Miesiąc: grudzień 2011

świat się bawi

Wstaję przed budzikiem. Oczywiście bez problemu. Wypoczęty i wyspany. A w tygodniu, to tak ciężko się zwlec. Hm?

Włączam TV na rozbudzenie. W TVN pokazują wielką konserwację „Bitwy pod Grunwaldem”. 42 metry kwadratowe, 400 kg wagi. Nieźle! Robią to już ponad rok, a koniec widać już będzie w maju. Ciekawe czemu o sponsorach konserwacji nie mówią. Pewien Bank się chwalił na Rotundzie, że wspiera to przedsięwzięcie. Ciekawy reportaż. Szkoda tylko, że prowadząca Ringa Kusin taka cienka i infantylna w swoich programach jest.

W TVN Turbo pokazują top 20 wpadek po pijaku. Numer 1 to małżeństwo. Pan się tłumaczy, że nie może stać na jednej nodze, bo ma zawroty głowy. Jest ewidentnie pijany jak bela, więc w końcu go pakują do radiowozu. Żona też została zakuta, za pozwolenie na DUI (driving under influence). W samochodzie pan zaczyna działania pozwalające na wydostanie się. Potraktował, jak się oczywiście można było spodziewać, bezskutecznie szybę nogami. Za karę i na uspokojenie policjanci zaprezentowali gaz pieprzowy. Pan kierowca wyraził swoje oburzenie, że jak można tak jego panią potraktować. Przecie nic nie zrobiła. Skończyło się na tym, że na zmianę zaczęli pluć sobie do oczu, żeby pozbyć się gazu, który zaczął działać. Niezła praktyka. Narrator mówi, że infekcji oka można się nabawić. Nieszczęścia jednak chodzą parami.

Przerzucam się na Trójkę. Cały świat się już bawi. W Australii już późno, a w Jasnym Zieleńcu jeszcze głęboka noc.

Śniło mi się dziś, że byłem na wyjeździe służbowym. Właściwie, to organizowałem ten wyjazd. Nie wiem jakim cudem znalazł się tam mój dobry kolega spoza firmy. W snach chyba nic nie jest logiczne. Na tym evencie mam jakąś sytuację krytyczną. Dyskusje i kłótnie z uczestnikami. Staram się wszystko wyjaśnić. Ale coś za wolno i nieskutecznie mi idzie. I ten kolega, niby taki autorytet, kiwa głową i mówi – słabo ci idzie, cienki jesteś. Pytam się, żeby na przyszłość uniknąć takich błędów, co robię nie tak, skąd wie? „Masz przerażenie i porażkę w oczach”. Kolejne nocne dziwadło. I weź tu zrozum sny. Może to znaczy, że spotka mnie dziś coś dobrego?

Człowiek jak czegoś bardzo chce, to osiągnie to. Trafiłem w końcu szóstkę. Szkoda, że nie w totolotku. Nie rozwodząc się zbytnio, poinformuję, że w poniedziałek idę do jakiejś renomy w świecie warszawskich internistów. Zażyczę sobie skutecznych kroków i działań. No ileż można?

No i ten Sylwester dziś. Czuję się taki przytkany. Nie wiem czy mam ochotę na huczne i głośne zabawy. Może w domu zostać? Może zadzwonię do siebie do Australii i zobaczę jak rozwiązałem ten problem.

Co do liczb, to wczoraj pękło 4000…wizyt na moim blogu. Dla mnie to dużo, choć tak naprawdę to mało. Ale ja się cieszę, że mój niszowy blog odnosi takie sukcesy.

Dwa łyki statystyki:

W 2009 roku od sierpnia do grudnia zanotowano 1 748 wizyt

W 2011 roku rekordowe 1749

Plus oczywiście to, co ten wpis sprawi.

Trójka puszcza The Cars i ich „Drive”. To moja jedna z ulubionych piosenek. Autor programu chyba robi aluzję do jutrzejszych powrotów. Who’s gonna drive you home tonight? Mnie zapewne nocny autobus, bo na taxi nie ma co liczyć. Co prawda idę się bawić za rzekę ale to i tak 5 km od domu. A może zostać w domu?

Rezolucja noworoczna – nie mieć żadnych wątpliwości co do podejmowanych decyzji.

Do (p)siego roku!

hehehehe, a w Trójce Al Stewart i “Year of a CAT” (też lubię ten szlagier)

Kończę w końcu, bo nie skończę nigdy. Życzę wszystkim dobrej zabawy. I tym w Paryżu, i tym w “Szczecinie”, i tym w Jasnym Zieleńcu, co ponoć (o ile mnie pamięć nie myli) jadą do Bostonu, i tym wszystkim innym gdzieś tam.

Pokolenie mlonów

Albo też wazonów. Jako, że jestem w Białymstoku, to wspierać będę słownictwo lokalne.

Wczoraj na osiedlu, kierując się ku bankomatowi usłyszałem śledzie! Pierwszy raz na moim osiedlu. Nowi się osiedlili …

Nie tak dawno dowiedziałem się, że jest nowe pokolenie. Pokolenie Grzybów. Młodzież świeżo po studiach, czyli wychowana w wolnej Polsce. Nowe okoliczności, nowe możliwości. Wyuczeni, sto języków w jednym paluszku, znajomość komputerów w drugim. Studia skończone, a pracy nie ma. Postawa roszczeniowa do życia. I z takimi Grzybami chyba jechałem do Białego w środę. A może to nie fungi, tylko ja jakiś stary już jestem? A może ciągnie na Zachód?

O postawie roszczeniowej do życia, ale chyba do Państwa pisze tez pewien pan z Polityki. Tu już ma na myśli całe społeczeństwo, a 50-65-latków określa mianem „straconego pokolenia”.

Chyba nie tędy droga w moim wpisie, bo skupić się chcę na braku kultury, a tego raczej starszym ludziom zarzucić nie można. Grzyby już chyba nie wiedzą co to kindersztuba.

Zajechałem na metro stacja Wilanowska przed czasem i czekałem na autobus do Białegostoku. Ludzi nie dużo, ale widać było gołym okiem, że cały autokar będzie wypełniony. O minutę spóźniony bus podjechał na stanowisko. Ludzie oczywiście zamiast ustawić się w szeregu zrobili tłum. Pan kierowca oświadczył po chwili, że zmiana pojazdu nastąpi. Do tego się ponoć nie zmieścimy. I zaczęło się. 80% podróżnych miało torby na kółkach. Szybki odwrót i biegnięcie do autobusu, który już stał z tyłu. Nie patrzą, że ludziom po nogach jeżdżą, nie widzą co się dzieje z tyłu z walizką, bo prą. Byle jak najszybciej dojść do wejścia. Przy nowym busie znowu „kupa” ludzi. Byłem w 3 rzędzie do luku bagażowego. Po 20 sekundach już byłem w 5. No co za bezczelność. Kompletnie nie rozumiem tego. W pewnym momencie zakląłem pod nosem i wycofałem się. I tak się zmieszczę i tak. Ów „kupa” wyglądała jak lemingi, którym ktoś włączył opcję „zapakuj bagaż”. Popatrzyłem na mój plecak i torbę. W sumie to nie potrzebuję tam się dostać. Wchodzę do środka. Przepuściłem dziewczynkę ale na mlona, który już bezczelnie chciał się wcisnąć przede mnie, spojrzałem wymownie. Nie zaryzykował dalszych działań wpychania się.

Wsiadłem. Torba ledwo się upchnęła w półkę na górze (strasznie wąskie półki mają), a plecak postawiłem między nogi.

Włączam sobie radio i zakładam słuchawki. Nie słucham już muzyki głośno. Uszy i tak się przystosowują do poziomu hałasu/dźwięku z zewnątrz.

Ruszyliśmy.

– CZEŚĆ MAMO, JADĘ. BĘDĘ PO 13. NO JAKIEŚ OPÓŹNIENIE MIELIŚMY – komunikuje jakaś lalka dwa rzędy za mną po przekątnej.

(zgodnie z netykietą – Caps Lock znaczy krzyczenie)

Czy wszyscy muszą słyszeć rozmowę innych? Ja z wielkim wstydem odbieram telefon w autobusie i najczęściej mówię, że oddzwonię albo tekstuję, że nie mogę rozmawiać.

Kolejny siedzi obok mnie ale dzieli nas przejście miedzy rzędami po lewej i po prawej.

Tego to już kompletnie nie mogłem pojąć. Na laptopie mlon włączył film oraz jakiś beznadziejny hip hop polski w telefonie. Jestem w stanie pojąć, że Grzyby dziś mogą mieć podzielną uwagę, ale na myślenie to chyba zabrakło już szarych komórek. Mlon miał piękny telefon, cudo laptop, więc na słuchawki zabrakło funduszy.

Nie wytrzymałem:

– przepraszam, to u ciebie tak gra?

– tak

– możesz ściszyć?

Ściszył, a później nawet wyłączył muzykę. Tylko co z tego, jak dialogi z filmu było słychać. No nic, akurat takie odgłosy mnie nie rozpraszają. Można się wyłączyć. Słuch się w końcu przystosuje do dźwięków z zewnątrz, aż w końcu je zignoruje.

Mam cały czas słuchawki na uszach!

4 rzędy przede mną kolejny mlon również postanowił sobie porozmawiać. Tym razem cały autokar słyszał ciut więcej i bardziej prywatne rzeczy.

Mój sąsiad od hip hopu też dostał od kogoś telefon:

– NIE WIEM KTO MÓWI

– A CO TO ZA PYTANIE MNIE KTO MÓWI. DZWONISZ TO SIĘ PRZEDSTAW (wow, przynajmniej Grzyb wie coś na temat zasad przedstawiania się)

– NIE WYŚWIETLA MI SIĘ NUMER, NIE ZNAM I NIE BĘDĘ ZGDAYWAŁ

– AAAA, PRZEMEK. NO CZEŚĆ

I zaczęło się

– ZA MAŁO CZASU, ŻEBY POWIEDZIEĆ. JARAM ZIOŁO I JEŻDŻĘ NA DESCE…

W tym momencie skupiłem się na widokach za oknem. Wjechaliśmy do miasta zwanego Białymstokiem.

I tu kolejna dziwna rzecz. Nagle wszyscy zaczęli wstawać, brać kurtki i się ubierać. Posiadali z powrotem i postawili torby na kolanach.

Jako, że ja siedziałem w pierwszym rzędzie przy schodkach postanowiłem na spokojnie wstać po zatrzymaniu się autobusu i zacząć się zbierać. Niech mnie tylko który co powie.

Dodatkowo, miejsce nasze miało taki stoliczek przed nami. Mlon siedzący pod oknem wyciągnął swojego laptopa zajmując całą przestrzeń przesuwając moje: książkę, sudoku, krzyżówki.

Szybko się zorientował, że sobie tego nie życzę.

Nie rozumiem kompletnie tego zachowania. Podejrzewam, że ja byłem taki sam, ale raczej w liceum. Tu ewidentnie byli studenci i starsi.

W USA podobało mi się jedno. Ordnung Muss Sein! Nie będę pisał o Porządku Germańskim, bo dla mnie ten kraj jest nudny i nieciekawy. Społeczeństwo też jakieś zamknięte na konwersowanie z turystami po angielsku. A w USA było tak, że jak przychodziłeś trzeci na przystanek, to na bank trzeci wsiadałeś do autobusu. Jak się wysiadało, to po kolei. Pierwsze rzędy na sam przód. Hm, pamiętam też w sumie hiszpańską chica, która siedząc za mną bardzo głośno rozmawiała przez telefon.

Nawet w londyńskim metrze ludzie rozumieją i stosują się do „Keep Right”. O dziwo right, a nie left.

A Londyn też multikulturowy się zrobił.

Pokolenie Grzybów to, czy pokolenie mlonów? A może ja już stary, że takie rzeczy mnie drażnią. Motto moje od dawna to – głupocie ludzkiej mówmyż  nie!.

Kończąc już wzburzenie me, napiszę o promyku nadziei, czyli o pokoleniu młodszym – dziesięciolatków. Hm, nazwijmy je Generacją Nadziei.

Mój siostrzeniec w szkole musiał dokończyć zdania. I tak:

Dziś czuję się … smutno

Mój ulubiony kolor … czarny

No myślę sobie, że depresja z okresu przedszkola wraca. Ale nie…

Nie cierpię kiedy … ludzie kłamią

Jak będę miał dużo pieniędzy to … oddam na cele charytatywne (tu się prawie zgadzamy. Prawie, bo ja całej kwoty bym nie oddał)

Nie chciałbym stracić … rodziny i przyjaciół

Cenię … szczerość

Później jakieś takie banały. Lubię grać w piłkę, nie mam ulubionego piosenkarza (nad tym muszę popracować), ulubiona pisarka to ta od Harry’ego Pottera.

A jeszcze młodsze pokolenie siedzi na tronie i tylko ręce, nogi i głowa wystają, bo Motylek (nazwa jego grupy w przedszkolu) zapada się w dorosłym sedesie…

Oj, dobrze, że przypomniałem sobie. Muszę podskoczyć na róg Sienkiewicza i Rynek Kościuszki i sprawdzić nadanie praw miejskich Białemustokowi.

Moje wczorajsze wielkie odkrycie! czyli teoria Małego Wybuchu

Wyszliśmy wczoraj na miasto w swoich najlepszych ciuchach zakupionych w 2008 roku w jakimś mieście-sklepie w stanie Nowy Jork. Pamiętam tyko, że z Jasnego Zieleńca zjeżdżało się na 208 South i się jechało prawie 90 min. Miasto-sklep to takie centrum handlowe o wyglądzie miasteczka. Spędziliśmy tam cały dzień robiąc spotkania pod samochodem co 3 godziny, żeby torby z zakupami zostawiać w bagażniku. Panie na lewo, panowie na prawo.

[i’m so 3008, you so 2000 and late]

Kurtki i koszula retro a’la grunge od Calvina Kleina, spodnie od Tommy’ego Hilfigera, buty też jakaś znana marka i na miasto.

I tu nastąpiło wielkie odkrycie! Muszę zrobić kolejną dziurkę w pasku od Calvina Kleina. Coś za dużo tego CK w mojej garderobie. Z zębami w spodniach, czy też ze spodniami w zębach pewnym krokiem przemierzaliśmy pasaż handlowy wzdłuż stacji metra Centrum do Hybryd. Przecież tak niedawno robiłem dziurkę w pasku! Jest mnie coraz mniej! Na szczęście w Białymstoku tato ma wiertarkę, to się podziurkuje i na zaś, żeby nie było takich niespodzianek więcej.

Do Hybryd dotarliśmy ok. 18:47.

Te Hybrydy, to taka spontaniczna fanaberia. Codziennie przechadzam się pasażem Wiecha. Na jakimś murze zobaczyłem plakat reklamujący wydarzenie 18 grudnia. Ostatnia kulturalna rzecz to balet w Odessie. Czas na polską rozrywkę wyższego lotu. CzarnąJagódką zawiadomiłem Pana K., że kupuję bilety i ma iść. Po konsultacji z Panią K., Pan K. nie widział przeciwwskazań i dostałem aprobatę na zakup dwóch sztuk.

Czekać to ja mogę na Edzie Górniak, a nie na jakiś grajków z jedną 40-minutową płytą na koncie. Jeszcze chwila i te 25 zł nie zrekompensowałoby tego muzycznego wydarzania, tego czekania na zimnym dworze. Ale w końcu, ciut po 19 zapaliły się światła nad wejściem do klubu.

Czekać to ja mogę na Edzie Górniak! Zespół wyszedł na scenę o 20:25! Już na dzień dobry minus.

Wspomnę jeszcze o saporcie. Grunge’owy Jesus w kolorach Boba Marleya zagrał jeden utwór, około 30-minutowy. Chłopiec w oparach dymu i mistycznym świetle grał na gitarze. Rzekłbym muzyka przestrzenna. Tylko nie wiem po co mu gitara, skoro większość dźwięków była puszczana mechanicznie? Podczas rozkoszowania się papierosem w sali dla palących wydawało mi się, że jesienny bożek (w sumie to jeszcze jesień jest) gra „Halellujah” Leoanrda Cohena. No dobrze, poplumkał sobie artysta nam do piwa i zniknął.

Sorry chłopaki, nowa dziewczyna w mieście! Zabrzmiało to chyba dziwnie, więc spieszę z wyjaśnieniami. Jest taka pani Isabelle K. tajemniczo zwąca się. Nie, to nie ta od MarcinKiewicza! Nasza Isabelle coś z tajemniczości ma. Dopiero dziś odkryłem, że to nasza polska Izabela Komoszyńska. Ale bynajmniej czar nie pryska.

Co do płyty, to pisałem wcześniej, że w ciągu roku podobało mi się „Hard Working Classes”. Muszę chyba rankingi porobić za rok kończący się i dać im prawie w każdej kategorii numerek 1.

Muzyka elektroniczna, indie, rock, inna – tak ich na stronach www określają. Dla mnie to bardziej w elektronikę idzie. Taka Pati Yang, taka trochę wokalistka z piosenki norweskiego Royksopp „What else is tere?”. Ta ostatnia wokalistka to Karin Elisabeth Dreijer Andersson o scenicznym nicku Fever Ray. Pani inż. ze Szczecina się ucieszy, bo to jej ostatnie, koszmarne jak dla mnie, odkrycie muzyczne.

Także nie miałem pojęcia co mnie czeka na koncercie. Spodziewałem się i’komputera jakiego z nadgryzionym jabłkiem i pani śpiewającej z przerobionym jakimś vocoderem głosem.

Ale nie!

Jeden z najlepszych koncertów. Szkoda, że nagłośnienie w lokalu słabe. Ale głos! Niesamowity! Na żywo dziewczyna brzmi obłędnie. A entourage, czy też oprawa muzyczna – rockowa. Brawo! Z gości wypatrzyliśmy całujące się panie dwie, chyba krypto gejów dwóch i gitarzystę Hey’a Roberta Ligiewicza (mam nadzieję, że to był on). Czyli muzyka dla wszystkich.

Zespół zaśpiewał całą swoją płytę z jednym, chyba coverem. Chyba, bo brzmiało to jak „Help” The Beatels’ów. Wersja bardzo nieudana i odstająca od reszty. Ale wtedy chyba właśnie postanowiliśmy opuścić nasze hooker’y przy filarze i pójść na kolejnego dymka. Przegapiłem też moją ulubienicę, czyli „Chance”.

Jak pani prosi, to chyba się nie odmawia?

Give me a chance, like no one did before.

No dam ci ja ją, a dam! A właściwie, to już dałem i nie żałuję.

Pani Isabelle K. piękna, zwiewna, o przecudnym glosie, eh! Na szczęście na bis zagrali znowu to, co już raz grali i uraczyłem się „Chance” w wersji live. Czyli dostałem to, com chciał (ale koca na dach nie musiałem wynosić).

Kiedyś na koncercie L’Stadt wokalista Łukasz powiedział wprost do domagających się fanów bisów, że zagrali już wszystko co nagrali, więc zagrają jeszcze raz kilka numerów.

Chciałem wygnać panią inż. ze Szczecina na koncert ale wiedziałem, że nie ma sensu, bo warszawskie wydarzenie było zakończeniem ich trasy. Najbliżej Szczecina to grali w łódzkiej „Improwizacji” 2 grudnia. Szkoda! Pani inżynier musi się obejść smakiem i polować na nich następnym razem.

Ja już wyglądam na to wydarzenie. Sorry Chłopaki zawsze i wszędzie. Ha, nawet za koncertem Hey’a pojechałem kiedyś aż na Greenpoint, robiąc tym samym pewniej Uli radość i wspomnienie czasów liceum. Bo my w liceum najwięksi fani Hey’a byliśmy. Cała prawie klasa znaczy.

Dziś rano z kolei zrobiłem coś po raz pierwszy. Zapisałem mój sen, bo naprawdę osobliwy był.

Pan K., jako Wielki Ekspert Fizyki, tłumaczył mi jak zbudowany jest twardy dysk i pen drive. To pierwsze jest zrobione z takiego czegoś (oczywiście nie pamiętam kompletnie z czego) i jest bardzo mocno owinięte wokół czegoś, w konsekwencji wytwarzając oczywiście pole magnetyczne. Ta budowa wynikała z tego, że twardy dysk przyjmuje dane, więc musi być taki ubity i twardy. Jak to twardy dysk. Wszystko brzmiało wielce sensownie i naukowo. A pen drive? Całkiem odwrotnie. Jako, że głównie oddaje dane, to jest luźno zbudowany. Żeby nie było tak banalnie, to wielki uczony Pan K. powiedział, że pen drive przy uderzeniu np. o ziemię wybucha. Na sprawdzenie tej niewiarygodnej teorii i tego wielkiego odkrycia od razu cisnąłem z całej siły moim przenośnikiem danych. A cóż to był za huk! Zapytałem się jeszcze zaspakajając mą ciekawość – a dlaczego ten pen drive nie wybucha jak go tak sobie rzucam na stół?

Bo trzeba większej siły, żeby nastąpiła eksplozja – szybko, mądrze i naukowo rzekł Wielki Ekspert Fizyki Pan K.

Prawda, że ciekawy to sen był?

Dziś rano odkryłem coś kolejnego. Okres Wielkich Odkryć Życiowych? Moja em-pe-trójka wylosowała w końcu Sorry Boys. Pierwszy utwór. Jej, strasznie płyta straciła po koncertowych przygodach i doświadczeniach. Zawsze było tak, że wersje albumowe i live tych samych płyt, piosenek i artystów nie kolidują ze sobą. Jeśli koncert mi się podobał, to nie miało to wpływu na odbiór późniejszy płyty. Moje wielkie odkrycie postanowiłem zakryć, puszczając od razu po powrocie do domu “Hard Working Classes”. Uff, udało się. Wszystko gra.

Ale tak naprawdę moim wielkim odkryciem był fakt, że jest mnie coraz mniej. Szkoda, że nie spytałem o to zjawisko Wielkiego Eksperta Fizyki…

“im więcej Ciebie, tym mniej,

bardziej to czuję, niż wiem.

Naprawdę, im więcej Ciebie, tym mniej,

jak to jest możliwe?

Dlaczego, im więcej Ciebie, tym mniej…”

faktycznie, chyba się matka w grobie przekręciła – jak napisał kiedyś jakiś krytyk w “Machinie” o wielkim przeboju Natalki Kukulskiej

fin de l’année

pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań – chciałoby się zanucić. Ale nie pada i nic nie dzwoni. Zamiast tego jest fajny grudzień. To znaczy do przedwczoraj był. Zaczęło wiać. A tak, to lata-ło się w cienkiej kurtce i jakimś niegrubym sweterku. Hm, kurtka podszyta wiatrem – tak zawsze mówi moja mama, jak ocenia mój strój wierzchni przed wyjściem. Coś w tym jest, bo wczoraj to wiatr podszył tą moją kurtalenkę na wskroś. Brrr.

Ale nie o tym. Te dzwonki, i te sanie mają po prostu zapowiedzieć koniec roku. W sumie to sam tytuł już zdradził o czym będzie.

Google opublikowało Zeitgeist 2011, czyli zestawienie haseł, które najczęściej ludzie wpisywali do przeglądarki.

U mnie by to wyglądało chyba tak – wikipedia, kurnik, onet, hotmail (chociaż jak się ma CzarnąJagódkę, to na hotmaila już raczej tak często nie wchodziłem)

Googlowy duch dziejów uchwycił również ludzi i wydarzenia zyskujących na popularności w wyszukiwarce Google w Polsce i na świecie w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W Polskich wynikach podium zajęły Adele, Amy Winehouse i Maja Sablewska. W wynikach globalnych króluje Rebecca Black – autorka “najgorszej piosenki świata”, czyli “Friday”.

Pamiętam to coś. Billboard o niej wspominał. Nawet chciałem zobaczyć co to i kto to. Po 7 sekundach wyłączyłem wystraszony strasznie. Koszmar! Czyli ludzie lubią takie dziwolągi.

W polskich wynikach muzycznych wyszukiwań triumfuje Yugopolis z Maciejem Maleńczukiem i ich “Ostatnia nocka”. Trochę jak Wysocki, mam wrażenie, to brzmi. Nawet mi się podobała ta pieśń, ale zdecydowanie pamiętam, że dosyć krótko, więc na moich TOP-ach nie znajdzie się. Polscy internauci byli także zainteresowani między innymi Varius Manx, Kayah oraz disco polo.

Nie wiedziałem, że Varius Manx jest jeszcze taki popularny?

Kayah? Hm, jak zobaczyłem ją w jury programu „Dlaczego i po co oni znowu śpiewają?”, to się wystraszyłem. Baba jaga do straszenia dzieci. Strasznie jej „zabiegi” na twarz nie służą. Ludzie to są straszne.

Disco polo? Hm, ja tam czasem lubię popatrzeć. W tym roku podesłałem link pani inż. ze Szczecina z teledyskiem Tomka Niecika i jego „Czterech Osiemnastek”. Oczywiście chodzi o koła do samochodu. Pani inżynier była osłupiała i oniemiała. Ja tam lubię czasem disco polo pooglądać. Dziwię się wtedy, że ludzie mają naprawdę dziwne gusta i skłonności i nie wstydzą się robić z siebie pośmiewiska nagrywając żenujące teledyski. Zapewne jest duża rzesza odbiorców, która pozwoli się ze mną nie zgodzić. No cóż, ich prawo.

W zestawieniach dla całego świata Rebecca Black zajęła pierwsze miejsca zarówno w kategorii Najbardziej zyskująceLudzie, jak i w Najbardziej zyskująceRozrywka. Internauci interesowali się także Ryanem Dunnem (czyżby to ten z Jack Assa, co jakoś głupio zginął w drugim półroczu tego roku?), Amy Winehouse i Adele.

Dwie najbardziej pożądane piosenki – przynajmniej pod względem tekstów piosenek – to “Price Tag” Jessie J oraz “Super Bass” Nicki Minaj.

Nicki Minaj wszyscy się ekscytują. Wszyscy z nią robili i nadal chcą robić fituringi. Ponoć nawet sama Królowa Pop’u zamierza z nią kolaborować na swojej przyszłorocznej płycie. Cóż, ta raperka nie nagrywa swoich piosenek dla mnie, żeby nie powiedzieć dosadnie, że to kupa. Ale nie powiem. Nie rozumiem po prostu jej twórczości i nie rozumiem fascynacji tą panią. Ludzie to są dziwne.

W sumie to samo o Jessie J mógłbym powiedzieć. Tylko z małą wstawką – pani napisała wielki przebój dla tej małej z Hannah Montana i kilka pomniejszych szlagierów. Cóż, to nie są piosenki, na które czekałem i czekać raczej nie będę w 2012r.

Porzucam googlowe zestawiania, bo jakieś one nieatrakcyjne dla mnie są.

Może o muzyce jeszcze? Tym razem amerykański tylko i wyłącznie rynek. Bo na nim się chyba najlepiej znam. Nagród Grammy to w USA przyznają w prawie 100 kategoriach, także i Billboard opublikował najlepszych w zilion kategoriach. Chyba robią to po to, żeby każdego nagrywającego artystę docenić. Zawsze każdy z nich może powiedzieć – hej, jestem najlepszym artystą w kategorii najlepsza piosenka bez tekstu (zapewne Britney Spears albo Rihanna tak mogą powiedzieć). Albo – hej, nagrałem najlepszą piosenkę, której nikt nie słyszał.

Adele rok to był. Bez dwóch zdań. Nie tylko pewnie w USA ale i na całym świecie. Udała jej się ta płyta. Przy czym artystka na język nie choruje i nałogowo pali papierosy. Też mi sensacja. Brytyjka za wielką wodą jest w singlach topową artystką, ma najlepszą piosenkę, ma najlepszą cyfrową piosenkę (czyli najwięcej ściągnięć), ma najlepszą piosenkę w kategorii Adult Pop Song. Album „21” również najlepszy fizycznie, jak i cyfrowo. Brawo!

Z „ciekawszych” podsumowań:

Top New Artist – Wiz Khalifa – lubiłem jego „Black + Yellow”. Bardzo sprytny numer.

Radio Songs – szczekający Pitbull – brrr.

Uncharted Artists – Traphik. Ooo, to chyba coś z serii „nagrałem płytę, najlepszą płytę, której nikt nie słyszał.

Przechodzę do cięższych gatunków:

Rock Songs – Foo Fighters „Rope” – może być

Rock Albums i Alternative Albums i Folk Albums – Mummford and Sons “Sigh no More” – to chyba 2009 albo 2010 rok! Czyli nie wiadomo, co sie komu, kiedy spodoba.

Alternative Songs – Foster the People „Pumped up Kicks” – gdybym robił swoje rankingi, to też pewnie wysoko by się znaleźli.

Hard Rock Albums – Foo Fighters „Wasting Light” – mnie jakoś ten album nie porwał.

I na koniec Japan Hot 100 – AKB48 “Everyday, Katyusha” – super! Mam wszystkie ich płyty.

Dziwią mnie podsumowania roku. Nic ciekawego nie dzieje się pod koniec grudnia, więc wszyscy jakieś rankingi tworzą, żeby ocenić jaki ten 2011 rok był. Po co się rozpisywać, jak można wypunktować i wszystko jasne. A ludzie też chętnie się emocjonują i wspominają, jak takie TOP-y widzą.

A ja nie wiem, czy piosenka, którą lubiłem od 13 stycznia do 24 maja jest lepszą piosenką roku, niż ta, którą usłyszałem wczoraj i bardzo mi się podoba i zapewne podobać mi się będzie do 31 grudnia?

Dlatego ja mogę ewentualnie powiedzieć co mi się podobało bez żadnych numeryzacji.

Z albumów:

Zdecydowanie Amos Lee i jego „Mission Bell”. Dalej: Adele „21”, John Porter „Back In Town”. A teraz doszli jeszcze: Will Young “Echoes” i dEUS “Keep you close”.

A pamiętam też, że w ciągu roku zachwycałem się: Sorry Boys „Hard Working Class” (jutro widzę ich na żywo w Hybrydach), Fatboy „Overdrive”, Jamie Woon „Mirrorwriting

Z piosenek:

Jane’s Addiction „Irresistible Force”, Lunatic Soul “Wanderings”, Blackfield “Wavin’”, Gotye + Kimbra “Somebody that I Used to Know”, Pustki “Lugola”, John Waite “Evil”, Kasabian “Days are Forgotten”, Sorry Boys “Chance”, Paatos “Precious”, Kate Bush “Lilly”, PJ Harvey “Glorious Land”, Kanye West “Runaway”, Jamie Woon “Night Air”, Death Cab for Cuties “You’re a Tourist”, Cuba de Zoo “Grób”, K.D. Lang “Water’s Edge”, Tom Waits “Bad as Me”, James Blake “Limit to Your Love”, Beth Hart + John Bonamassa “I’ll Take Care of You”, Yes “We Can Fly”.

I weź tu wybierz najlepszego i weź tu stwórz ranking. Ciekawe o czym zapomniałem?

Na pewno nie zapomniałem o Myslovitz – największa porażka roku. „Art Brut” gramatyczna i muzyczna porażka.

Cytuję: który z nich to jest, ten prawdziwy światmój, twój, jej, wasz, ich, jego też, więc chyba nasz.

Nie dość, że koszmarna piosenka, to jeszcze mam zawsze wspomnienie Grace Jones „Sunset, Sunrise”:

Is it yours, is it mine, is it ours to divide. It’s not yours, it’s not mine, it belong to us.

 

Może niech ten rok już skończy? Jeszcze tylko trzeba sylwestra zaplanować, a tak się nie chce nic robić. Najbardziej, to bym w domu posiedział i może choć raz obudził się 1 stycznia bez tupotu białych mew?

Właśnie na VH1 pokazują „Best Clips of 2011 Weekend”. Ojej! Przynajmniej będzie powód, żeby książkę poczytać.

Jeszcze parę słów o sporcie. Ale nie wiem po co? Manchester United nie przeszedł fazy grupowej w tej edycji Ligi Mistrzów. Ale jak to się mówi? – po nocy zawsze przychodzi dzień? I znowu pewnie Barcelona wygra, eh!

Na szczęście siostry Williams odgrażają się, że są głodne gry, a młodsza z nich – Serena wyraźnie zaznaczyła, że chce zdobyć tytuł pierwszej rakiety świata. Czyli tytuł, który jej się słusznie od prawie dekady należy (gdyby nie kontuzje i prawie śmierć). U panów – mam nadzieję i czekam na powrót króla Rogera na top. Zobaczymy….

Chyba w styczniu kolejny sezon „Czystej Krwi”…

Oj, na TVP1 skoki narciarskie. Śnieg mają. Ale fajnie! Zapomniałem już jak śnieg wygląda…

Jakiż to, a jakiż będzie ten 2012?

deszcze niespokojne, czyli taka sobie piosenka o wojnie

Jakoś półtora roku temu, albo i dawniej…
A może zacząć od “za siedmioma lasami, za siedmioma górami”? Nie, bo to nie bajka, i nie o dystans mi chodzi, a o czas.
Jakoś ponad półtora roku temu, albo i dawniej, kiedy wstawałem późno, tak po 9 rano, to od razu włączałem “LP3” w Trójce. Baron z Niedźwiedziem na przemian prowadzili. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. W nowej ramówce znalazł się jakiś koszmar. Nijaki i miałki. Bez wyrazu. Co prawda Trojka włączona non stop w pracy. Ale to juz nie to samo. Brakuje mi “el-pe-trójki”.
Pamiętam, że ciepło było. Jakaś późna wiosna. Zbudził mnie telefon z serii “cześć, wiesz kto mówi?”. No kurna nie wiedziałem! Ktoś najnormalniej w życiu prowadzi konwersacje ze mną, nie zważając na moja konsternację. Jakby nigdy nic i na dodatek ta osoba ma wielką radość, że mnie nabrała. Ciekawe, czemu ta osoba nie domyśliła się, że wychodzi podczas takiej rozmowy na głupka. Gada jak najęta, a ja nie ma pojęcia i co to, i kto to, i dlaczego, i jak to. No gadka jak do Władka na początku. Dopiero jak dopasowałem głos do twarzy i do faktów, o których mi mówiła, to mnie oświeciło. Koleżanka z pracy z Białegostoku, z którą się kumplowałem do 2004 roku, czyli do momentu przeprowadzki.
Rozmowa i tak jakaś porywająca nie była, bom wyrwany ze snu został. Obudziła mnie! Po powiedzeniu sobie “senkju, senkju, baj”, z powrotem ległem i byłem w takim dziwnym, onirycznym stanie. W tym momencie prowadzący audycję Baron puścił tę pieśń. Bardzo lubię ten zespół ale powiem szczerze, że tego kompletnie nie znałem. I jak to brzmiało, to nie wiedziałem gdzie jestem. W niebie (w sensie wysoko, bom w durnoty propagandowo-kościelne nie wierzę)? Lewituję? Głos Mike’a Scott’a mnie unosił. Zabrał mnie w fantastyczne miejsce i zabrał resztę mego życia gdzieś (jak śpiewa inny wokalista ulubionego mojego zespołu). I tak jakoś się skończyło nagle, znienacka. Jak można zostawić słuchacza w takim momencie? Nie wiedziałem kompletnie co się stało. Obudzona część mej przytomności kazała mi się wsłuchać w głos prowadzącego i zarejestrować tytuł tego cuda. Ciężko było, bo i myśl, i świadomość, wszystkie gdzieś podskakiwały z powrotem do tego nieba.
[nie chcę pisać, że pukały do bram niebios, bo zabrzmi to strasznie infantylnie i naiwnie. I jeszcze bym umarł ze śmiechu czytając ten wpis. Najśmieszniejszy post świata. Gdyby tak przetłumaczyć go na wszystkie języki świata? Nie, Monty Python zrobił już ten skecz z dowcipem i wytłukli Niemców. Ooo, znowu o wojnie]
“Red Army Blues”!
Szybko skojarzyłem, że przyjaciółka z USA miała jakąś większą dyskografię ich. Od razu poprosiłem o maila z tym nagraniem. Niestety dyskografia została u ex-męża. Skończyło się na kupnie mp3 z amazona. Ale mam! Legalnie mam! Jakoś w ten stan już się nie mogę wprowadzić. Mimo to słucham tego często z wielką atencją.
“Son, it’s not how many Germans you kill that counts
It’s how many people you set free!”
Waterboys “Red Army Blues”

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑