życie

my pesto is the besto

oooo kurczaczki! Jestem nadal podniecony. Kulinarnie tym razem.

Nie wierzyłem, szczerze się przyznaję, nie wierzyłem w sukces pesto z rzodkiewki. Ale podjąłem wyzwanie.

Wrzuciłem do Google’a i tak z niedowierzaniem patrzę na pierwszy wynik i mówię “o-o. banalne”.

Okazało się, że wszystkie składniki mam oprócz parmezanu. Ale tak jak pisałem wcześniej, nie zamierzałem używać sera. Jakoś mi nie leży ten składnik w daniu.

Podsiekałem z grubsza to zielone od rzodkiewki. Dodałem pokrojonych trochę ząbków czosnku, pestek słonecznika prażonych. Pieprzu podsypałem. Z tą solą tylko miałem problem. To taka sól w oku dla mnie w kuchni. Nie używam za bardzo. Na szczęście mam zamiennik – magiczny składnik wszystkich moich dań – SOS RYBNY, który właśnie mi się skończył. Czas podbić do Azjatki.

Także podlałem sosem, dodałem, i tu się przyznaję, ciut za dużo oliwy. Przynajmniej tak mi się wydaje, że za dużo, bo jakaś paćka wyszła. Ale nie jest najgorzej jeśli chodzi o konsystnecję.

Znalazłem w domu resztkę mini bagietki na zakwasie i zrobiłem food poisoning. To znaczy food positioning. Olimpia z UK pewnie byłaby ze mnie dumna, jak to wszystko ładnie zaaranżowałem.

Mniam! Jestem kontent. Mój żołądek na razie też.

Ciekawe czy Pan od Państwa z Europy na K. by to jadł?

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.