Uncategorized

deszcze niespokojne, czyli taka sobie piosenka o wojnie

Jakoś półtora roku temu, albo i dawniej…
A może zacząć od “za siedmioma lasami, za siedmioma górami”? Nie, bo to nie bajka, i nie o dystans mi chodzi, a o czas.
Jakoś ponad półtora roku temu, albo i dawniej, kiedy wstawałem późno, tak po 9 rano, to od razu włączałem “LP3” w Trójce. Baron z Niedźwiedziem na przemian prowadzili. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. W nowej ramówce znalazł się jakiś koszmar. Nijaki i miałki. Bez wyrazu. Co prawda Trojka włączona non stop w pracy. Ale to juz nie to samo. Brakuje mi “el-pe-trójki”.
Pamiętam, że ciepło było. Jakaś późna wiosna. Zbudził mnie telefon z serii “cześć, wiesz kto mówi?”. No kurna nie wiedziałem! Ktoś najnormalniej w życiu prowadzi konwersacje ze mną, nie zważając na moja konsternację. Jakby nigdy nic i na dodatek ta osoba ma wielką radość, że mnie nabrała. Ciekawe, czemu ta osoba nie domyśliła się, że wychodzi podczas takiej rozmowy na głupka. Gada jak najęta, a ja nie ma pojęcia i co to, i kto to, i dlaczego, i jak to. No gadka jak do Władka na początku. Dopiero jak dopasowałem głos do twarzy i do faktów, o których mi mówiła, to mnie oświeciło. Koleżanka z pracy z Białegostoku, z którą się kumplowałem do 2004 roku, czyli do momentu przeprowadzki.
Rozmowa i tak jakaś porywająca nie była, bom wyrwany ze snu został. Obudziła mnie! Po powiedzeniu sobie “senkju, senkju, baj”, z powrotem ległem i byłem w takim dziwnym, onirycznym stanie. W tym momencie prowadzący audycję Baron puścił tę pieśń. Bardzo lubię ten zespół ale powiem szczerze, że tego kompletnie nie znałem. I jak to brzmiało, to nie wiedziałem gdzie jestem. W niebie (w sensie wysoko, bom w durnoty propagandowo-kościelne nie wierzę)? Lewituję? Głos Mike’a Scott’a mnie unosił. Zabrał mnie w fantastyczne miejsce i zabrał resztę mego życia gdzieś (jak śpiewa inny wokalista ulubionego mojego zespołu). I tak jakoś się skończyło nagle, znienacka. Jak można zostawić słuchacza w takim momencie? Nie wiedziałem kompletnie co się stało. Obudzona część mej przytomności kazała mi się wsłuchać w głos prowadzącego i zarejestrować tytuł tego cuda. Ciężko było, bo i myśl, i świadomość, wszystkie gdzieś podskakiwały z powrotem do tego nieba.
[nie chcę pisać, że pukały do bram niebios, bo zabrzmi to strasznie infantylnie i naiwnie. I jeszcze bym umarł ze śmiechu czytając ten wpis. Najśmieszniejszy post świata. Gdyby tak przetłumaczyć go na wszystkie języki świata? Nie, Monty Python zrobił już ten skecz z dowcipem i wytłukli Niemców. Ooo, znowu o wojnie]
“Red Army Blues”!
Szybko skojarzyłem, że przyjaciółka z USA miała jakąś większą dyskografię ich. Od razu poprosiłem o maila z tym nagraniem. Niestety dyskografia została u ex-męża. Skończyło się na kupnie mp3 z amazona. Ale mam! Legalnie mam! Jakoś w ten stan już się nie mogę wprowadzić. Mimo to słucham tego często z wielką atencją.
“Son, it’s not how many Germans you kill that counts
It’s how many people you set free!”
Waterboys “Red Army Blues”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.