Miesiąc: czerwiec 2021

my pesto is the besto

oooo kurczaczki! Jestem nadal podniecony. Kulinarnie tym razem.

Nie wierzyłem, szczerze się przyznaję, nie wierzyłem w sukces pesto z rzodkiewki. Ale podjąłem wyzwanie.

Wrzuciłem do Google’a i tak z niedowierzaniem patrzę na pierwszy wynik i mówię “o-o. banalne”.

Okazało się, że wszystkie składniki mam oprócz parmezanu. Ale tak jak pisałem wcześniej, nie zamierzałem używać sera. Jakoś mi nie leży ten składnik w daniu.

Podsiekałem z grubsza to zielone od rzodkiewki. Dodałem pokrojonych trochę ząbków czosnku, pestek słonecznika prażonych. Pieprzu podsypałem. Z tą solą tylko miałem problem. To taka sól w oku dla mnie w kuchni. Nie używam za bardzo. Na szczęście mam zamiennik – magiczny składnik wszystkich moich dań – SOS RYBNY, który właśnie mi się skończył. Czas podbić do Azjatki.

Także podlałem sosem, dodałem, i tu się przyznaję, ciut za dużo oliwy. Przynajmniej tak mi się wydaje, że za dużo, bo jakaś paćka wyszła. Ale nie jest najgorzej jeśli chodzi o konsystnecję.

Znalazłem w domu resztkę mini bagietki na zakwasie i zrobiłem food poisoning. To znaczy food positioning. Olimpia z UK pewnie byłaby ze mnie dumna, jak to wszystko ładnie zaaranżowałem.

Mniam! Jestem kontent. Mój żołądek na razie też.

Ciekawe czy Pan od Państwa z Europy na K. by to jadł?

jestem ekstremalnie podniecony

Wychodziwszy z bloku znalazłem 1 grosz na ziemi. Ale nie dlatego się podnieciłem ekstremalnie.

Miałem zatytułować wpis „nie podniecam się”. Oczywiści chodziłoby mi o naszych kopaczy, którzy dziś debiutują w Euro 2020.

Po pierwsze nie jaram się, bo:

1 jakie to Euro 2020, skoro jest 2021 rok?

2 lata mi to. Ze Słowacją/Słowenią to może i wygramy. Nie oszukujmy się, żaden to potentat. Tylko, że nasi lubią takie eksperymenty i potrafią, ot tak, przegrać z przeciwnikiem teoretycznie słabszym. Ale ale. Jedna wiktoria ze Słowenią/Słowacją wiosny nie czyni. W ogóle odstajemy w tej grupie. Wszystkie inne drużyny są na S. Oprócz wspomnianej kamandy (nawet mi się nie chce sprawdzać, z kim to my właściwie gramy dziś) mamy jeszcze Spain i Szwecję. Hiszpania, to wiadomo kto to. Z formą, czy bez, zawsze groźni. A Szwedzi też sroce spod ogona nie wypadli.

Mnie tylko interesuje gra w dobrym stylu. Niech oddadzą serce, to wybaczę każdy wynik. Chciałbym zobaczyć wolę walki! Chęć zwycięstwa! Ostatnio z tym wybaczaniem nie było zmiłuj. Jechałem równo po naszych kopaczach.

Także nie podniecam się.

 

Wychodziwszy z Sadyba Best Mall znalazłem 1 grosz na chodniku. Mam już dwa. Ale nie dlatego się podnieciłem ekstremalnie.

 

Jestem leciutko podniecony, gdyż dziś będę robił, zarekomendowane przez Wielkiego Pe, pesto z tej zielonej części od rzodkiewek. Przepis trywialny. Oczyszczamy i osuszamy to zielone. Dajemy oliwę, czosnek, przyprawy jakie chcemy, prażone pestki słonecznika. Blendujemy do uzyskania gładkiej masy. Ja parmezanu nie daję. Zobaczymy. Lekka taka nutka ciekawości jest. Ale …

Ale to nie to. Jestem ekstremalnie podniecony, ponieważ mój, od soboty nowy, najlepszy przyjaciel, najwyżej postawiony dostojnik w pewnej dzielni wywiązał się ze swojej obietnicy.

Dziś zatelefonowała jego asystentka i pragnęła uprzejmie donieść, że jej szef jest po słowie z szefem pewnej spółdzielni. I w wyniku tej pomocy, wsparcia, instytucja, z usług, której muszę korzystać, w ciągu kilku dni zawnioskuje w sprawie poprawy mego żywota w bloku.

Kazałem serdecznie podziękować mojemu, od soboty nowemu, najlepszemu przyjacielowi, najwyżej postawionemu dostojnikowi w pewnej dzielni. Asystentka prosiła również, abym uprzejmie doniósł jej szefowi jak się sprawy pozytywnie mają.

Jestem ekstremalnie:

– zaskoczony

– wzruszony

– podniecony

niedowierzony

– szczęśliwy

 

Czy myślicie, że wypada wpaść później do mojego, od soboty nowego, najlepszego przyjaciela, najwyżej postawionego dostojnika w pewnej dzielni z oficjalną wizytą i podziękowaniem osobistym? Puste ręce? Czy coś wypada wziąć?

 

12 groszy tylko nie płacz proszę. 12 groszy w zębach tu przynoszę (…)

Jeden grosik dla sierot nie mają ojca matki (…)

Drugi grosik dla chudzinek, nie jedzą kolacji (…)

wery impotant peson

ostatnio często staje mi przed oczami wizja rozpływania się w mieszkaniu w dni gorącego lata. Trzy miesiące temu napisałem mail do Administracji z prośbą. Żeby akcept dali na zawieszenie klimatyzacji w mieszkaniu. I cisza. Kombinowałem nawet jak tu przyspieszyć sprawę. Życzliwi sugerowali ominąć etap pierwszy i od razu uderzyć wyżej, do najgorszej spółdzielni mieszkaniowej w Warszawie Energetyki. Już nawet na spytki wziąłem kolegę z Rzepy, czy zna jakąś Elę Jaworowicz u siebie, co by mogła popełnić jakiś artykuł na łamach o męczarniach mieszkańców. Z żoną kolegi, Magdusią, która para się prawem i jest radczynią prawną, też jestem po poradzie. Jestem gotowy do walki. Czekam tylko na odpowiedź z instancji najniższej w tej całej sprawie. Dziad z Administracji Heniek nie odbiera telefonu. A w 07 zgłoś się Heńki to były największe łobuzy.

Wczoraj rozpoczęły się Dni Sadyby. Dziś przypomniałem sobie o wycieczce architektonicznej po dzielni. O 15 miała się zacząć na pętli autobusowej. O 15.01 pani nas przywitała i … zaczęło padać, wzmógł się wiatr i schowaliśmy się pod daszkiem budynku. I taka to była wycieczka. Oczami wyobraźnie spacerowaliśmy. Pani perorowała przez równo godzinę. Ciekawie mówiła. Niestety część wypowiedzi zagłuszały przejeżdżające auta, wiatr oraz 3 ćwoki za mną. W końcu jakaś starsza pani ich uspokoiła. Było w sumie 50 osób. Po 15 minutach dwie uciekły. Do końca dotrwała może więcej niż połowa.

 

O kurczaczki! Ale mi ogórki zaciągnęły chili! Z tydzień temu nastawiłem małosolne. Ale tak dla wyostrzenia smaku i z ciekawości nawrzucałem ze 4 papryczki czili (red hot chili peppers. Nie mylić z kapelą). Oj, dziś ładnie poszczypało w język!

 

Wśród uczestników od razu zauważyłem Burmistrza Mokotowa. Znamy się tylko z widzenia od lat. Powiedziałem mu dzień dobry. Od razu odpowiedział, jakby mnie znał tylko z widzenia. Swój chłop znaczy. Poznałem go jeszcze jak urzędował tam, gdzie Arek-Zegarek z Ulą mieszkają. Bielany? Jak go awansowali na Moko, to widywałem go często w imprezie biegowej pn. Grand Prix Warszawy. Pochwalę się, że czas miałem zawsze lepszy od niego. Ale on już starszy pan, rocznik 1971.

 

Aaaa i drugi przepis sprzedam. Na pyszniutkie śledziki po podlasku. Tak przynajmniej mistrz Makłowicz oznajmił w swoim programie. Przepis banalny. Smażymy dosyć mocno cebulę, dodajemy do śledzi (jak przestygnie oczywiście) i zalewamy czym chcemy. Ja dałem teraz olej lniany. Py-szo-ta!

 

Przez pół spotkania biłem się z myślami, czy podejść do Burmistrza, czy nie. I podszedłem w końcu. Raz kozie śmierć. A co!? Płacę podatki, głosuję, to niech teraz mi pomaga. I bardzo sympatycznie nam się rozmawiało. Pan zapisał mój telefon, godność, adres i obiecał zadzwonić do jakiegoś prezesa, czy też dyrektora technicznego i się wywiedzieć w sprawie w stylu „wiecie, rozumiecie. Pomożecie?”. No zobaczymy. Finalnie moja sprawa i tak trafiłaby do Wydziału Architektury Urzędu Dzielnicy Mokotów.

Poczułem się jak VIP. Takich mam kumpli teraz! Taka szycha jestem!

 

Okazało się, że ten taki brzydki budynek na rogu Bonifacego i Powsińskiej jest taki ohydny nie bez przyczyny. Te klinkierowe brązowe kafelki są samoczyszczące i dobrze wygłuszają. Faktycznie, to jest blok, który w ogóle nie jest pomazany. Mieści się tam również oddział pewnego banku i … KFC.

pukając do piekieł bram

czyli mój kolejny pierwszy raz.

Dobry kebab piecze dwa razy – słyszałem ten bon mot często w żartach Słodkokwaśnej.

Dziś się przekonałem co to znaczy. Ale nie było to ani dobre, ani nie był to kebab.

Umówiwszy się wczoraj na spotkanie we włoskiej knajpie. W związku z tym, że w Boże Ciało też byłem w podobnej jadłodajni, to nie chciałem brać znowu pizzy.

– to jest bardzo pikantne – słyszę z lewej strony, kiedy wspominam, że może makaron bym wziął

– tak, nasz znajomy kiedyś to wziął i nie zjadł – słyszę z prawej

– hm, to może wezmę i zobaczymy – pomyślałem sobie – pikantne-srantne

Przychodzi dziewczynka po zamówienie. Mówię, na co się zdecydowałem i oddaję kartę.

– a z jakim makaronem? – pyta kelnerka

– spaghetti może nie, ale tagliatelle? – decyduję się w tonie pytającym.

– dobrze. Ale wie pan, że …

– to danie jest bardzo pikantne? Tak, wiem – ucinam wypowiedź

Razgawor trwa. Piwo na stole. Inne mają wino, wody, kawy i takie tam.

W końcu jest! Talerz zdaje się witać ze mną będąc położonym przede mną.

Hm, paćka jakaś. Makaron w sosie czerwonym. Ale jem i o jeżu! Pikantne do nieskończoności!

Powiem tak. Sztuką jest wyostrzyć danie tak, żeby podkreślało albo przynajmniej zostawiało smaki dania. Nie sztuką jest napieprzyć sosu tak, że mordę pali. Bramy piekieł chyba widziałem, bo ognie piekielne już buchały w paszczy. Cholera, nie zjem tego – płaczę w myślach.

Jak na złość wszystkie oczy na mnie – i jak? Smakuje? Ostre? – słyszę zewsząd. Głos znajomych słyszę jakby zza światów. Czyżbym był już w tym piekle?

– Noooo, pikantne jest – mówię

– a nie mówiliśmy – słyszę wtór chóru anielskiego

– no, pikantne. Nawalone sosu i już. Nie czuć nic innego – kończę opis dania

Stwierdziłem, że będę jadł powoli. Zacząłem przysłuchiwać się dyskusjom, mądrze kiwałem głową. Czasem coś wtrąciłem. Jakbym żywo zainteresowany był. A tak naprawdę szukałem kelnerki, żeby ją poprosić albo o KIELISZEK WÓDKI, albo o ŁYŻKĘ ŚMIETANY, co by to cholerstwo załagodzić lub uśnieżyć. A może i uśmierzyć? Jeden pies. Każdy zabieg byłby zbawienny.

Zapamiętałem jednak, że z alkoholi w karcie widziałem tylko wino, piwo i aperol. A o śmietanę to wstyd prosić. Co ja jestem? Dziecko, że nie zjem dania? No to jem i popijam wszystko zimnym piwem, co oczywiście powoduje, że ogień piekielny rozpływa się po całej mej paszczy.

Siedzę więc twardo. Łzy płyną, pot się leje, ale jem. Po malutku, Więcej nawijam makaronu na widelec, niż jem. Rozmawiam, przytakuję i skubie mój dań. No nawalili tego Mad Dog sosu zdrowo. Nie żałowali. Na szczęście danie stało się bardziej zjadliwe, kiedy ciut ostygło. Widziałem światełko w tunelu. Im zimniejsze, tym bardziej wchodziło. Uffff, zjadłem. Ust nie czułem do końca spotkania.

Zapomniałem o tym kulinarnym nieporozumieniu do dziś rana. O jeżu. Takie niedobre jedzenie, a cholera paliło … z pięć razy.

Unikać proszę sosu Mad Dog (w dużych ilościach).

 

 

czy ja wiem, Bolek?

A może byśmy tak, najmilsi, wpadli na dzień do … Nałęczowa?

No to wpadliśmy. Ja chciałem odwiedzić Bolimowski Park Krajobrazowy, ale nie słyszałem aplauzu. Kazimierz odrzuciłem w trymiga. Kto normalny jeździe tam w długi, słoneczny weekend? Pierdyliard Polaków. Padło na Nałęczów. Hmmmm. I cóż, że ja tam byłem już? Gdzie Polaków 4, tam 5 opinii – chyba tak to leciało.

Ale w tym Nałęczowie to myśmy byli ze … ho ho ho … sto lat temu. Początek millennium pewnikiem. Renata z nami była, więc chyba z gór wracaliśmy. Bo w niedalekim Lublinie byliśmy z Gochą-Bambochą.

I chyba nocowaliśmy wtedy w tym kurorcie złamanych serc. Jakiś pensjonat nas ugościł. Pamiętam, jak się śmieliśmy z Renatą z tych małych drzwiczek przy każdym łóżku. Za nimi były dwa wentyle. Żartowaliśmy, że pewnie tędy tlen podają, jak w nocy nerki wycinają. Także spać było nam tam strasznie.

Nałęczów wtedy oblecieliśmy bez zapamiętania. Także może i temu zgodziłem się na ten wojaż teraz.

Jedyne w Polsce uzdrowisko kardiologiczne. To temu na sercu jakoś lżej było. Wieńcóweczka mi się chyba cofnęła. Oooo, przecie ja się wdałem w rodzinę mamy, to tak jak dziadek, pewnikiem na zawał po sześćdziesiątce zejdę. Od strony papy to same raki jakieś. Ufff.

Nie przepadam za zwiedzaniem tego typu miejsc. Zbyt dużo ludzi na metr sześcienny. Przytłacza mnie to. Mam chyba ludziowstręt.

Igor, choć zobaczysz wiewiórkę!!! Widzisz jaka ruda kitka!? Tam z dziupli wystaje – jakaś madka do swego bachorlęcia woła. Zapraszam do Nowego Jorku. Od razu się odechce wiewiórek, hehehehehehe. Szare, namolne gryzonie.

Także park zdrojowy no taki turystyczny. Lekko mnie męczył. I w tym zieleńcu właśnie przeczytałem mądrość Bolesława Prusa. Czy ja wiem z tą prawdą? Ludzie ogólnie powinni się poprawić, lepsze powinny ludzie być. Bez względu na wizytę w Nałęczowie. Ale dajmyż szansę pisarzowi. Byłem tam i zaczynam się obserwować, czy zmiany idą na lepsze.

I taka iskierka się w głowie pojawiła. Myśl krotochwilna, która przeszła w dywagację i rozkminianie – kto mieszkał w Nałęczowie? Bo coś mi się zdawało, że parę osób tu zawitało.

Prus musiał być, skoro pomazał baner ogrodzeniowy swym apoftegmatem (muszę chyba wyrzucić ten słownik wyrazów bliskoznacznych). Żeromski silnie mi się konotuje z Nałęczowem.

Szybki risercz w google i już mamy! Ewa Szelburg-Zarębina! Oprócz niej: Prus, Żeromski, Iłłakiewiczówna, Parandowski, Nałkowska, Witkiewicz, Przybyszewski, Sienkiewicz.

Dom Stefana Żeromskiego jest ciekawym miejscem. Taki raczej malutki. Do muzeum, do śordka nie wchodziliśmy, bo tylko 1 osoba na raz mogła wejść. Poza tym takie to małe pomieszczenie, że oplotłem je wzrokiem przez drzwi. Także, jakby ktoś pytał, to byłem i widziałem. Domek i wnętrze to taki … Świdermajer.

Domek stoi nawet na sporej działce. Jest i studnia, i kapliczka ze zwłokami syna Adasia (l. 19), i tabliczki z życiorysem mistrza.

Ten Żeromski to dziany kolo był. Szałas w Zakopanem, miejscóweczka na Zamku Królewskim w Warszawie, domek w Nałęczowie i latarnia morska na Wybrzeżu. Szanowna małżonka listy pisała z Paryża i Włoch, że jest z synkiem, że tęskni, że wraca. No kto bogatemu zabroni.

Dziecko pierworodne im zeszło młodo (1899-1918; gruźlica), w wieku lat 19. A zasłużone w wojnie dziecię to było. W harcerzach się udzielało. Ciężko pracowało.

W tamtych czasach, jak to mówi kolega pan doktór, nie było za wiele medykamentów, więc się wysyłało w góry, nad morze, po lepsze powietrze. No niestety, nie zadziałało.

Ja akurat Żeromskiego lubiłem czytać. Prusa w sumie też. Także domek Stefka polecam.

 

Ogólnie Nałęczów podobał mi się ze względu na architekturę. Ciekawe i różnorodne wille.

Niektóre znajome mogą spodziewać się widokówki z podróży. I nie, nie ma takiego miasta Teksas!

Oj. Wstawka! Muszę w końcu przetestować opcję envelo. Ponoć stukam życzenia lub inny przekaz na komputerku i to wszystko się drukuje koło tej osoby i jest jej doręczane. Nie ma marnowania czasu na te podróże po świecie. Zawsze słyszę – do Stanów 6 dni roboczych idzie. A później jedna Ula po 3 tygodniach wrzuca na instastory przesyłkę, a druga Ula z bliższego stanu pyta – kartka? Jaka kartka?

Wielkie BUUUU robię dla Poczty Polskiej – Polish Lost Office. 8 zł w piach!

I tak, jestem fanem wysyłania kartek do ludzików. Taki Lost Art of Communication.

Kiedyś wysłałem pani prof. ze Szczecina widokówkę, bo szalenie lubi otrzymywać. Bodajże ze stolicy USA. Koleżanka szczerze ucieszyła się oznajmiając, że to jej najdalsza kartka. Szkoda, że z Vancouver nie doszła. Widać amerykańska poczta nie lepsza. Smutna mina.

 

Wracawszy do domu zajechawszy jeszcze do Puław (i niech mi teraz statystyka wpisu nie mówi, że nie używam imiesłowów. Używane są i to czynnie. Dorzucam jeszcze stronę bierną).

Pałac-muzeum Czartoryskich bardzo na plus. Głównie dlatego, że park jest spory i można się zgubić. W sumie, to i ludzi było mniej, więc przyjemność zwiedzania większa.

Zaciekawił mnie fakt, czemu pawie nie uciekają, jak są puszczone luzem? A bażanty trzymane w klatkach są. W sumie takiego bażanta można by skubnąć. Szczególnie tego kolorowego, bananowego. I właśnie! Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś pawia jadł. Bażanta tak, ale pawia nie. Może ktoś jadł kiedyś i mu nie zasmakował, zaszkodził wręcz. Temu się mówi puścić pawia.

Królewskie ptaki wydają odgłos równie irytujący co papugi, ale ogony mają cudne, majestatyczne.

Na uboczu parku pan rzucał bumerangiem sobie. Bum, bum, bumerang, wraca bumerang.

Także wyjazd się udał. Długi weekend bardzo odświeżający. A to dopiero środek laby. Co dalej?

 

Bum, bum, bumerang
Bumerang
Zastanów się nim rzucisz

Czym chciałeś zranić zaboli ciebie
Szybko wracają rzucone kamienie
Los czasem szorstki jest
Lecz sprawiedliwy
I nigdy się nie myli
Los nigdy się nie myli
Trzeba cierpliwym być

Bum, bum, bumerang
Wraca bumerang
Więc pamiętaj, że znajdzie cię
Bum, bum, bumerang
Bumerang

Liczy się każdy gest
I każda mina
Niech unosi nas endorfina

blair witch project

Każdy wie, że jestem fanem horrorów. Ostatnio jest posucha, bo filmy na Netflix są strasznie … niestraszne! Nudą wieje. Głupotą. Śmiech na sali.

Mam kilka (można na palcach jednej ręki wyliczyć) ulubionych strasznych horrorów:

– Nocne Mary z Ulicy Wiązów

– Krzyk (ale tylko jedynka, bo później to była jakaś masakra i rżnięcie, i dziabanie)

– Blair Witch Project

 

Ten ostatni obraz wiedzie prym. Widziałem go tylko raz, bo się boję replay’a. Na samą myśl mnie ciarki przechodzą. Freddy’ego Krugera też się bałem, ale patrzyłem nań kilka razy. Nawet miałem jakieś lęki przed snem i koszmary mną targały. Taki straszny film. No a o tej wiedźmie to za cholerę nie mogę się przemóc! Raz widziane i basta! Legendarne, żeby nie powiedzieć epickie straszydło.

Pamiętam 1999 rok, kiedy Pan od przyszłego Państwa z Europy na K. powrócił z wakacji z USA. Opowiedział mi wtedy o strasznym filmie. Jak mi opowiadał, to mi kapcie spadły, włos się zjeżył, bałem się ruszyć i miałem pełno w gaciach! Po seansie w Ameryce sporo osób nie ruszyło się z fotela, tak ich ze strachu wbiło w fotel. No opowieść o tym filmie wystraszyła mnie. Ale również zchallengowała! Musiałem to zobaczyć. To były chyba jeszcze czasy, że super filmy wyświetlane w USA nie wchodziły synchronicznie na ekrany polskich kin. Trzeba było swoje odstać. Na szczęście w kolejkach my Polacy mamy wprawę.

Nadszedł ten dzień! Nie pamiętam z kim zasiadłem na fotelu. W sumie nie to było kardynalne. WIDZIAŁEM ten film. I powiem tak – o kurczaczki! Nie pamiętam, kiedy mnie tak strach przeleciał. Autentycznie się bałem. Nie będę zdradzał szczegółów, bo może ktoś nie widział, ale takie patyczki w lesie i ołtarzyki były prymarne w tym quasi dokumencie (bo to niby nie horror był, tylko dokument o wiedźmie).

I teraz coś powiem strasznego! Wielki Pe ma taki fajny lasek koło domu. I tak sobie hasałem wcześniej, spacerowałem. Do czasu. W marcu mnie kolega zapytał, czy to ja jakiś ołtarzyk zrobiłem na drzewku w jego lasku. Odpowiedziałem mu szybko – plażo proszę cię (english: beach please). No musiałbym na głowę upaść, żeby jakieś domki na drzewie strugać, czy coś podobnego. O sprawie zapomniałem.

Teraz tak dla poddzierżenia razgawora zapytałem o ten ołtarzyk. I o cholera! Ciarki mnie wróciły!

Wiedźma z Blair przybyła do Kwakowa! Przestaję jeździć do Wielkiego Pe, albo niech kolega zacznie drzwi na klucz zamykać na noc! Ołtarzyk ten ma takie podstaweczki drewniane, okrągłe. Dokładnie jest ich tyle, ile liter w imieniu Wielkiego Pe. I najgorsze jest to, że ktoś to na brzozie zrobił! Gwoździe specjalnie wbił. I te dwa kamyki! Które niby rzekomo przywiozłem znad morza 21 lutego!

A obok ktoś ławeczkę zrobił. Siedzisko jest deską/dyktą ze … stodoły Wielkiego Pe! Powiedziałem mu pół żartem, pół serio, że brakuje tu tylko fotki jego jak śpi. Widziałem ostatnio taki durny horror na Netflix. I tam właśnie bohaterka dostała email ze zdjęciem siebie jak śpi we własnym łóżku. Grr i brr. Zszedłbym na śmierć, gdyby ktoś mi coś takiego przesłał.

Wielki Pe się przejął i zrobił wielkie oczy.

Ale serio, co to za pomysł z tym ołtarzykiem? Dzieci nie ma we wsi, czyli to nie one. Letników nie ma, bo to była zima. Obok co prawda jest zdrowo stuknięty sąsiad Wojtek, co zimą chodzi na bosaka, a teraz w samych majtkach i boimy się co będzie latem, ale nie podejrzewamy go o to. Najgorsze jest to, że rok temu Wielki Pe dokładnie w tym miejscu znalazł pół … wieńca pogrzebowego. No teraz jak to piszę, to mi się włos jeży. Kto dostał drugie pół? Przydałby się 07 zgłoś się, ale niestety porucznik Borewicz zagadki w niebie teraz rozwiązuje.

I chyba dziś miałem koszmar przez to wszystko! Śnię sobie, że idę parkingiem i pije kawę. Niby nic strasznego, prawda? Nagle patrzę, a tam mój wykładowca ze studiów, pan prof. dr Tadeusz Popławski. Szalenie go lubiłem. Fajny facet, z poczuciem humoru, żadnych tam kijów w dupie, jak to mieli inni uczelniani profesorowie. No ludzki człowiek ten Pan Tadeusz. Sporo lasek z roku pisało u niego magisterkę. Ja też chciałem, ale temat fuzji i przejęć nie był w kręgu jego zainteresowań, więc mnie odrzucił i trafiłem do starego dziada Stefana. Co to był za dziad! Pisanie pracy, to był koszmar!

No i ten prof. dr Tadeusz do mnie zamachał. I tu już jest dziwne, c’nie? Podbijam do niego i się pytam:

– pan mnie kojarzy?

– tak. Jesteś Maciej – mówi prof. dr

– ooo. To miło, że pamiętasz. Przecież musiałeś mieć z 1 000 studentów – odpowiadam i się nawet nie dziwię czemu mówię od razu „na Ty”

(Wykładowca wygląda dokładnie jak 20 kilka lat temu. Nie zestarzał się, czyli … wampir!)

I tak sobie pogadaliśmy i zaproponowałem mu, żebyśmy wskoczyli na Uniwerek (on mnie uczył na Polibudzue), bo chcę mu coś pokazać. Tu już się lampka powinna zapalić, c’nie? O dziwo Tadeusz się zgodził. I co za akcja! Na Uniwerku, na Matmie (studiowałem to cudo przez moment) przywitał mnie rektor. I mówi do mnie tak – prawie 4 dekady czekaliśmy na pana. Połechtał moje ego. No, żeby mnie tak pamiętać? Po jednym semestrze brylowania na korytarzach wydziału Matematyki?

Tadek kiwa i w uśmiechu, i podziwie głową, a ja … baranieję. WTF?! – chciałoby się rzec, ale nie powiedziałem tak, no bo majestat przede mną stał, Jego Magnificencja Rektor.

Szef UwB wręcza mi uroczyście uroczystą i bardzo oficjalną teczkę. Że niby taka państwowa i oficjalna. Ale tu powinna się zapalić mi druga lampka, bo nie spostrzegłem orła na okładce. Za to na całej powierzchni widzę komunikat spersonalizowany. Coś w stylu:

Szanowny panie Macieju. Uprzejmie informujemy, że od 23 lat nie jest pan studentem Wydziału Matematyki Finansowej Uniwersytetu w Białymstoku. Niniejszym został pan skreślony z listy studentów. W środku znajdzie Pan swoje świadectwo maturalne.

I teraz tak. Na serio szukałem kiedyś swojego świadectwa ukończenia liceum. I tak wydedukowałem, że musi być na tej Matmie. I na serio rzuciłem tę matmę. Wstałem i wyszedłem z zajęć i nigdy nie wróciłem już. Oczywiście za kilka dni wywaliliby mnie z uczelni, bom nie zdał jednego (z dwóch) egzaminu poprawkowego (na drugi się nawet nie pofatygowałem).

I jakie kurna cztery dekady! Skoro to było w 1998 roku. Choć zaczekajcie. Niechże przekalkuję. Lata 90., 00., 10., 20. To są w sumie cztery dekady! O jeżu, ale żem stary jest już. Na studiach musiałem mieć ze 20 kilka lat. Cztery dekady to ze 40 lat, czyli mam ni mniej, ni więcej tylko … 29 lat! Jaka prosta kwotacja: 20+ + 40 = 29. Hm, nie dziwota, że chcieli mnie z tej Matmy wywalić, skoro nie umiem elementarnego sumowania (oblałem Elementarną Teorię Liczb między innymi. Liczby się zemściły na mnie teraz jak widać).

I powiedzcie teraz, co ja mam o tym wszystkim sądzić? Czy kolegę Wielkiego Pe mi ktoś chce ubić? Może żona z córką coś z Belgii knują? Bo to zawsze spadek i przyjemności finansowe? A może faktycznie Wiedźma Blair dotarła w końcu z USA do Polski?

I gdzie do cholery jest moje świadectwo maturalne?

ćpamy się?

A może szczepimy się gdzie możemy?

Wyskoczyłem sobie na długi weekend. Wyjazd z serii „a może by tak rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady”. Ale nie, nie góry tym razem wybrałem. Pojechałem w górę mapy. Po drodze zatrzymałem się na kawę i nie tylko. Uderzyły mnie ogłoszenia w toalecie stacji paliw BP w okolicach Lubonia Kujawskiego.

 

 

Hm, albo faktycznie ćpuny tu maja raj, albo punkty lotne/mobilne Narodowy Program Szczepień zorganizował.

Dziwne.

W sumie w domu strzykawkę mam. Ale igły już nie. Jak byłem mały to miałem komplet. Już nawet nie pamiętam do czego używałem. Chyba do ładowania pióra wiecznego (jestem fanem pisania tym przyrządem. Do tej pory to robię). Kupowałem atramenty w różnych kolorach i uzupełniałem później zbiorniczki w piórze (zielony atrament jest dziwny, a czerwony kuje w oczy). A później były już takie pisadła, że można było albo wymienić nabój, albo bez strzykawki ładować.

Ale igły miałem w domu. Teraz to nawet nie wiem gdzie kupować. Pewnie w aptekach mają.

Także zostawmy ćpunów w spokoju.

Odwiedziłem Wielkiego Pe. Owieczki zrobiły sobie długi weekend i biwakują pod namiotem. To znaczy baran ze swoimi nowymi dziewczynami biwakuje.

Od lewej: Bee, peruwiańska owieczka i lama

Powiem tak, ogolone zwierzątka już nie wyglądają tak przemiło. A owieczka na dodatek, po tym jak została madką, się … szarogęsi! Non stop meczy. Czegoś albo chce, albo żąda atencji. Maleństwo przy mamusi też coś zameeeeczy czasem (nota bene słodko to robi). Do paśnika leci Madka Polka pierwsza. Nawet nie pozwala mi wysypać pyszności, łeb do wiadra wkłada. Jak już mają dane, to pierwsza żre i pozostałe zwierzątka przegania. No jaka wredna … krowa!

Chyba zaczynam się przychylać do decyzji Wielkiego Pe – zażynamy owieczkę.

Ponoć trzeba odczekać z 6 miesięcy, żeby maleństwo podrosło i już obyło się bez cyca.

Czyli jakoś w listopadzie wpadam na … owcobicie! Już zapowiedziałem, że jestem żywo zainteresowany (świnki i cielaczki widziałem jak się pozbawia żywota, ale owieczki jeszcze nie) i koniecznie ma mnie kolega zawiadomić o terminie. Będzie smacznie.

Baranek miał iść pierwszy pod nóż, bo się izoluje, patrzy spode łba, podrywa inne owieczki i w nosie ma starą i maleństwo. Na zdjęciu właśnie baranek biwakuje z lamą i peruwiańską owieczką.

Dziwna ta rasa peruwiańska. Maleństwo Mee i Bee ma 2 i pół tygodnia i już się zrównało wzrostem z prawie jednolatką z Peru.

Ostatnimi dniami w wyścigu „pod nóż” owieczka zaczęła wieść prym przez to swoje … bycie nieznośną. Także baranek ocaleje.

La Familia wygląda tak:

Nad morzem wieje. Mocno wieje. Aż mi włosy zwiało (nie każdy w sumie wie, że była u pani fryzjer wizyta).

W kawiarenkach ludzie są. Biznes gastro wraca na właściwe tory. Na deptakach też można spotkać turystów. Kupują kramowy chłam, kebaby i lody. Właśnie! Może ktoś chce koszulkę z napisem Mielno? Albo kapelusz? Albo poduszkę? Badziewi tu bez liku.

Latem musi tu być strasznie. Plaża jest krótka, więc pewnie nie da się przejść. Obok w Łazach krajobraz jakby bardziej stonowany, bez tych kolorowych jarmarków. A może to tylko takie (mylne) wrażenie zza kierownicy.

Aha, na razie nie zauważyłem strasznych cen. Zupa pho z krewetkami 26 zł, kaczka na półmisku od 28 do 32 zł. Ryb jakoś nie odnotowałem. Kebabski rządzi.

Ale, hm, ciastko, duży lód i 2 czarne kawy za 62 zł? To tak jakby po warszawsku.

Także wracam w dół mapy i zobaczymy co dalej. Piękna nasza Polska cała. Rzepak się żółci na polach. Ładny widok.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑