Miesiąc: luty 2010

09.02 Powrot do miasta, czyli podsumowanie wyjazdu

No za oknem gory I kaniony zniknely I zaczely sie pola. Pola okragle I kwadratowe. Czyli to znak, ze w samolocie jestem w drodze do Miasta. Na szczescie lot do “domu” trwa 4 godziny I 13 min, wiec zleci zapewne szybko. Juz zostalo nam okolo 2 godzin do ladowania na Newark Int’l lotnisku.
Coz, wycieczka okazala sie byc udana. Pogoda dopisala nam na szczescie. Wczoraj po the strip sie przechadzalismy I bylismy w New York New Yorrk hotel I kasyno. Przegralismy 5 dolcow na automatach.
Uwielbiam Stany za jedno. Klient ma na prawde zawsze racje. Zaplacilismy za internet za dwie noce, chociaz tak na prawde chcielismy na jedna. Ale w miedzyczasie zmienilismy pokoj I internet nie zrozumial naszej przeprowadzki I na nowo zazyczyl pieniedzy, choc minelo kilka godzin od rozpoczecia taryfy w pokoju 1-319.
Pokoj nowy 14-204 z widokiem na lotnisko, Hooters I kawalek pustyni I gor. Przy wymeldowywaniu sie powiedzialem niesmialo ale grzecznie pani, ze mam jedna mala niedogodnosc w zwiazku z placeniem za internet dwa razy. Pani dlugo sie nie zastanawiala I od razu zdjela oplaty obie za siec. No ameryka! Mysle, ze w Polsce skonczylo by sie to awantura. A tu tylko uprzejmy ton z nutka zrozumienia drugiej osoby.
Co do samej wycieczki, to zmiana planow w miedzyczasie wyszla nam na dobre. Kilka rzeczy niepotrzebnie zrobilismy (np. Pojechanie do Santa Barbara) ale kilka udaly nam sie bardzo (np. Joshua Tree National Park, czy tez London Bridge).
Czyli po kolei:
2 – 3 luty – przylot do Vegas, podroz do Williams przez Hooverdam – nocleg w Best Western.

Zalot do Vegas w ciagu dnia wyglada przecietnie. Po srodku pustyni stoja wysokie hotele, budynki, np Empire State Building lub Wieza Eiffla. Troche wody do okola (na psutyni?!). Widok ciekawy, edukacyjny, poznawczy. Nie rozwodzilismy sie zbytnio nad Hazardownia tylko od razu wsiedlismy do Shuttle Bus, ktory nas zawiozl do wypozyczalni samochodow. Mielismy zabookowanego Dodga. Nie moge zapamietac modelu I nie wiem, czy to Challenger, czy Coliber, czy Charger. Na pewno czerwony to Dodge jest. Moje watpliwosci dotyczace trudnosci z zapamietaniem modelu auta udzielily sie rowniez Marcinowi, ktory przy okazji wpisywania na jakims formularzu marki I modelu musial sie powaznie zastanowic czym my jezdzimy.
Odbior samochodu mial byc tylko formalnoscia, jako ze miesiac wczesniej mialem juz numer rezerwacji. Mielism zaplacic ok 225 baksow, czyli tanio jak na jeden tydzien na trzy osoby. Postanowilismy jednak dodac sobie opcje drugiego kierowcy za jedyne 10 dolcow za dzien. Kiedy chlopiec z wypozyczalni wstukal I zaklepal wszystkie nasze zachcianki, fanaberie I opcje, wyskoczyly wszystkie podatki I oplaty. Stuk, klik, opowiesc chlopca,ze ma panne z Polski, ktora jak sie okazalo nigdy w tej Polsce nie byla, a urodzila sie w slonecznym I przegoracym Miami I naszym oczom ukazal sie przekrecony ekran z finalna cena. Lekko ponad 800$. No pan juz przesadzil. Szczeki troche nam opadly ale postanowilismy przemyslec sprawe. Chlopiec cos tam jeszcze odjal, zmienil I wyszlo 611$, co wciaz nie bylo cena, o ktorej myslelismy I na ktora bylismy przygotowani. Chlopiec zasugerowal podpisanie jednak kontraktu. Jak sie namyslimy, to auto juz czeka na dole, a jak sie rozmyslimy, to mamy z umowa wrocic I skasujemy ja. Postanowilem rowniez zbadac konkurencje I poszlismy zapalic I nastepnie podejsc do firmy Enterprise. No chyba z lepszym ubezpieczeniem, tak nam sie wydalo przynajmniej, pan w enterprisie zazyczyl ok. 580$. Podziekowalismy I poszlismy “przemyslec sprawe” przy okazji palac kolejnego malboraska medium. Tak cos mi sie wydawalo, ze beda walczyc o klienta. Klient w Stanach ma na prawde racje. Kiedy powiedzialem pani z naszej pierwszej wypozyczalni, ze chcialem anulowac umowe, pani pobiegla po manager I ukazal sie po chwili nasz chlopiec. Obok jakas ciemna para byla na etapie przekrecania monitora z cena, bo przyszly kierowca zrobil wielkie biale oczy mowiac “what!?”. Po tym jak poinformowalem naszego chlopca, ze mamy oferte za 580$, to chlopiec zaczal kombinowac I w sumie nie policzyl za drugiego kierowce I wyszlo 518$. Ameryka. Mielismy zaplacic poczatkowo 224$, a zaplacilismy dwa I pol raza wiecej I wyszlismy zadowoleni. No mistrzowie marketingu bezposredniego. Do wyboru mielismy dwa identyczne – bialy Dodge I czerwony. Oczywiscie padlo na czerwien. Wsiadamy I jedziemy w kierunku Williams z postojem na Hoover Dam.


Do tamy dojechalismy szybko, bo to niedaleko ale jednak w innym stanie jest. W Arizonie, czyli Grand Canyon State roznica czasu miedzy Las Vegas wynosi 1, wiec przy naszych czestych zmianach stref czasowych lekko sie pogubilismy I mielismy delikatny problem z nazwa dnia lub podaniem godziny. Tama bardzo fajnym miejscem jest. Szkoda, ze wody nie bylo wiecej ale I tak mile miejsce. Krotki tour po miejscu I z powrotem do Dodga, jako, ze troche mil przed nami (a wlasciwie to 191 od tej tamy). Zajechalismy do Williams na noc, wpisawszy wczesniej do naszego GPS, zeby znalazla hotel, ktory wczesniej byl wygooglowany w lapsie, z ktorego teraz stukam. Przejechalismy przez/kolo wybranego I wskazanego przez Maggie miejsca (nasz GPS dostal imie Maggie, jak ja rozdziewiczalismy w San Francisco we wrzesniu roku ubieglego ale rowniez panskiego). Hotel okazal sie byc prze-rudera I nawet podejchanie pod niego bylo juz zbyt duzym zachodem I zaszczytem dla tego miejsca. Gdybym umial to robic w automacie, to odjechalibysmy z piskiem opon, ale skoro nie umialem, to po prostu pospiesznie odjechalismy. Kolejny typ – Best Western okazal sie byc najwlasciwszym rozwiazaniem naszej sytuacji. Wielki pokoj z dwoma wielkimi lozkami.

3 luty – Grand Canyon, London Bridge, 29 Palms – nocleg w ubraniach


Rano odpalilismy Dodga I w droge. Na szczescie hotel zapewnial sniadanie kontynentalne. Sniadania w cenie pokoju nie sa czyms oczywistym w ameryce, wiec sie bardzo ucieszylismy, ze za 100 dolcow mamy sniadanie, za ktore pewnie zaplacilibysmy ok 30 zielonych.
W drodze do kanionu okazalo sie, ze pod wskaznikiem paliwa swieci sie jakis wykrzyknik w nawiasie. Szybkie spojrzenie w instrukcje obslugi pod nazwa “ty I twoj Dodge” I wiemy juz, ze to brak cisnienia w oponie spowodowane ponoc spadkiem temperatury. Nie wazne temperatury czy nie, byle nie dziurawe kolo bylo. Na stacji, za 50c dodmuchalismy kolo, ktore wygladalo faktycznie na lekko sflaczale.
Dojechalismy do wielkiego kanionu I powiem tak, pierwszy obrazek jaki zobaczylem zrobil wrazenie. Niesamowity widok na dziure w ziemi, przepasc, nie wiem jak to nazwac.. na szczescie nie bylo ani mrozu, ani wiatru, ktorych sie bardzo obawialismy I tak sobie jezdzilsmy z jednego vista point do drugiego, od jednego miejsca godnego zobaczenia do drugiego. Grand Canion Village niestety nie porwalo. No ale w sumie nie sezon to I nie porywac mial. Po grand kanione zaczelo nam sie w glowie przewracac I postanowilismy zmienic plany. Zamiast Mojave Desert I noclego w Needles, postanowilismy zajechac do Joshua Tree National Park, zaliczajac po drodze London Bridge w Lake Havasu. Bedac w Londku zaliczylem most wspomniany. Nic nadzwyczajnego. Tower Bridge juz bardziej powienien przyjac caly splendor I glorie oraz palme pierwszenstwa wsrod nadtamiskich mostow. Ok, jedziemy do London Bridge. No I czegoz sie moglem spodziewac? Most wyglada jak … London Bridge w Londynie ;-). Tylko tych flag nie ma w Anglii. A tu na przemian US z UK flagi powiewaja. Jesli dodac do tego otoczenie mostu, to wygladalo to na prawde bardzo urokliwie. Byl to juz wieczor, wiec iluminacje I oswietlenia kolorowe zrobily swoje. Ale miejsce bardzo fajne. Szkoda, ze zjedlismy steaka gdzies po drodze I nie bylo po co zasiadac w tym przekolorowym “londynskim” miejscu.
Jedziemy dalej. Sciemnia sie. Postanawiamy zjechac na pobocze popatrzec na niebo. Zjezdzamy. Ciemno jak w … Mam nadzieje, ze jakas zmija nie wyskoczy zza krzaka. Zadzieram glowe i … To chyba jeden z najlepszych punktow naszej wycieczki. Miasta jak miasta. Moga zachwycac lub nie. Parki, natura rowniez. Kwestia gustu, czy ma sie podobac czy nie. Ale niebo jakie zobaczylem bylo wysypane gwiazdami … nieziemsko. I jakies takie blizsze wygladaly sie byc. Jakbym byl kilka lat swietlnych blizej nieba. Szczerze, bylem pod olbrzymim wrazeniem!
29 Palms zawsze mi sie kojarzyly z piosenka Roberta Planta o nazwie “29 plams”. Przez ponad 17 lat, lub wiecej myslalem, ze on spiewa o 29 drzewach. Miasto, jak miasto. Nazwa fajna I tuz przy wjezdzie do Joshua Tree National Park. Szukamy hotelu, bo nie mamy nic kompletnie w zanadrzu. Motel 6 dla masy pracujacej. Hmmm, brak miejsc. Kolejny “Inn” – no vacancy. Kolejny – za 112$ za pokoj. Nie dzieki, za drogo.
Jakis zjazd robotnikow, plus fakt, ze duzo turystow tu przyjezdza spac, bo jest to juz wjazd do Parku, powoduje, ze problem z hotelem jest realny.. W koncu podjezdzamy pod Harmony Motel. Znudzona pani informuje, ze ma ostatni za 92$. Idziemy zatem sprawdzic warunki z Marcinem. Jak na razie nie widze nic nieOK. Fajny klimat. Patia przed pokojami z kaktusami, to prawie Meksyk jak dla mnie. Jest, stoi domek, tak oddalony o 3 metry od austostrady. Otoczony co prawda blaszanym plotem, ktory jednak oprocz niewidzenia pojazdow nie daje nic. No moze niektore zwierzatka nie podejda pod drzwi. Ale zeby uniknac niespodziewanych gosci mielismy zamykac dokladnie drzwi, wiec nie wiem czy plot mial jakas inna funkcje niz nie-widac-aut-z-autostrady. Zapomnialbym o najwazniejszym. Gdzies po drodze (chyba jeszcze w parku grand kanionowym) kupilismy pol galona mojito.
Pokoj, a wlasciwie domek spodobal nam sie od razu. Pokoj polaczony z kuchnia I jadalnia ale oddzielony jednak troche polscianka oraz lazienka. Loze malzenskie, sofa rozkladana plus lozko skladane. No coz wiecej chcielismy. W domku tym i zyl, i mieszkal, i tworzyl sam Jack Kerouac (amerykanski pisarz, poeta). Poszedlem do samochodu, przeparkowac I zabrac Basie do naszego zameczku, a Marcin podazyl za nadal senna pania w celu dopelnienia formalnosci. Basi domek nie spodobal sie od razu. No podloga moze ciut brudna. Czystosc poscieli tez byla watpliwa. Chyba byla czysta, ale chyba jakis czas temu. Lazienka – nie kapalismy sie. Spalismy tez w ubraniach. Na szczescie Mojito mielismy I wypilismy tego ohydztwa z 2/3 butli. Rano niestety kac. 17% to prawie jak wino. Skad ten bol I niefajne uczucie?

4 – 6 luty – Joshua Tree National Park, Route 66, Indian Wells, San Diego – nocleg w hotelu The Bristol
Sniadanie w Wendy’s I podjezdzamy pod Joshua Tree National Park. Najlepszy park jaki widzialem. Yosemite nie podobalo mie sie az tak bardzo. Wolalem King’s Kanion, a teraz juz wiem, ze JT jest moim numerem jeden. Co prawda wspomniane parki sa zupelnie rozne, wiec nie ma sensu ich porownywac. Widzialem je poza tym o roznych porach roku. Dwa wspomniane latem, wiec wtedy kiedy sama mysl wyjscia z domu zlewa mnie potem. A teraz jest luty I bardzo przyjemnie. Tak przyjemnie, ze opalilismy sobie twarze. W lutym takie rzeczy? W Wawie zima I minus, a tu prosze, plus kilkanascie stopni. JT jest pustynny z gorkami, pagorkami, kamieniami. Na prawde bardzo mile spedzony czas. I bardzo przydatna terapia na leczenie kaca. Baker Dam, Jumbo Rock, czy Hidden Valley to tylko niektore miesca odwiedzone w Parku.
Po parku postanowilismy podjechac na Route 66. I to tez, oprocz wygwiezdzonego nieba zrobilo na mnie wrazenie. Kilka zdjec na drodze znaki z napisami “Burma Shave” I podjezdzamy pod miejscowosc Salingmen (albo Selingmen, albo Saligmen, albo ki czort wie jak). Miejscowosc – skansen 😉 Na ulicy jakis fragment starego klimatu, gdy Droga 66 byla ujezdzana. Sklepy z duperellami z logo Route 66. Przesympatyczny pan sprzedal nam co chcielismy. Krotka sympatyczna pogawedka. Zapytal nas czy z Niemiec jestesmy. Poza tym pan, jak kania dzdzu czekal lata. POwiedzielismy u, ze przeciez cieplo jest. No ale pomarudzic musial I odopowiedzial, ze w cieniu jest zimno. Co racja, to racja. Ale I tak lepiej jest niz w Polsce, o czym mu powiedzielismy. Odjezdzamy.
Kolejnym celem bylo San Diego.
Po drodze mijalismy kilka przebogatych jak nam sie wydawalo miast (np. Indian Wells. Slonce, czysto, palmy) i wjechalismy w gory. No niesympatyczne to jezdzenie po serpentynach, gdy za zakretem niebo tylko widac. Ale dalem rade. I tak najwiekszy szok, czy tez zadziwienie przezylismy wjezdzajac juz w chyba przewielka aglomeracje Los Angeles. Autostrada wygladala po prostu jak flaga Polski. Z lewej rzeka biala, po naszej – czerwona. Niesamowite! I na dodatek pasow tych z 7 czy 8 gdzieniegdzie. Przed San Diego sie troche rozluznilo. Na szczescie hotel The Bristol znalezlismy szybko. Rog Broadway i 1st Avenue. Miasto na pierwszy rzut oka przypomina San Francisco, a przynajmniej ta czesc San Diego, w ktorej mamy hotel przypomina Downtown San Francisco.

 9 najwieksze miasto USA polecam. Hotel mielismy tuz przy Gaslamp Quarter, czyli wszystko co sie dzieje noca, dzieje sie tam. Przeglosno, przeruchliwie. A nasz hotel byl kilka krokow od, wiec halas nam nie przeszkadzal. Port, Balboa Zoo + Park + Museum oraz Coronado zaliczylismy w ciagu dwoch dni pobytu. Postanowilismy dac odpoczac Dodge’owi wiec poruszalismy sie opo San Diego nogami, tramwajami lub promem.
Wspomniane Coronado jest miastem, wyspa w hrabstwie San Diego. Przeplyniecie promem z portu na wyspe zajelo chwile I juz moglismy pstrykac I kamerowac panorame San Diego. Szybko udalismy sie na drugi koniec wyspy, przecinajac 10, czy 11 przecznic. Ladna wyspa. Spokojnie, czysto, slonecznie. Po 20 minutach ukazal nam sie Pacyfik po raz pierwszy podczas tej wizyty w USA. Czyli w ciagu 4 dni od Atlantyku po Pacyfik 😉
Na wieczor poszlismy do Old Town. Spodobalo mnie sie od samego poczatku. Klimat meksykanski (nie bylem w Mexico, wiec moge sie mylic). Podchodzimy do polecanej w przewodniku knajpy. Kolejka, trzeba sie wpisac na liste. Stolik bedzie za 45 minut. Ciekawe skad wiedza, ze za tyle 9pozniej juz sie domyslilismy skad). Pani nam daje cos co wyglada jak pilot lub sluchawka od telefonu plaska. Czyli taki ni pies, ni wdra. Zrezygnowani lekko przechadzamy sie (przypomnialem sobie, ze w Beverly Hills byl znak “No cruising”), krecimy po parking I centrum handlowym (przekolorowym I wykwieconym). Skrecamy I idziemy do meksykanskiej, mniejszej knajpki. Zostajemy I idziemy oddac to cos, co mialo za 45 minut zawyc I poinformowac o wolnym miejscu. Fajita, tequila I browar I juz!
6 – 7 luty – LA (Hollywood blv, Hollywood sign, Mulholland dr, Venice, Universal Studios), Santa Monica, Malibu i Santa Barbara – nocleg w Santa B

 

7 – 9 luty – vegas I w drodze don Mojave Desert – nocleg w tandetnej stolicy hazardu swiatowego tylko

Dwa lyki statystyki:
Za paliwo w summie wyszlo 213$, samochod kosztowal 518$. Czyli na dzien dobry ok 1800$ kosztow stalych (dodalem hotele). Oczywiscie hotele mozna bylo znalezc tansze, tylko nie wiem czy nie daleko od miejsca naszego zainteresowania by byl.

06.02 Welcome to the jungle, czyli LA i inne

No wszyscy mowili, ze LA to syf. Wszyscy. Zadnych pozytywnych opnii. 2 czy 3 rzeczy warte zobaczenia i juz, czyli that’s it.
Na sam przod ukazal nam sie Downtown. Nawet, nawet jak na widok z autostrady. Ale czego sie mozna spodziewac, jak sie wdzialo Manhattan? Nie zajezdzamy do centrum, bo po co? Lecimy prosto do Kodak Theatre, czyli na Oskary. Parkujemy i sie przechadzamy w kierunku Kodaka. Na chodnik spadly gwiazdy z nazwiskami i prawie jak w niebie jest, tylko ze na ziemi. Fajnie ale jakos zwyczajnie, bez splendoru i blasku. Sam Kodak Theatre to takie centrum handlowe ze slynnym kinem. Budynek nie za duzy, ogolnie rzeklbym, ze takie to centrum handlowe prowicjonalne. Na szczescie widac w oddali napis najslynniejszy na swiecie – Hollywood. Bardzo mile wrazenie. W planach kolejnym krokiem bylo zobaczenie z bliska napisu, wiec spadamy z Hollywood Boulevard. No gdzie te czerwone dywany? Gdzie te gwiazdy parkuja? Ulica jak ulica. Po drodze do auta jeszcze tylko Elvis i jakis pluszowy pajac napdali na Basie i ja wycalowali ku obrzydzeniu naszej towarzyszki podrozy. OK, jedziemy pod napis.
Bardzo fajna okolica. Osiedle na wzgorzu, domki schowane w zieleni. No i jakas przechodzona blond z plastkiowym cycem w mokrym t’shircie mija nas spacerujac.
Napis ukazal sie nam z dosyc bliska, wiec parkujemy i pstrykamy zdjecia i kamerujemy. Uciekamy na Mulholland Drive. Kolejna przecietna ulica. Widoki tez nie zapieraja dechu. No ale w koncu to jedna ze slynniejszych drog. Ach, w drodze na Mulholland przejechalismy kolo Universal Studios. Doslownie tylko przejechalismy. Pod brama zawrocilismy. Takze wiecej powiedziec nie moge. Ale jakby ktos pytal, to bylem i widzialem.
Z Mulholland Dr wjechalismy do Beverly Hills (Sunset Blv, Santa Monica Blv, Lexington Blv). No piekna dzielnica. Zielona, zadbana. Niestety, zadnych gwiazd nie bylo widac. Posiadlosci schowane za rowno przycietymi zywoplotami.
To juz tylko Venice Beach i po LA zwiedzaniu. Venice to lekko slumsowata dzielnica, taka typowa nadoceaniczna okolica. Czuc wiatr we wlosach, oceanu szum. tylko surferow nie widac. Co chwila to jogerzy, to rowerzysci, to inni amatorzy przeroznych sportow nas mijaja. Mi sie Venice podobalo.
W drodze do Santa Barbara minelismy Santa Monica oraz obejrzelismy zachod slonca w Malibu. Uroczo i bardzo milo. Szkoda, ze tu noclegu nie zaplanowalismy. O Santa Barbarze pisac nie bede za wiele, bo nie ma o czym. Potraktowalismy ja przedmiotowo – spanie, jedzenie. Hotel fajny – Pepper Tree Inn Best Western z ogrodkiem/patio i jakuzzi i basenem po srodku podworka.
Santa barbara potraktowala nas rowniez przedmiotowo, bo za slaba kolacje – 4 piwa, 1 lampke wina, 1 margarite, 1 przeystawke, 1 zupe i 3 dania zaplacilismy prawie 500 zl. Plus taksa w obie strony. No nie lubimy sie z Niemcami, bo ten germanski dziad przewiozl nas za 20$ (czyli w sumie tyle ile mowil hotel i korporacja). Z powrotem przesympatyczna amerykanka skasowala nas na 13$. No co za niemiecki dziad!
Teraz to ja moge powiedziec cos o LA. No moze nie syf, ale na pewno miasto nie godne wiekszej atencji. Mnie rozczarowalo.
Na szczescie droga numer 1 przez Santa Monica i Malibu w kierunku Santa Barbara przesympatyczna.

7 – 9.02 it’s vegas baby! czyli jestem chyba nienormalny

no nie zauroczylo nas!
Po ponad 4 dniach objezdzania i zwiedzania zachodniej czesci USA, czyli 1500 milach wrocilismy do Vegas.
Z Santa Barbara wyjechalismy dosc pospiesznie, jako ze to dziura i nic w niej ciekawego. Po drodze jeden stop na widok na Pacyfik i kilka na albo to na Starbucksa, albo na picie, albo na paliwo, albo na co tam jeszcze nam do glowy wpadalo.
Tak jak planowalismy, na 90 mil przed Vegas odbilismy w Baker na prawo, zeby przez Mojave Desert przejechac.

Co prawda zmierzchalo i za chwile miala zapasc czarna noc, a wczesniej i ciemny wieczor. Podroz przez pustynie mogla byc malo atrakcyjna w takich okolicznosciach natury ale bylismy zdecydowani, zeby przejechac. 30 mil do skrzyzowania i ok 50 po skreceniu w lewo, zeby do miedzystanowej 15 w kierunku North dotrzec.

Na szczescie “speed limit” 55 mph, wiec na takim odludziu moglismy sobie pozwolic na 70, 80, a nawet przez chwile (bardzo krotka) na 90 mil na godzine. Policja zawsze pojawia sie znikad, kiedy lamiesz prawo 😉 wiec nie kontynuowalem podrozy przy tak zawrotnej jak na USA predkosci. Chcialem przy okazji zobaczyc jak nasz Dodge radzi sobie w takich szybkosciach.
Tak jak myslelismy o 18 zapadla ciemnosc. Kilka samochodow minelismy, jeden nas nawet dogonil i przegonil. Czyli mozna bylo jechac szybko. No ale pozniej pojawily sie dip’y, wiec co chwile podskakiwalismy.
Pustynia nie urzekla i radosnie skontatowalismy, ze dobrze zrobilismy zamieniajac plan drugiego dnia. joshua Tree National Park jak na razie parkiem numer 1 dla mnie jest. Mojave jest monotonna i w sumie malo ciekawa. Ot pustynia z gdzieniegdzie drzewem oraz gorkami. no i oczywiscie po srodku wyasfaltowana droga. Klasyczny widok z amerykanskich filmow. Brakowalo tylko TIRa z tylu bez swiatel, ktory by nas rozjechal ;-).
Po wbiciu na I-15 North od razu dala sie zauwazyc luna/poswiata w dole na lewo. Vegas, baby! Za chwile ukazaly sie nam swiatla na wprost. Cos nie tak. GPS pokazuje, ze jeszcze 48 mil do swiatyni swiatowego hazardu, a tu przed nami swiatelka, blask. Ok, to nie Vegas, tylko Outlet of Las Vegas, czyli centrum handlowe. Ale komu by sie chcialo jechac ponad 40 mil na zakupy?!
POdroz trwa. Na liczniku73 mph, tempometr wlaczony i czekamy na Vegas. Jest! Kolorowe, blyszczace. Budynki wysokie, podswietlone. No jak w filmie.

Nasz MGM Grand Hotel znajduje sie na poludniu The Strip (czyli Las Vegas Boulevard). Przeolbrzymia zielona bryla. Po prawej m.in. New York New York. Hm, chyba juz nie musimy statuy na Ellis Island ogladac 😉 Stoi jak zywa 😉


Podjezdzamy na valet parking. Chlopiec podbiega i zabiera czerwona strzale nasza. Wchodzimy do lobby. Oh my god! Przerob przeolbrzymi! Jak na lotnisku! Ludzie pedza, stoja, ida! Po lewej zaczyna sie kasyno. Recepcja na wporst wejscia. Pokoj 1-319, Hollywood Suite, dla palacych. Na parterze, ale to nie problem dla nas. W apartamencie smrodu fajek nie czuc, tylko przyjemny zapach czegos. Lawenda? Nie wiem, nie znam sie. Lazienka duza, laczaca living room z sypialnia. Ok nie ma co sie rozwodzic, wychodzimy wygrac miliony. Morze automatow, setki stolow. Stawki w black jacka 15, 25 lub nawet wiecej baksow. Duzo. Liczylismy na 3 lub 5$. Szybko puscilismy w automatach 17$ i siedlismy przy barze na drinka. Przy barze, na blatach cozby innego, jak nie telewizorki. No i kolejne 7$ poszlo, ale tym razem nie na pokera i to cos, co polega na zbieraniu tych samych znaczkow w jednej linii, ale na Black Jacka.
W koncu siedlismy przy stole. Krupierka – stara Joan o pochodzeniu azjatyckim. Przy stole jeszcze dwie panny i jakis koles z dziewczyna. panny co chwile powtarzaly te same kwestie typu “daj mi cos dobrego” albo inne oklepane kwestie z kasynowych stolow. Wspolgraczki okazaly sie z Kanday byc. Znaly “kurwa” oraz polska kielbase. No coz, nie odwzajemnilem sie niczym milym na temat dumb neighbours from the north ale zarazem nie powiedzialem im, ze moi znajomi, ktorzy byli tam stwierdzaja krotko – “Kanada to porazka”. Juz teraz rozumiem czemu w South Parku nabijaja sie z Kanady.
Joan nas ograla. Kanadyjki wlaczajac w to. Na szczescie kolejny krupier, rowniez o azjatyckich korzeniach pozwolil na sie odegrac. Ale, jak to zwykle bywa, stol zamkneli.
Przeszlismy sie na druga strone ulicy, zeby zmienic klimat. Padlo na Tropikane. Tam przy stole spotkalismy Kate Kabanoski, polpolke, polamerykanke, a wlasciwie amerykanke, bo urodzila sie w Orange County. Oprocz nas, chlopak Kate, kazacy nazywac na siebie Double J, czyli JJ oraz jakis kolo z Chicago. Kolejne wygrane zaliczylismy i z superata poszlismy do Hooters. porazka, wiec wrocilismy do Tropikany nawet nie zagrawszy. Przy stole Chorwat oraz Grek. No i poszlo wszystko co mielismy do wydania. Na szczescie mozna w ameryce karta placic, wiec na kawe mielismy.
Ten przepiekny, chyba lawendowy aromat zamienial sie powoli w smrod nie do wytrzymania. Na dodatek w living roomie naszego apartamentu sofa sie nie rozkladala , wiec spalem z nogami zwisajacymi od kolan w dol z wysokich oparc.
Z samego rana, wkurwiony, poszedlem do recepcji i pozwolilem sobie na mala pretensje oraz wyrazenie opinii na temat rozczarowania swietnym MGM Grand Hotel. Pokoj na 14 pietrze z dwoma lozkami i zakazem palenia okazal sie w sam raz. Ale smrod pozostawal niezmiennie.
Sniadanie, a wlasciwie lunch, bo chyba juz 12:30 byla (ale z drugiej strony jak nazwac pierwszy posilek dnia?)oczywiscie okazalo sie przeohydne. No kuchni w USA dobrej nie maja. Tak mnie ssalo z glodu, ze myslalem, ze za chwile zwymiotuje. po kwadrancie przyjechalo na stol: philly burger, burger jakis zwykly oraz tosty. Tosty to wielkie, okrogle pajdy chleba obsmazone w ciescie. Moj burger moze i nie taki ostatni ale z kazdym gryzem bylo mi coraz gorzej. no coz jesc trzeba. pusty zoladek tez niemilym uczuciem jest. Zjedlismy. 74$ na lunch. No pieknie!
Poszlismy na The Strip, czyli ulice najpiekniejsza w Vegas, w kierunku North, az do Venetian, zeby sie przekonac, zeby sie przewietrzyc, zeby kaca wyleczyc, zeby cos zrobic, a nie siedziec w pokoju.
Przechodzac kolo kazdej knajpy, hotelu, czyli kasyna dalo sie odczuc ten zapach! Swietna terapia, zeby juz do jaskini hazardu nie chadzac.
Venetian okazal sie byc szczytem kiczu. W srodku odtworzona prawie cala Toskania, lacznie z kanalami i placami miejskimi. Dziwnie wyglada siedzenie w restauracji na placu sw. marka, gdzie ma sie wrazenie, ze przed chwila spadl letni deszczyk (mokre kocie lby), jest przyjemne pozne popoludnie (swiatlo przyciemnione, lampiony sie swieca), a niebo blekitne z chmurkami. Tyle, ze to wszystko jest w srodku gigantycznego hotelu, anie we Wloszech. A tego kanalu i rejsow gondolami nie rozumiem. Kicz nad kicze. Dokad ci ludzie mieli plynac? z restauracji toskanskiej do sklepu Calvina Kleina, czy Versace?
Szczesliwie wrocilismy do hotelu (ledwo nam udalo sie wyjsc z Venetiana) naszego. Po 2 browarach i kolejnej kapieli naszla mnie ochota na napisanie, a wlasciwie wskrzeszenie blogu. Bedzie nie po kolei ale trzeba po prostu po datach w tytulach postow klikac, zeby nie zwariowac i nie zarzucic mi obledu i braku sensu, skladu i konsekwencji zdarzen.
Zapomnialem spodni z pokoju 1-319 i ide do recepcji spytac czy nie znalezli….
OK, wrocilem. nie znalezli, bo jak mogli, skoro spodnie na stole leza zwiniete 😉 (pan hilary).

Las Vegas nie urzeklo. Nie polecam. no chyba, ze przejazdem noca, bo faktycznie robi wrazenie. Tylko, ze to tandeta.
Kasyna to porazka. Setki tysiecy ludzi w jakims obledzie, ze za chwile bedzie ten wlasciwy raz, wlasciwe obstawienie, wlasciwe pociagniecie lub klikniecie i beda bogatsi o miliony. Ale nie! I dalej klikaja, ciagaja, obstawiaja. kasyna tu to jakas masowka, fabryka. Nie wiem jak oni to w filmach pokazuja? Coz, Warszawa w “Magdzie M” tez przepiekan i pelna splendoru, i glamoru, i cudownosci.
no nie zauroczylo nas!
Ciekawe doswiadczenie jednak ale z duzym niesmakiem.

new york, new york 31.01 – 1.02

Na 3 dni przed wylotem okazalo sie, ze przez jakis czas rano wstawac juz nie musze. Moze w jakims watku innym sie o tym rozpisze, bo na razie nie mam ochoty.
Wylecielismy z Wawy o 12:30 i przylecielismy na JFK 9 godzin pozniej (czyli cos kolo 16 czasu nyc).
Nastepnego dnia wyruszylismy na Miasto. Sniadanie gdzies przy Times Sq i na COney Island i Brighton Beach pojechalismy. Na szczescie pogoda laskawsza niz w Polsce. Ladne slonce i tak okolo minus kilka stopni. Miejsce na Brooklynie godne polecenia i zwiedzenia. Widzialem Coney Isl i w sezonie i poza nim. Ma urok zawsze.
Po brooklynskiej wyprawie i debilu w metrze, ktory przez prawie cala droge chodzil po wagonie i udawal, ze rozmawia z matka uzywajac w kolko tych samych dialogow, dojechalismy do MoMA( museum of modern art). Fajne muzeum przy 5 alei i 50 ktorejs ulicy. 6 pieter bylo intelektualnym wyzwaniem, ktoremu ja nie sprostalem. Po 4 pietrach odczuwalem brak przyswajania sztuki. Pietro poswiecone Timowi Burtonowi ciekawe. Pablo i Andy W jak zwykle zajmujacy i przyjemni w odbiorze.
Po MoMA nadszedl czas na zakupy, wiec skoczylismy na B+H, przez FDR dr, czyli pierwsza ulice od wschodu, po lapsa i inne takie.
Nastepnie pozwolilismy sobie na piwo na Hell’s Kitchen, w moim ulubionym Rogue Pub. Dolaczyla Ula po pracy i wrocilismy do Fair Lawn.

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑