Miesiąc: kwiecień 2012

29 kwietnia czyli ruch i sport

 

A jednak to byla prawda. Od jakiegos czasu wszyscy mi powtarzali “ale schudłeś”. Ja zawsze skromnie odpowiadalem, ze nie. Dzis wszedlem na panska wage i wyszlo mi, odrzucajac pare deko na ciuchy, tylko 96 kg! Przeniezle!

Wczoraj rano pojechalismy do najlepszego miejsca w Ameryce. Az prawie zly jestem, ze Panstwo mnie tam wczesniej nie zabieralo. Najpierw na dole pogralismy w kometke, pozniej pochodzilem dookola stadionu po biezni. I deser na sam koniec – na gorze salon gier i zabaw. A wszystko za darmo dla mieszkancow Fair Lawn. Eh! Ucieszylem sie jak dziecko. Popykalem w samochodziki, w jakas strzelanke, w cybergaja i juz. Zakwasy po kometce pojawily sie juz w trakcie gry, takze do dzis jakos pozbierac sie nie moge. Ale nic , przynajmniej wiem, ze mam miesnie.

Po malej sjescie, Dinka i Vika zabraly mnie na spacer po gorce – Ramapo Park. Na samej gorze stoja ruiny zamczyska. Legenda niesie, ze w czasach prosperity ludzie sie budowali gdzie popadnie. ALe kiedy w latach 20-tych ubieglego wieku nadeszla wielka depresja gospodarcza, to wszystko niestety padalo. Pan wlasciciel nie dokonczyl zamku i na dodatek spalil go w celach finansowych, czyli uzyskania odszkodowania od ubezpieczyciela. Taka legende wyglosil wczoraj jakis pan z wycieczki mijajacej nas.

Sam szczyt, jak i spacer bardzo fajny. Szczegolnie o tej zielonej porze roku. Bylem tam juz wczesniej w 2007 roku ale sniegu, a sniegu wtedy bylo. Napstrykalem zdjecia kwiatkom, Manhattanowi i jednej zmiji.

Takze dzien wczoraj pod znakiem ruchu i swiezego powietrza.

Teraz sie zbieram i lece na zakupy. Pozniej przygotuje Panstwu pyszne danie wietnamskie, czyli boczek.

sobota, imieniny kota – 28 kwietnia 2012

Wstalem w sobote o 6 z minutami. Spania za wiele nie bylo.

Poogarnialismy sie w domu i pojechalismy z Pania i malenstwem na zakupy. Pan zostal w domu, bo pracowal. Wlasciwie to dlatego pojechalismy na zakupy.

Sklepy mnie rozczarowaly. W AmberCrombie kupilem perfumy (moje ulubione). Old Navy i Aeropostale nie zaskoczyly mnie niczym. Ale nie martwie sie, w poniedzialek Panstwo zostawi mi jeden samochod, to nadrobie ciuchowe zaleglosci.

W miedzyczasie zwizytowalem moj najulubienszy sklep w okolicy – Bottle King. Czteropak mojego najulubienszego piwa Ginesa oraz czteropak mojego drugiego ulubionego piwa – Murfiego. Odpowiednio 6,99$ i 5,99$. Oczywiscie najdrozsze ze wszystkiego byly fajki – niedostepne w Polsce Marlboro Medium, zwane juz “Red”. Nalezy zauwazyc, ze nie ma juz “light”, tylko “gold” i nie ma juz “medium”, tylko wlasnie “red”. A widzialem na wyprzedazy Marlboro “Black” i “Green”. Czyli ichnia odmiana naszych “Extra Mocnych” i klasyczne “Menthol”? Nie bede probowal.

Pozniej z Panem pojechalem do sklepu, bo Pani poszla spac (malenstwo z reszta tez). Poszlo identycznie, bo kupilem znowu az 3 rzeczy.

Po powrocie namowilismy sie, co bedziemy gotowac i zrobilismy liste zakupow.

Panowie poszli sie pobawic na placu zabaw, Pani na zakupy, a mnie scielo i pospalem sobie.

Na wieczor nadeszli sasiedzi – Sjergiej, Katja i ich corka Abi. Starszy syn bawil sie gdzies u znajomych, na tzw. “sleep over” party. Hm, kiedys nazywalo sie to pizama party.

Karkowka w musztardzie, marchewka w soku pomaranczowym smakowala jak najbardziej. Do tego byla pyszna zupa oraz zielenina. Mnie zajbardziej zrozkoszowal Sea Bass (czilijski o ile dobrze zrozumialem odmiane. Czilijski? Jak sie sie to pisze? Chilean mialem na mysli). Tlusta ryba, biale mieso. Palce lizac.

Eh, z kulinarnego punktu widzenia, to czuje, ze sobie pojem. Szparagi ponoc tanie jak barszcz. Szkoda, ze slonina az 16$ za funta.

A u nas, w Polsce, funt chyba lekko ponad 5 zl?

PS. po 22:00 mojego czasu Panstwo z Europy na K. napisalo, ze dolecialo.

matko, jaki dziś dzień?

Nie wiem. Pogubiony jestem.

17 i pół godziny zleciało jak …w buzię strzelił. Lot straszny. Turbulencja za turbulencją. Wracam statkiem!

Przebijanie sie z JFK do Fair Lawn przez Manhattan tez czasochłonne ale dałem radę. Poznałem nawet lalę z Long Island, to sobie pogadaliśmy w Secaucus. Ja jej ogień, a ona mi iphona dała na zadzwonienie do Państwa.

Państwo się tak martwiło, że zadzwoniło po 20:00, a jak z opisu wynikało przed 20 mieliśmy sobie w objęcia wpaść. Nie wyszło. Lot sie spóźnił, do emigrantowego oficera stało z milion ludzi, także z lotniska wyszedłem przed 19.

Na Penn Station wyszedłem, tak jak miałem w zamiarze, na powierzchnię, zobaczyć, czy wieżowce stoją i oczywiście jakiś lump sie przyczepił, że chce fajkę. Po mojej stanowczej odmowie, powiedział, że odkupi. No co za lump! A miałem udawać, że nie rozumiem po ichniemu.

W końcu, o 21:19 wytoczyłem się z pociągu. Ula mnie zgarnęła i pojechaliśmy do Sergieja i Katji. Pograliśmy w bilard i popróbowaliśmy Żaka Danielsa. Później wróciliśmy do domu i zaprezentowałem Państwu antybiotyki z Polski. Państwo wyjęło garniry i była mała biesiada.

A pogoda? A niech to szlag trafi! Na szczęście miałem kurtkę na podorędziu, to się przydała.

Zakańczam, bo czas na szałer i czas spać. Jutro od rana Pan pracuje, a my na shopping.

7:26 waszego czasu, czyli ja na nogach od 100 godzin chyba!

Podoba mi sie ta Ameryka. Czuję się jak w domu. W Secaucus na chwile wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem panoramę Miasta. Od razu zachciało sie żyć!

packen ist schon gemacht, czyli verpackung ist fest fertig

„śmiszny” jest ten niemiecki. Szkoda tylko, że tak strasznie brzmi.

Właśnie mnie telefon kolegi rozproszył i zapomniałem co miałem napisać. Zapamiętałem tylko, że poprosił mnie o kupienie jakichś Scary Monster Doll dla córek. Widziałem ze dwie sztuki, jak byłem u nich ostatnio. Trzyletnia córka bardzo lubi te koszmarne wersje Barbie.

Ponadto i po najważniejsze, kolega poinformował, że ponoć w sierpniu w Palladium Afghan Whigs zagra. Wskrzeszyli się, czy co? Roztyty Elvis – zawsze i wszędzie. Oczywiście bezzwłocznie dałem halo pani inżynier ze Szczecina.

 

Fryderyki rozdali. Nosowska po raz 30. nagrodzona. Zaśpiewała swoją „Nomadę” i wyglądała jakby miała wielki sutek na głowie.

Jaki shołbiz, takie nagrody – taka konstatacja wczorajszej gali. Jak Adele w 2011 roku zaśpiewała „Someone Like You” podczas Brits Awards, to od razu wystrzeliła na pierwsze miejsce piosenek w UK. Jak Adele w lutym tego roku zgarnęła zillion Grammy, to trzy jej single wskoczyły do TOP 10 singli w USA. A w Polsce? Co innego słyszysz w radio, a co innego widzisz na Fryderykach. Aż się czasem dziwię, że ktoś płytę wydał, albo, że ktoś taki jest na polskim rynku muzycznym.

Aha, zakupiłem już na Amazonie sześć płyt. Może dzięki mnie Adele wróci na 1. miejsce sprzedaży płyt w USA. A może Mark Lanegan ja wyprzedzi?

 

Wracając do tematu. Pakowanie faktycznie zajęło mi 5 minut. Wczoraj, po 22:00 wyciągnąłem walizę i powkładałem rzeczy. Oprócz podarunków nic nie ma. Trochę pustawo. Trzeba dopchać ubraniami, żeby się antybiotyk w płynie nie potłukł. Do plecaka włożyłem to co pod ręką muszę mieć. Zastanawiam się jeszcze, czy aparatu do walizki nie przełożyć.

Wstałem o 6:38. O dziwo! Nie miałem problemu z zaśnięciem i w miarę wyspany jestem.

W samolocie mam tak, że ścina mnie z nóg od samego startu. Niestety później pani stewardesa mnie budzi i proponuje albo ohydną kawę albo niesmaczne jedzenie. I wtedy o śnie już mogę zapomnieć.

O, muszę odszukać moje stopery i opaskę na oczy, co kiedyś „rozdawali” w KLM-ie.

 

Taka jestem nieubrana, czyli packen machen

 

Trafiłem z tym „Misiem”. Chyba w poniedziałek była premiera odrestaurowanej wersji tego polskiego szlagieru. Cyfrowali go czy coś takiego.

Real wczoraj odpadł, a dzień wcześniej przereklamowana Barcelona z jeszcze bardziej przereklamowanym Messim. Czyli finału Ligii Mistrzów nie będziemy musieli oglądać. Co za oszczędność czasu. Tylko niech C-Hell-Sea zmasakruje germańską drużynę.

Tym razem jakoś wyjątkowo strasznie się guzdram z pakowaniem. Dzień wolny przed wyjazdem wyjątkowo wziąłem na właśnie takie ostatnie guzdrania i zakupy. Weekend niestety był pracowity, więc trzeba było nadrobić organizacyjne zaległości.

A zawsze pakowanie zajmowało mi 10 minut. Pewnie czegoś zapomnę.

Wykupiłem w banku cały dzienny limit dolarów. Niestety nie zaspokoili mojej potrzeby, więc poszedłem poszukać innego miejsca wymiany walut. Pani w kantorku poinformowała, że dolary jej wykupili (o 10 rano!). Zaprosiła mnie za 2 godziny. Wróciłem doń. Kantorzystka skonsternowana mówi, że nakupiła kanadyjskich pieniążków. Hm, nie mam wizy do Kanady, ani biometrycznego paszportu, także towar pani mało mnie zainteresował. Na szczęście Sadyba ma mnóstwo zakamarków i hal handlowych, w których można zrobić wiele. Dokupiłem tyle, ilem chciał.

Paszport na stole leży, obok waluty i to w sumie byłoby na tyle. Wystarczy na wjazd do USA. Ale walizę czas wyciągnąć. Podarki trzeba napakować oraz ciuchy na trzy dni, które polecą do kosza po użyciu. 30 kwietnia zaplanowałem sobie shopping w Century 21 oraz GS Plaza i chyba jeszcze Paramous Center. Nada odświeżyć szafę.

Niestety nie mogę napisać com kupił, bo osoba zainteresowana może czytać i będą nici z siurpryzy. Mogę wyjawić, że antybiotyk w płynie dla Pana wiozę, bo „zabolał” coś Pan.

Aha, i jeszcze pogodę Państwo kazało mi dobrą ze sobą przywieźć. Aura w Wawie cudna – ciepło i słonecznie. Nie wiem tylko, czy do walizki wejdzie.

Znalazłem już wszystkie interesujące mnie informacje na temat transportu z JFK do Fair Lawn. Ląduję o 16:05 (niewaszego czasu), więc zakładam, że o 17:45 wyjdę na zewnątrz, żeby zobaczyć czy terminale wszystkie stoją, paląc przy okazji.

Taxi z lotniska na Manhattan tylko 54$, a do domu Państwa – 88$. Tipsy są ponoć w-inkludowane.

Znalazłem tańszy sposób na przemieszczenie się. Z Terminalu 1 w AirTrain wsiadam (18:04) i jadę, aż do Terminalu 4 (18:22). Tam czeka mnie dojście do Jamaica Station, żeby albo w metro linię E wsiąść albo (o 18:32) do LIRR-a (Long Island Rail Road). W ten sposób dojadę do Penn Station (18:51), które mieści się pod Madison Square Garden. Na chwilę wyskoczę na górę zobaczyć czy wieżowce stoją, paląc oczywiście.

Z tym podziwianiem wieżowców oczywiście nie mogę przesadzać, bo o 19:08 odjeżdżam w pociągu do Secaucus (19:18). Następnie przesiadam się i pociągiem nr 1175 odjeżdżam (19:25) do Radburn. O 19:49 wpadam w ramiona Państwa, którzy czekają na mnie na stacji z kotem Bazylem i kwiatkami. O 20:00 padam zmęczony na sofę. Czyli o 2 rano waszego czasu. Czyli z domu w Warszawie wyjdę o 10:30 i o 2:00 rano kończę fazę przemieszczenia się z Polski do USA. 15 i pół godziny pewnie zleci jak w …buzię strzelił.

8 godzin później Państwo z Europy na K. zaczyna swoje przemieszczanie się z Polski do Żaponu. Świat się kręci.

A może poznam sympatyczne, starsze Państwo w samolocie, które będzie miało podwózkę z lotniska w moim kierunku i mnie podrzucą, urzeknięci historią młodego i biednego Polaka. Mam nadzieję, że po drodze nie poćwiartują mnie i nie rozrzucą kawałków mojego ciała gdzieś na stanowej Ósemce. Lepiej nie zapoznawać się z nikim.

Fajnie, że i Glee, i 2 Broke Girls będę mógł w końcu na bieżąco obejrzeć.

Mój wyjazd w liczbach i statystykach:

15 dni będę się urlopował. A co na liście Trójki na 15-tym miejscu jest? Gotye + Kimbra „Somebody That I Used to Know”

6-ty raz lecę do USA (o jeden więcej niż do Londynu). A co na 6-tym miejscu na liście UK jest? Gotye + Kimbra „Somebody That I Used to Know”

1-wszy raz odwiedzę Boston (mam taką nadzieję). A co na Billboardzie na 1-wszym miejscu jest? Gotye + Kimbra „Somebody That I Used to Know”

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że przebój moich wakacji już jest ustalony. Mam nadzieję, że nikt nie wyśle znajomych, żeby zabrali moje płyty. Ale numer zmienię sam już na miejscu. Era, tzn. T-Mobile, nie ma żadnych ciekawych pakietów na Amerykę. Dzwonienie i odbieranie może okazać się bezcenne. Także pre-paida zmuszonym kupić lub zmartwychwstać musi mój Skype.

Ciekawie Trójka gra. Tak słonecznie i wiosennie. Fajna Steve Nicks (ten przebój, co Destiny’s Child wykorzystały w swoim hicie „Bootylicious”), a później Lindsey Buckingham. Z ciekawostek pan prowadzący audycję opowiedział, jak to kiedyś zaproponowano wspomnianej dwójce artystów zaśpiewać piosenkę „Call me”. Pani Steve Nicks powiedziała – NIGDY! No i tak Blondie mieli przebój – 6 razy na pierwszym miejscu. Britney Spears też ponoć wzgardziła „Umbrellą”, a wszyscy pamiętamy ten beczący hit RyjJana’y. Ponoć przebój millenium swego czasu na Wyspach (Bergamutach, na których widziano kota w butach).

Czas walizę wyjąć. Lecę!

 

W koło Macieju

Cóż za trafne powiedzenie.

Rebus poniżej:

<koniec rebusu>

Zasiałem w koło Macieju jakieś zielsko. Tyle czasu już rośnie, że zapomniałem co ma mi się w doniczce pojawić. Rukola? Bazylia?

Pisałem już kiedyś o ładnych kwiatkach i nie pamiętam, czy mówiłem, że nigdy więcej („…nie patrz na mnie takim wzrokiem”), czy że może następnym razem?

Never ever czy maybe next time?

Historia sie powatrza. Widzę, ze w koło Macieju mam. Znowu wyrosły mi badylki na 4 cm zakończone jakąś koniczynką, czy innym płatkiem. Nie potrafią te moje zioła wyrosnąć. Okres młodości szybko osiągają, ale do dorosłości już dojrzeć nie mogą. Mam tak za każdym razem. Albo mam zły parapet albo złą ziemię. Ponad trzy tygodnie to trochę za dużo, żeby tak się nie rozwinąć.

W koło Macieju wysłałem kolejną nowość muzyczną pani inżynier ze Szczecina. Tym razem Patti Smith zapowiada się z nowym dziełem. April fool brzmi pysznie, wiosennie, słonecznie. Taka cudna energia na wiosnę. Dawno pani nie słyszałem. Koncert w Mieście 13 maja, czyli będę już odpoczywał w Warszawie po powrocie z wakacji. W koło Macieju szkoda. Jakoś w niefortunnych datach do tej Ameryki lecę. Wszystkie fajne koncerty są po moim pobycie.

Proste jest piękne!

Przybądź, bądź moim pierwszokwietniowym żartem

Nadjedź, żesz, tyś mi pisany

Nadjedź, że mi ty na tym swoim zardzewiałym rowerku

Cho no tu, złammyż wszystkie zasady

I po co tu się starać lirycznie i pisać o niczym w sposób zagmatwany (patrz: Coldplay), czy też używać przedziwnych sformułowań (patrz: liryczne popisy Angusa i Julii Stone), skoro można całkiem nieskomplikowanie zadowolić kilku ludzi (na przykład kobiety w stopniu, czy też tytule, inżyniera z północnych miast naszego kraju)?

W koło Macieju dałem szansę kolejnemu projektowi Jacka White’a. Zawsze jest tak, że podoba mi się coś jednego i sięgam po całość. I w koło Macieju nadchodzi znudzenie i rozczarowanie. Sixteen saltines huknęło jak piorun z nieba i pozostawiło mnie wstrząśniętym. Piękny hałas, z takim miłym darciem się. Niestety reszta płyty ad kosz.

Już jakiś czas temu stwierdziłem, że ostatnia płyta Nosowskiej 8 nie przekona mnie. Mam co prawda wszystkie Hey’e i kilka płyt solowych wokalistki ale coś ta Ósemka nie dla mnie napisana. Jako, że zawsze jest jakieś ale, to napiszę, że to nie jest płyta, na którą czekałem ale jest tam piosenka napisana specjalnie dla mnie. I puszczam ja ją sobie w koło Macieju.

Kto formuje z chmur ten kształt jakby smocze łby

Kto zrywa z domu dach jak skalp, pozbawia okna szyb

Kto piorunom ostrzy groty

Kto jęzorami fal zlizuje palmy z brzegu wysp

I na rozkaz czyj dusze wyskakują z ciał

Kto przejrzyste kule gradu ciska z pasją w maszty statków

Kto piorunom ostrzy groty

Kto z impetem nimi miota

Kto przejrzyste kule gradu ciska z pasją w maszty statków

Również krótko i na temat.

Dziś chyba po raz pierwszy uprzedzę pewien kulinarny blog. Pisałem kiedyś, że jestem fanem sosu rybnego. Dodaję go niemal do wszystkiego. Już od jakiegoś czasu tak sobie żartujemy, że z wódką go jeszcze nie piliśmy. Kusi ale tylko w kategorii żartu. Nie sądzę, żebym kiedyś się dał namówić. No chyba, że z miską przy boku. Ale odstawmy te niewybredne i womitowe prawdopodobieństwa i skupmyż się na faktach. Ciastka z sosem rybnym smakują i to bardzo! Nie ma co się gorszyć. Po prostu sos rybny jest zamiast soli. A jak każdy wie, sól, to biała śmierć.

Białe się kończy prać, więc czas na zakończenie wpisu.

Matematyka będzie prosta. Do Ameryki mam 5 dni, a niektórzy do Żapon’u aż całe 6. I weź tu się za tydzień zacznij kontaktować. Ja -6 godzin od Polski, a tamci +8.

Ciekawostka mnie taka naszła. Co by było, gdyby Państwo K. na przykład w sobotę do Żapon’u wschodnim kursem polecieli, a ja też tam ale kierując się na zachód i byśmy się spotkali?

No właśnie matury za pasem. Zadanie z matematyki na szóstkę. Albo z fizyki? Albo z alchemii. Chociaż z tym ostatnim przedmiotem to przesadziłem. Co prawda alchemia to przednaukowa praktyka zawarta obecnie i w chemii, i w fizyce, i w sztuce, i w semiotyce, i w spychologii (tzn. w psychologii), i w metalurgii, i w astrologii, i w mistycyzmie, i w religii ale mająca na celu odkrycie  metody transmutacji ołowiu w złoto, lekarstwa na wszelkie choroby oraz eliksiru nieśmiertelności.

Czyli maturę było by ciężko zdać na szóstkę. Ale spróbujmy:

W sobotę z Warszawy w kierunku wschodnim do Żapon’u wyleciało Państwo z Europy na K. W tym samym czasie i z tego samego miejsca w kierunku zachodnim wylatuje twórca dziwnego blogu. Oba samoloty lecą z tą sama prędkością, tylko Ziemia jednym się kręci inaczej, niż drugiemu. Czy prawdopodobieństwo spotkania się jest posybilne, skoro jedni nadlecą w niedzielę, a ten drugi w piątek? Czyż nie nastąpi paradoks albo podróż w czasie?  I podaj Państwo z Europy na K.

Idę wyjąć białe.

W koło Macieju z tymi absurdalnymi postami.

P.S. ponoć Kazachstan jest w Europie.

Przestroga na 2012 rok

Jakiś nostradamiczny dziś jestem. Przestrzegać będę przed złem, przed popełnieniem błędu.

MDNA! BEWARE! Strzeżmyż się!

Kolejny album Królowej Popu ujrzał światło dzienne. Jestem fanem i chyba będę nadal. Mimo koszmaru, jaki zafundowała nam Najświetniejsza z Najświetniejszych.

Jest to pierwsza płyta, której nie będę miał, która na domiar złego wystraszyła mnie od pierwszej sekundy. Mniej więcej od miesiąca najnowsze dzieło można było sprawdzić na kanale JuTjub. Już wtedy ostrzegawcze znaki dawałem komu się dało.

Dziś z nudów postanowiłem dać Królowej szansę. Chciałem rzeczowo i obiektywnie ocenić najnowsze „dziecko” Madge. Nie da się. Po kilku sekundach skasowałem całą płytę. Pierwszy utwór „Girl Gone Wild” w stylu japońskim – podoba mi się jako-tako. Ale szału nie ma. Nawet nagrodzona i użyta w filmie Madonny „W.E.” pieśń „Masterpiece” brzmi  bardzo tandetnie i koszmarnie.

Masterpiece” jest popową balladą opowiadającą o byciu zakochanym w dziele sztuki (ciekawe ile Moly ktoś zażył, żeby tak opisać piosenkę). Została ona doceniona przez krytyków, ponadto nagrodzono ją Złotym Globem dla najlepszej piosenki. Zdyskwalifikowano jednak z walki o Oscara w analogicznej kategorii (za sprawą emisji radiowej pojawiła się na kilku listach przebojów). No co za nieszczęście!

Najjaśniejszym akcentem na płycie jest, o dziwo, singlowy „Give Me All Your Luvin’”.

L-U-V Madonna, Y-O-U you wanna

(…) every records sounds the same

You’ve  got to  step into my my world

Fakt, płyta „MDNA” nie brzmi jak inne płyty. Ale szybko wy-step-out-wałem się ze świata tej pani.

MDNA! BEWARE! Strzeżmyż się!

Wczoraj też kolega podesłał link do świeżego występu bohaterki tego wpisu mówiąc, że jeśli tak zagra na trasie, to warto iść. Niestety nie warto. Śpiew pani już tak nie świdruje mózgu i jest całkiem-całkiem ale oprawa nadal w stylu cygańskiej trupy.

Nie! To nie będzie rok Madonny u mnie. Pewnie podbije listy przebojów i zadebiutuje w 300 krajach na pierwszym miejscu list sprzedaży płyt ale to chyba tyle. Później będzie już gorzej.

Zapewne pobije rekordy wszelakie (czyli swoje) jeśli chodzi o najbardziej dochodową trasę koncertową. Łebska jest, trzeba przyznać. Wie jak się wypromować. Ale do mnie już nie trafiła. (Mad)Onna się na siłę odmładza, a ja jakoś muzycznie … rozwijam (żeby nie powiedzieć starzeję).

Szkoda, że na kolejny album trzeba będzie poczekać kolejne lata. A może nie szkoda?

MDNA! BEWARE! Strzeżmyż się!

Za to przekonuję się coraz bardziej do płyty Smith & Burrows pod tytułem bardzo figlarnym – Zabawnie Wyglądające Aniołki. Nagrali kilka coverów, w tym Black’a „Wonderful Life”.

Jeśli chodzi o ten przebój sprzed lat, to muszę uczciwie przyznać, że Myslovitz nagrał kiedyś też bardzo dobrą wersję. Ostatnio panowie ze Śląska wzięli udział w projekcie oddającym hołd grupie Talk Talk. Niestety ich wersja „Such a Shame” jest przekombinowana. Mam wrażenie, że za wszelką cenę panowie chcą się stać czystą muzyką, oderwać się od świata rzeczywistego. Ja wyczuwam jakąś frustrację w ich ostatnich nagraniach. Ewidentnie chcą być najdoskonalsi, najlepsi, najwyżsi. Ale niestety Radiohead byli wcześniej 🙂

MDNA! BEWARE! Strzeżmyż się!

A teraz promyk nadziei. Agnieszka Isia Radwańska już nic nie musi mi udowadniać. Zawsze uważałem, że dziewczyna bardzo dobrze gra w tenisa, gorzej było z siłą. A teraz proszę bardzo! Łza się nawet w oku zakręciła jak w ćwierćfinale, w ostatnim swoim gemie serwisowym zaprezentowała swojej przeciwniczce Venus (nota bene mojej idolce tenisowej. Hm, jednej z kilku idolek) dwa asy. Serwis nigdy nie był mocną stroną Polki, a wręcz wizytówką sióstr W. – Pantery Williams i Gorylicy Williams. A wczoraj taka wisienka na torcie się zdarzyła – wygrany bardzo dobry turniej tenisowy. Pikanterii dodaje też fakt pokonania w finale pięknej i stękającej do granic niewytrzymałości Marii Sharapovej (na zdjęciu, Flushing Meadows podczas US Open – 27.08.2009, fot. mdobrogov). Cóż powiedziała przepiękna Maria po meczu (źródło: http://www.wtatennis.com)?

“I thought she played extremely well today, was very consistent, got that extra ball back and I made that extra mistake,” Sharapova said. “She didn’t give me many errors. When I had my chances at break point, I didn’t take them. When she had them, she did. It was just one of those days. I definitely didn’t return well either – when I had second serve opportunities and she’s serving at 70mph and I’m not winning those points, there’s something wrong with that.”

Tłumaczenie translate.google.com:

“Myślałam, że zagrała bardzo dobrze dzisiaj, była bardzo konsekwentna, ale ten dodatkowy piłkę i zrobiłam ten dodatkowy błąd” Szarapowa powiedziała. “Ona nie dała mi wiele błędów. Kiedy miałam szans na punkt przerwania, nie brałam ich. Gdy miała je robiła. To było po prostu jeden z tych dni. I na pewno nie wrócił dobrze albo – kiedy miałam sekund służyć możliwości, a ona służy w 70mph i nie jestem wygrania tych punktów, jest coś złego “.

Kompletny bełkot pani Szarapovo albo Translatorze Googlu 🙂

Fajną składankę zrobiłem. Właśnie gra i się rozkoszuję tworząc wpis:

  1. Jaj Zet i Kanje Łest z Frankiem Oceanem na fituringu – No Church In the Wild
  2. Smith & Burrows – Wonderful Life
  3. The Black Keys – Lonely Boy – fajna energia!
  4. Ryj Jana z Jajem Zet na fituringu – talk that talk
  5. Gotye – Eyes Wide Open – 18 razy na 1. miejscu na liście Trójki “Somebody that i used to know”!
  6. Jaj Zet i Kanje Łest z Bejąse na fituringu – Lift Off
  7. Coldplay – Moving to Mars
  8. Pete Murray – So Beautiful
  9. Smith & Burrows – Funny Looking Angels
  10. Pete Murray – Blue Sky Blue
  11. John Mayer – Heartbeat Warfare
  12. Coldplay – Prospekt March’s Poppyfields
  13. Smith & Burrows – When the Thames froze
  14. Jane’s Addiction – Twisted Tales
  15. Mark Lanegan – Gravedigger’s song

Żeby nie było tak sielsko, przypomnę przesłanie dnia i roku 2012:

MDNA! BEWARE! Strzeżmyż się!

PS. Oj, dziś Prima Aprilis! Zapomniałem zażartować w swoim wpisie!

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑