodę odbioru – dostawa (koszt 15 baksów. Gdybym na miejscu odebrał, to by był doliczony jeszcze podatek 8.7%, czyli ok. 90 kilku dolarów).
W drodze powrotnej obcykałem Empire State Building i na nogach do Bryant Park na lunch.
I wróciłem do Fair Lawn pisać pamiętnik, bo mnie Łysy upomina, że nie piszę. To piszę!
Aaa, jest dziwna pogoda, bo jakos chłodnowato, a nogi się pocą. A trzeba wam wiedzieć, że nałożyłem soksy do kostek cienkie i trampki. I sobie skarpety zafarbowałem tymi fajnymi Convers’ami!
Właśnie sobie patrzę na pocztę wrzuconą przez dziurę w drzwiach. Hm, ciekawe od kiedy Ula prenumeruje “Seventeen”???!!! artykuły o tym, jak zwrócić uwagę chłopaka i jakieś okresowe historie u dziewcząt. 17 lat to chyba jakaś opóźniona ta młodzież w USA. OK, już wiem, szybka konsultacja przez ICQ z Ulą i spojrzenie na adres. Listonosz się pomylił. 20-20 adres, a nie 20-18, czyli sąsiedzi.
A propos sąsiadów, to wieczorem wpadła Wiolka i pogadaliśmy trochę. Dogadaliśmy się, że jej stary nic nie robi z rana, więc możemy pojeździć po stanie w piątek. Miło! Ja mam „car”, a on wiedzę z zakresu topografii stanu.
Dzień ósmy, 4 kwietnia, piątek
OK, jest 9:35 idę budzić sąsiada. O i widzę pocztę rozwożącą. Może mój aparat puka do mych drzwi, pobiegnę go przywitać. Ale nie ;-(
Ok, poczta nie do mnie, więc pojechaliśmy z Robertem na przejażdżkę po stanie. Jako, że sąsiad ma pierdolca (pardon my french, ale żadne inne słowo nie oddaje tego, co ma sąsiad), tak jak ja, na punkcie muzy, więc większość czasu spędziliśmy w sklepach muzycznych. Fcuk, ponad 100 $ poszło 😉
Wróciwszy do domu zauważyłem kartkę z UPS notyfikującą, że był kurier z moim aparatem. Stuff happens you know. OK, Ula pojechała na bazę wieczorem i odebrała mój nowiutki Nikon d80. Wieczorem zajechał Rudy, kolega z pracy Państwa, i pojechaliśmy na kulki. Rudy wyglądał na bardzo pewnego gracza, ale cholera przegrał ze mną i chyba był niepocieszony. Poza tym wzbudziłem respect, bo nikt tu nie odważa się pić alku z red bullem. Co za cieniasy!!! Lata wprawy! Aha, Rudy jest z Gujany i mieszka w Paterson. Paterson, to jest miejscowość, która kiedyś była zamieszkiwana przez Żydów i była bardzo bogatą miejscowością. Później bogata ludność, jak to bogata ludność, zaczęła zatrudniać biedną pomoc. I tak się zrobiło, że nagle większość ludzi była pomocą, nie bogatymi mieszkańcami, więc mieszkańcy się wyprowadzili i nastała ciemność.
Po kulkach zajechaliśmy do familii Rudy’ego. Scena jak z “Ojca Chrzestnego”, każdy jest kuzynem, bratem kogoś przy stole. Ogólnie picie i ogladanie jakiegoś TV show. Część z Peru, część z Gujany. Po wizycie zajechaliśmy do baru. Okolica ogólnie ciemna i wyglądająca na nie za ciekawą ale z Saszą mieliśmy wsparcie, więc nie było źle. Jak się wchodzi do baru, to po prawej ma się monopolowy, po środku stół do bilarda, po lewej bar. I oczywiście Rudy na prawo, na sam przód, zakupił wódę i po lewej sok i szklanki z lodem. Ja oczywiście Red Bulla i coś co Rudy rekomendował. Jezu, co za gówno!!! Gorsze niż Burn!!! Niestety do strip baru już nie dotarłem. Się upiłem lekko (ale tylko lekko). Wyjście bardzo tolerancyjne, kształcące i fajne!
Dzień dziewiąty, 5 kwietnia, sobota
Rano, wstaliśmy szybko. Czułem się jak młody Bóg i popołudniu pojechaliśmy do parku gdzieś tam. Wieczorem mieliśmy mecz NBA – New Jersey Nets vs Toronto Raptors. Przed meczem zaczepiłem sąsiadów czy mają kartę do aparatu, bo mój aparat przyjechał bezeń. Kartę zapakowali w oddzielna przesyłkę, jak sie okazało i przyjdzie w poniedziałek. Okazało się, że sąsiedzi maja ochotę na socializing, więc czekali cierpliwie aż wrócimy z meczu. Well, sam mecz, to taki “czar prysł”. Zawsze NBA kojarzyło się z czymś boskim, absolutem sportowym wręcz. To tak jak zobaczenie finalu J+S Cup w tenisie w Wawie w 2006 roku. Zwykłe boisko, jakieś dzieci grają w kosza (średnia wieku 27 lat). Także gdzie ta magia z TV, jak się relacje po nocach kiedyś oglądało? Otoczka dookola meczu fajna. Taki mały festyn. W przerwie chciałem kupić coś do jedzenia. Beznadziejny hotdog (buła i parówa) kosztował 4 baksy. Poszedłem do baru po Guinnessa. Pan chciał zobaczyć moje ID. Pokazałem. Nie nadawało się, bo dziwne i nie amerykańskie, więc „passport” chciał. Nie miałem. Ula w końcu kupiła! Co za debil! Następnym razem, jak mi zakwestionują polski dowód osobisty, to zapytam się czy dyskryminują mój kraj. Zobaczymy jaki efekt będzie.
Zdjecia jakieś tam wyszły. Większość rozmazana, niestety!
Po powrocie, Sasza oświadczył, że sąsiedzi się dopytywali. Niezręcznie było pójść, bo prawie 23 była i raczej czas na wizyty późny. Ale zastukaliśmy i poszliśmy. Bardzo fajne spotkanie. Ci z Zielonej Gory, to faktycznie fajni ludzie! Skończyliśmy o 2. Aha, Robert ma bi-polar, to taki mental disorder!
Dzień dziesiąty, 6 kwietnia, niedziela
Zanim zacznę. Wczoraj kupiłem 1,5 kilo schabu i się marynowało. Żeby na dziś było!
Wstaliśmy późno, jak to po imprezie długiej. Szasza wygnał nas na rowery. Musieliśmy pojechać do parku położonego 6 mil od nas. Na szczęście Pan się pomylił i wycieczka w dwie strony wyniosla niecałe 9 mil (chyba 15 km. Uff). Po rowerach obiad. Przepyszny, muszę przyznać, mojego autorstwa!
Na wieczór zapodaliśmy sobie kino. Państwo wybrało “10 000 BC”. Ja sie wahałem pomiędzy “Shutter”, “Ruin” i ” Shot-Loss”. PIerwszy film miał PG13 (po wypadku chłopak widział sytuacje jak zdjęcia, tylko że na nich duchy były. Nie wnikajmy), więc stwierdziłem, że bajka dla dzieci. “Ruin” brzmiał beznadziejnie, wiec pozostał “Stop – Loss”. Kino, jak kino. “Kinoteka” tyle, że większa, jak wszystko w USA. Ile można reklam puszczać przed filmem!!?? Z trailerów nic ciekawego. Durny film dla dzieci “son of Rambow”, Nicolas Cage w cliché filmie o płatnym mordercy zakochującym się w pannie (shanghai cośtam) oraz bardzo fajnie obsadzony, wyglądający nieźle “Street Kings” (Keanu Reeves, Forest Whitaker i Common, The Game – muzycy).
Stop-loss to jest sytuacja, kiedy żołnierz wraca z Iraku i chce już z niej wystąpić. Ale niestety z dyspozycji prezydenta, który jest wodzem armii, wciela go na nowo i przypisuje mu nowe zadanie, misje. Czyli żołnierz zamiast do domu wraca do Iraku, jest “stop-lossed”. Ryan Philippe był niezły, taki Tom Cruise w “Urodzonym 4 lipca”, tylko że w wersji XXI-wiecznej. Ok, wojnę w Iraku mam w … (dokładnie tam). I uważam, że ci ludzie są świadomi tego, co wybierają, więc temat mnie nie rusza i nie znajduję go kontrowersyjnym itd. Każdy dorosły wie co to wojna. Ale obrazki jakie są pokazywane są warte zobaczenia filmu. Jesli ktoś jest wrażliwy, to się tym filmem delikatnie wstrząśnie. Tacy jak ja stwierdzą, że typowa propaganda i nic nieoczywistego (czego masz się spodziewać po wojnie? Miłych przeżyć i pięknych widoków?). Ale ogólnie polecam, jak się nie ma nic ciekawszego do obejrzenia. Po filmie kończenie nadawanego w TV “Miłość, szmaragd i korodyl” i lulu, bo jutro do Miasta!
Dzień jedenasty, 7 kwietnia, poniedziałek
Po 9 zapukał pan hydraulik. I dobrze, bo przynajmniej mnie obudził. Już miałem się do miasta zbierać ale pogoda była słaba, więc z sąsiadem powolny objazd stanu zapodaliśmy. Nie działo się nic szczególnego. Taki to sobie dzień. Wieczorem jeszcze do ulubionego centrum handlowego dokończyć zakupy.
Dzień dwunasty, 8 kwietnia, wtorek
Sąsiedzi rano obudzili, bo przynieśli obiecany kij do bejsbola. Niezły, drewniany kołek! Przyda się w Polsce.
Dziś pogoda lepsza, wiec do Miasta czas ruszyć. Wysiadłem na 179th street i chciałem na most wejść porobić zdjęcia z widokiem na Manhattan ale znowu ta dziwna mgła i wszystko jakieś takie niewyraźne. Ok, innym razem. W metro linia A i do 59th ulicy na Columbus Square. Tam juz do Central Parku wszedłem i poszwędałem się aż do 90th ulicy na Wschód. Chcialem zobaczyć tą kolejkę “górska” przez Queensboro Bridge więc tak sobie szedłem do wschodniego wybrzeża, od 5th Ave do FDR Dr (pierwsza droga na Manhattanie od Wschodu; pierwsza aleją jest York Avenue). I tak sobie doszedłem do tego mostu ale zauważyłem, że kolejka jeździ rzadko, więc nie chciałem marnować czasu. Poszedłem dalej. I tak zygzakiem aż do rogu 42nd ulicy i 9 Alei (jeden „block” w dół i jedna „avenue” w prawo). W sumie wyszło 6 godzin chodzenia. Wieczorem przyjechało Państwo i zdecydowało, że jedziemy zjeść kolację w Fort Lee połączone z nocnym ogladaniem panoramy Manhattanu. Zamówiłem “ośmionożkę” z makaronem. Pikantne cholerstwo!
Panorama Miasta imponująca. Znowu nie było statywu, więc wykorzystałem budkę telefoniczną i krawężniki. Niektóre zdjęcia wyszły. Gorzej z kadrem, bo wszystko na oko ustawiałem. Jak aparat stał na budce telefonicznej, to do wizjera mialem z 20 cm. Trochę zabawy ale grunt, że nie są tak rozmazane jakbym robił z ręki.
Dzień trzynasty, 9 kwietnia, środa
Standardowo z George Washington Bus Terminal linia A. Tym razem do 34th ulicy i 8 Alei. Dokupiłem brakujący obiektyw do aparatu w B&H. I w dół do mostów Manhattan i Brooklyn. Znowu zygzakiem do wschodniej części wyspy. Tym razem Downtown od wschodu wyglądał slumsowo (Uptown prezentował się o wiele lepiej. Ale tam mnóstwo museum itd). Od 23rd ulicy zaczyna się China Town, więc chyba nic dziwnego. Zjadłem ohydny lunch w chińskim fast foodzie przy moscie Manhatańskim (mam zdjęcie, więc pokażę). Chciałem przejść przez Manhattan Bridge i wrócić Brooklyn Bridge, ale ten most ma siatki i ciężko zdjęcia robić. Postanowiłem więc przejść się tym drugim. Te mosty po stronie Brooklynu są bardzo blisko siebie i są oddzielone przybrzeżnymi parkami. Niestety nie dało się zrobić takich zdjęć, żeby dolny Manhattan był pod mostem (remont okolic mostu). Zrobiłem więc takie jakie się dało i tak ten cholerny smog, czy też mgła chyba nigdy nie opuszcza Miasta. Dziwny klimat. Jak wyjeżdżałem z Miasta, to nawet chmury zakrywały iglicę Empire State Building.
Wieczorem, po powrocie Państwa (które przywiozło schrimps z chińczyka) pojechałem po zakup związany z wywozem laptopa, czyli plecaka.
Dzień czternasty, 10 kwietnia, czwartek
Jeszcze dwa dni temu ustawiłem się z sąsiadem, że pojedziemy dziś w stan. Pojechaliśmy do Jersey City. Tam jest pomnik Katynia, za którym rozpościera się panorama Manhattanu. Po obu stronach pomnika stały kiedyś dwie wieże. Ale rozebrali je w drugiej polowie 2001 roku (ponoć stały na drodze powietrznej niektórych samolotów).
Później rzut oka na statuę wolnosci w Ellis Island Park (o ile pamięć mie nie zawodzi). Stamtąd widać pieknie jak przez mgłę prezent od Holendrow oraz Lower Manhattan (no i dziadowska czesc Brooklynu, ale kto by o tym chciał wspominać).
W drodze powrotnej obejrzenie malych wodospadow.
Ogólnie dużo mil się zrobiło. Już chyba cały bak Uli zdążyłem wyjeździć. Nie wiem jak po minimum 4 pasmowych drogach można zachować limit prędkości 55 mph??? Jedni mówią, że można dodać 5-7 mil na godzinę i bezpiecznie jechać. Sąsiad z kolei powiedział, że aż do 15 mph. Więc wolałem słuchać się jego i jeździłem do 70 mph (czyli śmieszne 112 k/h).
Powrót wcześnie, o około 14:00. Zajechaliśmy na lunch w naszym Fair Lawn. Niestety dramat. Poprosiłem o ice tea i dostałem herbatę z fusami i mnóstwem lodu. Ohyda. Ale ponoć to standard na wsiach. Burgery są faktycznie przegigantyczne!!! Sałatka “cole slaw” niestety już była przemaluteńka!!! Pojemnik o średnicy 4 cm! Dziwne, pewnie jakiś francuski przysmak.
A, I nauczyć się nie mogę jeszcze szybkiego mnożenia %. Rachunek w pubie na Hell’s Kitchen 18,92$ i weź tu szybko dodaj 18% napiwku. Szybko, szybko, bo pani się niecierpliwi. Poza Miastem już tylko 15% ale przy dziwnych kwotach to i tak jest problem. 21.40$ za ohydny lunch plus 3,60$ ohydnego napiwku. Ciekawe ile to procent?! (start-wszystkie program-akcesoria-kalkulator-ok, liczę). Więcej niż 16 (prawie 17%)!!! Powinni mnie na rękach nosić następnym razem!
Dobra szybkie zakupy w Shop Rite i do domu Państwu obiad robić!
Dodam jeszcze parę słów o pogodzie. Dzis jest 23 st C i jest jak dla mnie bardzo ciepło. Aż za ciepło! Plus wyższa niż w Polsce wilgotność! Teraz już wiem, że nie przyjadę tu w okresie maj-wrzesień.

Ok, jest 1:22 mego czasu, 31 marca 2008 r. Zaczynam pisać ten pamiętnik – vol.1

LOT
No i wybrałem się jak nienormalny na Okęcie za wcześnie. Byłem 2h15min przed odlotem. Ale po przygodach Uli ze stycznia myślałem, że trzeba być wcześnie. W sumie też po świętach leciałem. Nowy terminal na Okęciu robi wrażenie. Piękny, czysty, duży. No i ludzi nie było, więc z miejsca się odprawiłem. Pochodziłem po sklepach, kupiłem to i tamto, i już. Gate’ów A jest ok. 40, a B też nie mniej. Także duży terminal w rzeczy samej. Trochę sklepów przymało, ale grunt, że są. Przechadzając się po bezcłówce, minąłem terminal stary, nr 1 znaczy. Oops, dziadostwo i nędza w porównaniu z nowym bratem.
Do samego lotu, czyli samolotu LOT się zapakowałem o ok. 17:15, mimo że zgodnie z biletem lot miał się zacząć o 16:50. Ale spoko, zamiast biletowych 9h50min mieliśmy lecieć 8h50m, więc wszystko grało. Im mniej czasu w siedzeniu, tym lepiej. Parę osób, tak jak ja pomyślało o tym, że kubatura ciała predestynuje nas do zasiadania w pierwszym rzędzie klasy “nie-stać-mnie-na-biznes” (chodzi o wyciągnięcie nóg podczas lotu). Koleś koło mnie z lewej się wylewał wręcz z siedzenia, więc się (nie)świadomie i (nie)chcący szturchaliśmy, oczywiście walcząc o swoje terytorium. Co za grubas i spaślak. Ja przynajmniej nie jem po 18 😉 Hm, która godzina w tym powietrzu w sumie jest? Lecę na Zachód, czas leci, czyli jest później, tyle że wcześniej.
Lot, jak lot, za długi jak dla mnie i trochę męczący. Ale na szczęście pół książki strzeliłem, co sie ostatnio rzadko zdarza. Zaskarpecione stopy do biznes klasy wsunąłem. Koleś z prawej, jak zobaczył, gdzie sie światło włącza, to tez sobie włączył. Dzieci siedzące po obu stronach (ja byłem na “isle”) nie były “bólem w tylku”, więc było OK. Poza tym cały czas mp3 na uszach. Trzy małe browary, raz mocz i jechane (lecone chyba byłoby lepszą ekspresją). Lot na szczęście był bezturbulencyjny i na prawdę, gdyby nie szum silników, to bym nie pomyślał, że jestem w samolocie. W tym miejscu musze opowiedzieć o ostatnim powrocie z Londynu, co trzęsło przed Wawą tak, że chciałem się już do ex-Pana modlić mego, ale jako, że nie pamiętałem jak, to nie modliłem się. Grunt to wiara. W samego siebie ;-). Ale serio mówiąc, lekko sie przestraszyłem wtedy. Teraz to było miło, bezruchowo wręcz.
Drugi minus takiego lotu, to to, że się dziwnie człowiek czuje, jak sie goni dzień. Do północy polskiego czasu widno było. Lądowanie miałem ok. 21:30 (czyli 2:30 czasu polskiego). No i te brawa. Po ki czort ludzie brawo biją? Jak ja zrobię w pracy coś, co należy do moich obowiązków i jest standardem, to dyrektor nie przychodzi mi klaskać.
Immigration oficer był na luzie. Chyba wiedzą, że muszą wpuszczać ludzi, żeby im koniunkturę poprawić. Palec wskazujący u lewej reki, później u prawej, pamiątkowa fotka i “next, please”. Po bagaż stawiłem się sie w TOP 5 i w TOP 5 odszedłem od taśmy. Tyle, że od końca ;-( Człowiek to ma to szczęście. Nawet rzeczy martwe potrafią się mścić.
Kolejna odprawa z panem, to tylko formalność. A rok temu tak przyglądał się kwestionariuszom. Ale nie, nie wwożę ponad 10 000 $ cash, nie mam towarów na handel, działalności wywrotowej nie zamierzam (well? Never heard of any). To wy macie towary na mój handel, więc “ask me later”.
Sorry, fajka i druga szklanka Jacka D
Sasza się ucieszył chyba z mojego przyjazdu, bo do 2 rano siedział ze mną pijąc whiskey. (po mojemu była 7 rano. Ale jakoś nie mam jet leg’a w tą stronę). Sasza pił whiskey kanadyjskie, a ja jakieś normalne. Jak zapytałem się czemu nie mogę pić tego co on, to odpowiedział, że nie będzie mi smakowało, więc on je wypije. Ogólnie bardzo fajny człowiek.
Mam też problem z komunikacją, bo jak jesteśmy z Ulą i z Sasza, to ja nie wiem po jakiemu mówić. Po rosyjsku, angielsku czy polsku? Odruchowo jest polski, ale on nie rozumie (przynajmniej tak twierdzi). Ale ogólnie ja chcę, żeby po rosyjsku mówić. Bardzo chcę sie po rosyjsku poruzumiewac ale zawsze brakuje mi jednego wyrazu w całym zdaniu i głupio mi to zdanie wymówić. Raz mi się prawie udało: “Sasza, ja magu twojego sigarieta? U mienia niet sigarietow”. Prawie dobrze, tylko że sigariety, to rodzaj żeński 😉
Dzień pierwszy, 28 marca, piątek
Wstałem sprawnie o 7 rano i już się szykowałem do wyjazdu do miasta. Express bus na Port Authority o 8:35 odjeżdżał (czyli 42nd st, czyli Times Square). No to jestem w Mieście. Powiem tak, jak rok temu pierwszy raz zobaczyłem NYC (a zobaczenie NYC było zawsze moim wielkim marzeniem), to byłem w szoku. To miasto jest ogromne, monstrualne, przytłacza swoja świetnością, międzynarodowością itd. Ale z drugiej strony jest to po prostu duże miasto. Z dużymi, zwyczajnie miejskimi mankamentami. Teraz odbieram to miejsce jak coś normalnego, swojskiego, wręcz ujarzmionego. Wiem gdzie jestem, wiem co mam zrobić, jak się po nim poruszać. Nie jest już obce. Niesamowite wrażenie. Czuję się jak część tego miejsca. Może to brzmi pyszałkowato, ale ja zawsze uważałem sie za człowieka miasta, cywilizacji. (patrz przykład Londynu). Aktywny urbanistyczny wypoczynek jest najlepszy. Nie żadne tam plaże i leżenie plackiem. Ale z drugiej strony są też takie miejscowości jak Narewka, gdzie czuję się równie niesamowicie.
Rano, jako że było, postanowiłem cos wrzucić na ruszt, przysiąść i pomyśleć co dalej. Czy w tym cholernym SRABAKSIE muszą do wszystkiego dodawać cukier? Nawet jak powiesz “without sugar”? Hm, po konsultacji z Ulą, stwierdziliśmy, że “without sugar” znaczyć może, że nie chcesz dodatkowego cukru. Musze spróbować więc powiedzenie “no sugar”, bo napoje mają fajne i dziwi mnie to, że w Wawie wciąż nie ma Starbucks’a.
Tego dnia, na sam przód, zaszedłem do sklepu z butami (tam gdzie rok temu kupiłem moje obecne) na 42nd, przy Grand Central Terminal. Niestety nic ciekawego, wiec komu w drogę, temu buty (o ironio). I ogólnie przez 6 godzin obleciałem niezły kwadrat Manhattanu . Od 42nd do 70th ulicy, od wschodniego Manhattanu, do 9 Alei. I znowu na Hell’s Kitchen trafiłem. Ale tym razem wyglądało bardziej na miejsce z restauracjami i pubami, niż na miejsce walk gangów ;-).
Chodzenie, jak chodzenie: Bryant Park, Central Park (nawet książkę tam poczytałem), Broadway itd. Oczywiście do sklepu muzycznego zaszedłem. Ale jestem z siebie dumny, bo tylko z jedną płytą wyszedłem. Grammy winning 2007 Herbie Hancock’s “The Joni Letters”. Fajny jazz, właśnie mi w uszach grach.
Powrót był dziwny. Z NYC do Fair Lawn można wrócić albo z Port Authority (okolice Times Square, 42nd ulica) albo z George Washington Bus Terminal (179th ulica, Harlem, czyli „lechutki” slums). No i wracałem z 42nd. Część autobusów zajeżdża trochę inaczej do Fair Lawn. To miasto jest male (ok. 13 tysięcy ludzi) ale rozłożyste, rozciągnięte. Więc nawet jak jesteś w Fair Lawn, to do domu daleko zawsze. No i wracałem autobusem 164 numer. Zapytalem sie pana czy na Fair Lawn Ave zajezdza. Powiedział, że tak. Pamiętałem, że autobusy odpowiednie dwa razy Fair Lawn Ave przecinają. I za drugim przecięciem powinienem wysiąść. Ale tak wyszło, że drugiego przecięcia sie doczekać nie mogłem. Pytam się mistrza kierownicy, czy zamierza jeszcze raz FL Ave odwiedzić. Hm, już nie zamierzał. Zobaczyłem tory kolejowe, to wysiadłem. Obok Uli i Saszy jest stacja, więc mądrze pomyślałem, że lepiej wysiąść. No i znalazłem się w Glen Rock. Na stacji żywego ducha, więc bilet w automacie. Jakoś poszło, bilet kupiony. Jako, że miałem plany na obiad odpowiednie, i nic w lodówce, a czas do pociagu był odpowiedni na rekonesans i zakupy w Glen Rock, więc postanowiłem się przejść. Miasto opustoszałe. Jakaś grupa dziecio-nastolatków tylko napotkana. Gdyby ktoś wtedy wybiegł i powiedzial, że zombies wyrżnęło całe miasto, to bym uwierzył. Sceneria jak z dobrych horrorów. Ale tak to jest, jak się tyłki wozem wozi i dupska po chodniku sie nie nosi 😉
Jak wróciłem, to za gotowanie się wziąłem. Przyjechało Państwo i raz dwa się do Princeton zapakowaliśmy, do Tolika. Biba klasyczna, nasiadówa. Skończyliśmy po 4, z czego od 1 o suchym pysku z Tolikiem. Czyli można bez picia.
Tu muszę powiedzieć o dwóch rzeczach.
1) pogoda – jest dziwna. Jest parę stopni ale nie jest zimno, nawet OK. rzekłbym. Na szczęście nie pada, a wręcz słonecznie bardzo. Ale może nie zapeszajmy
2) towarzystwo – czyli Rosjanie, Ukraincy – BARDZO FAJNI LUDZIE! Naprawdę czuję się w ich towarzystwie komfortowo. I nawet nauczyłem się pytania “Kim ty rabotajesz?”
Aha, bo zapomnę. Ula dziś mi mówiła, że jest wystawa jakiegoś artysty, który wystawia wypchane silikonem zwłoki ludzi. Widać doskonałą budowę ciała, ścięgna, mięśnie, nowotwory i inne cholerstwa. Brrr, ale jak nie ma gołych lasek, to nie idę 😉 Żarcik taki, chyba jednak pójdziemy.
No i tego dnia, w piątek znaczy, Ula dostała dwa bilety na NY Knicks vs Toronto Raptors. Co prawda Kniks dół dywizji grzeje i pewnie temu te bilety otrzymała, ale wyglądam na przód na to wydarzenie. Szczegóły w odpowiednim dniu (5 kwietnia). Z tego też wynika, że nie mam weekendu wolnego pełnego i nigdzie dalej nie pojedziemy. Co prawda Ula się poświęciła wziąć dzień wolny na wycieczkę do Bostonu, ale Boston nie zając, nie ucieknie. Zobaczymy, jak weźmie, to pojedziemy, jak nie weźmie, to nie. Świat się od tego nie kończy. Ale NBA game zobaczyć, hmmm, bezczelne, tzn. bezcenne. Za wszystkie inne zapłacę kartą 😉
No dobra zajechaliśmy do Tolika i tak dzień minął.
Dzień drugi, 29 marca, sobota
Po powrocie od Tolika pojechaliśmy na wycieczkę krajoznawczą do Seven Lakes. Po powrocie, nasiadówa u nas w domu. Oprócz nas dwie osoby rosyjskiego pochodzenia. Bardzo miły wieczór. Obejrzeliśmy kilka filmów z BBC Discovery o świecie i zwierzętach plus “Katyń”, na którym zasnąłem. Jak dla mnie, film ten to dramat.
Dzień trzeci, 30 marca, niedziela
Do wyboru był wyjazd do wodospadów albo nad ocean. W związku z tym, że o 20:00 mielismy koncert HEY’a na Brooklynie (dzielnica Greenpoint, czyli taki mały Poland), wybrałem ocean. Tutaj jest tak, że większość przybytków otwierają sezonowo, więc niektóre rzeczy są jeszcze nieczynne teraz. Ma to swoje plusy, bo ludzi jest mało. Zajechaliśmy nad ocean i poszliśmy na obiad. Restauracja była z tych bardziej “posh”, czyli “ą przez ę”.
Taka dygresja kolejna. Polacy są bardziej roszczeniowi. Angole, czy Amerykanie bardziej mili i pogodni. Zjedliśmy, poprosiliśmy kelnera (nie z naszego rejonu) o rachunek. I koleś chyba zapomniał. Jak przechodziła nasza kelnerka, to powiedzialem “we asked for a check. Can we have one?”. Ula rzekla, ze nie miłe to było. Ale nie mialem złych intencji, tak wyszło. Z natury chyba. Spacer po oceanie bardzo sympatyczny. Troche wiało i mroźno było, ale słońce świeciło. Zaszliśmy do latarni morskiej. Niestety nie sezon, nieczynna była.
Sytuacja dziwna (znam z opowieści Uli).
Sceneria: mierzeja, półwysep, whatever, latarnia, ocean itd. Przyjechało jakieś Państwo czarne z dziećmi. Dziecko: “Daddy, are we in England?”. Nieźle, nie wiem czemu dziecko pomyślało akurat o Anglii.
Parę fajnych zdjęć zrobiliśmy. Mam akcję na dziwne sesje: 1) wszędobylski papieros i 2) Macio stawiający krok. Szczegóły, jak wrócę.
Po oceanie, wyjazd na Greenpoint. Powiem tak, Greenpoint zrobił na mnie miłe wrażenie. Bardzo schludne i nawet przyjemne miejsce (ale uwaga wsiedliśmy na Harlemie w metro i wyszliśmy na Brooklynie. Mogłem być trochę pod wrażeniem złego wyglądu Harlemu).
Koncert HEY taki jak warszawski. Kapela spóźniła się o prawie godzinę, komórka Uli padła, zegarka żadne z nas nie miało. A musieliśmy się z Saszą skontaktować w sprawie odebrania (a tu ani kontaktu, ani godziny). No i tak w ciemno przez Brooklyn, aż na Uptown Manhattan jechaliśmy. I jeszcze nam monetę zżarło w nieczynnym automacie telefonicznym. Ogólnie wyjście bardzo fajne. Szkoda, że Nosowska była źle nagłośniona, ale nie czepiam się. Słyszałem gorsze koncerty.
No i koniec dnia trzeciego
Dzień czwarty i piąty, 31 marca – 1 kwietnia, poniedziałek i wtorek
Pogoda deszczowa, więc do Miasta pchać mi się nie chce. Dwa dni na zakupy przeznaczam. Wiele „dzienieg” poszło ale już ten przykry obowiązek mam za sobą. Przy płaceniu kartą, pani jak zobaczyła na terminalu wybor waluty “PLN or Dollars” to się wystraszyła. Nie wiedziała co to PLN-y. Uświadomiłem. Pogadaliśmy i na końcu zapytała “Are you from France?”. “oh qui, you stupid” – pomyślałem.
Ogólnie dużo jazdy samochodem. Przed każdą wyprawą Sasza pokazywał mi na google earth map (czy jakoś tak) dojazd do moich destynacji. Drugiego dnia już na luzaku się jeździło.
W jednym sklepie “footwear famous” (chyba) kupilem sobie trampki. Śmieszne trampki. Wyglądają jakby ktoś w jedną parę włożył drugą. Jest promocja “buy one, get another for 1/2”. Pani proponuje drugą parę, ale ja nie chcę. Powiedziała więc, ku memu wielkiemu zdziwieniu, że mogę przyjść z paragonem do 12 kwietnia i kupić drugie buty za połowę ceny. Fajnie. Może wpadnę.
To chyba na tyle z tych dni, bo co tu o shopping’u „mówić”. Czas obiad Państwu ugotować. Zapiekany łosoś w warzywach.

Mój pierwszy raz i w ogóle geneza

Moim marzeniem od zawsze było zobaczyć NYC, zwiedzić Australię i wsiąść w samochód w RPA i pojechać do Kairu (albo odwrotnie). Pomysł ostatni już nie jest w moich planach. Za to bardziej mnie Chiny i Wietnam ciągną.
Tak naprawdę to ten wpis powinien być pierwszym wpisem na moim blogu. Ale wtedy jeszcze nie miałem pojęcia o blogach.
Na początku 21. wieku memu tacie pan w Ambasadzie powiedział NIE. Bo na pewno przy okazji wizyty u brata w Chicago, mój tato skorzysta z okazji i znajdzie pracę i zostanie tam na stałe. Widocznie pan nie wziął w ogóle pod uwagę stanu zdrowia aplikującego o wizę. Dlatego też ja powiedziałem sobie wtedy głośne i stanowcze NIE. Nie będę prosił się o pozwolenie na wjazd na teren USA. W międzyczasie moja przyjaciółka poleciała z mężem pod NYC. On kontrakt w pewnej firmie, a ona jako żona z możliwością na szukanie legalnej pracy. I tak mnie namawiali na wizytę, a ja skutecznie i uparcie mówiłem NIE. Po kilku latach wzbraniania się przed pójściem na ul. Piękna po wizę przełamałem się. Wszystko trwało w sumie 30 min. Stanie na ulicy, przed Ambasadą nic nieznaczące 30 sekund. Zdziwiły mnie dwie rzeczy w środku tej placówki. Odpraw a odpraw. Prawie jak na lotnisku. Po drugie, myślałem, że błaganie o wizę to pieśń przeszłości. Ale okazało się, ze w 2006 roku niektórzy tak się zachowują jeszcze.
Koszt wizy: 100$ (ok. 320 zł). Zdjęcie gratis od znanego i zaprzyjaźnionego fotografa.
Dostałem wizę na 10 lat i teraz to już tylko prawie z górki było. Zawsze istniała możliwość zawrócenia mnie na lotnisku. Ale nie zaprzątałem tym sobie głowy.
Także marzenie nr 1 zaczęło się powoli ziszczać.
W połowie marca 2007 roku zjawiłem się na JFK. Pan wpuścił, więc ucieszyłem się jak dziecko, że już to wszystko mam za sobą i mogę cieszyć się spełnianiem marzenia.
Ula i Sasza oczywiście czekali na mnie na lotnisku. Zajechaliśmy jeszcze do ich znajomych z wizytą. Ja oczywiście za plecak, za walizkę z bagażnika. No bo co będę skarby zostawiał w aucie. Ula popatrzyła się na mnie i rzekła – zostaw to, tu nie kradną. Ameryka pomyślałem. I faktycznie później to już nawet w zaprzyjaźnionych miejscach nie musiałem zamykać samochodu.
Pierwszego dnia obudziłem się zmarznięty na kość. Pomyślałem sobie, jak ja mam tu tak prawie trzy tygodnie spędzić, to nie podoba mnie się to. Zamarznę wcześniej. Na szczęście okazało się, że drzwi wejściowe się w nocy otworzyły od podmuchu (bo nikt ich nie zakluczył). Uf, nikt mnie nie ukradł. Później już było ciepło i przytulnie. Pamiętać tylko musiałem o zamykaniu drzwi na klucz.
Przyleciałem do USA przeziębiony, więc pierwszy dzień pobytu spędziłem w domu. Miałem czas na asymilację, przyswajaniem się do nowych okoliczności. Dowiedziałem się gdzie apteka jest.
Po pracy Sasza pokazał mi mapę Manhattanu na maps Google. Rzuciłem okiem i powiedziałem, że skoro Londyn ogarnąłem szybko, to prosty urbanistycznie plan wyspy to dla mnie pikuś. Byłem już gotowy na następny dzień. Na przywitanie się z Miastem.
Wsiadłem na pokazanym wcześniej przystanku w autobus ekspresowy i po 40 minutach już byłem w Mieście. Zimno, padający na zmianę albo razem deszcz ze śniegiem. Buty mnie się przemoczyły od razu, więc w sercu Manhattanu zakupiłem nowe. I się tak rozglądam. Na wprost rząd drapaczy z szarym niebem w oddali. Z tyłu to samo. Zadzieram głowę i nic tylko te wieżowce. Gdzie ja trafiłem! Nie podoba mnie się to kompletnie! Szaro, buro, zimno i do domu daleko. Zacząłem chaotyczny spacer. Skręcałem tam, gdzie wydawało mi się, że powinienem. Oczywiście za każdym rogiem zdjęcie robiłem. Po ponad godzinie usiadłem gdzieś na kawę (okazało się później, że było to tuż przy Grand Central Station) i sam do siebie powiedziałem – jak ja mam tu spędzić prawie trzy tygodnie?! Jest fatalnie, jestem rozczarowany! Nie podoba mi się tu kompletnie.
A mówiono, że jak się zobaczy Nowy Jork, to albo się w nim zakocha albo znienawidzi. W moim przypadku okazywało się po pierwszym dniu, że jest to mój pierwszy i ostatni raz w tym miejscu.
Załamany wróciłem do domu. Sasza później pokazał mi Miasto raz jeszcze, pokazał mi gdzie mieści się informacja turystyczna, w której mogę wziąć sobie mapkę wyspy i metra.
Patrząc później na zdjęcia, okazało się, że tego pierwszego, feralnego dnia kręciłem się jak kupa w przeręblu dookoła Times Square 😉
Od drugiego dnia wszystko się odmieniło. Przestało padać (a może nadal padało ale nie zwracałem już na to uwagi), nawet słonce się przedzierało przez chmury. Jak ręką odjął. Znalazłem moje miejsce na Ziemi! Zakochałem się w tym miejscu. Nie mam teraz problemu z wybieraniem miejsca na dłuższe wakacje.
I tak codziennie pisałem maile do znajomych. Co u mnie słychać, co widziałem i jak wrażenie. W jednym dniu powstawało kilka różniących się maili adresowanych do różnych osób. Niestety nie mam ich zachowanych. Szkoda, bo sam już teraz jestem ciekaw moich pierwszych, prawdziwych odczuć z poznawania Miasta.
Dlatego też przy drugiej wizycie zacząłem pisać pamiętnik. Ale był to po prostu plik w Word-zie, który codziennie aktualizowałem i rozsyłałem jako załącznik. Nie musiałem już pisać sto razy jednego dnia co robiłem i gdzie byłem.
Przy kolejnej wizycie pojawił się już temat blogu. Podszedłem profesjonalnie do komentowania moich wakacji, wrażeń i odczuć.
Dziś, po kilku latach, odnalazłem plik z wyjazdu w 2008 roku i zamierzam go za chwile opublikować. Niestety były to początki, nie myślałem jeszcze o publikowaniu tego jako blog, więc forma i słownictwo może być bardzo potoczna. Nie chciałem tego zmieniać, więc wrzucam to tak jak jest. Może podzielę to na dwie części, bo wyszlo 10 stron. Więcej niż matura z polskiego 😉

Stąd właśnie wziął się pomysł na ten blog, który teraz chętnie prowadzę, a wy czytacie.

co nas wkurza, co nas śmieszy

ah, taka parafraza tytułu filmu Allena…
dziś zacznę nie od tego, że wstałem sobie rano i zaproponowałem sobie śniadanie do łoża, ale od tego, ze wróciłem właśnie na kwadrat. Chyba muszę zrobić reminiscencję (albo aneks) na temat zarazków tu i tam. No atakują wszędzie. Wejścia na mój korytarz na klatce strzeże domofon. Kolejny domofon. W ogóle wtrącę tu teraz, że mam 7 kluczy do mego mieszkania. Wejście do budynku (1), skrzynka na listy (2), wejście na korytarz (3), drzwi pierwsze (4 i 5), drzwi drugie (6 i 7). Trochę tego jest. Ale fajnie brzęczy przy breloku Manchesteru United. Przy wspomnianym wcześniej wejściu jest kolejny domofon, który można otworzyć kodem. Mieszkania w tej części piętra zaczynają się od 21 i kończą na 27. Wydawałoby się, że “2” powinna być najbardziej wykorzystana. Ale nie. Mam w kodzie na końcu “9”. No i ta “9” ma wyraz nędzy i rozpaczy. Chyba każdy ma tą cyfrę w kodzie, skoro w takiej kondycji od wyciskania częstego. Zrobił się na niej już prawie taki strup brudu. Jak już kończę wciskać kod i słyszę odgłos akceptacji czuję jak mój palec z lekkim trudem i jeszcze większym niesmakiem odkleja się od “9”. Codziennie mówię sobie, że za chwilę wezmę szmatę i jakiś detergent i wyszoruję klawiaturę w domofonie. Ale jak już jestem w buduarze mym, zapominam o tej klejącej sprawie. Zawsze mogę otworzyć drzwi kluczem 😉
W tym tygodniu otrzymałem pożegnalny list z Urzędu Pracy, zamykający 15-miesięczną nie-przygodę z nim. Nie wspomnę, że musiałem kolejny znienawidzony urząd odwiedzić, żeby oddać się lekturze. Na Poczcie bez zmian. Na szczęście do okienka B byłem drugi, więc poszło w okamgnieniu. Przeczytałem oba dokumenty trzy razy i nadal nie wiem, jaki charakter ma to, co do mnie Urząd Pracy napisał. Przypomniał mi, że od marca 2010 r. byłem w ich rejestrze, że pobierałem nawet zasiłek. Co do otrzymywania jakichkolwiek świadczeń, byli w piśmie bardzo skrupulatni. Wypunktowali mnie co do grosza i co do miesiąca. Może żądają zwrotu? Poczytam raz jeszcze do snu te listy. Oprócz kwestii finansowych oświadczają również, że teraz zostaję wykreślony z rejestru bezrobotnych, z powodu znalezienia pracy. Poczułem się jakbym popełnił przestępstwo. Bo oczywiście kilkoma paragrafami się podparto, nadając pismom charakter jeszcze bardziej urzędowy. Zdecydowanie poczytam to raz jeszcze. Może faktycznie złamałem prawo? Ale nie wyglądało to jak wezwanie do stawienia się w sądzie. W każdym bądź razie po tej korespondencji czuję się winny, że znalazłem pracę i UP musiał mnie wykreślić z rejestru bezrobotnych. Zamiast pomagać innym szukać pracy, oni muszę teraz poświęcić swój cenny czas na jakieś korespondencje z pracowitym, tzn. z pracującym. Reasumując, nie polecam nikomu członkostwa w tej organizacji. Banda ludzi, którzy za nic mają petentów. Raz moje spotkanie skończyło się zdaniem “Już z panią nie rozmawiam, proszę powiedzieć, gdzie znajdę pani przełożonego”. Ostatnia moja wizyta datowana jest na marzec br. “Moja” opiekunka (żadna ona moja, po prostu obsługuje wszystkich na od A do D), załamanym głosem i pełna udawanego przejęcia zaczęła lamentować prawie – i co my teraz zrobimy, to już rok, co my teraz zrobimy? Ciężko wrócić na rynek pracy po takiej przerwie itd… W sumie to miałem wrażenie, ze ona przejmuje się bardziej tym, że odniosła porażkę ze mną, że jakieś statystyki jej psuję. 1000 bezrobotnych wykreślonych z rejestru w ciągu 11 miesięcy i niestety jeden wciąż na jej stanie od ponad roku. Nagroda za pracownika roku pewnie przeszła jej koło nosa. Mój “response” (a może “respond”) na jej lament i przejęcie był natychmiastowy. Jednym tchem zaproponowałem jej kilka wyjść, w tym szkolenia, które są finansowane z budżetu UE i organizowane przez UP. Powiedziałem, że szkolenie na operatora wózka widłowego brzmi atrakcyjnie. Pani się na mnie spojrzała albo resztką nadziei, albo jak na wariata i skwitowała moją myśl – Na wózek pan się dostatnie z takim wykształceniem. Tak zakończyłem moją ostatnią wizytę w tym urzędzie.
[wtrącenie o charakterze potocznym] szkoda, ze pracując 10 lat temu w Auchan nie zrobiłem sobie takiego szkolenia. Teraz śmigałbym wózkiem jak ta lala.
W pracy zastanawiam się nad mailingiem do męskiej części korytarza. Szlag mnie trafia, jak widzę w toalecie, że podniesienie ręcznika papierowego z podłogi lub wytarcie zachlapanego wodą blatu urasta do rangi niemożliwości. Ciekawe, czy w domu zachowują się tak samo? Oczywiście pytanie głupie, bo odpowiedź jest oczywista. O gaszeniu światła nie wspomnę.
We wtorek miałem spotkanie z niedoszłym mną na stanowisku w pewnej fundacji. Zajmując się działalnością charytatywną przez wiele lat w pewnej firmie, myślałem, że to właśnie na mnie czekali podczas kwietniowej rekrutacji. Ale pod koniec czwartego miesiąca obecnego roku dowiedziałem się, że na to stanowisko było wielu wysoko wykwalifikowanych kandydatów. Zająłem trzecie, niepremiowane niczym, chyba że tylko i wyłącznie moją satysfakcję, że tak daleko zaszedłem, miejsce. No i teraz, na tym spotkaniu, chłopiec chyba nie wiedział, że ja to ja. Ale ja oczywiście wiedziałem, że on, to on. Dlatego też bacznie się przyglądałem temu gospodarzowi spotkania. No muszę pana prze- i wygooglować, bo coś mi jego wysokie kwalifikacje sprowadzają się tylko do dobrego wyglądu. Ponoć przystojny, jak mówią moje koleżanki. Dla mnie wygląda jak … (brakuje mi tu odpowiedniego, poprawnego i kulturalnego słowa, dlatego uciekam się do użycia “…”).
Ostatnio tracę cierpliwość łatwo. Ale to wynika z tego, że nic nie denerwuje mnie, jak głupota ludzka. Odchodzę od kasy w Marcpolu i kieruję się do wyjścia. Przede mną starszy ode mnie pan wyciąga z wózka swoje zakupy i nogą odpycha wózek również w kierunku wyjścia. Odwracam się i zwracam uwagę pytaniem “I co, wózek tak na środku zostanie?”. Oj, dawno tak zmieszanego człowieka nie widziałem. Głupocie ludzkiej mówmy(ż) stanowcze NIE!
Chyba zakończę w tym miejscu, bo mi się łosoś parzy … albo ktoś mi zarzuci “zadługość” postu 😉

Moje wirtualne wakacje

Chyba nie muszę nigdzie jechać na wakacje, bo czuję się jakbym był o dwa miesiące od Australii. Tam zima, a u mnie … jesień 😉
Pada, pada, i przestać nie może. Szaro, buro. Ale nie narzekamy. Od piątku ma być ponoć nawrót lata. I cały lipiec ponoć ekstremalny. Pamiętam z matematyki, że obliczając ekstremum, należy wyliczyć punkt przegięcia. U mnie to 20 stopni w cieniu. Jest też punkt krytyczny ale to nie w tej szerokości geograficznej. Przy tym punkcie polecam mój post o najdłuższym urlopie (sierpień 2009). Tam była taka czy też dygresja, czy też myśl, czy też odczucie odnoszące się do wyjścia z lotniska na Newark.
Wracając do jesieni w miejscu, w którym obecnie przebywam.
W piątek zaczęło lać zaraz po tym, jak wszedłem do mego pokoju, czyli lekko po 8 rano. I tak pada do dziś.
Oczywiście, w pracy, poproszono mnie o pomoc w załadowaniu gadgetów. Koleżanka specjalnie się pofatygowała po nie autem służbowym. Jako, że pani płeć słaba, więc nie umiałem odmówić, gdy zapytała czy ktoś jej pomoże. Sama radość pakować do bagażnika i na tylne siedzenie ciężkie kartony, gdy tak leje. Katharsis, psia mać.
Wczoraj co prawda na chwilę słońce się pojawiło. Ale akurat wtedy, kiedy do domu żem wracał. Czyli spocić się zdążyłem. I tak wczoraj trzymając się za poręcz w metrze i autobusach przypomniał mi się ekoporadnik zaprezentowany kiedyś w Trójce. Zarazki, zarazki i jeszcze raz zarazki. OK., po każdej fajce – myję ręce, bo po co mają śmierdzieć. Po powrocie ze sklepu też – bo nie wiadomo jaki dziad trzymał rękę na wózku, koszyku, albo kto przede mną ściskał tego pomidora. No i przypomniały mi się te wszystkie poręcze i rączki w środkach komunikacji miejskiej. Dokładając do tego duchotę i tłok, czuję podświadomie jak te zarazki prześmiewczo sobie skaczą z rączki do rączki. I później widzę je wszystkie na mej dłoni … Jak się nazywa taka choroba, że człowiek ma fobię na punkcie czystości? Chyba detektyw Monk miał taką przypadłość. Dokładnie nie wiem, bo widziałem raptem jeden (a właściwie niecałe pół) odcinka. Ale koleżanka z pracy wielką fanką serialu była, to mnie oświeciła o przypadłości głównego i tytułowego bohatera.
Grrr, właśnie zostałem oschle poinformowany, że stanu liczników wody nie podałem. Dziwne?! Zawsze czytam ogłoszenia blokowe zamieszczane na drzwiach wejściowych do budynku lub przy windzie (o ile mają szlachetnej wielkości czcionkę. A jak dadzą kolor na taki komunikat, to na bank przeczytam). Na szczęście doszliśmy z panią do porozumienia (oczywiście administracja obsługuje interesantów w czasie krótszym niż ja pracuję). Nie mail, i nawet nie fax, nie wspominając już o gołębiu pocztowym. Telefonicznie mogę przekazać dane dotyczące konsumpcji wody w moim lokalu za ostanie pół roku. Wyjątkowo dla mnie pani zrobi mi tę możliwość. Jak miło. W Polsce byłaby awantura. A tu, dwa miesiące od Australii, wszyscy mili i wszystko można załatwić, przy odrobinie dobrej woli. Uff, case closed. Byleby nie zapomnieć się spisać.
Czy ktoś się orientuje o co chodzi ze zbieraniem plastiku? Na klatce stoi koszyk z napisem „prosimy o wrzucanie nakrętek plastikowych”. Ja chętnie oddaje, skoro ktoś potrzebuje. Mogę zamiast do mego kosza wrzucić do tego pojemnika. No problem, korona z głowy nie spadnie. Chyba akcja „plastik” przerodziła się w akcję społeczną, bo wypełnianie to tylko kwestia czasu. I ktoś był na tyle i miły, i uprzejmy, i wdzięczny, że dopisał do prośby koślawe, ale łatwą do odczytania czcionką, „jesteście super!”. Mała, durna plastikowa rzecz, a cieszy. W biurze pani zarządzająca czystością na dużych powierzchniach biurowych też chętnie zbiera, bo jakaś osoba z któregoś piętra prosiła ją o to. Starałem się wywiedzieć, o co chodzi z plastikiem. Ponoć służy to zbieraniu funduszy na wózek inwalidzki! Tyle lat w dziadowiznach się obracam, a pierwszo słyszę. Myślałem kiedyś, że to na przetop dla firm rzeźbiących w tym tworzywie. Ale nie. Mam znajomych w tej branży i mówili, że nowe rzeczy muszą być z czystego plastiku, a nie ze zwrotów. Co prawda można wykorzystywać te nakrętki ale ponoć są takie wytyczne co do zachowania jakości, że z tego recyclingu niewiele da się zrobić. Czyli ogólnie gra niewarta świeczki.
Dziś z rana, jak co dzień, zaproponowałem sobie śniadanie do łóżka. A taka fanaberia. Postanowiłem poświęcić ten czas na kanały informacyjne i śniadaniowe. Informacji co się dzieje na świecie i w kraju jakoś nie mogę przyswoić. Niby po polsku mówią i obrazki mają ale coś omija to skutecznie moje zainteresowanie i zrozumienie. Padło na TVP1 i ich „kawa czy herbata”. Oczywiście, że kawa. Niestety. A kiedyś była herbata. O-mój-boże! O czym oni mówią? Jak spakować skutecznie plecak!! Ale pan miał taki sprytny plecak, z kapturem! Nawet nie zdążył go założyć, bom przełączył. Jakiś czas temu, podczas mojego długiego przymusowego urlopu często zdarzało mi się oglądać TV z rana. Właściwie było to skakanie po kanałach, niż zatrzymywanie się na dłużej i przysłuchiwaniu się temu z większą atencją. „KcH” kontra „dzień dobry TVN”. I tu stało się coś ze mną dziwnego. Wciągnąłem się. Ale na zasadzie takiej, że patrzyłem w telewizor i oglądałem. Raz „kawę”, raz „dzień dobry”. Te programy mają coś hipnotyzującego. Dopiero po jakimś czasie docierało do mnie o czym oni mówią. I to był ostatni raz! Do widzenia TVN i TVP1.
Jak już jestem przy ranie(?). Tak się mówi? Mianownik liczby pojedynczej to „rano”, czyli jestem „przy czym? przy kim?” – przy ranie? Oj, dzisiaj szóstki z matury z polaka by nie było 😉
Jak już jestem przy tej porze porannej, to przypomniał mi się jeszcze jeden wywód naukowy. Odnośnie snów. Mam tak, że nie pamiętam szybko co mi się śniło. To ponoć norma i standard u większości ludzi. Rad kilka:
– opowiedz sobie sen zaraz po przebudzeniu,
– nie patrz przez okno! Duża przestrzeń, oczy się rozbiegają, mózg zaczyna skupiać się na tym widoku i rozpraszać. Czyli zapomina o śnie.
A ile z was miało piękny sen, w którym ktoś nagle zadzwoni, zatrąbi, wyda dźwięk. I sen staje się taki rzeczywisty, bo to budzik?
Czas chyba zakończyć wspomnienia i refleksje z moich wirtualnych wakacji. Australia tuż tuż.

Aaaaa ooooo eeeee ooooo

Nie płuczę gardła, nie ćwiczę tonacji. Zanuciłem po prostu dwa ostatnie szlagiery Britney Spears. Właściwie to zaśpiewałem. Jaki ten pop jest gówniany dziś. Kiedyś to były przeboje. A teraz, eh szkoda słów. Jakby ktoś zapomniał tekstu napisać. Z drugiej strony jak już ktoś napisze, to też szkoda gadać.
Tak sobie wstałem rano w czwartek i jak co dzień pozwoliłem sobie zjeść śniadanie w łóżku, oglądając TV przy okazji. Stanęło na muzycznych kanałach trzech. Na jednym wspomniana królewna popu, na drugim – drugi kawałek królewny popu, a na trzecim Shakira. Nie mogę znieść tej pani również. Głosu to ona za grosz nie ma. Nagrywa teraz jakieś takie spanglish-owe numery. No ale ni pies ni wydra to! A kiedyś tak ładnie wymiatała pupą w „whenever, wherever” albo tak miło, lekko i rockowo brzmiała w „don’t bother”.
No król popu odszedł. Królowa coś się obija muzycznie i zadaje ze swoim chłopcem Jesusem (Madonna i Jesus – niezła para). To kto tu ma grać i śpiewać. Takie jakieś bezkrólewie w tej muzyce pop, jak w damskim tenisie. Co prawda Gorylica i Pantera wróciły, ale Serena rusza się jak gorylica, a Venus jakoś straciła grację, zwiewność kotka. No cóż lata lecą.
No i w tej muzyce popowej …
… skończyła „śpiewać” Shakira ze swoim Pitbullem swój nowy i strasznie reklamowany hit „rabiosa” i jakaś pani zaczyna wyć. Matko, czego ona chce. Jakaś taka umęczona, ciuszki przewiewne, żeby nadać lepszego wrażenia w teledysku. Ale tekst i muzyka kompletnie nie do zrozumienia. Pani w każdym bądź razie chce chyba umrzeć i ocalić świat. Tak to wygląda. No może 12-latki to łykną.
…a propos Pitbulla, takiego latynoskiego kurdupla, co mu się wydaje, że jest kul i maczo. No cholera wyrolował Adele z 1 miejsca listy przebojów Billboardu w USA. Szkoda.
…Jennifer Lopez ma nową piosenkę? Wow! Nie wiedziałem, że „lambada” zmartwychwstała. Oj, Pitbull też tu szczeka. Ale całkiem, całkiem wykorzystała latynoska ten motyw. Ależ to był hit pod koniec lat 80. ubiegłego wieku!
No i w tej muzyce popowej podoba mi się jedna osoba. Rihanna. Ma te swoje pioseneczki całkiem zgrabne i sprytne. Już mi nawet nie przeszkadza, że beczy jak koza (a może już przestała beczeć?). No ale tak łatwo i różowo nie będzie. Madonna, królowa muzyki pop też śpiewać nie umie. Widziałem Rihannę w re-transmisji Brits awards. Oj uszy bolą. Cieniutko! No i jakoś ostatnio na jakieś gali muzycznej w USA zaśpiewała swój hit „S+M” w duecie z Britney. Kurcze właśnie mnie świta, że w tym hicie również się śpiewa „oooooo”. Czy 2011 rok jest rokiem samogłosek w muzyce pop, czy rokiem „zapomniałam poprosić o napisanie tekstu do mojej nowej piosenki”? I w tym duecie głos Britney wypadł bardzo … mocno i dobrze! Szok! Ale na koncerty z taką muzyką nie chadzam, więc desinterssment mnie to (czyli nie interesuje, jak mówiła moja koleżanka z pracy).
Rano chyba jest dzień dziwnych piosenek w TV muzycznych i dubletów. Bo jak nowa, zmasakrowana, tzn. zremiksowana „lambada” się skończyła, to na pierwszym kanale pojawił się jeszcze nowszy kawałek Lopez, z Małym Łejnem (nie mylić z łajnem) na fituringu. A kupiłem sobie kiedyś nawet płytę Jennifer. Mój szef z Auchan się śmiał, że durny jestem, że czegoś takiego słucham. No i miał rację. Ale dobrze zrobiona marketingowo była Lopez, to i się sprzedała. Ja z kolei po marketingu świeżo byłem, więc 2+2=4 😉
Kończę chyba ten wątek muzyczny. Przecież ja nie słucham popu!
Ale o tej nowej Lopez to musze powiedzieć ze względu na sympatię do niej z przełomu millennium. A może nie będę nic mówił, tylko zacytuję jej najnowszy przebój (sami oceńcie):
it’s too late (it’s too late), it’s too late (it’s too late), It’s too late, it’s too late
You’ve got it (you’ve got it), you’ve got it (you’ve got it), You’ve got it (you’ve got it), you’ve got it…
Cuz I’m into you, I’m into you, I’m into you, yeaaah
I’m into you, I’m into you, I’m into you, yeaaah
No do czego mam się w sumie przyczepić. Każdy może teraz zanucić wielkie hity popu. Albo „aaaa eeee”, albo „ooooo”, albo „jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”. Tylko, że jak dziś usłyszę króla popu, czy królową albo nie daj boże roxette, to potrafię zanucić nie tylko refren ale i kawałek zwrotki. A teraz to nie wiadomo czy w kawałku nowym Britney jest „aaaa eee”, czy „ooooo”. Pogubic się można. Strasznie głębokie te teksty teraz piszą.
Koniec w temacie pop.
A właśnie w Trójce leci numer 1 sprzed lat Czerwonych Gitar „płoną góry, płoną lasy (…) rzuć w między nas to co w nas złe (…) a ja i tak odnajdę cię. Lalalalala lala lala (…) aaa aaa”. To ja chyba przepraszam za to co napisałem wcześniej 😉 Mógłbym zacząć w sumie debatę o plagiacie w dzisiejszej muzyce pop.
Koniec w temacie pop!
Teraz kilka słów o impotencji Polski w UE, która zaczęła się 1 lipca. Mam dziwne wrażenie, ze wyjdzie ona nieudolnie albo nijak. Ale dobra rzecz z tego faktu jest taka, że zrobili koncert. Miałem duże szczęście słyszeć próbę Dolores O’Riordan w czwartek. Śpiewała swoje znane i wielkie „Zombie”. Fajnie to brzmi nawet po 17 (?) latach. No takie są plusy pracowania w Centrum. Teraz tak sobie myślę, czy to na pewno była próba? Czy może radio włączyli na full? Ale Dolores miała grać, więc chyba to ona się próbowała w czwartkowe popołudnie?
Wczoraj, a właściwie dziś wracając od znajomych załapałem się na pokaz sztucznych ogni oraz na występ Tricky’ego w TV już u siebie w domu. W międzyczasie, jeszcze u znajomych, widziałem Michaela Boltona. Na szczęście mieliśmy głos wyłączony. Koncert chyba fajny w sumie wyszedł, więc może ta prezydencja to nie będzie taka impotencja?
Pogoda jest fajna. W końcu jest kilkanaście stopni i idzie żyć. Ale od 8 lipca ma już być ….

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑