Miesiąc: październik 2022

hipochondriusz

lubię się bawić języ(cz)kiem, słowem, literkami. Lubię sobie wymyślać imiona różne. Raz dzieciom Państwa z Europy na K. próbowałem wmówić, że mam na imię tak naprawdę Ambrozjusz. Małe wtedy były, więc chyba uwierzyły.

Podoba mi się również Klaustrofobiusz. Za Genitaliuszem nie przepadałem, bo jakieś takie … *ujowe było.

Ale Hipochondriusz brzmi pysznie! I tak … esencjonalnie.

Ogólnie lata mi koło nosa, jak się coś ze mną dzieje. Na początku oczywiście atak paniki, jak coś łupnie, zgrzytnie i zaboli. Najgorsze scenariusze przed oczami mi stają. Przecie pisałem, jak po dostaniu bomem w głowę, biegłem na … jezzzu, chciałem napisać na trepanację czaszki! Nie, nie. Zapisałem się na takie badanie, co się do takiej tuby wjeżdża i jest błogo. Tomografia?! Olimpia mi kazała iść, jak jej powiedziałem, że bóle odczuwam nadal, po ponad 7 dniach. Oczywiście wyszło, że głowa cała!

I tak co jakiś czas się sprawdzam, jak pomyślę, że umieram, że to już ten czas. No nie wybieram się na żaden inny świat, także trzeba dbać o się.

Od niedawna uczęszczam na siłownię. A tak sobie mięśnie wyrabiam. Przede wszystkim to parę kilo chcę zrzucić. Szczególnie teraz bardzo chcę, skoro uwięził mnie pan chirurg w bezruchu. Co ja mogę teraz? Chodzić mogę. Rowerem mogę jeździć. Stopy mają się nie ciskać i przesuwać gwałtownie w obuwiu. Także żegnaj tenisie, badmintonie i bieganiu. Ale szczęśliwie czas szybko mija i od zabiegi cięcia i piłowania kości palców minęło już ponad 9 miesięcy. Może po roku będę mógł powrócić do moich wysiłków.

Na razie jest siłownia. Kilogramy mi nie spadają. Ale tłumaczę sobie to niechudnięcie tym, że to tylko tłuszcz zamienia się w mięśnie, a te wiadomo ważą. To umięśniam się.

Po pierwszych zajęciach w sierpniu 2021 musiałem zrobić 3 dni przerwy, bo zakwasy miałem na wszystkim. Ale później się organizm przyzwyczaił i chadzam tak co drugi dzień (staram się). Jest fajnie.

W ostatnią niedzielę postanowiłem zrobić sobie nowe ćwiczenia. No może nie nowe, ale na nowo zacząć je robić. Oczywiście rodzony w niedzielę jestem, to troszkę taki leniwy jestem. Na siłowni zawsze wybieram ćwiczenia łatwe, lekkie i przyjemne, czyli biceps i nóżki. Omijam jakoś brzuch. Ciężkie i nudne to zajęcia. Ale postanowiłem, że wrócę i wróciłem. Muszę coś z tym moim maćkiem zrobić. Ramiona się ładnie kształtują. Łydki też niczego sobie. Ale brzuch i cycki nadal takie jakieś za spore.

Brzuch można rzeźbić na różne sposoby. Najłatwiejsza jest taka maszyna w kształcie fotela. Łapie się rękoma nad głową, nogami się zapiera o taki wałek i się zgina w pół. No nic trudnego, ale dla lepszego efektu zakłada się ciężary. Żeby nie było za lekko. I jakiś koleś przede mną powiesił 20 kg. Myślałem, że dam radę. Siadam, próbuję i stwierdzam, że dam radę, ale strasznym kosztem i mordowaniem się. No dobra: ledwo dałem radę. Na drugi dzień czułem się jak z krzyża zdjęty. Brzuch mnie bolał. Miałem trudności ze zginaniem się. We wtorek powtórzyłem ćwiczenie. Ledwo mi się udało. Nie dałem rady się ruszyć na tym fotelu. Ale jakimiś cudem zrobiłem 3 serie po 10 powtórzeń. Aha, 20kg zamieniłem na 10.

Dziś rano się budzę i czuję taki ścisk w klatce piersiowej. PO LEWEJ STRONIE! Serce! Od razu stwierdziłem. Na pewno jakiś zawał rozległy przechodzę albo serce mi się chce wyrwać. No słabe uczucie. Jakby kto trzymał serce w dłoni. Jak próbuję wziąć głęboki oddech, to kłuje mnie. Przy zgięciu i schyleniu się to samo! Do pracy szedłem bardzo wolno, ważąc każdy krok. Już oczami wyobraźni widziałem, jak padam jak długi na ulicy albo już przy biurku. Nawet kawy drugiej nie dokończyłem, bo ocknąłem się w połowie siorbiąc czarny przysmak, krzycząc na siebie:

Czyś ty zwariował Hipochondriusz!? Zawał masz i kawę jeszcze pijesz?!

Poleciałem do łazienki i wylałem resztę. Umyłem przy okazji kubek i … jabłko.

Panika lekka cały dzień, ale dzierżę fason. Nie przewracam się, normalnie funkcjonuję. Stwierdziłem, że jak nie umrę dziś, to będzie ok. Po południu wykonałem jednak telefon do przychodni i się umówiłem.

Hmmm, mięsień jakiś nadwyrężony. Pan doktór stwierdził, że pewnie krzywo spałem, albo się źle ułożyłem na noc. Faktycznie jakiś sen miałem nierówny. Opowiedziałem mu o moich ostatnich przygodach w fitnessklubie i pan doktór tylko potwierdził, że to jakieś nadwyrężenie mięśnia.

Będę żył.

Ale przy okazji zaordynowałem sobie kontrolne badanie krwi, USG i moczu. A lubię te eksperymenty. Lubię, jak mnie pani dziabnie w niewidzialną dla mnie żyłkę albo zimnym żelem brzuch wysmaruje i później jeździ takim czymś. Tylko oddawać specimenu w ten wąski, plastikowy pojemnik nie lubię. Już lepiej posiew zrobić, bo pojemnik szerszy. Eh, trzeba się będzie pomordować rano.

Ciekawe jak tam cichy zabójca cholesterol? Ostatnie badania w 2020 pokazały, że załatwiłem gnojka dietą.

Jutro może do jakiego psychiatry się zapiszę? Bo ewidentnie coś nie tak mam z głową.

To ja pisałem Hipochondriusz.

twindemia

Świat nie przestaje mnie zadziwiać.

Ostatnio tak sobie gaworzyłem z kimś, że cisza w sprawie pandemii w mediach. A dwa lata temu i w ubiegłym roku zamknięci byliśmy i bombardowani zatrważającą liczbą nowych przypadków. Strach blady!

Ale po dwóch latach to już nudno było mówić o zarazie. Na nikim liczby już nie robiły wrażenia. Maski tylko uwierały, a nie chroniły. Poza tym ludzie się zaszczepili i … nastała wojna. Kolejny gorący temat.

Ale ile można pisać i o czym przez te 8 miesięcy? Wiadomo – Putin chuj. Tak nawet stoi na pewnym stoisku w Food Town’ie w Fabryce Norblina.

Przypadki covidowe już nie robią wrażenia i już nie są nawet tak chętnie publikowane. Każdy kto ostatnio to przechodził mówił, że testy robili w domu, więc lekarz już nie wysyłał na dodatkowe sprawdzanie i oficjalnie przypadkiem już te osoby nie były.

I dziś tak ścichapęk słyszę w radio jednym uchem, że na Ukrainie mnożą się przypadki grypy i covidu. Twondemia nadciąga. Spodobał mi się wyraz i rozśmieszył zarazem. Czego to media nie wymyślą. Teraz będziemy słuchać w radio o równoczesnych atakach grypy i covid. Niemcy i my ponoć najbardziej zagrożeni.

A tak sobie zerknę na wczorajsze dane corony. U nas 171 nowych przypadków, a u zachodnich sąsiadów … 115 535! O-o!

Ciekawe co się u nas zadzieje? Zamkną nas? Maski nam założą? Ciekawe.

Ale ta twindemia brzmi ciekawe. Nada poobserwować w tym temacie narrację naszych rządzących. Znowu na nas blady strach padnie?

ding dong

 

– a po chuj ci dzwonek? – rzekł, czy też quasi filozoficznie zapytał szwagier

– no masz w sumie rację – odparłem zaskoczony błyskotliwym, ale jakże mądrym ni to stwierdzeniem, ni to zapytaniem

Moja administracja dała znać o sobie. Rency opadają. Ale chyba się starzeję, bo ani nie napisałem, ani nie zaszedłem do urzędu co by obtańcować. Już wolałem zlikwidować dzwonek.

Nie dalej jak kilka lat temu, ale kilka, ze trzy może, moja mądralińska administracyja wymyśliła ulepszenie – światło zapalające się na klatce dopiero jak staniesz twarzą w twarz z foto komórką. Wcześniej wystarczyło lekutko wrota uchylić i już nastawała jasność. A teraz trzeba w ciemność wejść. Bałem się na początku. No bom nie wiedział, czy kto tam nie czyha na mię za drzwiami. Ale wtedy mądry Maciej przemawiał do mię tak:

– ale ty durny Maciek, w mat-fizie byłeś. Przecie jakby kto się zasadzał tam na cię, to by się świeciło, bo fotokomórka czuwa.

– no fakt – przyznałem rację sam sobie.

Z kimś mądrym warto czasem porozmawiać.

I już się nie boję!

Ale przy okazji elektryfikacji korytarza przecięli nam drucik od domofonu i ze 4 lokale nie słyszały kto tam puka, stuka, czy dzwoni. Mnie to nie przeszkadzało, bo większość znajomych ma kod do domofonu i sobie otwiera. A jak pan z sushi przychodził, to dzwonił na mobilny telefon. Dopiero po kilku miesiącach sąsiadka z naprzeciwka zagaiła, czy ja mam domofon na chodzie. No i wtedy nasmarowaliśmy pismo do administracyi. Naprawili.

Pod blokiem kilka ładnych lat temu zrobili podejście-podjazd. W końcu ktoś pomyślał o ludziach na wózku i z wózkiem. Ale. Bo zawsze jest jakieś ale. Podczas ulewy między jednymi a drugim schodami na takim wypłaszczeniu zbiera się woda. Po kostki. Ktoś zrobił spadek w nie tę stronę, co trzeba. Eh!

W wakacje 2022 wracałem z paczkomatu. Na nogach miałem swoje pepegi z Wallmart kupione w 2015 roku gdzieś w Utah (pomiędzy Salt Lake City, a malowniczym Moab). 8 albo 7 dolarów kosztowały.

Wracam z paczką. Deszczyk sobie dżdży. Jakżem się nie wywrócił na pierwszym stopniu. Padając ratować się chciałem. Łapałem za co się da. Finalnie stłukłem sobie dwa palce prawej dłoni. Ten malutki ucierpiał najbardziej. Na szczęście RTG nie wykazało połamania. Ale prawie miesiąc bolało. Eh, starość.

Wściekły byłem jak osa. Ale finalnie nie napisałem do administracji. Słowo daję, następnym razem obdukcję zrobię i do sądu pójdę. Trzeba na emeryturę jakoś zarobić.

A propos emerytury. Trzecia koleżanka w ciągu niecałego roku została stypendystką ZUS-u. Dokładnie dziś została. Ta pierwsza jakoś w listopadzie 2021 roku odeszła na wieczne wolne. W lipcu dołączyła Ewa z Poznania. Eh, jak ja im zazdroszczę.

A a propos szwagra. Zainspirował mnie. Grzybami. Sezon się zrobił. Codziennie kłuły mnie w oczy leśne dary. Zadzwoniłem pewnego dnia do męża siostry i się pytam jak on zalewę robi. Wyjaśnił. Prędko popędziłem na stragan i kupiłem rydze i podgrzybki. A później gąski i borowiki. Okazało się, że wywalanie słoików nie jest dobrym pomysłem, bo teraz by się przydały. Ale coś tam miałem. Przeliczyłem się z jednym. A właściwie podliczyłem się. Wydawało mi się, że grzybów mam od groma. Ale po podgotowaniu okazało się, że słoik bardziej pusty niż pełny. Ale nic to. Ważne, że mam. Zamroziłem sobie też partie jedną podgrzybków. Muszę jeszcze nakupić sobie coś na zimę. Może borowiki? Te gąski się pojawiły i zniknęły szybko. Eh.

Od kilku dni smażę grzyby. Byłem w restauracji Michela Morana. Tego od Master Chefa. Kolega z pracy rekomendował mi to miejsce i szeptał w ucho – bierz spoza karty. Zadzwoniłem do managerki i rezerwuję stół. Nieśmiało się podpytuje o te „spoza karty”. Myślałem, że to jaka kontrabanda, albo znajomości. A ona mnie uświadamia, że tablicę taką mają z daniami sezonowymi. Eh.

No nic. Wbijamy do Ma Maison i faktycznie jest jak … w domu. Spoza karty wzięliśmy tylko grzyby. A tak to jak zwykle wszędzie tatar, ślimaka, no bo to przecie u Francuza jestem oraz jakąś rybkę. Mniam!

Grzyby uwielbiam. Kiedyś mama Pana z Europy na K. zrobiła nam przepyszną jajecznicę na kurkach. Próbowałem w domu odtworzyć ten dań. Dwa razy. Za pierwszym razem podmuchałem na kurki, omiotłem miotełką i na patelnię. Kurna! Piach gryzłem, a nie grzyba. Za drugim razem, wypłukałem chanterelle i na patelnię raz-ciach wrzuciłem. Hmm, jakaś papka mi wyszła. Dałem sobie spokój z grzybami. Do teraz.

Kupiłem w sobotę rydze i borowiki. Omiotłem lekko szczoteczką i w miarę suchym zmywakiem. W przepisach stało, że można przepłukać, ale natychmiast należy osuszyć grzybki. No ja tym razem omiotłem i zmiotłem. Bez żadnych kąpieli. O mamma mia! Jaka delicja!!! Oczywiście na masełku smażone.

Dziś na obiad sobie zapodałem. Z bramborami! Mlask!

Jutro chyba risotto będzie.

Co do knajp, bo szlajam się jakoś ostatnio często, to zaszedłem do Polki Magdy Gessler. Po zwiedzaniu Zamku Królewskiego wstąpiliśmy na małe co nieco. Był ze mną polski Szwed, który jest bardzo polski. Podesłałem mu hasło na playera w TVN i on od razu na Magdę rzucił okiem i ogląda ciurkiem Kuchenne Rewolucje. Zamek Królewski taki sobie – tak przy okazji. Popierdułka jakaś. Także po zwiedzaniu musieliśmy zajść do Polki. Powiem tak, o ile ta pani zwraca uwagę i krytykuje czystość i inne takie, to mogłaby rzucić oczkiem na własne podwórko. Bardzo miła obsługa … i to tyle z pozytywów. Tatar ok, ale porcja mała. Dzień wcześniej jedliśmy dobry tatar w Cafe Mozaika za 29 zł. U Magdy – 20 złociszy więcej. Śledź ok, placki ziemniaczane też. Ale sos grzybowy taki jakiś cieniuni. Ale ich signature drink (polka drink) ciekawy, fajny. W lokalu jest tak jakby nieczysto. Kabel od lampki się przetarł i kelner chwilkę układa przewód tak, aby lampka dawała światło ciągłe. Na sali czuć zapach octu i … smażonego oleju, a raczej smażonej ryby. Śmiałem się, że może zimne nóżki podają, to temu tak czuć ocet. Ale nie, to nie ten zapach. Waliło tak, jak u mnie, jak kabinę prysznicową czyszczę miksturą: szklanka wody, dwie szklanki octu. Wstyd pani Magdo!

25 mądrości o kotach na Onecie znalazłem. Zwróciłem uwagę na ostatnią pozycję:

  1. Kot, który nie widział człowieka do 10 tygodnia życia, prawdopodobnie już nigdy nie pozwoli się oswoić.

Ciekawe.

No i ten dzwonek. Pisałem, że instalację gazową wymieniali. I wtedy musieli uciąć kabelek do dzwonka. Miałem iść i się awanturować, że po raz kolejny jakichś fachowców zatrudnili. Ale machnąłem ręką i w sumie posłuchałem szwagra. Ale niedawno widziałem jak jakiś fachura majstrował przy dzwonku dalszych sąsiadów. Wyglądał jak wysłannik administracji. Zagajam i się wszystko potwierdziło! Awaria globalna. Ekipa od gazu dała ciała. Awaria jest już zgłoszona. Pan zapytał tylko o numer lokalu i już. W sobotę pstrykam w przycisk przy drzwiach wejściowych moich i … DING DONG wrócił!!!

Ale po chuj mi ten dzwonek?

latka lecą

dziś sobie pogmerałem w intranecie pracowym. Jest tam taka zakładka „twój profil”. Wszystko jest. Ile zarabiam (rubin 13 złotych brutto), ile lat stażu, jakie szkolenia mam, szczeble kariery.

Ale uderzyła mnie jedna informacja:

Data wejścia w wiek ochronny: 07 marca 2037 rok

Data nabycia praw emerytalnych: 07 marca 2041 rok

Szok! Emerytura to taka odległa wizja, ale te 15 lat, to takie szast-prast! Za niespełna 15 lat będą mogli mi naskoczyć. Trzeba tylko prześlizgnąć się jakoś przez ten czas. Oczywiście pracując. Cholera, ja i emerytura!? I to już całkiem, całkiem za rogiem. Przecie na Sadybie mieszkam 17 lat! 1 września mi strzelił kolejny rok w tym magicznym miejscu Mokotowa.

Aha, a propos pracy i Moko. Tramwaj mi budują! Z Wilanowa do skrzyżowania Puławska/Goworka. Wszyscy narzekają, bo transportowanie się jest czystym koszmarem. Próbowałem na różne sposoby się dostać do centrum. Powsińską nie za bardzo, bo korki jak były, tak są. Do Metra Wilanowska też ślimacze tempo, bo od skrzyżowania Bonifacego z Sobieskiego zaczyna się tłok. Sobieskiego, czyli po staremu, jest słabo, bo przy Dolnej się kotłuje. Wymyśliłem, że najlepiej jest jechać na robotę albo na 7.30, albo na 9.30. Pomiędzy nie rekomenduję. Chyba, że ktoś lubi korki na drodze i tłok w autobusie. A wirusek czyha na nas właśnie w środkach lokomocji.

Wracając do pracy i (celebracji) odliczania, to coś mnie ludzie zaczepiają. Siłuję się dziś na siłce i widzę SMS, że Monika mi napisała wiadomość na Linkedinie. Coś w stylu, że 21 lat w jednej firmie, ho ho ho ho. No nie 21, bo miałem przymusowy urlop. 15-miesięczna laba. Płatna na szczęście.

Założyłem konto na Linkedinie jakiś czas temu. W maju bodajże. A bo może trzeba się rozejrzeć po rynku, a bo może ktoś mnie wypatrzy i zrobię karierę? Najlepiej finansową, bo mnie w tym wieku to tylko święty spokój interesuje i hajsy. Tak właśie wtedy motywowałem, swoją decyzję o założeniu profilu. Linkedin mnie piorunem odrzucił swoim wyglądem i funkcjonalnością. Jakieś socjalne nieporozumienie. Można niby zdjęcia wrzucać, na przykład z instagrama. Co chwilę zaczepiają mnie jakieś profile ludzi pracujących w mojej firmie pytając „czy znasz?”. Jakoś zmiany pracy i zaczepiania pod tym kątem nie widzę. Ale ponoć w innych krajach, np. skandynawskich to działa. No cóż, mam, to mam, pożyjemy, zobaczymy.

Po Monice widzę, że następna osoba z mej klasy licealnej się uśmiecha i kciuki wznosi z okazji 21 lat pracy. Marek D. od 17 lat kojarzy się z taką oto dykteryjką:

2005 rok, jesień. Robimy reunion klasy licealnej po 10 latach od „arbituriencji” (a niech zabrzmię jakoś mądrze, ale zapewne głupio. Nie ma takiego wyrazu, jak znam życie). 29 luda udało nam się zebrać w knajpie w Białymstoku. Razem z Anką (wychowawczynią). Z większością osób rzeczywiście nie widzieliśmy się te 10 lat. Zanim ta uczta nastała, to pilnie i całkiem skutecznie namierzaliśmy ludzi z klasy. Założyliśmy adres mailowy i wysyłaliśmy zaproszenia i czekaliśmy na RSVP (jak ja to mówię Rest In Peace S’il Vous Plait”). No i rzeczony Marek D. nam naskrobał takiego rezolutnego maila w odpowiedzi na nasze pytanie „co u Ciebie słychać?”. Przypominam, 10 lat nie mieliśmy kontaktu. Marek D. odpowiada nam w taki mniej więcej deseń:

A w sumie nic ciekawego. Żona, dwójka dzieci, magister na matmie.

Rozbawił nas. Do tej pory wspominamy to jako legendarną już dykteryjkę.

Po koledze z liceum jeszcze inne osoby zaczęły mi przyklaskiwać z okazji 21 lat.

Dotarło do mnie w końcu, że przecie 1 października 2001 roku zacząłem karierę w banku. Kiedyś się tymi latami ekscytowałem. Ale jakoś po 10 latach przestałem. Do dziś. 21 lat! Oczko takie.

Oczywiście każdy mnie zrozumie, jak powiem, że zleciało jak z bicza strzelił!

Może trzeba było przeczytać w końcu tę książkę? Prezent od pani wtedy-jeszcze-doktór ze Szczecina. Ukradkiem pożyczyłem ją Uli w Stanach i tam gdzieś powinna odpoczywać. Strasznie mały druk miała. Nie zachęcała do czytania. Nawet w samolocie na trasie Waw-NYC (dowolne lotnisko).

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑