usa

06.02 Welcome to the jungle, czyli LA i inne

No wszyscy mowili, ze LA to syf. Wszyscy. Zadnych pozytywnych opnii. 2 czy 3 rzeczy warte zobaczenia i juz, czyli that’s it.
Na sam przod ukazal nam sie Downtown. Nawet, nawet jak na widok z autostrady. Ale czego sie mozna spodziewac, jak sie wdzialo Manhattan? Nie zajezdzamy do centrum, bo po co? Lecimy prosto do Kodak Theatre, czyli na Oskary. Parkujemy i sie przechadzamy w kierunku Kodaka. Na chodnik spadly gwiazdy z nazwiskami i prawie jak w niebie jest, tylko ze na ziemi. Fajnie ale jakos zwyczajnie, bez splendoru i blasku. Sam Kodak Theatre to takie centrum handlowe ze slynnym kinem. Budynek nie za duzy, ogolnie rzeklbym, ze takie to centrum handlowe prowicjonalne. Na szczescie widac w oddali napis najslynniejszy na swiecie – Hollywood. Bardzo mile wrazenie. W planach kolejnym krokiem bylo zobaczenie z bliska napisu, wiec spadamy z Hollywood Boulevard. No gdzie te czerwone dywany? Gdzie te gwiazdy parkuja? Ulica jak ulica. Po drodze do auta jeszcze tylko Elvis i jakis pluszowy pajac napdali na Basie i ja wycalowali ku obrzydzeniu naszej towarzyszki podrozy. OK, jedziemy pod napis.
Bardzo fajna okolica. Osiedle na wzgorzu, domki schowane w zieleni. No i jakas przechodzona blond z plastkiowym cycem w mokrym t’shircie mija nas spacerujac.
Napis ukazal sie nam z dosyc bliska, wiec parkujemy i pstrykamy zdjecia i kamerujemy. Uciekamy na Mulholland Drive. Kolejna przecietna ulica. Widoki tez nie zapieraja dechu. No ale w koncu to jedna ze slynniejszych drog. Ach, w drodze na Mulholland przejechalismy kolo Universal Studios. Doslownie tylko przejechalismy. Pod brama zawrocilismy. Takze wiecej powiedziec nie moge. Ale jakby ktos pytal, to bylem i widzialem.
Z Mulholland Dr wjechalismy do Beverly Hills (Sunset Blv, Santa Monica Blv, Lexington Blv). No piekna dzielnica. Zielona, zadbana. Niestety, zadnych gwiazd nie bylo widac. Posiadlosci schowane za rowno przycietymi zywoplotami.
To juz tylko Venice Beach i po LA zwiedzaniu. Venice to lekko slumsowata dzielnica, taka typowa nadoceaniczna okolica. Czuc wiatr we wlosach, oceanu szum. tylko surferow nie widac. Co chwila to jogerzy, to rowerzysci, to inni amatorzy przeroznych sportow nas mijaja. Mi sie Venice podobalo.
W drodze do Santa Barbara minelismy Santa Monica oraz obejrzelismy zachod slonca w Malibu. Uroczo i bardzo milo. Szkoda, ze tu noclegu nie zaplanowalismy. O Santa Barbarze pisac nie bede za wiele, bo nie ma o czym. Potraktowalismy ja przedmiotowo – spanie, jedzenie. Hotel fajny – Pepper Tree Inn Best Western z ogrodkiem/patio i jakuzzi i basenem po srodku podworka.
Santa barbara potraktowala nas rowniez przedmiotowo, bo za slaba kolacje – 4 piwa, 1 lampke wina, 1 margarite, 1 przeystawke, 1 zupe i 3 dania zaplacilismy prawie 500 zl. Plus taksa w obie strony. No nie lubimy sie z Niemcami, bo ten germanski dziad przewiozl nas za 20$ (czyli w sumie tyle ile mowil hotel i korporacja). Z powrotem przesympatyczna amerykanka skasowala nas na 13$. No co za niemiecki dziad!
Teraz to ja moge powiedziec cos o LA. No moze nie syf, ale na pewno miasto nie godne wiekszej atencji. Mnie rozczarowalo.
Na szczescie droga numer 1 przez Santa Monica i Malibu w kierunku Santa Barbara przesympatyczna.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.