usa

Ok, jest 1:22 mego czasu, 31 marca 2008 r. Zaczynam pisać ten pamiętnik – vol.1

LOT
No i wybrałem się jak nienormalny na Okęcie za wcześnie. Byłem 2h15min przed odlotem. Ale po przygodach Uli ze stycznia myślałem, że trzeba być wcześnie. W sumie też po świętach leciałem. Nowy terminal na Okęciu robi wrażenie. Piękny, czysty, duży. No i ludzi nie było, więc z miejsca się odprawiłem. Pochodziłem po sklepach, kupiłem to i tamto, i już. Gate’ów A jest ok. 40, a B też nie mniej. Także duży terminal w rzeczy samej. Trochę sklepów przymało, ale grunt, że są. Przechadzając się po bezcłówce, minąłem terminal stary, nr 1 znaczy. Oops, dziadostwo i nędza w porównaniu z nowym bratem.
Do samego lotu, czyli samolotu LOT się zapakowałem o ok. 17:15, mimo że zgodnie z biletem lot miał się zacząć o 16:50. Ale spoko, zamiast biletowych 9h50min mieliśmy lecieć 8h50m, więc wszystko grało. Im mniej czasu w siedzeniu, tym lepiej. Parę osób, tak jak ja pomyślało o tym, że kubatura ciała predestynuje nas do zasiadania w pierwszym rzędzie klasy “nie-stać-mnie-na-biznes” (chodzi o wyciągnięcie nóg podczas lotu). Koleś koło mnie z lewej się wylewał wręcz z siedzenia, więc się (nie)świadomie i (nie)chcący szturchaliśmy, oczywiście walcząc o swoje terytorium. Co za grubas i spaślak. Ja przynajmniej nie jem po 18 😉 Hm, która godzina w tym powietrzu w sumie jest? Lecę na Zachód, czas leci, czyli jest później, tyle że wcześniej.
Lot, jak lot, za długi jak dla mnie i trochę męczący. Ale na szczęście pół książki strzeliłem, co sie ostatnio rzadko zdarza. Zaskarpecione stopy do biznes klasy wsunąłem. Koleś z prawej, jak zobaczył, gdzie sie światło włącza, to tez sobie włączył. Dzieci siedzące po obu stronach (ja byłem na “isle”) nie były “bólem w tylku”, więc było OK. Poza tym cały czas mp3 na uszach. Trzy małe browary, raz mocz i jechane (lecone chyba byłoby lepszą ekspresją). Lot na szczęście był bezturbulencyjny i na prawdę, gdyby nie szum silników, to bym nie pomyślał, że jestem w samolocie. W tym miejscu musze opowiedzieć o ostatnim powrocie z Londynu, co trzęsło przed Wawą tak, że chciałem się już do ex-Pana modlić mego, ale jako, że nie pamiętałem jak, to nie modliłem się. Grunt to wiara. W samego siebie ;-). Ale serio mówiąc, lekko sie przestraszyłem wtedy. Teraz to było miło, bezruchowo wręcz.
Drugi minus takiego lotu, to to, że się dziwnie człowiek czuje, jak sie goni dzień. Do północy polskiego czasu widno było. Lądowanie miałem ok. 21:30 (czyli 2:30 czasu polskiego). No i te brawa. Po ki czort ludzie brawo biją? Jak ja zrobię w pracy coś, co należy do moich obowiązków i jest standardem, to dyrektor nie przychodzi mi klaskać.
Immigration oficer był na luzie. Chyba wiedzą, że muszą wpuszczać ludzi, żeby im koniunkturę poprawić. Palec wskazujący u lewej reki, później u prawej, pamiątkowa fotka i “next, please”. Po bagaż stawiłem się sie w TOP 5 i w TOP 5 odszedłem od taśmy. Tyle, że od końca ;-( Człowiek to ma to szczęście. Nawet rzeczy martwe potrafią się mścić.
Kolejna odprawa z panem, to tylko formalność. A rok temu tak przyglądał się kwestionariuszom. Ale nie, nie wwożę ponad 10 000 $ cash, nie mam towarów na handel, działalności wywrotowej nie zamierzam (well? Never heard of any). To wy macie towary na mój handel, więc “ask me later”.
Sorry, fajka i druga szklanka Jacka D
Sasza się ucieszył chyba z mojego przyjazdu, bo do 2 rano siedział ze mną pijąc whiskey. (po mojemu była 7 rano. Ale jakoś nie mam jet leg’a w tą stronę). Sasza pił whiskey kanadyjskie, a ja jakieś normalne. Jak zapytałem się czemu nie mogę pić tego co on, to odpowiedział, że nie będzie mi smakowało, więc on je wypije. Ogólnie bardzo fajny człowiek.
Mam też problem z komunikacją, bo jak jesteśmy z Ulą i z Sasza, to ja nie wiem po jakiemu mówić. Po rosyjsku, angielsku czy polsku? Odruchowo jest polski, ale on nie rozumie (przynajmniej tak twierdzi). Ale ogólnie ja chcę, żeby po rosyjsku mówić. Bardzo chcę sie po rosyjsku poruzumiewac ale zawsze brakuje mi jednego wyrazu w całym zdaniu i głupio mi to zdanie wymówić. Raz mi się prawie udało: “Sasza, ja magu twojego sigarieta? U mienia niet sigarietow”. Prawie dobrze, tylko że sigariety, to rodzaj żeński 😉
Dzień pierwszy, 28 marca, piątek
Wstałem sprawnie o 7 rano i już się szykowałem do wyjazdu do miasta. Express bus na Port Authority o 8:35 odjeżdżał (czyli 42nd st, czyli Times Square). No to jestem w Mieście. Powiem tak, jak rok temu pierwszy raz zobaczyłem NYC (a zobaczenie NYC było zawsze moim wielkim marzeniem), to byłem w szoku. To miasto jest ogromne, monstrualne, przytłacza swoja świetnością, międzynarodowością itd. Ale z drugiej strony jest to po prostu duże miasto. Z dużymi, zwyczajnie miejskimi mankamentami. Teraz odbieram to miejsce jak coś normalnego, swojskiego, wręcz ujarzmionego. Wiem gdzie jestem, wiem co mam zrobić, jak się po nim poruszać. Nie jest już obce. Niesamowite wrażenie. Czuję się jak część tego miejsca. Może to brzmi pyszałkowato, ale ja zawsze uważałem sie za człowieka miasta, cywilizacji. (patrz przykład Londynu). Aktywny urbanistyczny wypoczynek jest najlepszy. Nie żadne tam plaże i leżenie plackiem. Ale z drugiej strony są też takie miejscowości jak Narewka, gdzie czuję się równie niesamowicie.
Rano, jako że było, postanowiłem cos wrzucić na ruszt, przysiąść i pomyśleć co dalej. Czy w tym cholernym SRABAKSIE muszą do wszystkiego dodawać cukier? Nawet jak powiesz “without sugar”? Hm, po konsultacji z Ulą, stwierdziliśmy, że “without sugar” znaczyć może, że nie chcesz dodatkowego cukru. Musze spróbować więc powiedzenie “no sugar”, bo napoje mają fajne i dziwi mnie to, że w Wawie wciąż nie ma Starbucks’a.
Tego dnia, na sam przód, zaszedłem do sklepu z butami (tam gdzie rok temu kupiłem moje obecne) na 42nd, przy Grand Central Terminal. Niestety nic ciekawego, wiec komu w drogę, temu buty (o ironio). I ogólnie przez 6 godzin obleciałem niezły kwadrat Manhattanu . Od 42nd do 70th ulicy, od wschodniego Manhattanu, do 9 Alei. I znowu na Hell’s Kitchen trafiłem. Ale tym razem wyglądało bardziej na miejsce z restauracjami i pubami, niż na miejsce walk gangów ;-).
Chodzenie, jak chodzenie: Bryant Park, Central Park (nawet książkę tam poczytałem), Broadway itd. Oczywiście do sklepu muzycznego zaszedłem. Ale jestem z siebie dumny, bo tylko z jedną płytą wyszedłem. Grammy winning 2007 Herbie Hancock’s “The Joni Letters”. Fajny jazz, właśnie mi w uszach grach.
Powrót był dziwny. Z NYC do Fair Lawn można wrócić albo z Port Authority (okolice Times Square, 42nd ulica) albo z George Washington Bus Terminal (179th ulica, Harlem, czyli „lechutki” slums). No i wracałem z 42nd. Część autobusów zajeżdża trochę inaczej do Fair Lawn. To miasto jest male (ok. 13 tysięcy ludzi) ale rozłożyste, rozciągnięte. Więc nawet jak jesteś w Fair Lawn, to do domu daleko zawsze. No i wracałem autobusem 164 numer. Zapytalem sie pana czy na Fair Lawn Ave zajezdza. Powiedział, że tak. Pamiętałem, że autobusy odpowiednie dwa razy Fair Lawn Ave przecinają. I za drugim przecięciem powinienem wysiąść. Ale tak wyszło, że drugiego przecięcia sie doczekać nie mogłem. Pytam się mistrza kierownicy, czy zamierza jeszcze raz FL Ave odwiedzić. Hm, już nie zamierzał. Zobaczyłem tory kolejowe, to wysiadłem. Obok Uli i Saszy jest stacja, więc mądrze pomyślałem, że lepiej wysiąść. No i znalazłem się w Glen Rock. Na stacji żywego ducha, więc bilet w automacie. Jakoś poszło, bilet kupiony. Jako, że miałem plany na obiad odpowiednie, i nic w lodówce, a czas do pociagu był odpowiedni na rekonesans i zakupy w Glen Rock, więc postanowiłem się przejść. Miasto opustoszałe. Jakaś grupa dziecio-nastolatków tylko napotkana. Gdyby ktoś wtedy wybiegł i powiedzial, że zombies wyrżnęło całe miasto, to bym uwierzył. Sceneria jak z dobrych horrorów. Ale tak to jest, jak się tyłki wozem wozi i dupska po chodniku sie nie nosi 😉
Jak wróciłem, to za gotowanie się wziąłem. Przyjechało Państwo i raz dwa się do Princeton zapakowaliśmy, do Tolika. Biba klasyczna, nasiadówa. Skończyliśmy po 4, z czego od 1 o suchym pysku z Tolikiem. Czyli można bez picia.
Tu muszę powiedzieć o dwóch rzeczach.
1) pogoda – jest dziwna. Jest parę stopni ale nie jest zimno, nawet OK. rzekłbym. Na szczęście nie pada, a wręcz słonecznie bardzo. Ale może nie zapeszajmy
2) towarzystwo – czyli Rosjanie, Ukraincy – BARDZO FAJNI LUDZIE! Naprawdę czuję się w ich towarzystwie komfortowo. I nawet nauczyłem się pytania “Kim ty rabotajesz?”
Aha, bo zapomnę. Ula dziś mi mówiła, że jest wystawa jakiegoś artysty, który wystawia wypchane silikonem zwłoki ludzi. Widać doskonałą budowę ciała, ścięgna, mięśnie, nowotwory i inne cholerstwa. Brrr, ale jak nie ma gołych lasek, to nie idę 😉 Żarcik taki, chyba jednak pójdziemy.
No i tego dnia, w piątek znaczy, Ula dostała dwa bilety na NY Knicks vs Toronto Raptors. Co prawda Kniks dół dywizji grzeje i pewnie temu te bilety otrzymała, ale wyglądam na przód na to wydarzenie. Szczegóły w odpowiednim dniu (5 kwietnia). Z tego też wynika, że nie mam weekendu wolnego pełnego i nigdzie dalej nie pojedziemy. Co prawda Ula się poświęciła wziąć dzień wolny na wycieczkę do Bostonu, ale Boston nie zając, nie ucieknie. Zobaczymy, jak weźmie, to pojedziemy, jak nie weźmie, to nie. Świat się od tego nie kończy. Ale NBA game zobaczyć, hmmm, bezczelne, tzn. bezcenne. Za wszystkie inne zapłacę kartą 😉
No dobra zajechaliśmy do Tolika i tak dzień minął.
Dzień drugi, 29 marca, sobota
Po powrocie od Tolika pojechaliśmy na wycieczkę krajoznawczą do Seven Lakes. Po powrocie, nasiadówa u nas w domu. Oprócz nas dwie osoby rosyjskiego pochodzenia. Bardzo miły wieczór. Obejrzeliśmy kilka filmów z BBC Discovery o świecie i zwierzętach plus “Katyń”, na którym zasnąłem. Jak dla mnie, film ten to dramat.
Dzień trzeci, 30 marca, niedziela
Do wyboru był wyjazd do wodospadów albo nad ocean. W związku z tym, że o 20:00 mielismy koncert HEY’a na Brooklynie (dzielnica Greenpoint, czyli taki mały Poland), wybrałem ocean. Tutaj jest tak, że większość przybytków otwierają sezonowo, więc niektóre rzeczy są jeszcze nieczynne teraz. Ma to swoje plusy, bo ludzi jest mało. Zajechaliśmy nad ocean i poszliśmy na obiad. Restauracja była z tych bardziej “posh”, czyli “ą przez ę”.
Taka dygresja kolejna. Polacy są bardziej roszczeniowi. Angole, czy Amerykanie bardziej mili i pogodni. Zjedliśmy, poprosiliśmy kelnera (nie z naszego rejonu) o rachunek. I koleś chyba zapomniał. Jak przechodziła nasza kelnerka, to powiedzialem “we asked for a check. Can we have one?”. Ula rzekla, ze nie miłe to było. Ale nie mialem złych intencji, tak wyszło. Z natury chyba. Spacer po oceanie bardzo sympatyczny. Troche wiało i mroźno było, ale słońce świeciło. Zaszliśmy do latarni morskiej. Niestety nie sezon, nieczynna była.
Sytuacja dziwna (znam z opowieści Uli).
Sceneria: mierzeja, półwysep, whatever, latarnia, ocean itd. Przyjechało jakieś Państwo czarne z dziećmi. Dziecko: “Daddy, are we in England?”. Nieźle, nie wiem czemu dziecko pomyślało akurat o Anglii.
Parę fajnych zdjęć zrobiliśmy. Mam akcję na dziwne sesje: 1) wszędobylski papieros i 2) Macio stawiający krok. Szczegóły, jak wrócę.
Po oceanie, wyjazd na Greenpoint. Powiem tak, Greenpoint zrobił na mnie miłe wrażenie. Bardzo schludne i nawet przyjemne miejsce (ale uwaga wsiedliśmy na Harlemie w metro i wyszliśmy na Brooklynie. Mogłem być trochę pod wrażeniem złego wyglądu Harlemu).
Koncert HEY taki jak warszawski. Kapela spóźniła się o prawie godzinę, komórka Uli padła, zegarka żadne z nas nie miało. A musieliśmy się z Saszą skontaktować w sprawie odebrania (a tu ani kontaktu, ani godziny). No i tak w ciemno przez Brooklyn, aż na Uptown Manhattan jechaliśmy. I jeszcze nam monetę zżarło w nieczynnym automacie telefonicznym. Ogólnie wyjście bardzo fajne. Szkoda, że Nosowska była źle nagłośniona, ale nie czepiam się. Słyszałem gorsze koncerty.
No i koniec dnia trzeciego
Dzień czwarty i piąty, 31 marca – 1 kwietnia, poniedziałek i wtorek
Pogoda deszczowa, więc do Miasta pchać mi się nie chce. Dwa dni na zakupy przeznaczam. Wiele „dzienieg” poszło ale już ten przykry obowiązek mam za sobą. Przy płaceniu kartą, pani jak zobaczyła na terminalu wybor waluty “PLN or Dollars” to się wystraszyła. Nie wiedziała co to PLN-y. Uświadomiłem. Pogadaliśmy i na końcu zapytała “Are you from France?”. “oh qui, you stupid” – pomyślałem.
Ogólnie dużo jazdy samochodem. Przed każdą wyprawą Sasza pokazywał mi na google earth map (czy jakoś tak) dojazd do moich destynacji. Drugiego dnia już na luzaku się jeździło.
W jednym sklepie “footwear famous” (chyba) kupilem sobie trampki. Śmieszne trampki. Wyglądają jakby ktoś w jedną parę włożył drugą. Jest promocja “buy one, get another for 1/2”. Pani proponuje drugą parę, ale ja nie chcę. Powiedziała więc, ku memu wielkiemu zdziwieniu, że mogę przyjść z paragonem do 12 kwietnia i kupić drugie buty za połowę ceny. Fajnie. Może wpadnę.
To chyba na tyle z tych dni, bo co tu o shopping’u „mówić”. Czas obiad Państwu ugotować. Zapiekany łosoś w warzywach.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.