Miesiąc: grudzień 2013

let me see what i can do for you

i to powinno być mottem tego kraju. Zrobią wszystko, żeby klient był usatysfakcjonowany. Szukałem hotelu na trzecią noc, gdyż postanowiłem zostać dłużej na Mieście. I tu niespodzianka – wszystko kosztuje razy dwa niż wcześniej. Nawet mój hotel okazał się być z nie w kij dmuchał półki cenowej. Byłem już zrezygnowany i chciałem przeprowadzić się do New Jersey, do Państwa ale. Zapytałem się pani w recepcji ile by kosztowało ewentualne przedłużenie. Heh. Dużo ale … let me see what i can do for you. I pani zrobiła 50$ mniej, jako że już tu byłem, spałem i takie tam. To zostałem.

 

Wczoraj poszliśmy na Greenwich Village się rozerwać. Miał być The Bitterend Club na Bleecker Street. Wcześniej zaliczyliśmy Flatiron na 23rd ulicy oraz Washington Park, który niespodziewanie przywitał nas pustką. W końcu nie było ludzi. Staliśmy przy The Bitterend i paliliśmy. W międzyczasie pan wyglądający jak święty Mikołaj albo drwal z północy zaczął naganiać na górę do blues clubu. W związku z tym, że w The Bitterend już byliśmy, poszliśmy do Terra Blues. Re-we-la-cja! Muzyka na żywo. Najpierw Clarance Spady, a później The Pioneers. Clarance ma nawet profil na Spotify! Popiliśmy bronksy, a później gin+tonic. Melinda nas obsługiwała. Przy podaniu pierwszych napitków zapytała się czy płacimy teraz, czy otwieramy rachunek. Oczywiście, że otwieramy. Aha, i święty naganiacz Mikołaj i Melinda zapytali nas skąd my. To zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy. Zapytałem się naszej kelnerki, czy mają internet. Melinda, od razy doniosła, że ogólnie jest internet ale nie w tym klubie. Zabrzmialo to tak, jakby ona myślała, że przyjechali turyści z trzeciego świata i pytają o internet, bo pewnie wiedzą, że coś takiego jest ale ngdy tego nie widzieli. Od tego momentu postanowiliśmy mówić, że jesteśmy ze Szmoland, a nie Poland.

I jak otworzyliśmy rachunek, to kelnerka powiedziała, że musi wziąć od nas kartę kredytową. Myślałem, że poszła przeciągnąć kartę w terminalu, żeby zaraz nam ją oddać. Ale nie. Po czasie zapytaliśmy o co kaman z tą płatnościa. Powiedziała, że karta jest u niej na cały czas naszego pobytu.

Klub pierwszorzędny. Klimat bardzo fajny. Toaleta trochę dziwna, bo muszla na wysokości mojej łydki, a suszarka na wysokości mojej głowy. Dziwnie. Ale to Manhattan, więc może się nie znam.

Wyszliśmy z klubu po grubo trzech godzinach – czyli po 5 piwach i 2 drinkach. Oczywiście kebabski został znaleziony prędko. Nic do siedzenia nie mogliśmy znaleźć, więc udaliśmy w kierunku hotelu. Jeden lokal – zamknięty, drugi – za mało ludzi (tylko 3), trzeci – jakoś nie ma miejsc, czwarty – ok, siedzimy, ale w sumie nie wiemy co chcemy zamówić. W końcu weszliśmy do jakiegoś miejsca. Jakaś dziewczynka, okazało się później, że kelnerka, zaczęła się z nami serdecznie widać, po czym przyjęła zamówienie. I to był gwóźdź do trumny.

Rano się obudziliśmy z lekko ciężką głową.

Na początek dnia miał być MoMA – muzeum sztuki współczesnej. Oj ciężko się podziwiało. Jedna artistka Inez Genzken dosyć ekscentryczna – bipolar, alkoholizm, narkotyki. Szczerze – nie zrozumiałem jej prac.

Po muzeum spotkaliśmy się z Ulą i Miszką i poszliśmy do Zoo w Central Parku. Kolejne bardzo fajne miejsce – małe terytorium, dużo zwierząt. Sala tropikalna okazała się takim hitem, że obiektyw aparatu się zaparowywał. Snow Leopard również atrakcją był. Trochę wyglądał na zdenerwowanego, więc nie denerwowaliśmy go bardziej. Ponoć snow leopardy żyją z ludźmi gdzieś w Nepalu. I ludzie są częścią jego ekosystemu. Hm, ciekawe.

Po Zoo poejchaliśmy do kolejnego ciekawego miejsca – Orchard Street.

Klasyczne brownstone’y. Krótko się pokręciliśmy, bo młody nam zasypiał, więc wróciliśmy na 55 ulicę i pożegnaliśmy Ulę i małysza.

My wbiliśmy się na Piątą aleję do Uniqlo i poszaleliśmy z zakupami. Na koniec chieliśmy indiańskie jedzenie, więc wygooglowaliśmy coś nieopodal hoteli naszych. Okazało się, że sjesta czy co tam mają. 20 minut nie chciało nam się czekać na dworzu, bo zimno przenikliwe. Obok była meksykańska knajpa – El Cante, między 53 a 54 ulicą na 9 alei. Najlepsze jadło meksykańskie jakie kiedykolwiek było mi (i chyba Państwu na K. też) skosztować. A piwo blue moon – mniam, mlask, pycha.

Zmęczeni, rozstaliśmy się na 49 ulicy i 9 alei. Ponowna zbiórka o 20.15 w Bryant Park (moim ulubionym miejscu na Mieście). Oblecimy park i polecimy na West Village do Clubu 55 na jazz. A może to już Soho? Nie, chyba West Village. Hm, zakańczam.

Ah, jeszcze jedno. Po czym poznać nowojorczyków? Krótkie szorty w grudniu! Ale ci jacyś słabi, bo nie byli w klapkach.

niedziela na Mieście

W kościele nie byliśmy ale koło paru przeszliśmy, więc chyba odbębniony rytuał.

Oczywiście obudziłem się wypoczęty o 3:30 i się zastanawiałem co by tu robić do 8:30. Jakoś zleciało.

Od wczoraj wieczorem zaintrygowało mnie strasznie, jaki mam widok z okna. Odsłaniałem dwa razy kotary ale nic nie było widać. Ciemno i czarno. Postanowiłem poczekać do rana i sprawdzić to w świetle dnia. Zamurowało mnie.

Przez Times Sq przeszedłem do miejsca spotkania z Panstwem. Fajnie mało ludzi. Można było się zatrzymać i kątem popluć.

Pojechaliśmy do WTC 9/11 Memorial. Więcej wchodzenia niż zwiedzania. Kolejka jakaś pokrętna plus kontrola jak na lotnisku. Ale pomnik fajny wymyślili – dwa baseny z dziurą.

Później dojechała Ula i się z nią bawiliśmy. Cały dzieńlało, więc próbowaliśmy zabić czas shoppingiem. Ale całe towarzystwo z Manhattanu też postanowiło to zrobić.

Podjęliśmy męską decyzję, że w pubie posiedzimy, aż nie przestanie padać.

Posiedzieliśmy w dwóch przybytkach, pogadaliśmy. Ula pojechała do swoich chłopaków, a my się rozeszliśmy po hotelach, coby na wieczór się przygotować.

Oczywiście wszystko masakrycznie mokre – buty, skarpety, dżínsy, kurtka przemoknięte.

Zakańczam, gdyż muszę polecieć kupić nowe, suche obuwie przed spotkaniem Państwa.

 

PS. Drogie Państwo, 19:30 na rogu 44 ulica i 8 alaja będę. Powineinem zdążyć z szopingu butów.

spontan

Zrobiłem chyba najbardziej spontaniczną i najgłupszą rzecz….

 

Nosiłem się z zamiarem odwiedzenia Miasta na przełomie lat. Nosiłem się też z zamiarem niepisania juz w tym roku. Ale jak tu nie pisać, jak jestem tam, gdzie jestem?!

Nie mogłem znaleźć biletów w dobrej cenie, więc wyjazd się oddalał i unierzeczywistniał się. Na wszelki wypadek zaplanowałem urlop i powiedziałem do pana mego, żeby zaakceptował go w poniedziałek, jak mu w weekend wyślę info, czy poleciałem.

W piątek koło 19 nie było fajnych biletów, loty poranne też się wyprzedały, toteż zadzwoniłem do Słodkokwaśnej i poszedłem oblewać smutki. I jeszcze pan na K. z miasta na N i Y zadzwonił. Wróciłem o 3 rano do domu, odpaliłem kompa i patrzę …. Bach! Bilet w dobrej cenie. Kupiłem. Napisałem do Państwa na K., które akurat było w mieście na N i Y (o czym już wspomniałem), krótką notkę „przylatuję w sobotę o 16.15“.

Hotel też szybki strzał. Segregacja po cenie i opiniach odwiedzających. Zamknąłem klapę od lapsa i poszedłem spać. 3:20 rano się zrobiła. Pobudka nastawiona na 6:00 w blackberry i 6:05 w iPhonie. Dlaczego tak? Żeby wyszło na to, że to BlackBerry to niedobry telefon jednak jest.

Oczywiście ze snu nici. Otwierałem trzy razy kompa sprawdzając, czy ja na pewno dobre daty podałem, czy bagaż mogę wziąć, czy hotel jest OK, itd. Okazało się, że opinie co do hotelu są mocno podzielone.

O 6:30 byłem już spakowany i gotowy. I przede wszystkim mocno niewyspany.  No może też leciutko skacowany. Choć nie, nie, nie. Umówmy się, że niewyspany. Wysłałem jeszcze do ludzi krótkie maile o mej nagłej nieobecności, co by plany poodwoływać.

Na sam przód, w drodze do Curychowa bachor z tyłu darł się. Na szczęście spałem sporo, więc nie przeszkadzało mi to tak. Widok na Alpy przy lądowaniu bardzo fajny. Ogólnie miłe lotnisko. Ciche, skromne, nienarzucające się. Szwajcarskie możnaby rzec.

Do Miasta polecieliśmy już powietrznym busem. Potężne bydle! Skrzydło miał tak wielkie jak samolot z Helvetia, który nas dostarczył do Curychowa. Lot jak lot. Długi strasznie. Ale też troszku pospałem, obejrzałem komedię, seriale, pograłem i już w sumie lądowaliśmy. Aha, szwajcarski język, bardzo osobliwy.

Na JFK w miarę sprawnie poszło. Dojechałem na Penn Station – 34th ulica i postanowiłem pójść do hotelu. Coż to dla mnie 15 bloków. Kawałek ciasta, czyli piss of kejk. No i tu się strasznie pomyliłem i rozczarowałem. Ludzi od groma. Pan na K. mówił później, że ogłaszali już wszem i wobec, że na Miasto najechała największa liczba turystów ever! Ludzie wylewali się na ulicę (współczuję kierowcom). Wlekli się powoli, zachwycając się każdą napotkaną pierdołą – gałązka drzewa z lampionami, ruchoma reklama w szybie sklepu, kawałek Empire State Building wystający znad rusztowania innego budynku itd. No wściekłem się. Coś mi się ubzdurało, że mój hotel jest przy 6 alei, więc postanowiłem zejść z niej na razie i wbić się na 5 aleję. 7 aleja wiodła na Times Sq, więc tym bardziej chciałem uniknąć siódemki. No i jak skręciłem w Piątą aleję, myśląc, że tam musi być mniej ludzi, to od razu zajarzyłem, że przecie Piąta aleja, to najdroższa ulica, czyli przepych, splendor i LUDZIE! No oczywiście jak pomyślałem, tak było. Wścieknięty próbowałem zejść na inne aleje ale fala mnie niosła i dopiero na 48 alei przepchnąłem walizkę w lewo, ku Szóstej Alei.

Po drodze napotkalem Rockafeller Centre. Opadły mi ręcę. No przecie wszyscy przyszli podziwiać choinkę wylampioną lampionami tak, że pani inż ze Szczecina może ze swoimi światełkami na jej choince się schować. Drzewo nie było imponujące, wręcz takie sobie. Ale ludzie musieli sobie fotkę cyknąć. Na szczęście dla ruchu zamknęli ulicę, więc szło iść. Zapytałem się w końcu policjanta, czy wie gdzie jest mój hotel lub ten adres. Nie wiedział. Ale poszedłem sobie dalej i napotkałem Mayfair hotel przy Ósmej alei. Nawet nie miałem siły się zaśmiać. Ósmą aleją przeleciałbym raz dwa z Penn Station, bez tych wszystkich przepychanek.

Ale nic to. Uśmiechamy się. Hotel butikowy, okazał się być sympatyczny. No może nie jest pierwszej świeżości ale za to jest czysty. Łóżko wygodne.

Oczywiście wstałem o 3:30 rano i zacząłem Państwa na K. zaczepiać, które jest w Yotelu przy 10 alei i 42 ulicy, czyli tylko dwie aleje dalej i 7 bloków w dół.

Oczywiście przed zaśnięciem jeszcze wczoraj poszliśmy się przejść po osiedlu. Hell’s Kitchen. Wypiliśmy po kilka różnych bronksów i już. Ja jeszcze zamówiłem steak’a, bom głodny. Strasznie długo robili, ale i tak najbardziej zaskoczył mnie sposób przyrządzenia i podania.

 

Dziś plan jest taki:

Doczekać do 8:30 i pójść na śniadanie gdzieś na Mieście (jest teraz 7:27)

9:00 zbiórka na rogu 44th ulicy i 8 lei

koło 10:30 spotkać się z Ulą, która może dojedzie z młodym

10:30 zwiedzanie 9/11 Memorial

od 12:00 do 20:00 szopping i drinking, bo ma padać

no a wieczorem, to … będzie, będzie zabawa. Idziemy do Village na jakieś koncerty klubowe. Może jazz, może nie-jazz. Się zobaczy.

 

Ha! 7:40 ej em mego czasu! Czas na szałer i pozbieranie się z bambetlów!

IMG_0622

2013 in recap

2013 jeszcze trwa ale coś mi się wydaje, że nic więcej na blogu nie powstanie, nic ciekawego się nie wydarzy. Aż dziw bierze, że nie tak dawno podsumowywałem rok 2011, a za rogiem czai się 2014.

Muzycznie nie ma co się produkować, bo nic nie powaliło na kolana. No może z małymi wyjątkami.

Mój top roku wygląda tak (in no particular order):

1 MakKsiążka Powietrzna 

Stukam się w głowę, że tak długo czekałem z zakupem. Fantastyczny zakup, taniej niż w Polsce. Serdecznie polecam

2 Płyta wiórowa z Leroy Merlin

Atak płaczu i śmiechu gwarantowany – http://www.leroymerlin.pl/elementy-mebli-i-okucia/plyty-wykonczeniowe-polki/plyty-wiorowe-laminowane/opinie-plyta-wiorowa-laminowana-swiss-krono-group,p7519,l841.html

3 Spotify

Dlatego właśnie przestałem kupować płyty CD. Kiedyś kaseta była niewygodna i krążek bił ją na głowę. Teraz to już nawet się nie chce włożyć CD do odtwarzacza. Spotify jest wygodny i godny polecenia

4 Aj Fołn

Żegnaj Czarna Jagódko. Z sentymentu doń nie powiem, że BlackBerry ssie! No może nie chodzi tu o konkretnie aj fołna, tylko w ogóle o smartfona. Idea była taka, żeby pokazać jak BlackBerry zszedł na psy. Nawet aplikacja „latarka“ nie hulała jak należy. Bye Bye BB

5 YOLO, FOMO i inne skrótowce

6 Porażka polskiego radio Program 3

Kółko, a właściwie koło wzajemnej masturbacji. Nie da się już tego słuchać. Akcja The Zippers była gwoździem do trumny. A słuchacze oczywiscie – jaka cudowna, akcja, jakie nasze radio jest kochane! Zaczynam powoli wierzyć, że to nie jest stacja dla mnie, skoro ja tego tak nie czuję. Ale nie ma żadnej alternatywy.  Zip Zip polegało na tym, jeśli ktoś nie wie, że ludzie na Stadion Narodowy mieli przyjśc w ubraniach mające suwaki. Kulminacją miało być wspólne zasuwanie w rytm tematu muzycznego „Czterech Pancernych i Psa“. Oczywiście, nie muszę pisać, że ni uja brzmiało to jak „Deszcze Niespokojne“. Oczywiście wisienką na torcie jest coroczny szlagier – piosenka o karpiu (nota bene numer 1 na liście). Nie trzeba też pisać o trójkowych artystach. Jakieś pomioty śpiewające „Idzie Grześ przez Wieś“. Ludzie, toż to publiczne radio, a nie Domowe Przedszkole.

7 Xmas songs massacre

Tu też Trójka wybija się na pierwsze miejsce. Szkoda pisać coś więcej. Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań. Ale żeby nie było tak pesymistycznie, to dziś Marek N, zanim znalazłem pilota do wieży i wyłączyłem radio, zaprezentował bardzo fajny świąteczny song w wykonaniu Marillion.

8 Niemożliwy-do-słuchania-już-Marek-N

Bez komentarza

9 Homeland

Godny polecenia serial. Na szczęście zniknęła z ekranu brazylijska przepiękność grająca żonę Nicholasa Brody’ego. Aktorka jednego grymasu. Ale za to pani grająca Carrie Mathison reweleacyjna. Spojlerujemy sobie z panią inżynier najnowsze odcinki. Oczywiście spojleruje ten, kto pierwszy obejrzał. Oczywiście są to oszukane spojlery. Już kilka razy uśmiercałem w nich głównych bohaterów, żeby nabrać uczoną ze Szczecina. A pani inżynier ze Szczecina ostatnio upodobała sobie ronienie Carrie. Na szczęście w finalnym epizodzie 3 serii Carrie ma brzuch jak w ósmym miesiącu, więc raczej nie poroni. Ale co się stanie z dzieckiem? Czy Carrie wyjedzie do Stambułu?

10 Instagram

Fajna apka. Robię sobie fotki, wrzucam na Instagrama i się śmieję i się dziwie, że ludzie som takie durne i lajkują wszystko co się da.

11 Muzyka 2013

Eminem wydał fajny album. Dawid Bowie zmartwychwstał udanie. Super płyta i koncert w Stodole The Editors. Z piosenek wymieniłbym Sarah Blasko „God-fearing“, The Lumineers „Ho Hey“, Sean Rowe „Downwind“. Dobra, tyle o muzyce, bo znowu jakiś Empik mi z tego wpisu wyjdzie. Ale na koniec dodam koszmary roku. Pisałem już wcześniej o Ti-Laf, o Czechu i o innych. Wspólnie z Paniom Inszynier Se Szczecina dorzucamy Anitę Lipnicką.

12 Kuchnia, kulinaria i inne takie

Strach do SłodkoKwaśnej na weekend zajść, bo cholera tyle tego napichci, że człowiek do tej pory śniadania nie musi jeść. Choć wczorajszy królik jakoś moją ulubioną potrawą nie jest. No alkohol w formie galaretki też nie za tego. Szczególnie wódka z oranżadą – brrrrr. Ale ten likierek z kawą całkiem sympatyczny.

O Eeesu, mam nadzieję, że ten pan z artykułu nie będzie miał za złe, że tak promuję. Ale jest co – http://tytuurzadzisz.pl/losos-raz/

Niniejszym publicznie gratuluję, podziwiam i życzę dalszych sukcesów. Szkoda, że akurat tej zupy nie jadłem. A w domu ostatnio stałem się fanem marynowania warzyw w zalewie octowej. Krok po kroczku nabieram wprawy.

Z innych atrakcji około-kulinarnych/kuchennych też muszę wspomnieć o hobby naszego licealnego kolegi Piotra, który zanurkował w świat whiskey, a w szczególności single maltów. Może nie wszystkie wchodzą pysznie. Torfowa może i smakuje na wejściu, ale na drugi dzień odbija się strasznie. Ale hobby fajne, ciekawe, intrygujące. Kolega nawet nam urządził seans degustacji napitków. Oj, wszyscy wyszli mocno zdegustowani 🙂

13 Bieganie i narty

Biegałem bo lubiłem. Kilkadziesiąt tysięcy kalorii spaliłem, czyli nasiadówki u SłodkoKwaśnej jakoś mi się za specjalnie nie odłożyły. Kilkaset kilometrów przebiegłem (myślę, że coś pod 500 km). A teraz nie biegam, bo … no dobra, przyznam się, bo jestem leniwcem urodzonym w niedzielę. A na nartach byliśmy tydzień temu. U mnie to był pierwszy raz od prawie 5 lat. Eh, pyszna zabawa. Szkoda tylko, że właściciele stoku nie dbają o to należycie i nie ratrakują tras po zamknięciu, żeby rano było płasko i pysznie. Ale przyznaję, że się najeździłem. Dwie wywrotki konrolowane, maksymalna prędkość zasuwania – 59,1 km/h. Kolega miał więcej – 64,5 km/h. To se pogrzaliśmy. Nie dziwota, że nazywają to białym szaleństwem.

14 Necro „Who’s your daddy?“

🙂

15 Warsaw Shore, Ekipa z Warszawy

Szkoda tylko, że nikt z Warszawy w tej ekipie nie jest. Powalające i porażające. Już się nie dziwię, że tak można mówić. Wczoraj Pani inż ze Szczecina przysłała mi jakieś dialogi z życia młodzieży wzięte.

Największym hitem jest powiedzenie jednej laski o Radku Majdanie – Mądry jest w *uj! oraz Kocham go w *uj!

Aaaaaa, a najlepszy teledysk nagrał Robin Thicke z T.I. i Pharellem Williamsem – Blurred Lines – wersja teledysku ta emitowana po godzinie 22.00.

f.o.m.o.

o co chodzi? Nowe zjawisko – Fear Of Missing Out

Za każdym razem, gdy ugotujesz obiad, masz ochotę zrobić mu zdjęcie i wstawić na Facebooka albo Pinteresta.

Ja NIE – ale znam osoby. Choć, hmmm, czasem wysyłam maile, żeby pokazać mój dań

Kiedy poznajesz nową osobę, zawsze wyszukujesz ją w sieci, sprawdzasz jej profil i zapraszasz do znajomych.

Czasem ale bez przesady. Raczej NIE

Gdy dostajesz zaproszenie do wydarzenia, klikasz “Wezmę udział” bez sprawdzenia co to za wydarzenia i czy masz wtedy czas.

Nie wiem o co chodzi. Nie mam Fejsa, czyli NIE

Wykupiłeś największy możliwy pakiet mobilnego internetu na swojego smartfona.

NIE. Choć paczkę 250 mega powiększyłem do 1 giga. To chyba NIE, nie?

Na wakacjach za granicą w każdym miejscu szukasz otwartej sieci, żeby sprawdzić nowe wiadomości.

NIE. Gdyż zazwyczaj w Stanach mam telefon koleżanki i korzystam z jej paczki danych. Sorry Ula. Ale to tylko dwa razy nadgryzłem tę paczkę. Raz, żeby znaleźć dom bohaterów z serialu Przyjaciele, i raz, żeby sprawdzić pogodę, jak mnie ulewa spotkała w Central Parku. A w Europie, też nie, bo się boję, że się nie połączę z Wi-Fi i policzą mnie jak za zboże (patrz: wyjazd do Londka w 2010 roku. Sprawa zakończyła się reklamacją, na szczęście uznaną.)

Awaria internetu doprowadza cię do szału i sprawia, że czujesz się rozbity.

Zakrzyknę może raz wyraz na K z rozpaczy ale zaraz zabieram się za inne atrakcje, takie jak sudoku, książka, krzyżówka, gary, szmata. Czyli NIE.

Twoje konta na portalach społecznościowych są zawsze aktualne i zadbane – ludzie muszą wiedzieć co nowego dzieje się w Twoim życiu.

Jesssu, NIE. Ale kiedyś, kiedy miałem konto na MajSpejs, to nie powiedziałbym NIE. A wręcz odwrotnie 🙂

Łapiesz się na tym, że swoje myśli układasz w formę komunikatów na Twitterze.

Jak się pisze komunikaty na Twitterze? Oczywiste NIE

Twoi najbliżsi znajomi o Twoich zaręczynach albo nowym związku dowiedzieli się z Facebooka.

NIE. Pani inżynier wyraziła się tak: matko boska, to FOMO to jakaś patologia!

Po godzinach pracy i w weekendy sprawdzasz służbową skrzynkę.

Czasem. Ale tylko po to, by telefon przestał mi migać, że ma nową pocztę. Denerwuje mnie to. Kiedyś faktycznie się „pracowało“ w weekendy. Czyli teraz NIE

 

Jeżeli co najmniej 6 z 10 powyższych stwierdzeń jest w Twoim przypadku prawdziwa, może to oznaczać, że syndrom FOMO jest również Twoim problemem.

Nie mam FOMO!!!!! Hurrah. YOLO

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑