Miesiąc: listopad 2012

101, czyli dochodzę

101-wszy wpis, czyli dochodzę do wniosku, że jak ktoś jest głupi i w komunikacji miejskiej wyciąga telefon i czyta lub pisze sms lub maile, to ja zerkam i czytam.
Konotacja głupia, jak większość rzeczy w moich wpisach.
Od sierpnia 2009 nasmarowałem już 101 wpisów. Mało coś mi się wydaje. Ale, hm, chciałem napisać, że ważna jest jakość, a nie ilość, ale się zreflektowałem.
To dzielenie się na temat zerkania na przenośne urządzenia ludzi w miejscach publicznych spowodowane jest pewnym, wczorajszym mailem od pewnej koleżanki. Piszę, że pewnej koleżanki, a nie, że pani inżynier ze Szczecina, bo pani inżynier ze Szczecina znowu się zarumieni, że ją obnażam, albo coś podobnego.
No to jest pewna koleżanka, załóżmy, że nie jest to pani inżynier ze Szczecina, która wczoraj mi przesłała opis ciekawego zdarzenia. Tak mnie ono ujęło, że pękałem ze śmiechu. Nie aż tak pękałem, jak kiedyś, gdy kolega podesłał mi pewien „krzyk rozpaczy” pewnego DJ-a Yamnika. Ale uśmiałem się setnie, a jak wiadomo śmiech to zdrowie.
Cytuję:
jechałam tramwajem parę chwil temu. Przede mną siedzi kobieta. Czyta książkę pt. Radykalne wybaczenie. Zerkam z nudów jej przez ramię…
Tytuł rozdziału: Wyrażanie emocji.
W pewnym momencie kobieta dostaje sms. Czyta go … po czym jednym zgrabny ruchem, bez cienia wahania odpisuje: PIERDOL SIĘ.
no rozbawiła mnie!!

Pardon koleżanki frencz, no ale to życie pisze scenariusze takie.
Ja też bezczelnie zerkam, jak ludzie wywalają na widok publiczny swoje telefony, tablety i czytają, i odpisują na maile lub sms. No ale mnie nic nigdy takiego ciekawego się nie przytrafiło. Jestem tylko ciekaw autora tej książki „Wyrażanie emocji”, bo bym zerknął.
A propos czytania książek. Tak mnie naszło, że czytam 4 książki na raz.
„Easy way to stop smoking” zacząłem chyba 3 i pół roku temu, kiedy to podczas wizyty w USA Ula sprezentowała mi ją zaopatrzywszy się na Amazonie. No na mnie ta książka jakoś nie działa. Wiem, wiem, jak za pierwszym razem nie pójdzie, to trzeba czytać kilka razy. Jacyś ex-palacze zachwyceni efektem twierdzą, że aż 3 razy ją czytali. Ja jakoś utknąłem na drugim rozdziale i … palę dalej.
„Just kids” było impulsem po przeczytaniu polskiego tłumaczenia „Poniedziałkowe dzieci”. Idzie mi jak krew z nosa, bo czytam ją tylko w drodze do pracy. A rano, to albo nie ma warunków, albo myślę tylko o tym jak tu się zdrzemnąć. Zaparłem się i stwierdziłem, że czytać mi będzie lepiej, jak będę wyprzedzał poranny tłum w autobusie. No to od jakiegoś czasu wstaję wcześniej i w pracy jestem przynajmniej 30 minut przed ósmą. W robocie jestem sam od jakiegoś dłuższego czasu i ten czas się chyba zakończy za dwa tygodnie. Chyba. Efekt jest taki, że jestem przezmęczony, nie wiem jaki jest dzień tygodnia i tylko fakt, że budzik nie dzwoni, bo jest nastawiony na dni robotnicze, uświadamia mnie, że jest weekend.
„Sinobrodego” zacząłem czytać przed „Just kids” i „Trójka z dżemem, palce lizać”. Porzuciłem ją więc na czas zapoznawania się ze wspomnianymi dwiema lekturami.
„Trójka z dżemem, place lizać” jest najbardziej kretyńsko wydaną książką. Papier jest tak gruby, że wydaje mi się, że przewracam 3 strony na raz, a nie jedną. Atrament ma taki odcień szarości, że trzeba wszystkie lampki w domu palić. No ciężko i topornie się czyta. Ale się czyta. Taka biografia o Trójce. Ciekawa w sumie.
Lubię soboty. Człowiek z rozpędu nadal wstaje rano. No może już nie o 6:20 ale przynajmniej ciut po 7. Szkoda dnia! Oporządziłem kwadrat, że aż lśni. Poleciałem do sklepu nieśpiesznie. Teraz to już tylko patrzę jak zupa dyniowa bulgoce przy miłych dźwiękach „Bone Machine” Toma Waitsa lub Lao lub Donalda Fagena.
Heh, zapomniałem kupić Kreta!

101-wszy wpis! Bardziej ta liczba kojarzy mi się z filmem koncertowym Depeche Mode, którego kiedyś byłem wielkim fanem, niźli ze statystyką mego bloga. No właśnie DM w Polsce jakoś na przyszłe wakacje. Czar tego zespołu dla mnie prysł w 2006 roku, kiedy to widziałem ich na Legii. Niestety lekko koszmarnie i zniechęcająco. Przy okazji koncertów, kolega mnie namawia na Dead Can Dance w Curychowie. Zapotrzebowanie było takie, że drugi koncert zorganizowali. Szkoda, że w Polsce nie pomyślą o fanach, bo bilety już sto lat temu wykupione. Waham się nad poleceniem. Ale co ja będę w Zurychu robił?

Coś tam jeszcze miałem w zanadrzu ale jak zwykle z pamięcią nie tego. Czyli pewnie coś równie głupiego lub nieistotnego.

Lecę przygotować się na imprezę z okazji 20-lecia pobytu w Polsce pewnego Wietnamczyka Nama.

podobno Azja istnieje gdzieś

…lecz z moich okien nie widać jej”.
Hey wydał nową płytę – Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan. [„doo” a nie „do”].
„Kopciuszek”?
Haneczka: mamo, mamo, gdzie rękawiczki?
Kasieńka: mamo, wolniej, bo pogubię trzewiczki!
Macocha: Ciszej! Posłuchamy co herold obwieszcza.
Herold: Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Król Jegomość kieruje orędzie:
„Niech lub pozdrowiony będzie, i niech każdy nadstawi ucha, i niech każdy uważnie słucha.
Król Jegomość, wielce wzruszony, ogłasza na wszystkie strony, że jak każe pradawny zwyczaj, szuka nadobnej żony dla syna-Królewicza, gdyż Królewicz jest tak rycerski, że porzucić chce stan kawalerski”

Spokojnie. Hey nie nagrał bajki. Po prostu taki tytuł. Teksty Nosowskiej jak zawsze ciekawe. Tylko czegoś mi brakuje. Ta muzyka jakaś taka niepasująca mi do Heya. Niby elektronika, niby rock ale coś mi tu nie pasuje. Zawsze coś. No nic, słucham w koło Macieju i się przysłuchuję.

„Podobno Azja istnieje gdzieś, lecz z moich okien nie widać jej”
Lufthansa, bodajże, reklamuje się, że „przez noc przez ocean. USA od 1900 zł, Azja od 2300 zł”. Ceny mogłem zaokrąglić, proszę się nie sugerować. Zawsze byłem słaby z biologii, ale wydaje mi się, że Azja za oceanem nie leży. W sumie to zależy jak na to spojrzeć.

A ktoś też kiedyś śpiewał „Podobno nie ma już Francji”. Heh, Hitler pewnie podkręca wąsika na samą myśl z radości. [niewybredny żarcik, głupia i niemądra dygresja].

Wracając do samolotów. Lubię latać. Jedyny minus to oczywiście ciasnota i niewygodność, szczególnie przy lotach przez ocean, kiedy trzeba się ok. 9 godzin mordować w maluśkim fotelu. No i te turbulencje czasem potrafią spowodować, że całe życie przelatuje mnie przed oczami.

Ostatnio oglądałem dwa programy z serii „katastrofy w przestworzach”. W jednym odcinku samolot zamknął palące się koła. Niestety dopiero w powietrzu zorientowali się, że wszystkie prawie układy, w tym hamulcowe, się przepaliły. Płonący silnik wyglądał … niestety … imponująco przerażająco. Eksplozja spowodowała, że nikt nie cierpiał.
O tragedii smoleńskiej nie ma co wspominać, bo po co. Może międzynarodowa komisja to rozstrzygnie. Ale jak powiedział były prezydent – za chwilę, to ta tragedia będzie mitologią.
Żeby nie było tak ponuro, to w programie „1000 ways to die” zaprezentowano z przymrużeniem oka rekonstrukcje zdarzeń pod nazwą „steward death”. Było to o pewnej wrednej pani stewardessce, która odbywała swój ostatni lot przed zrezygnowaniem z pracy. Złośliwość pani całkiem złośliwa. Rzucanie orzeszkami do pasażerów oraz odpowiadanie na pytanie czy pasażer mógłby dostać poduszkę – „no, you may not, thank you very much”. No wredny babsztyl. Kapitan zarekomendował zapięcie pasów z powodu lekkich turbulencji. Bohaterka epizodu oczywiście „i will not, thank you very much”. W pewnym momencie zerwało poszycie kadłuba i pani stewardessa została wyssana. Wiatr o prędkości huraganu, -69 stopni C, cieśnienie powietrza załatwiło sprawę jeszcze przed uderzeniem o ocean.
Okazało się, że była wada konstrukcyjna. Gdzieś tam woda się wdała i powstała wilgoć i zaczęło gnić. Silny wiatr zerwał fragment konstrukcji robiąc w samolocie szyber-dach.
Głupocie ludzkiej mówmyż stanowcze „NIE”, ale śmierci to nie życzmyż nikomu.

Niektórzy wiedzą do czego zmierzam, niektórzy nie. Miałem sen! Nie, nie jestem Martinem Lutherem Kingiem. Nie walczę o prawa białych.
Miałem sen, że miałem lot. Do Londynu. Dziwne to były linie. Chyba tanie i to bardzo tanie, bo nawet sensownego lotniska nie mieli. I nie trzeba było nawet stawiać się do odprawy na półtorej godziny przed odlotem.
Przybyłem spokojnie na lotnisko za 15 minut odlot. Stwierdziłem, że jeszcze mam czas na papierosa. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. No ileż można palić? 5 minut i jestem z powrotem. Zdążę.
Problemy zaczęły się, jak wracałem. Jakiś tłum ludzi, nie mogę zdążyć na czas. Na zegarku w hali widzę, że jest „9:56”. 4 minuty do odlotu.
Wpadam pod bramkę. Pan mnie informuje, że samolot już kołuje po płycie. Mogłem polecieć jutro, dopłata nie byłaby jakaś straszna (przecie to tanie linie lotnicze). Ale oczywiście się uparłem i spowodowałem, że samolot zawrócono i mnie wpuścili.
Nikt nie doleciał do Londynu.

I teraz taka konkluzja, nie wiem tylko którą wybrać:
– nigdy nie latać do Londynu?
– nigdy nie latać tanimi liniami?
– nigdy nie spóźniać się na samolot?
– nie awanturować się jak samolot ucieknie?
– przestać oglądać programy o katastrofach w przestworzach?

No bo to, że jednak nie zginę w katastrofie lotniczej, to już pewne na 100%. Każdy mi mówi (na razie 2 osoby), że sny się interpretuje na odwrót.
Nie wiem teraz czy na święta do Białego jechać pociągiem, czy polskim busem. Cholera, samoloty na wschód nie latają.

Porzucam myśli samolotowe. Dni Marcinkowskie czas zacząć.
Jesssu, dziś są imieniny Nimfy! Jak można tak dziecko nazwać!?

11 LISTOPADA SĄ RÓWNIEŻ IMIENINY MACIEJA!!!
Oprócz tego jutro celebrują również: Marciny – no to oczywiste, Miny i Trudy, i inni już o normalnych imionach.
Macieja są 11 listopada! No proszę, proszę. A ja już się tak zastanawiałem kiedy obchodzić. 24 lutego kiedyś było. Od kilkunastu lat (chyba) rodzice mnie winszują jakoś w połowie maja. Nigdy nie pamiętam numerka, ale wiem, że i Bonifacego są wtedy. Cóż za koincydencja! W związku z tym zamieszaniem co do dat, postanowiłem nie obchodzić imienin. Ale teraz!? Przy takim odkryciu!?
Pijanym ze szczęścia jest!
Teraz coś mi świta, ze pani inżynier ze Szczecina napomknęła o tym fakcie niedawno w swoim jak zwykle długim mailu. A ja, jak to mam w zwyczaju, nie czytam dokładnie dłużyzn na moim BlackBerry. A pani, niestety, inżynier ze Szczecina, ma inklinacje do smarowania elaboratów. Że też jej się chce 🙂
Myślałem, że z tymi moimi imieninami, to sobie żartuje, albo co najwyżej się przeliterowała. Do mnie często ludzie mówią „panie Marcinie”. Hitem było – „panie Pawle”! „Panie Michale” jeszcze jakoś mogłem pojąć, ale Pawle!?!? Ah, i raz jedna pani w pracy zatytułowała do mnie maila „panie Tomku”.
Rodzice mi kiedyś wspomnieli, ze miałem być Rafał. Uffff!
Ja wolę moje prawdziwe imię, o którym tylko wie Państwo na K. z Europy – Ambrozjusz.

12 listopada imieniny obchodzą – Chrysta, Czcibor, Izadiusz, Konradyna, Renata. O matko Boska Częstochowska. No Renata to jeszcze rozumiem, ale reszta!

Ale jestem zszokowany tym Maciejem jutro!

Kończę, bo mi ręce drżą z emocji.
I to chyba w końcu jest ten setny raz!
Który raz? Setny raz!
Bo to się zwykle tak zaczyna!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑