Tag: jedzenie (Page 1 of 3)

albania, po prostu albania

jestem taka gapa. Do gruzji się od lat wybieram i jakaś sójka jestem. Nie byłem. A wszyscy mówili kilka ładnych wiosen temu, że to jest ten czas. Później może być za późno. Także do albanii czmychnąłem w miarę szybko. Po dwóch latach brzdąkania o niej. W październiku nabyłem bilety, chyba w dobrej cenie (nie pamiętam już). Najpierw myślałem tak „oh, ta albania, to dopiero za pół roku”. Później było „eh ta albania, to za dwa miesiące”. A teraz? „Oj, ta albania! Jeszcze tylko kilka dni i powrót”. A się nie chce.

Wylot mieliśmy z Malmo. Bo taniej i wygodniej. Na lotnisku pasażerowie wyglądali jak z … Albanii. I tu muszę przeprosić, że uprzedzony byłem do nacji. Spodziewałem się, że jakieś dziady będą. Na lotnisku wrażenie było całkiem nie zmienione. Nie, nie chcę nikogo obrażać. Lubię takie kraje. Cięgnie mnie doń. Nie wiem, czy to coś na zasadzie syndromu sztokholmskiego, czy po prostu czuję się zjednoczony z krajami postkomunistycznymi, będącymi pod reżimem.

Wizzair oczywiście nas nie zawiódł i lot nam opóźnił. Na szczęście tylko o 40 minut. Ale i tak to było nam nie na rękę, bo wylądowaliśmy po 1 w nocy.

Na szczęście nasz przemiły hotel, za 20 euro, podstawił na kierowcę, który się spóźnił. Ale tylko o 3 minuty. Jadąc do hotelu (ok. 20 minut) popatrzyłem przez okno limuzyny. Hm, kraj różnic i kontrastów. Logo wielkich, zagranicznych korporacji bije po oczach. Te świetne budynki przeplatane były starymi ruderami albo dziwnymi, architektonicznymi dziwolągami. Wtedy to się mogłoby nazywać modern art., ale w czasach komunizmu oczywiście nie nazywało się tak. Sztuka użytkowa pewnie to była.

Zaciągnąłem języka przed wylotem. Akurat koleżanka była. Ale 6 lat temu. To wiadomo, że po tej zarazie to wieczność. Inny świat, inna cywilizacja.

I takie mam wrażenia:

– po angielsku ciężko się dogadać, ale HALO, to nie koniec świata. Dajemy radę. Nie ma problemu. Używamy międzynarodowego języka pięniądza

– zielono

– pieszy niby ma pierwszeństwo, ale … hahahahahaha … jasne

– kontrast/różnorodność

– współczuję rowerzystom. Masakra się chodzi po chodniku. A tu jeszcze dwa kółka cię mijają. Gorzej niż na Manhattanie

– jarają wszędzie. Niestety najbardziej czuć to w knajpach na zewnątrz (w środku nie można palić)

– nie jest tak tanio, jakby mogło się wydawać. Za melona w sklepie zapłaciłem 24 złocisze!!!

– miasto jest bardzo dobrze rozwinięte, jeśli chodzi o rozwiązania technologiczne. Ławki z usb i darmowym wi-fi. Fajne światła dla pieszych. Ludzie dobrze ubrani. Widać wysoki poziom rozwoju i świadmości.

Hotel mamy z serii B&B. Skromnie, ale czysto i bardzo miła obsługa. Dziewczynka nam doradza we wszystkim. Na ścianie informacyjnej była lista z „6 hot spots”. Do tego dołożyliśmy 15 miejsc, które należy zobaczyć. I ruszyliśmy w miasto.

Polecam Tiranę. Z całego serca. Taka Rumunia, Włochy, Te Aviv. Czasem i Ukraina. Fajna mikstura. Język też osobliwy.

Nastawiałem się również na jedzenie.

Pierwszego dnia, tak ścichapęk wylądowaliśmy w Greek Street Food. Po wejściu do środka od razu pomyślałem, że to taki standard złotych łuków (dla nie kumatych Złote Łuki = Mak). Ale ok, jak się już weszło, to trzeba coś przetrącić. I ku naszemu zaskoczeniu pita z kalmarami i sałatka z awokado okazała się strzałem w 10! Mega smaczne i świeże.

lunch Greek street food

lunch Greek street food

Kolację mieliśmy w bizantyjskich ruinach. No może przesadzam, ale kiedyś tam stał jakiś pałac. Mury tylko się ostały. W środku knajpa na knajpie. Menu dosyć proste, bo wybierasz tylko mięso i kucharz zajmuje się resztą. Można wybrać wieprzowinę, wołowinę, jagnięcinę, kozinę. Przystawki lokalne dostają wszyscy takie samo. Danie główne jest serwowane na dwie osoby. Wzięliśmy wołowe. Dobrze doprawione, chrupiące.

beef me ceren

beef me ceren

Dziś był dzień owoców morza.

Wstawka: Nie muszę chyba przypominać, że ja od czasów spotkania Stefana na Santorini trzymam się jego zasady – zawsze bierz oktopusa!

Lunch w modnej i bardzo ekskluzywnej drzewiej dzielnicy Blloku. Kelner bardzo mało przyjazny. Dziwną minę zrobił, jak zapytaliśmy się czy czynne. Chyba nie było, ale po zrobieniu szybkiego focha oznajmił, że czynne. Ale jedzenie było ok.

Na kolację zaszliśmy do Varkat 400 metrów od hotelu. Dzielnia mało przyjemna, choć według wszelkich opinii bezpieczna.

I się okazało, że sam szef nas ugościł. Piękną angielszczyzną opowiedział nam całą kartę, także wiedzieliśmy co zamówić. Nie wiem, jak się to stało, ale 9 dań nam wyszło. Za 260 złociszy. Przy okazji dostaliśmy lekcję historii o Tiranie i Albanii. Był kiedyś taki dowcip:

– ile pan ma lat? – pyta się rekruter

– 20 – odpowiada kandydat

– i pisze pan, że ma 25 lat doświadczenia?

– tak, nadgodziny brałem

I tu też było coś w ten deseń. Szef kuchni i współwłaściciel ma 28 lat i knajpę prowadzi od 13. Najpierw był to rodzinny biznes, a teraz w kilka osób to prowadzi. Nadal słychać entuzjazm w głosie i przede wszystkim wciąż ma zapał do tej pracy. Oczywiście chłopak samouk. Dodatkowo doradził i odradził na kilka rzeczy. Chciałem jechać do Berat, miasta 1001 okien. Enea Kapaj wzdrygnął się na samą myśl i zaproponował nam zupełnie inny kierunek. Musimy przemyśleć za i przeciw. Oczywiście można się wszędzie autobusem dostać. Kraj jest mały. Ale na myślę o wynajmie auta. Ale w Albanii jest zero tolerancji. 0,01 promila można mieć, czyli trzeba być trzeźwym. Pomyślimy.

Jak na razie jestem zachwycony Tiraną. Świetne miejsce. Serdecznie polecam.

I chyba po raz pierwszy mam uczulenie. Nie wiem tylko na co. Mam wrażenie kataru. Smarkam i ciągam nosem. Do tego oczy by chętnie chciałyby być zamknięte.

 

jestem pewien, że krawat po francusku jest rodzaju żeńskiego

Przebiłem dziś sąsiada Stefana i się wykąpałem w basenie o 7.40. Rześko!

Jechałem dziś do ruin, do starożytnej Firy (Ancient Thera).

I po drodze mijałem knajpę La Cravate. I przypomniało mi to lektorat z francuskiego. Cholera pamiętam kilka rzeczy z tych zajęć.

Po 1, primo, lektorka oświadczyła, że Arek-Zegarek świetnie zna język. Kolega biedny się zająknął i wyszedł mu czas przeszły, którego nie poznaliśmy jeszcze. Że li albo żee li – czyli czytam albo czytałem. Prawda, że zająknięcie może zmienić czas!?

Po 2, primo, Je me suis cassé ma jambe, czyli złamałem sobie nogę. To zdanie z użyciem czasu przeszłego pamiętam do dziś!

Po 3, primo, krawat jest rodzaju żeńskiego. No kurczaczki wbiłem to do łba! Bo tak mi się nie spodobało, czemu męska rzecz jest damska?

Starożytna część Firy jest … kompletną ruiną. Żar się dziś lał z nieba. Jak zawiało, to wszyscy odetchnęli z ulgą. I każdy, jak kania dżdżu, szukał cienia. Ja też. Lało się z pingwinka, oj lało.

Poznałem dwie pary z Niderlandów, nie mylić z Neverland. To pierwsze to do niedawna Holland się nazywało, ale się obruszyli, że do Poland podobne, a to drugie to ranczo tego ponoć pedofila, Króla Popu. Ale z Holendrami się pośmialiśmy i wyszło, że … Niemry kontra Reszta Świata, to … jakaś masakra już jest. Pierdyliard do zera.

Oh! Z góry Black Beach/Czarna Plaża wygląda jak wielki asfaltowy parking, c’nie?

Dzień był taki rozlazły. Ja ruszyłem zwiedzać, a inni nerdzili w hotelu. Ale udało mi się niektórych wyrwać do knajpy. I było jak zwykle pysznie. Wziąłem doradę, bo piątek. Pan zaoferował, że mi ją rozbierze. Zadziwił mnie. Powiedziałem mu, że nie trzeba, sam to zrobię. No to on się zdziwił.

Na kolację zjadłem jagnięcinę, bo zapomniałem wcześniej, że piątek. Oj pyszka! Chyba u Wielkiego Pe zrobimy na jesień Moją Wielką Grecką Ucztę. No mięsko przepyszne! Ładnie podane. Aż kazałem kelneru powiedzieć, żeby przekazał szefowi, że wow! A do tej jagnięciny to my … czegoż to my nie braliśmy. Piwo Metos, wino różowe, uzo! Oj. Zaszumiało lekko w głowie.

Wielki Pe ostrz noże. Mee i Bee będą biedne.

Ja nie chcę wracać! Ja chcę wygrać w euro jack pota i palić pota i zwiedzać świat!

Przecie te widoki z rana i wieczorem się nie mogą znudzić! Jest bosko! Choć pan kierowca dziś mówił, że od połowy listopada do końca lutego, to Kamari wygląda jak po inwazji zombie. Że fale zalewają miasto, psy biegają po ulicach. Hm, no cóż, to zostanę jeszcze chwilkę.

A kolejne wakacje to już w Polsce. Zaczekam, aż szanowna małżonka z córką nawiedzą Wielkiego Pe i wtedy doń wpadnę. Jakiś jazzowy festiwal ponoć gdzieś tam grają i niby mamy jechać. Wielki Pe mówi, że jakieś mecyje z tą szanowną małżonką. Ale to ponoć pół krwi Holenderka. No nie znam się. Dziś spotkałem ze dwie Dutch von De Klutch i były fajne.

Chyba zacznę się uczyć niderlandzkiego. Będzie hujowo, to znaczy dobrze.

ik wens je een goede nacht

A z ciekawostek powiem, że przez dwa i pół roku lektoratu francuskiego, ani razu pani magister nie zapisała na tablicy wyrazu „dzisiaj”. Też jakieś to ponoć hujowe słowo, aujourd’hui (czytamy ponoć ażurdłi). Co za (c)hujowe języki! Pardon my french.

moje wielkie greckie wakacje

No wieje! I rozwiewa mnie.

 

Zamierzam obejrzeć wszystkie filmy o Grecji. Grek Zorba. Moje Wielkie Greckie Wesele. Gladiator. Spartakus. Kleopatra. I takie tam.

Wszyscy mówili, że będzie piekło. No i mieli rację. Ale! Ale ja prędko nauczyłem się, że trzeba trzymać się nabrzeża, bo wieje. Bosko wieje. I rozwiewa mnie. Nawet można powiedzieć, że jest chłodno. Czmychając w głąb wyspy znowu czuje się żar i spiekotę. Można spłonąć. I faktycznie, nie czuć tego słońca. A jest i grzeje. Rozchmurzoną ma buzię nasze słoneczko.

 

Mykonos.

Przylecieliśmy z małą przygodą. Nie mogliśmy się oderwać … od rękawa. Zapewniali, że to wina nie samolotu. Dolecieliśmy szczęśliwie. Z lotniska do hotelu było za 15 euro. Odległość z 2 kilometry. Kolejne 600 metrów musieliśmy iść, bo w te wąskie uliczki nic już nie wjedzie. A przynajmniej taxi.

Miasteczko Mykonos mnie oczarowało. Te białe domki, ta niebieskość, te wyślizgane chodniki/uliczki. No uroczo.

Się zgapiliśmy wieczorem. Bo sobie sjestowaliśmy w pokoju. Patrzymy co chwila przez okno, że jeszcze widno jest. No to siedzimy dalej. W pewnym momencie mówię, że jest po 21. Postanowiłem wyjrzeć przez okno i zadrzeć łeb. Ciemne niebo. A na ulicy widno. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że naprzeciw jest sklep z duperelą, który ma mocne światło na ulicę. Sklepy mają czynne chyba do północy, bo tak w jednym powiedziała nam pani. Szarpnąłem się nawet na oryginalną grecką wełnę.

Santorini

Na kolejną wyspę przypłynęliśmy sporym statkiem. Ponad 2 godziny drogi. Na miejscu podbija do nas pan z pytaniem „taxi?”.

– ile? – się pytam

Pan nas prowadzi pod budkę z napisem „shuttle bus” i mówi:

– 100 euro ale zabierze nas do hotelu. 180 euro to ekskluzywnie zabierze nas do hotelu

– za drogo! – mówię mu

– 80 euro – pan schodzi z ceny

– zwariowałeś? – pytam się

– 60 euro – schodzi pan jeszcze bardziej

Odchodzimy od człowieka i szukamy normalnej taxi.

Podchodzi pan inny i się go pytam, czy są tu normalne taxi. Pan mówi „sure” i pokazuje nam … shuttle busy.

– 100 euro – mówi pan – skąd jesteście?

– z daleka – mówię już mocno podirytowany

Ogólnie miał nas zabrać transport z hotelu w ramach ceny za hotel, ale nasz statek miał w sumie opóźnienie 90 minutowe. Pan kierowca dzwonił do nas, ale w ogóle go nie mogłem usłyszeć. Pytam się kolegi, który organizował hotel i kierowcę, czy informował ich o opóźnieniu. Okazało się, że nie, no bo przecież hotel mógł sprawdzić, że nasz prom się spóźnia.

Wkurw mi urósł.

Oddzwaniam do kierowcy hotelowego i ledwo co udaje mi się usłyszeć, że nie czeka na nas już. Mamy wziąć taxi i nam zwrócą.

– skąd? Amerika? – pyta się pan w porcie

– nie. Przepraszam, ale mamy 90 minut opóźnienia. Nie mam czasu na rozmowy. Ile za taxi?

– 100 euro

– nie ma mowy

– a ile dacie? – dopytuje się

– 30 za wszystkich

– ok

Oj dobrze, że to auto z wypożyczalni zwróciliśmy. Oj dobrze. Dróżki wąskie, kręte, jak tu jechać? A nasz hotel dodatkowo w takim miejscu, że już się nie da podjechać. Ponoć nasze miejsce ma 11 kondygnacji. Jak wchodziliśmy od góry, to wydawało się, że to tylko kilka pokoi. Ale cóż, na zboczu stoi, więc pewnie z drugiej strony ma te 11 pięter. Mnie w sumie interesuje basen.

Jak na razie Mykonos mi się podoba bardziej. Ale zobaczymy później.

Grecy przemili. Jedzenie obłędne.

Sałatka grecka nabiera zupełnie innego wymiaru. Owoce morza też. W końcu feta zaczyna mi smakować. Pierwszy raz zjadłem fish egg salad, czyli taramasałatę. Mniam i mlask! Aha, miecznika już nigdy nie kupię w Carrefourze. Tu, to sama rybka rozpływa się w buzi.

W knajpach zaciągają plastikowe, transparentne ścianki, żeby nie wywiało gości i jedzenia za stolików. Tak wieje. Nam pan przyniósł rachunek zgnieciony i wciśnięty w kieliszek, który postawił dnem do góry. Trzeba sobie jakoś radzić.

A że słonko żarzy, to co ja na to poradzę. Muszę trzymać się morza. No wieje! I rozwiewa mnie.

Co do cen, to hmmm – kochane pieniążki przyślijcie rodzice.

Z ostatniej chwili. O 22.10 wrócili sąsiedzi z dołu. Tatuś włączył jakąś pod nózię muzę. Mamusia się wygina w krótkim tańcu, a córka w basenie się pluska z włączonym komunikatorem. Relacjonuje koleżankom, co robi w wodzie. Widać, że tak jak i my są w niebie. Państwo się odzywa, komunikuje ze sobą … po polsku … A to ci niespodzianka.

 

 

my pesto is the besto

oooo kurczaczki! Jestem nadal podniecony. Kulinarnie tym razem.

Nie wierzyłem, szczerze się przyznaję, nie wierzyłem w sukces pesto z rzodkiewki. Ale podjąłem wyzwanie.

Wrzuciłem do Google’a i tak z niedowierzaniem patrzę na pierwszy wynik i mówię “o-o. banalne”.

Okazało się, że wszystkie składniki mam oprócz parmezanu. Ale tak jak pisałem wcześniej, nie zamierzałem używać sera. Jakoś mi nie leży ten składnik w daniu.

Podsiekałem z grubsza to zielone od rzodkiewki. Dodałem pokrojonych trochę ząbków czosnku, pestek słonecznika prażonych. Pieprzu podsypałem. Z tą solą tylko miałem problem. To taka sól w oku dla mnie w kuchni. Nie używam za bardzo. Na szczęście mam zamiennik – magiczny składnik wszystkich moich dań – SOS RYBNY, który właśnie mi się skończył. Czas podbić do Azjatki.

Także podlałem sosem, dodałem, i tu się przyznaję, ciut za dużo oliwy. Przynajmniej tak mi się wydaje, że za dużo, bo jakaś paćka wyszła. Ale nie jest najgorzej jeśli chodzi o konsystnecję.

Znalazłem w domu resztkę mini bagietki na zakwasie i zrobiłem food poisoning. To znaczy food positioning. Olimpia z UK pewnie byłaby ze mnie dumna, jak to wszystko ładnie zaaranżowałem.

Mniam! Jestem kontent. Mój żołądek na razie też.

Ciekawe czy Pan od Państwa z Europy na K. by to jadł?

pukając do piekieł bram

czyli mój kolejny pierwszy raz.

Dobry kebab piecze dwa razy – słyszałem ten bon mot często w żartach Słodkokwaśnej.

Dziś się przekonałem co to znaczy. Ale nie było to ani dobre, ani nie był to kebab.

Umówiwszy się wczoraj na spotkanie we włoskiej knajpie. W związku z tym, że w Boże Ciało też byłem w podobnej jadłodajni, to nie chciałem brać znowu pizzy.

– to jest bardzo pikantne – słyszę z lewej strony, kiedy wspominam, że może makaron bym wziął

– tak, nasz znajomy kiedyś to wziął i nie zjadł – słyszę z prawej

– hm, to może wezmę i zobaczymy – pomyślałem sobie – pikantne-srantne

Przychodzi dziewczynka po zamówienie. Mówię, na co się zdecydowałem i oddaję kartę.

– a z jakim makaronem? – pyta kelnerka

– spaghetti może nie, ale tagliatelle? – decyduję się w tonie pytającym.

– dobrze. Ale wie pan, że …

– to danie jest bardzo pikantne? Tak, wiem – ucinam wypowiedź

Razgawor trwa. Piwo na stole. Inne mają wino, wody, kawy i takie tam.

W końcu jest! Talerz zdaje się witać ze mną będąc położonym przede mną.

Hm, paćka jakaś. Makaron w sosie czerwonym. Ale jem i o jeżu! Pikantne do nieskończoności!

Powiem tak. Sztuką jest wyostrzyć danie tak, żeby podkreślało albo przynajmniej zostawiało smaki dania. Nie sztuką jest napieprzyć sosu tak, że mordę pali. Bramy piekieł chyba widziałem, bo ognie piekielne już buchały w paszczy. Cholera, nie zjem tego – płaczę w myślach.

Jak na złość wszystkie oczy na mnie – i jak? Smakuje? Ostre? – słyszę zewsząd. Głos znajomych słyszę jakby zza światów. Czyżbym był już w tym piekle?

– Noooo, pikantne jest – mówię

– a nie mówiliśmy – słyszę wtór chóru anielskiego

– no, pikantne. Nawalone sosu i już. Nie czuć nic innego – kończę opis dania

Stwierdziłem, że będę jadł powoli. Zacząłem przysłuchiwać się dyskusjom, mądrze kiwałem głową. Czasem coś wtrąciłem. Jakbym żywo zainteresowany był. A tak naprawdę szukałem kelnerki, żeby ją poprosić albo o KIELISZEK WÓDKI, albo o ŁYŻKĘ ŚMIETANY, co by to cholerstwo załagodzić lub uśnieżyć. A może i uśmierzyć? Jeden pies. Każdy zabieg byłby zbawienny.

Zapamiętałem jednak, że z alkoholi w karcie widziałem tylko wino, piwo i aperol. A o śmietanę to wstyd prosić. Co ja jestem? Dziecko, że nie zjem dania? No to jem i popijam wszystko zimnym piwem, co oczywiście powoduje, że ogień piekielny rozpływa się po całej mej paszczy.

Siedzę więc twardo. Łzy płyną, pot się leje, ale jem. Po malutku, Więcej nawijam makaronu na widelec, niż jem. Rozmawiam, przytakuję i skubie mój dań. No nawalili tego Mad Dog sosu zdrowo. Nie żałowali. Na szczęście danie stało się bardziej zjadliwe, kiedy ciut ostygło. Widziałem światełko w tunelu. Im zimniejsze, tym bardziej wchodziło. Uffff, zjadłem. Ust nie czułem do końca spotkania.

Zapomniałem o tym kulinarnym nieporozumieniu do dziś rana. O jeżu. Takie niedobre jedzenie, a cholera paliło … z pięć razy.

Unikać proszę sosu Mad Dog (w dużych ilościach).

 

 

modlitwy żaby

Wpadła mi w ręce książka pt. Modlitwy żaby. Poczytałem okładki o panu autorze i o tym dziele. Od razu stwierdziłem, że bełkot jakiś pseudofilozoficzny.

Ale tak z ciekawości przejrzałem zawartość. Z grubsza.

Ah, wstawka!

Wczoraj w radio głosili, że Toruń ma pierniki. Poznań ma rogale Marcińskie. A Gniezno ma …

No właśnie, wczoraj były imieniny (św.) Wojciecha, patrona Polski (Czech i Węgier), mocno związanego z pierwszą stolicą Polski.

Oj, św. Wojciech skończył marnie. Głowę mu na pal nabili, na znak hańby. Relikwie złożono w Gnieźnie, w katedrze (św. Wojciecha). I w radio właśnie rozmawiano z mieszkańcami grodu wspomnianego. I tu się wszyscy dowiedzieli, że przysmak ichniejszy, to … Wojciacho. W cenie 1,50 zł. Heh, ciekawostka taka.

I tak przeglądając książkę trafiłem na opowiastkę quasi filozoficzną o tym, kiedy się Bóg śmieje.

Ja bym dorzucił jeszcze jeden przypadek na ubaw po pachy Stwórcy.

W międzyczasie poczytałem w onet o mistrzu Robercie Makłowiczu. Jeden artykuł zatytułowano – wszyscy jeżdżą do Tajlandii, a na Podlasiu nikt nie był. Okazało się, że kuchmistrz odwiedził znajomych w Kruszynianach. Dowiedziałem się, że tę wielką budę-restaurację im spaliło. Ponoć zwarcie elektryczne.

Byłem tam kiedyś, już nie pamiętam kiedy. Z 10 lat nazad? Albo i dawniej. Ze Słodkokwaśną i jego panią. Zajechaliśmy do tej restauracji z zamiarem pałaszowania pyszności tatarskich. Chyba za późno przyjechaliśmy, bo to co chcieliśmy zamówić było już niedostępne. Wzięliśmy to, co mieli. Jakieś mączne bułki/wypieki. Nie smakowało nam, o ile mnie pamięć nie myli. A zdecydowanie mi nie smakowało.

Pan Makłowicz zjadł sobie na śniadanie śledzia z chrupiącą, smażoną cebulką, serem korycińskim. Bo po sąsiedzku ten Korycin. Na obiad w wielkim grillu maestro zrobił szaszłyki, obok na płycie grzewczej kładąc znowu ser koryciński, porównując go do halloumi, czy oscypka [sic!]t. Z jedną, lokalną panią, przyjaciółką swoją zrobili coś naprędce. Nie zauważyłem nazwy i składników. Pani miała piękną otrzewną z jagnięcia. Zawinęła w to starkowane ziemniaki z mięsem. Ponoć to ich odpowiedź na kiszkę ziemniaczaną, którą się robi z flaka/kiszki wieprzowej. Pani poinformowała, że nie są jacyś ortodoksyjni i zdarza im się jeść polskie kartofel-danie, ale ich wypiek, to jednak tatarski wypiek.

Drugi artykuł o panu Makłowiczu miał tytuł – w tym roku tylko raz udało mi się gdzieś polecieć.

I tu mię olśniło! Właśnie! Po 15 latach beztroskiego latania, ja w 2020 nigdzie nie byłem. W 2005 po raz pierwszy świadomie wyleciałem za granicę (nie liczę licealnych i studiowych wypadów do Czecho-Słowacji). 16 lat temu odwiedziłem Lądek. Oj, pamiętam szok lingwistyczny. Półtorej dnia zajęło mi zrozumienie ich akcentu. Na początku łapałem tylko, że z intonacji ich wypowiedzi należy odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Także mądrzę w ten sposób odpowiadałem. Znajomi się pytali co ludzie mówią, a ja odpowiadałem szczerze, że nie mam pojęcia, ale odpowiedź „tak” lub „nie” była na miejscu. Pod koniec drugiego dnia wszystko już kumałem. Lubię brytyjski akcent. Z 5 lat temu, jak na weselu siostry ciotecznej nazjeżdżało się towarzystwo z Wysp, to miałem przyjemność usłyszenia różnych odcieni szekspirowskiego. Jako ciekawostka dodam, że wesele odbywało się w dniu referendum – Brexit or no Brexit? Pytałem się nawet przyjezdnych, że nie żałują, że zmarnowali okazję zagłosowania na swoją przyszłość w UE. Okazało się, że na Wyspach jest Europa i można było głosować korespondencyjnie. U nas rok temu chcieli zrobić tak samo, ale wyszedł z tego jeden wielki sasin.

Kończąc wątek o weselu i Brytolach. Jak Szkot mówił, to było ok, ale jak się ludzie z Londynu zaczęli wysławiać, to cholera, trzeba się było skupić. Fajny ten akcent.

Także moje pierwsze wojaże to był Londyn – 2005, 2006, 2007, 2008, 2010.

I tak sobie teraz myślę, że jeśli istnieje Bóg, to pewnie się teraz śmieje – wycieczek wam się zachciało? Za granicę!  Hahahahahaha, w domu siedzieć.

I się kurczaczki okazuje, że w 2021 też chyba nie będzie mi dane gdzieś wyskoczyć za granicę. To będzie drugi taki rok!

W mediach polskich informują, że ponoć do Grecji i Turcji można będzie wyjechać „normalnie” na wakacje. Rozmawiam z moim znajomym Muratem, jak tam sytuacja u niego. Okazuje się, że fatalnie. Także Turcja odpada.

Eh, idę robić babkę ziemniaczaną, bom się zainspirował mistrzem Makłowiczem. A może do Tajlandii na kanikuły? Na Podlasiu już się nabyłem.

 

home alone, czyli …

Maciek sam w domu.

 

No cóż kochani. Wygląda na to, że nie trzeba mieć telewizora, ani Polsatu, żeby doświadczyć kultowego już hitu – Kevin sam w domu.

W związku z różnymi okolicznościami, postanowiłem dmuchać na zimne i oszczędzić respiratora rodzicom pod choinkę. Zostaję na święta w domu.

Izoluję się.

Także takiego sobie Kevina robię. Musze tylko wyglądać, czy bandyty jakie mnie nie chcą okraść. Może smołę rozlać pod drzwiami? Butelki nań potłuc? A i jeszcze na okno jakieś zasieki dać, bo to 1 piętro i można się w sumie wdrapać. No i co z klasycznym trikiem z rozgrzanym żelazkiem przymocowanym do sufitu? Ktoś otwiera drzwi i bęc!

Oooo, grzałkę mogłem kupić i na klamkę zawiesić. Na moim bazarku jest taki sklep z takimi duperelami. Trzeba się rozejrzeć.

Także złoczyńcy możecie przychodzić. Jestem zabezpieczony.

 

Home Alone villains

W związku z zaistniałą sytuacją postanowiłem nabyć dobra i przygotować kolację. Moich 12 potraw będzie wyglądać tak:

– ryba po grecku

– łazanki z makiem, orzechami i rodzynkami izraelskimi

– śledź

– węgorz wędzony

– kapusta z grzybami

– pierogi z kurkami

– pasztet z soczewicy

– zupa grzybowa

– frykadeliki rybne

– gin z tonicem

– wino czerwone albo białe

– whisky torfowe

– whisky single malt

– whisky blended

– cytrynówka oddech żniwiarza

 

Hm, to 15 dań mi wyszło. Oj, znowu się obżrę się.

Ostatni weekend spędzony w domu-stodole zakończył się mięso-wstrętem. Fuj, brrr.

 

Na sam przód nakupiliśmy lokalnych pyszności. Boczek, kiełby i takie tam. Największą delicją okazało się masło. Mniam! Na dodatek Słodkowaśna nawiózł mięso i było robienie kiełbasy i wędzenie jej wraz z boczkiem i ptaszkiem (kurczak).

Dodatkowo były inne przysmaki mięsne, rybne i grzybowe. Także mięsu mówimy stanowcze nie! Nie mogę patrzeć nań, nie mogę wąchać, nie mogę nic z nim. Brrr. Detox mięsny.

Wczoraj się rozpoczął casting na mojego lektora rosyjskiego. Online. Wysłałem z 8 wiadomości (sms, skype) i szybko dostałem 2 odpowiedzi tylko. Później odezwał się jakiś polak i się umówiliśmy na lekcję próbną. Jaka kania dżdżu czekam, wyglądam zaproszenia na zoom i … NIC. Po kwadransie akademickim piszę do tutora z zapytaniem o moje oświecenie, a ten mi smaruje wiadomość, że zapracowany i zapomniał. Zaproponował rekompensatę po świętach. Szalenie się uniosłem i odpisałem mu coś w stylu, że argumentowanie jego jest niepoważne i właśnie przekreślił swoją szansę na bycie moim bakałarzem.

 

Wczoraj miałem lekcję z Ukraińcem. Hmmm, jakoś tego nie widzę. Pan jest nauczycielem matematyki, informatyki i angielskiego w szkole. Jego owieczki są w wieku 14-15 lat. No i zauważyłem, że koncepcji na edukowanie mnie w zakresie języka puszkinowskiego nie ma. Ale cóż, pożyjemy, zobaczymy. 5 dolarów za lekcję.

Jutro mam kolejne, ostatnie zajęcia próbne. Trzeba będzie na kogoś się zdecydować. I ten jutrzejszy mówił mi, że bierze 20 zł (w sumie 22, bo paypal ściaga swój haracz). Wczoraj przeglądałem strony z korepetytorami i zauważyłem przy nim cenę wyższą – 30 zł. Hmmm. Pierwotnie umówiliśmy na lekcję próbną w ubiegłym tygodniu, ale okazało się, że rozchorował się. Na szczęście nie korona. Przełożyliśmy się na 28 grudnia, ale wczoraj zaproponowałem mu jakiś wcześniejszy termin. Dziś chciałem. Ale odparł, że nie zdąży się przygotować do zajęć. Zaplusował u mnie! Znaczy – będzie się przykładał. Ale ten Ukrainiec też na duży plus. Nie będzie u niego domasznej roboty! To lubię.

Także casting idzie pełną parą.

A z okazji zbliżających się świąt, pędzę w wigilię uczynić donację przeciwciał. Okazało się, że przyplątały się do mnie tak ścichapęk. Mam nadzieję, że uda się osocze oddać. Lepiej płacą niż za krew!!! Krew oddaję od 11 lat (z przerwami) w jednym celu – darmowa komunikacja. Ale wyliczyłem, że w tym tempie prędzej będę za darmo jeździł jako sędziwy emeryt, niż honorowy dawca krwi. Z kolei w styczniu nauczyłem się, że można donacje odpisywać od podatku! Także od początku 2020 roku ten właśnie cel nadaje sens mojemu życiu. Money money money! Jestem taki merkantylmny na stare lata.

Oczywiście żarcik. Czekolada darmowa piechotą nie chodzi, cnie?

A kasę od państwa będę wyrywał za wszelką cenę. Oddawać mój hajs!

 

 

 

 

jak Ania Starmach powie, że ma być …

sok z cytryny, to ma być i już!

Czy jak się ta pani z Big Chefa nazywa?

Kompot gotuję. Po raz pierwszy w życiu. Oczywiście w przygotowaniu tegoż pysznego napitku nie ma nic trudnego i skomplikowanego. Ale jak już miałem robić to po raz pierwszy, to postanowiłem zasięgnąć języka.

Jakiś pan jest ulubieńcem internautów.

… do 4-litrowego garnka wsyp jabłka do połowy i zalej wodą…

Pan faktycznie wykłada te sekrety gotowania jak krowie na miedzy. Ergo jest bardzo prosto.

Ktoś się pyta w tych komentarzach pyta – to ile ma być tych jabłek i ile wody!?

 

I trafiłem też na wybitność kulinarni polskiej. Pani Ania, pani z okienka, tak jak w sumie większość, dosypuje cynamon (szczyptę). Ale oprócz tego podpowiada, żeby łyżkę z soku z cytryny dać. No jak pani Ania mówi, to ja dodaję.

Z przepisu celebrytki wziąłem ten sok z cytryny, ale zabrałem trochę cukru. Nie przepadam. Dosłodzę później miodem.

Jutro ciasto będzie. Takie bez mąki, z serkiem ricotta. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Bo jabłek dostałem od Słodkokwaśnej i jego pani. W sumie to sami sobie nazbieraliśmy. Ale ja zbierałem im i nie wiedziałem, że mi odpalą działkę.

Na wycieczce byliśmy. Krajoznawczej. Korycin, Sokółka, Bohoniki (meczet), Silvarium, Zajazd Sokołda.

I jeszcze strony młodości Słodkokwaśnej odwiedziliśmy, czyli domek jego babci. A podobnie jak u mojej. Tylko, że moi dziadkowie to mieli z ho ho ho tej działki. Las, łąka, domek, podwórko, stodoła, ogród, sad. My też jak jeździliśmy do babci to gruszki, jabłka, agrest, maliny, śliwki zbieraliśmy. U Słodkowkwaśnej na wsi akurat jabłoń i grusza posypały owocami. To co się miało zmarnować? Pozbieraliśmy i do miasta zawieźliśmy. Także dziś ten kompot, a jutro zaryzykuję ciasto. Pani Słodkokwaśnej mówi, że te jabłka nie nadają się na wypieki. Jutro zobaczymy. Najwyżej przeczyści.

W Sokółce koleżeństwo zaproponowało cukiernię z pysznymi lodami. Stanęło na własnej produkcji jogurcie (na wynos słoik), pysznych ciastach i tortach i kawie. Porozmawialiśmy jeszcze z właścicielem i ruszyliśmy do kościoła obok. Pani Słodkokwaśnej zadziwiona, że jej stary tak ludzi zagaduję. Ale ja też czasem zagaduję i fajnie jest poznawać ludzi.

W kościele leży eucharystia, która się sama wyhodowała. Ponoć kapłan hostię upadniętą na ziemię włożył do vasculum (małe naczynie z wodą stojące przy tabernakulum służące księdzy do oczyszczenia palców po udzieleniu komunii). Mszę przerwał, jak zobaczył tę hostię na ziemi, żeby ją włożyć tam, gdzie włożył.

Po kilku tygodniach siostra Julia sprawdziła stan naczynia i zobaczyła czerwoną plamkę na hostii. Wypukłą plamkę o wyglądzie skrzepu krwi lub kawałeczka ciała. Po dłuższym czasie dwóch niezależnych uczonych sprawdziło skład tego co się wyhodowało. Stwierdzili, że materiał badany przyjął postać tkanki serca mięśniowego człowieka w stanie agonii. To wydarzyło się pod koniec 2008 roku. Czym prędzej zadzwoniłem do mojego serdecznego przyjaciela, księcia proboszcza (awansował niedawno) i pytam, czy to cud, czy co? Kolega odpowiedział spokojnie, że to eucharystia. Ale czy to cud!? – dopytuję. No ponoć kościół się jeszcze temu przygląda, ale nadał temu czemuś status niższy niż cud.

Nie ukrywam, że ciarki mnie przeszły. Żeby jakoś odreagować, to pojechaliśmy do wyznawców islamu do Bohonik. Bardzo sympatyczna starsza pani po krótce nam przedstawiła losy religii. Bardzo po krótce. Księżyc był niemym świadkiem przekazania przez Archanioła Gabriela Mahometowi mądrości. Dlatego też mają księżyc w symbolach swoich. I te mądrości objawiały się na liściach, na innych roślinach, na czym tam tylko światło padało. Dlatego też sztuka religijna nie pokazuje ludzi i zwierząt, tylko była właśnie ozdabiana ornamentami roślinnymi i kaligraficznymi.

Dowiedzieliśmy się, że te ich dywaniki do modłów mają kompas, żeby zawsze wiedzieć, gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Mekka. W Bohonikach mieszka jeszcze 6 rodzin. Fajnie, że kultywują tę religię.

Hmm, teraz czytam, że właściwym symbolem islamu jest szahada (wyznanie wiary). Znacznie częściej jednak za symbol uznaje się półksiężyc. Zasadniczo, z historycznego punktu widzenia, jest to niewłaściwe, bo półsatelita był nie symbolem religii, a jedynie kalifatu. Ok, zostawmy to. Wycieczka po meczecie była krótka, ale bardzo ciekawa. I tylko 5 zł. Jadąc na wschód wstąpiliśmy do synagogi w Tykocinie. 20 złociszy sobie zawinszowali. Eh, co religia, to religia.

Zostawiłem koleżeństwo u Słodkowkaśnej na włościach i pojechałem na swoje. Biały jak Biały, jest ok. Zawsze jakieś zdjęcie pstryknę, miło się przejdę po mieście. W niedzielę oglądałem ze szwagrem Obiektyw w TV Jard, czy TVP Białystok. Przez 15 minut njusy miały charakter kościelny. A w kościele to, a w chrześcijaństwie dziś tamto. Eh ten Białystok. Tylko by się modlili albo jakieś anatemy na LGBT+ nakładali.

Korzystając z okazji, że miałem auto, zabrałem się z rodzicami w nekropodróż. Cmetarz w Złotorii, Dobrzyniewie Kościelnym i Choroszczy. Dowiedziałem się, że mój pradziadek Wincenty D. zmarł w 1935, prababcia Salomea D. w 1958. Kosmiczne daty. 41 lat po odejściu Wincentego na świat przyszedł …

Pradziadkowie po stronie mojej mamy odeszli, gdy miałem minus dwa (prababcia) i trzy lata (pradziadek). Także jednego nie mogłem pamiętać, a drugiego jakoś nie pamiętam.

Weekend minął jak z bicza strzelił.

W poniedziałek jadąc po Słodkokwaśnych do Korycina sprawdziłem atrakcje Podlasia. Pojawiła się tajemnicza nazwa Silvarium w Poczopku. Taki las z pomnikami, atrakcjami leśnymi, barcią, kamieniami i czym tam tylko sobie ludzie chcą. Bardzo fajne miejsce. Spodobało nam się od razu. Sama nazwa Poczopek jest urocza, nieprawdaż?

Interesujący był zegar słoneczny o nazwie (o ile mnie pamięć nie zawodzi) dendrologiczny. Moim zdaniem chodzi lepiej niż klasyczny zegar słoneczny.

Park megalitów, czyli wędrujące skały, to takie kamyki rozrzucone. Kamienny krąg. Można było się doładować i po medytować.

Największym hitem jak dla mnie był Strigiforium (dom sów). Przeróżne ptaszki tam siedziały. Ale jakieś … ospałe były. Puchacz (łac. Bubu bubu) majestatyczny i posępny. Jedna sówka właśnie jadła obiad. Obok jakiś sokolik też. Niestety pałaszowali takie małe, żółte, martwe, kurczaczki. O kurczaczki!

Pomnik żaby słodki. Na sam przód myśleliśmy, że te Suvlaki (nie mogę zapamiętać nazwy tego parku), to taka naciągana atrakcja dla turystów z Warszawy. Ale spędziliśmy tam bardzo miło czas. Polecamy serdecznie.

W tej cukiernio-lodziarni właściciel nam polecił Zajazd Sokołda. Dobry wybór. Lokalne dania, jak i klasyczna polska kuchnia znajdują się w menu. Dziwi mnie tylko brak odgłosu tłuczenia mojego schabowego z kością. Ale pyszotek był. Zupa grzybowa na solidną 4 zasługuje. Oczywiście zawartość grzybów nie może równać się z liczbą owoców leśnych w zupach grzybowych mojego autorstwa. U mnie to często zupy nie widać (tej części płynnej znaczy).

Jadąc w piątek na weekend na wschód postanowiliśmy zjeść w karczmie żydowskiej Tejsza. No cóż, zgodnie stwierdziliśmy, że ok, ale niczego nie urywa.

No może niektóremu urwało. Bo z panią Słodkokwaśnej kawą się jeszcze delektowaliśmy, podczas gdy niektóry … się z nami nie delektował. Tykocin ogólnie zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Bardzo się rozwinął pod kątem turystyki. I sporo ludzi było. Niby piątek, ale w sumie koniec września. Ciekawe czy w lipcu i sierpniu Tykocin jest bardzo mocno oblegany.

W Korycinie zrobiłem sobie zdjęcie z truskawką korycińską, bo mnie urzekł ten pomnik.

Polecam Podlasie, polecam Wschód Polski. Pamiętam z czasów studiów eksplorację Suwalszczyzny (mieliśmy koleżanki z Suwałk). Eh, jakież to były fajne wakacje. Tereny przecudne. Eh, a mnie jest szkoda lata …

z cukierem puderem

Chcesz gofra z cukierem puderem? – zapytała się rezolutnie mamusia swego bąbelka.

Myślałem, że się przesłyszałem. Osłupiłem się przez chwilę. Gdybym miał popełnić wiel-błąd we wspomnianym zdaniu, to raczej gofer przysporzyłby mi ewentualne trudności lub wątpliwości. Gdybym i ewentualnie podkreślam.

Kiedyś była historia o psie, który jeździł koleją. A ja w swoim pensjonacie bawię się z pieskiem, który liże wszystko w zasięgu swego języka. A że to stary, słodki, poczciwy jamniczek, to dużego zasięgu nie ma. Na dzień dobry, jak przyjechałem, Fafik oblizał mi buty i łydkę. No słodziak jest.

Wczoraj się spotkaliśmy na kolacji z towarzystwem w Kapiodoro w Rucianem-Nida. Bo znajomi chwalili i chcieli raz jeszcze iść. Ponoć kuchnie przeróżne i wszystko smakowite. Pizza, zupa tajska, krewetki, lasagne.

Na przystawkę wziąłem sobie śledzia w oleju, a Pan z Europy na K. w śmietanie. Niemal jednocześnie stwierdziliśmy, że „twój lepszy”. Także zdania są podzielone.

Dziś wróciłem tam, gdyż w Słowiczówce – Mazury od Kuchni w Ukcie należy robić rezerwacje. Także obszedłem się smakiem, ale jutro już mnie przyjmą. No jakieś wybitne oceny na google’u. Dziś wziąłem dawno niejedzone okonki. Swego czasu na Al. Wilanowskiej, na granicy Stegien i Wilanowa był bar Okoń i tam były okonki. Zajadałem się. Ale rok temu lub dłużej lokal się zwinął! Szkoda. Także dziś był powrót do okonków. Mniam.

Zapytałem się pani kelnerki w Kapiodoro jakie mają piwo. Tym razem rowerem podjechałem, to mogłem się uraczyć trunkiem z pianką. Ucieszyłem się jak dziecko kiedy usłyszałem Guinness na końcu wyliczanki. Cena mniej mnie ucieszyła – 20 zł. Ale zamówiłem, bo lubię to piwo. Pani chyba też nie mogła uwierzyć własnym uszom, bo błagalnym głosem zapytała – czy moge panu narysować coś na piwie? Jak można odmówić ładnej buzi, c’nie? Dobrze, że pani nie zrobiła literówki, albo dobrze, że nie potrząsnęła kuflem jak szła do mnie. Mogłoby wyjść life’s a bitch.

Zanim tu przyjechałem, to w głowie i na mojej liście rzeczy do zrobienia w Ukcie miałem spływ Krutynią. Przez ten cały czas jak tu jestem, pozycja ta spadała w moim rankingu. Rower mnie bardziej wciągał. Ale dziś, czekając na śniadanie, zrobiłem rekonesans. Rzeka płynie 200 m od domu, więc daleko nie było. I dałem się namówić na spływ.

W domu wczasowym, ze względu na panującą cholerę, dżumę, czy inne cholerstwo, na śniadanie należy się zapisywać. Jeden pokój na raz je. Reszta czeka. Zagapiłem się w czwartek i wylądowałem dziś o 9 rano w grafiku. A jak każdy wie, ja na wczasach czasu nie marnuję. Taki ranne ptaszysko jestem.

Także zapisałem się na te kajaki. Żar się przecie miał lać z nieba, więc aktywność akuratna. Z Krutyni do Ukty przemierzaliśmy. 60 zł taka przyjemność. 4 godziny wiosłowania.

Początek spływu oczarował mnie. Co za sceneria. Prawie jak Everglades na Florydzie. Tylko bez tych aligatorów. Ale białe i szare łabędzie nam towarzyszyły tu i tam. Przy Młynie trzeba było się przeprawić nogami, z kajakiem w ręku. Zaoferowałem starszym Państwu, że im pomogę, a pan pomoże mi. Na szczęście jakiś młody chłop się pojawił i we trzech przenieśliśmy dwie łodzie. Przy wsiadaniu zaliczyłem upadek. Na szczęście byłem na taką ewentualność przygotowany. Wziąłem ze sobą taką torebkę, która nie przepuszcza wody. Także hajsy i telefon suchy. Gorzej z mapką spływu w mojej kieszeni. Ale po co ten szkic? Każdy płynie w dół rzeki. Nie da się zgubić. Sceneria nadal była urokliwa. Także pyś się cieszył.

Miałem kilka razy problemy z wyprzedzaniem. Bo za blisko podpływałem i nie przewidywałem manewrów innych. Ale zabawnie było. Raz zaliczyłem dzwon z młodą parą i wylądowaliśmy w trzcinach. A jedna parę dwa razy wyprzedzałem i dwa razy przydzwoniłem. Aż się i oni uśmieli.

 

 

Moi znajomi ze Stegien często bywają w okolicy, bo koleżanka Basia jest z Mrągowa. Także o wszystkim mnie uprzedziła i poinformowała. Jak będziesz płyną Krutynią, to w Rososze mają pyszne placki ziemniaczane – doradziła.

I parkując tam zaliczyłem epicką wywrotkę. Nie było miejsca na plaży na kajak, więc postanowiłem wysiąść w wodzie i kajaki innych rozepchnąć i wstawić mój. Fikołek był spektakularny, kajak się obrócił. Jacyś kolesie przy stoliki nieopodal zaśmieli się. Spoko, to już drugi raz – poinformowałem ich.

Placki rzeczywiście rewelacja. Warto było podpłynąć.

Później spływ był mało malowniczy i kosztował mnie sporo zdrowia. Jeśli ktoś będzie się wybierał na spływ po Krutyni, to polecam Krutyń – Rosocha. Wystarczy atrakcji. Ponoć wcześniej płynęło się przez jezioro Krutyńskie, ale 2 lata temu zrobiono z niego rezerwat. Rzeka czysta. Widać było dno i roślinki. Śmieci też się pojawiały. Mama Darka (Ci od pensjonatu) mówi, że co dzień płyną kajakami i zbierają śmieci. Niewiarygodne, że ludzie są takie dzbany. Przyniosłeś ze sobą, zabierz ze sobą.

Co do muzyki, to euro disco chyba wraca do łask. Wszędzie słyszę te chamskie bity z lat 90. Oprócz tego inne, młodsze szlagiery w tej manierze. Sporo mi zajęło, żeby zorientować się, że jakaś dziewczynka szlachtuje wielki hit In the End z repertuaru Linkin Park.

Wczoraj do lokalu Kapiodoro przyjechałem pierwszy, więc zgodnie z prośbą innych zająłem stolik na zewnątrz. Niestety karaoke się zaczęło. Niestety to było diso polo karaoke. Na szczęście my zajęliśmy się sobą i muzyka aż tak nie przeszkadzała. I na wielkie na szczęście ta część karaoke skończyła się prędko. Później nastąpiło coś dziwnego. Dwie dziewczyny zaczęły śpiewać na przemian. Jednej ludzie zaczęli bić brawo. Britney Spears hit Toxic dziewczynka zaśpiewała w takiej jazzującej aranżacji. Pięknie. Wszystko dobre kończy się szybko. Przy mikrofonie pojawił się pan, który mniej więcej śpiewa tak jak ja, albo jak pan z Europy na K. A, przynajmniej, mi trzeba dużo alkoholu, żebym zaczął śpiewać.

O, i tak jakoś śpiewająco poradziłem sobie z tym wpisem.

 

he he

W ostatnim wpisie ja o Frelach i proszę, dziewczyny wydały drugą płytę o tytule „he he” właśnie. Jak to mówi mój znajomy, muzyka taka słodko-pierdząca. Dziewczyny śpiewają po śląsku, po polsku. Ogólnie miłe to dla ucha, ale nie będę czarował, że to jakaś ważna płyta. Nie.

 

Wczoraj po wygranej kometce podbiłem do kolegi od pizzy. Okazało się, że skubany sobie kupił …

 

Fajny rower. Taki trochę popsuty! Gdzie jest prawy widelec? Zaproponowałem mu, żeby odblaski z kół zdjął, bo jakoś nie przystoi.

 

Ogólnie mi nie do śmiechu.

Nie każdy wie, ale planowałem na początku lipca wyskoczyć do Bejrutu. Miałem zapłacić kaskę w styczniu, ale jakoś się ociągałem. Ja, lipiec, Bejrut? Przecie umarłbym. Pamiętam jak pani Słodkowkaśnej opowiadała mi o Azerbejdżanie. Pięknie prawiła. Pytam się jej, czy dałbym tam radę. A ona na to – Maciusiu, umarłbyś. Każdy wie, że 25 stopni to dla mnie już granica między gorąco, a piekło.

Film z eksplozją oglądałem kilka razy. Kompletnie nie dowierzając temu co widzę. Niewyobrażalna siła, skala zniszczeń. I „na szczęście” tylko 145 śmiertelnych ofiar. Pokazywano symulację, jakby to było, gdyby w centrum Warszawy taka eksplozja miała miejsce. W Wilanowie mogło by dojść do zniszczeń, a w Legionowie niektórzy mogli by mieć wybite szyby w oknach. Straszne. Zastanawiam się, czy jakiejś cegiełki nie wpłacić.

Oglądałem też filmik z finiszu Tour de Pologne. Kibic kilka metrów od tego zdarzenia stał i kręcił. Aż mnie odrzuciło od komputera, jak ten cyklista uderzył w barierki. Holender Dylan Groenewegen powinien być zdyskwalifikowany dożywotnio za takie zachowanie. Ponoć kolarze jakieś oświadczenia podpisują, że są świadomi wypadków podczas zawodów. Dodatkowo oskarżyłbym organizatorów TdP za to nieszczęście. Czy w naszych czasach jest tak ciężko ustawić pneumatyczne bariery? Ponoć prędkości mogły dochodzić do 80 kmh. Koszmar. Na szczęście poszkodowany pan Fabio będzie żył.

Kraksa mniej więcej na 50 sekundzie i powtórka na 3 minucie i 30 sekundach. Brrr. A za bandą jeszcze człowiek stał i tory biegły.

 

Wydawało się, że kilka dni temu ten rekordowy przyrost zakażeń w Polsce to dużo. 640 przypadków. A nie. Dziś kolejna bariera przełamana. 726 nowych przypadków. W sumie mamy już 49 515 zakażeń od początku zarazy. Gonimy Portugalię (52 061) i Gwatemalę (54 339). Nigeria i Bahrajn tuż za nami. Jaki ten świat mały.

A ta Ameryka rozpędzona, jakoś zatrzymać się nie może.

Na 17 wylosowanych powyżej stanów, nie byłem tylko w Luizjanie. Eh, czyżby 2021 też bez Ameryki był? Gdzie ja urlopy będę teraz spędzał? Na zatłoczonych plażach nadbałtyckich? W kolejkach na Rysy albo Śnieżkę (dziś pisali, że nie można było wejść na szczyt, tyle ludzi)? Koniec świata panie Popiołek.

Ale może nie bądźmyż tacy tragiczni. Piątunio za rogiem.

Dziś na ten przykład miałem orgazmy kulinarne. No może nie orgazmy, ale był mlask i mniam.

Na sam przód umówiłem się z kolegą na ramen. Danie jemu nieznane. A kolega świata lizną. Na każdym kontynencie nogę postawił. Każdym.

Akurat mieliśmy szczęście, bo sam właściciel był i opowiedział nam o każdym daniu. Wzięliśmy te zawiesiste wersje. Na koniec pracownik rzekł, że jeśli to pierwszy raz kolegi, to powinien te czyste rameny kosztować. A jakaś frelka siedząca w środku pochwaliła danie mówiąc „jakbym w Japonii była”. Także polecam. Shiso Ramen ul. Koszykowa 31. Lokal dostał ode mnie 5 gwiazdek i miłe słowa. To był mój chyba 4 ramen w życiu. Deklasacja kompletna. Brawo!

 

Później zaproponowałem coś słodkiego. I wybór padł na taki jakiś podlaski przybytek. Widziałem kilka razy już na tablicy przed wejściem (jak mijałem, a często ich mijam) jakieś smakołyki z przymiotnikiem „podlaski”. Weszliśmy. Lokal cały w ziołach. Jest tez sklep. Wszystko mają. Zupy, przetwory, herbaty, przyprawy.

My na deser wzięliśmy … doniczkę oraz przysmak pokrzywowy. Do tego kawa lawendowa i z topinamburem, który pachniał jak u … dentysty. 49 zł za taką deseczkę. Kwiatek w tej doniczce nie do końca mi podszedł, ale ogólnie mniam i mlask był. I do tego 5 gwiazdek i miłe słowa od lokalnego przewodnika Maćka na mapach google.

Zapytałem się frelki za ladą o co chodzi z tym „podlaskim”. Okazało się, że są z Podlasia, z Ziołowego Zakątka … z Korycina. Powiedziałem jej, że wiem, gdzie jest Korycin. Byłem parę razy. Nawet raz udało mi się (razem z Bartkiem) ugasić pożar i zapobiec spaleniu tej miejscowości (dawne czasy liceum). Pytam się jej o sery i truskawki. Koryciny – poprawiła mnie frelka. W prostej linii na wschód od Warszawy, przy Grodzisku – dodała. Aha. Nie znam – rzekłem inteligentnie.

Zdjęcia mają fajne tego zakątka. Trzeba chyba kiedyś podjechać i sprawdzić. Domek w Pniu wygląda super!

 

Ale żem se smaka narobił pisząc ten post. Może Olimpię weźmiemy na ramen? Koleżanka dziś zjechała do Słodkowaśnej i będziemy się z nią bawić w ten weekend. A z Olimpią zawsze jest zabawa i kupa śmiechu. Kolega poznał koleżankę na Fejsie. Olimpia napisała kilka lat temu, że będzie w Waw i albo nie ma gdzie mieszkać, albo nie wie gdzie się przespać. No i Słodkokwaśna zaproponował – wbijaj do nas. Także wbiła do nich i się poznali(śmy). Zawsze jak przyjeżdża z UK, to nam jakieś drobiazgi przywozi. Raz dostałem sól wędzoną i cheddar.

A koleżanka zajmuje się … o to zabawna historia. Pytam się jej kiedyś jaką profesją się para. Food poisoning odpowiedziała. Przytaknąłem w zrozumieniu, żeby nie wyjść na ignoranta i wieśniaka z małego kraju na Wschodzie Europy. Dopiero później zatrybiłem, że to food positioning. Czyli takie układanie i aranżowanie jedzenia na stole, talerzu i czym tam jeszcze. To się chyba właściwie nazywa food styling. Polecam jej zdjęcia, bo są pyszne.

Mam nadzieję, że Olimpia nie ma mi za złe, że pokazuję kilka postów z jej Instagrama.

« Older posts

© 2026

Theme by Anders Noren — Up ↑