…wiezie ludzi, wiezie, puszcza dymu szare kłęby. Powiedz mi sąsiedzie dokądże ty jedziesz, bo ja do Szklarskiej Poręby”. No bawi mnie ta piosenka już parę ładnych lat. Śpiewa ja jakiś młody zuch Tomek.
Ale nie, nie będzie to wpis o muzyce. Ktoś mi może zarzucić, że ostatnio to tylko o piosenkach piszę.
Pod koniec listopada jechałem sobie do Białegostoku i na Centralnym z nóg ścięła mnie na dzień dobry wiadomość „pociąg opóźniony 90 min”. Grr, i weź tu rób coś na dworcu przez półtorej godziny. Ale na szczęście Domy Centrum blisko. Kupiłem sobie buty mimo, że z zakupami najlepszymi przyjaciółmi nie jesteśmy.
Miesiąc później, pora świąteczna, na kolei burdel. Nowy rozkład, znany chyba tylko jego twórcy. Co innego w informacji, co innego na tablicach, co innego w necie. Ale na szczęście mój pociąg tylko 10 min opóźniony. Uf
No i teraz też sobie pojechałem na Wschód. Wysiadłwszy z autobusu nr 501, szybko zanurzyłem się w lochach pod dworcem Centralnym i nabyłem sobie bilet na TLK (Tanie Linie Kolejowe), który miał być o 13:05. Pomyślałem też o jakimś małym conieco ale w McDonaldsie kolejka a kolejka. Skończyło się na ohydnej kanapce Oscar. Szybka fajka na górze, na słońcu. Nawet ciepło jak się w słońcu stoi. Wiosna chyba idzie. No i wracam do gmachu i bęc! Info dnia. Rano, w tunelu pomiędzy Wschodnią a Centralną ktoś się śmiertelnie rzucił pod pociąg. Na Centralnym zamieszanie, odsyłanie ludzi na dworzec Warszawa Śródmieście lub na inne perony. Pociągi poopóźniane. Dodatkowo dworzec jest w remoncie, więc kolejna przeszkoda i dyskomfort. Stoję i słucham tych komunikatów jak głupi, starając się wyłapać info o moim składzie. Poza tym zastanawiałem się, kto pracuje w biurze rzecznika prasowego? Po co zaczynać komunikat od słów – W związku ze śmiertelnym wypadkiem osoby postronnej, przyjazd pociągów dalekobieżnych może ulec opóźnieniu”. Po co stresować pasażerów takim niusem!? No nic, czekam dalej cierpliwie. O 13:01 wjeżdża na mój peron pociąg IR (InterRegio) do Białegostoku, który miał odjechać o … 11:45! Załadowałem się doń, bo co będę stał jak głupi w niewiedzy, kiedy nadjedzie mój TLK.
Sam skład też był osobliwy. Taki stary Meksyk, bez przedziałów. W wagonie oprócz mnie jeszcze jakaś dziewczyna i chłopak. Siedzimy oddaleni od siebie, każdy w swoim boksie.
Pomiędzy Centralną a Wschodnią sprytny pan konduktor zrobił ankietę z jednym pytaniem „Czy jedzie Pan/Pani do Suwałk?”. Okazało się, że 10 osób odpowiedziało tak. Ale i tak pociąg w Białym czekać nie będzie.
No i okazało się, że mam zły bilet. Musiałem kupić u konduktora nowy bilet, a stary mogłem oddać w kasie. Oczywiście zabrakło mi 5,50 zł do nowego biletu. I tu zdziwienie, IR jest tańszy od TLK o 2 zł. To są te Tanie Linie Kolejowe tanie, czy nie? Pytam się pana czy kartą można uiścić opłatę. Kolejna porażka i już pan konduktor zmartwiony stwierdza, że musi mi jakieś „wezwanie” wystawić. Z jego zatroskanego głosu nie wywnioskowałem, czy to wezwanie skutkuje czymś nieprzyjemnym dla mnie, czy po prostu wystawienie jego jest dodatkową pracą dla pana. W każdym bądź razie pan konduktor wyglądał, jakby chodził w moich butach, czyli empatyczny był.
Kolejne pytanie naszego bystrego pracownika PKP mnie rozbawiło. „A może jedzie pan ze znajomymi, którzy mogą panu pożyczyć pieniądze? – zapytał beztrosko. Rozejrzałem się po wagonie i odpowiadam mu w myślach – tak, jadę ze znajomymi ale się schowali przede mną. Oczywiście odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że jadę sam. Na szczęście chłopak z przodu pożyczył mi 10 zł i się umówiliśmy, że oddam mu przy kasie, jak będziemy oddawali niewykorzystany bilet TLK (chyba cały pociąg miał zły bilet). Oczywiście TLK jechało za nami, bo nie spóźniło się. Przewaga IR nad TLK polega również na tym, że jedzie szybciej o 3 min! Super!
Na Wschodniej zauważyłem, że jacyś bardziej rozsądni są w informowaniu pasażerów, bo komunikaty zaczynały się – Z przyczyn nie zależnych od PKP, rozkład pociągów może ulec zmianie. No bardziej ogarnięci na tym Wschodzie.
(po przyjeździe do Białego sprawdziłem w necie co się stało. Najpierw, pomiędzy Zachodnią a Centralną pękła od mrozu szyna, a później, z drugiej strony Centralnego, ktoś postanowił zatrzymać sobą pociąg rzucają się podeń)
Na kolejnej stacji do naszego wagonu weszły 4 osoby – pan tato, pani babcia i dwa bachorlęta w wieku ok. 7 i 5 lat. Pani babcia usiadła na ławce naprzeciwko mnie po przekątnej. Grr, a tyle miejsca wolnego. No nic. Jedziemy dalej, muzyka w uszach, książka w ręku. No i niestety raz jedno, a raz drugie gramoli się do babci na kolana, kopiąc mnie przy okazji. Ja odsuwam nogę, a bachorzę przesuwa swoją, dalej mnie kopiąc. Pomijam fakt, że ich słyszę, mimo, że moja MP3 dosyć głośno daje. Przebrała się miarka, czy tez skończyła się moja cierpliwość, kiedy drugie chciało się wgramolić na babcię, kiedy jeszcze pierwsze z niej nie zlazło. No i to drugie się gramoli po mojej nodze, po moim plecaku. Wlazło! Ale swoim małym kopytkiem skutecznie smaruje mi po spodniach.
– Przepraszam. Słucham dosyć głośno muzyki i wciąż słyszę pana dzieci. To mnie kopie, a to mnie brudzi spodnie. Proszę o spokój, jesteśmy w pociągu.
Piorunem się babcia z dziecięciami swoimi przeniosła na ławkę obok, do pana tatusia. Oczywiście „przepraszam” nie usłyszałem. Spokój był przez jakieś 15 min, bo później zaczął się jakiś głośny, histeryczny śmiech u jednego, i jakiś przedziwny spazm u drugiego. Czyli nie wzięli mojej uwagi do serca.
Wysiadamy. Ludzi się trochę w wagonie naszym zrobiło ale ja cały czas mam na oku mojego wybawcę. Zatrzymujemy się i chłopak energicznym ruchem pierwszy z wagonu wyskakuje. Ja za nim, jako trzeci, ale niestety na peronie stał drugi pociąg i chłopak mi zginął w tłumie. No nic, może go przy kasie rozpoznam? – pomyślałem. Ale nie, młodzieniec chyba kompletnie zapomniał o pożyczce i o zwrocie biletu. No nic, może kiedyś natrafi na mój blog i się ze mną skontaktuje.
Po oddaniu feralnego biletu wychodzę na zewnątrz na taxi. I tu ci niespodzianka. Minus taki, że aż się cały zamroziłem. O nie, gdzie ja popadłem? Wsiadam szybko do auta i widzę, że na termometrze widnieje „-10C”. Coś mi to nie pasuje z tym mrozem który spotkałem na zewnątrz.
Jak się okazało, nazajutrz było -22C. Na szczęście koło południa zrobiło się „tylko” -10C. Wiosna chyba idzie!
I tak sobie siedzę u rodziców. A to siostrzeńca zaprowadzę do szkoły, a to go odbiorę, a to kupię mu kolejną część Harrego Pottera, bo się chłopak wkręcił, a to odwiedzam pozostałych członków rodziny. Ale przeważnie leżę na wielkim łożu i się gapię w TV. Oczywiście ponad 50 kanałów ale nic ciekawego. Na szczęście wziąłem lapsa, więc nadrabiam zaległości filmowe. Na pierwszy ogień poszedł „Blue Valentine” (ma jakieś nominacje do Oscara). Powiem tak, jak się obejrzy jakiś film i się później informuje o tym innych, to taka rozmowa ma najczęściej następujący przebieg:
– hej
– hej
– a wiesz, widziałem ostatnio „Blue Valentine”. Ma jakąś nominację do Oscara
– ooo, i o czym był ten film? (no każdy tak pyta, nie?)
– a taki dramat o rozpadzie pewnego małżeństwa, które ma dziecko ale nie ze sobą
– i jak ogólnie? Fajny?
– nie, straszne gówno nie polecam
Natomiast w tym przypadku ja się zapytuję (możne ktoś mi odpowie?) – Po co był ten film? Nie o czym ale właśnie „PO CO?”. Szkoda czasu widzów. To pewnie nie interesuje twórców tego filmu. Ale niestety szkoda również pieniędzy i czasu poświęconego na stworzenie tego filmu. Ale na jedną rzecz zwróciłem uwagę. Dziewczyna wpadła ze swoim ex-chłopakiem i ze swoim nowym zdecydowała się na zabieg. No i tak sobie leży na kozetce, pan doktor mówi jej co robi i co robić będzie. Już jej wbił igłę z małym znieczuleniem i mówi – now, i will introduce my finger to your vagina. No nie wiem czemu akurat to zapamiętałem? Dowcip opowiedziany przez główną bohaterkę też był osobliwy. Mały chłopiec ucieka w lesie przed pedofilem. Jest coraz bardziej przerażony i w coraz głębszym lesie. W końcu wpada na pedofila i mówi do niego, że jest bardzo przestraszony. A pedofil mu odpowiada „ty jesteś przerażony? To ja będę musiał wracać sam przez las”. No dowcip pierwsza klasa. Aż się dziwię, że przeszedł w USA na kolaudacji 😉
Kolejne filmy, które widziałem to – Rabbit Hole z Nicole Kidman. Faktycznie pani ma twarz bardzo gładką i napiętą pomimo 40 na karku. Złośliwi śmieją się z niej, że nie potrafi ona już emocji zagrać, bo nie ma mimiki twarzy. Ale powiem, że film nawet nawet. Można obejrzeć, jak się nie ma co robić. Taki dramat o małżeństwie, które straciło dziecko. Chodzą na terapię, nie mogą jakoś znaleźć radości w życiu, a pani matka zaprzyjaźnia się z „mordercą” jej dziecka (nastolatek, który prowadził samochód. Dziecko wpadło na jezdnie, po tym, jak goniło za swoim psem).
„Człowiek, który gapił się na kozy” – dobry, śmieszny ze słabszą końcówką. Ale obsada doborowa zapewniająca rozrywkę.
Mam jeszcze parę Oscarowych nominacji ale jakoś już mi się odechciewa. Same jakieś dramaty. Aha, „Czarny Łabędź” mnie się nie podoba. Nie wiem o co tyle hałasu.
Dziś w końcu pozbierałem się do kupy i wyjechałem w podróż do Wawy. Siadam w prawie pustym pociągu. Ciepło i przyjemnie, słonce świeci w pysio. Wiosna idzie – myślę sobie. Patrzę na drzwi i widzę jakąś nalepkę. O nie! Tak, przedział dla osób z dziećmi. Peszek. Biorę graty i idę dalej. W przedziale siedzi jakiś młodzieniec i za chwilę dochodzi jeszcze jeden. Jedziemy sobie we 3. Troszkę zimniej w przedziale ale zapewne się rozgrzeje, jak ruszymy. Odjeżdżamy zgodnie z planem.
Pan konduktor sprawdzając bilety oznajmia:
– w tym przedziale nie ma ogrzewania ale oczywiście można się przesiąść do innego. Tam jest cieplej.
Grrrr, stopy miałem zimne całą drogę. Ale to nic. Poszedłem sobie tam gdzie król piechotą chodzi. Masakra! Okno się nie zamyka, na suficie śnieg, który się topi i cieknie na podłogę. Wieje i jest przepioruńsko zimno. Niech żyje polska kolej.
Miesiąc: luty 2011
Dziwne rzeczy dzieją się ze mną. Cos nie mogę ostatnio obiektywnie ocenić płyty albo jakoś nie przychodzi mi do głowy zakupienie płyty. I tak było z Adele i jej pierwsza płytą „19”, którą nagrała ta mała sprytna Brytyjka w wieku lat … 19 (nomen omen). No może to nie tak do końca nie potrafię ocenić, czy kupić. Po prostu mam ponad 500 płyt (więc po co kupować więcej?) i jak co do czego dochodzi, to oczywiście nie ma czego włączyć. Poza tym człowiek leniwy i nie chce się mu wstawać co około 50 minut, żeby zmienić dysk. Za to w zamian leci Eska Rock lub Trójka. Co prawda w tej pierwszej stacji muza jest grana z automatu i codziennie można usłyszeć to samo, co raczej wiedzie do efektu zniechęcenia do jakiejś płyty niż do jej zakupu. Co prawda Trójka też gra swoje ale to mi jakoś nie przeszkadza 😉
Wróćmy do panny Adeli. Pod koniec ubiegłego roku zaczęła się zmasowana promocja nowego, nadchodzącego dzieła pod jakże odkrywczą i zaskakująca nazwą „21”. Czyżby nasza mała dziewczynka dorosła? Najwyraźniej. Zaczęło się od znakomitego singla „Rolling In the Deep”. Oczywiście radia grały to bez opamiętania, aż obrzygały to cudeńko. Jako, że singiel miał być wydany oficjalnie dopiero w styczniu, na liście w UK nastąpił wielki come back singla „Make you Feel my Love” z „19”. Czyli dziewczę jest pamiętane i oczekiwane w domu. Spojrzałem sobie na to co mam z jej „19” i okazało się, że aż 6 piosenek (ale czemu nie mam „make you feel my love” to nie umiem powiedzieć). To czemu nie nabyłem płyty? Jeśli 6 utworów z powiedzmy 10 czy 11 (bo tak artyści rozpieszczają swoich fanów), no to już jest większość i wypadałoby nabyć cały krążek. No ale jakoś nie mam jej i na terapię nie chadzam z tego powodu. Może dlatego nie mam, że w tym samym czasie zadebiutowała z Adelą Amy McDonald. I z opowieści właścicieli płyty tej drugiej McPani wywnioskowałem, że „oj, słabe”.
„Chasing Pavements” jako pierwszy singiel z „19” również został wypluty przez radio. Ale pozostałe piosenki całkiem sprytnie się obroniły. No taki brytyjski głos, ale ciepły i przejmujący. Rzeczony wcześniej „Make you Feel my Love” to takie cudo a-capella.
No i w grudniu roku minionego w eterze zaczęło się energiczne i donośne podśpiewywanie „Rolling In the Deep”. Szybciutko rzuciłem uchem na nowe dzieło. I tu zaskoczenie. Na takie zimowe wieczory jak znalazł. Druga pieśń na płycie to również miarowe, chóralne i energiczne „Rumour Has it”. No plotka ma to do siebie, że ma odrobinę prawdy. I pani tą prawdę pokazuje na drugim krążku. Zdolna, umie śpiewać, wie jak chce, żeby płyta brzmiała, wie co chce nam powiedzieć. No mądra i zdolna panna. Tylko czemu tyle o miłości?
W międzyczasie gra przejmujące ale już tak nieporywające „Don’t you Remember”, żeby niezauważalnie przejść do podpalenia tego cholernego, brytyjskiego deszczu. Ale po kolei.
W Trójce mają to do siebie, że jak już się płyta pokaże na rynku, to albo czynią z niej płytę tygodnia, albo dnia, albo poszczególni prezenterzy zachwycają się nią w swoich autorskich programach. No i w większości przypadków padało na „padanie”, a właściwie na podpalanie deszczu. Taki fortepianowy wstęp z klasyczną, popową przyśpiewką o miłości, tęsknocie i byciu w ramionach. No takie tandetne – rzekłoby się. Już przy refrenie panna Adela rozwiewa wszelkie wątpliwości i z pazurem, i z siłą w głosie, i z pełną premedytacją pragnie, czy też grozi „but i set fire to the rain”. No lepiej o uczuciach śpiewać się chyba nie da. Porywająca piosenka, z niezwykła siłą. No i ten zadzior w głosie. Poza tym, cóż ci biedni Brytyjczycy mogą podpalać na tej swojej małej wysepce, jak nie ich słynny na cały świat deszcz. Choć kilkanaście lat temu inna pani śpiewała „Nothing heals me like you do, nothing falls like London rain”. To podpalać czy nie? Podpalać!
Później już spokojne ale równie wyraźne zapytanie „jeśli to nie miłość, to co to jest?” w piosence „He won’t Go”. Ale pani Adela jest gotowa podjąć każde ryzyko. Tu fortepian, tam trąbka i tak trochę jakby flirtowała z kimś (ze słuchaczem?).
I tak sobie panna Adela śpiewa. Nie potrzebuje za dużo instrumentów. Jej głosowi ani fortepian nie przeszkadza, ani czasem użyte dęte instrumenty. Mnie też nie. Da się tego całkiem przyjemnie słuchać. Ma coś dziewczyna w tym swoim głosie. Bardzo brytyjsko, ale zarazem bardzo wyjątkowo i urokliwie.
No i trwają dyskusje co będzie drugim singlem. Trójka chyba zaciera ręce na ten pirotechniczny hit z deszczem. Parę dni temu Adele (oczywiście pomijam fakt, że płyta sprzedaje się na Wyspach rewelacyjnie. Z 1 miejsca coś spaść nie może) wystąpiła na Britts Awards (tak przynajmniej zrozumiałem z muzycznej TV). Zaśpiewała „Someone like you”, które po chwili skoczyło na 1 miejsce listy singli, mimo że oficjalnie nie jest wydane i nie ma statusu singla. Ale w dzisiejszych czasach listy singli to nie tylko sprzedaż fizycznych piosenek na CD, ale również radiowe granie (air play) oraz downloading. No i chyba się ludziom spodobało, skoro wystrzelili Adele na sam szczyt. A „Rolling in the Deep” nadal do 1 miejsca dojść nie może i skacze sobie między 2 a 5, zahaczając czy to o 3 czy o 4 miejsce przy okazji. „Someone like you” jest dziwne. Jak się temu przysłuchać, to nic wyjątkowego ale jak tak sobie gra w tle, to zwraca uwagę. Może coś z tego będzie. W MTV przy prezentacji 1 miejsca UK Chart zakomunikowali (ok., jestem w domu u rodziców i oprócz szafy i łóżka w pokoju TV stoi, więc patrzę weń), że jak to nie singiel, to video doń też nie ma i nie mają jak tego zagrać. W zamian pokazali „Make you Feel my Love”, które nadal szoruje doły na liście ale cud, że nań ciągle jest.
Podczas pierwszego przesłuchania grałem sobie w literaki z panią doktor. Oczywiście statystyka się zmieniła. Do 1000 zwycięstw już tuż tuż. W pewnym momencie myślę sobie „skądś znam tą melodię”. Ale skąd? – to było drugie pytanie. Jako nastolatek uwielbiałem The Cure. Zakończyłem przygodę z nimi wraz z płytą „Wild Mood Swing” z końca wieku ubiegłego. Nowych nagrań z obecnego millenium jakoś nie rozumiem i ich muzyka już nie cieszy jak kiedyś. Uwielbiam ich jedną pieśń, której mógłbym słuchać na okrągło – Lovesong (whatever words you say i will always love you … lalalalala … i will always love you … lalalala – no tak to leci, nie będę śpiewał całej). No i dotarło do mnie dopiero pod koniec co się stało. Panna Adela sięgnęła po rzecz świętą, powiem więcej, miała odwagę i czelność zaśpiewać po swojemu starych The Cure’ów. Z sympatii dla naszej dzisiejszej bohaterki wypowiem się dyplomatycznie – ma to swój styl, ma to swój charakter, ma ta piosenka swoje nowy życie. Ale kiedy zapytacie mnie czy zrobiła to dobrze, czy tez lepiej, odpowiem, że zrobiła to po swojemu. Koniec i kropka. Nikt chyba nie zaśpiewa tego lepiej niż sam Robert Smith 😉
Czekam z niecierpliwością na kolejne dzieło Adele. Może „23”, może „24”. Zobaczymy. Ponoć trzecia płyta w dorobku każdego artysty jest najważniejsza. Mam nadzieję, że pójdzie nową ścieżką albo trochę pobłądzi. Jeśli chce zostać na starej, to boję się, że skończy podobnie jak Katie Melua. Gruzo-Brytyjka wydaje te płyty, jedna po drugiej, a ja już przy trzeciej się pogubiłem i zniechęciłem. No ileż można? Tylko to „miau, miau, miau i miau”. „Taka jestem zakochana miau, tak za tobą tęsknie miau, tak mi ciebie brak miau”. Ble!
Ale o pannę Adelę jakoś jestem dziwnie spokojny. No bo to w końcu sztuka podpalić ten brytyjski deszcz 😉
Od ponad 10 lat z częstotliwością raz na rok p. Marek Niedźwiecki z radiowej 3 mnie drażni. Puszcza pewną pieśń. Spodobała mnie się ona od razu. Nie wiem czemu ale nie pomyślałem od razu o zdobyciu jej. Każde zagranie tej pieśni w radio było świętem. Niemal zakładałem białą koszulę i krawat, żeby w skupieniu i z pełną atencją wysłuchać cudnych melodii i słów. Dopiero z 4 czy 5 lat temu pomyślałem, że w końcu muszę ją mieć na własność. I tu klops. Trudna do zdobycia się okazała. Nie ma jej na żadnej płycie studyjnej, na żadnej składance, a o ściągnięciu jej z netu można tylko pomarzyć.
Niecały miesiąc temu, po kolejnej prezentacji, powiedziałem sobie “basta”. Jest przecie XXI wiek, jak to nie mogę jej zdobyć?! Moi? No i zaczęło się kopanie w googlu i na wikipedii. Okazało się, że pieśń ta jest stroną B singla “i believe in love” z 1998 roku. No to już wiedziałem czemu tak trudno było to znaleźć. Po długich poszukiwaniach w necie straciłem cierpliwość i już się poddałem. Ale szczęśliwie przyszedł mi do głowy amazon. Ostatnia deska ratunku – pomyślałem. I co? Okazało się, że ktoś sprzedaje singla za 2,98$. Koszt do Polski ok. 7$. Hmmmm, dużo ale i też ryzykownie. A jak nie dojdzie? No dobra wpisuje adres zaprzyjaźniony i amerykański. W ślad za zakupem poszedł mail do pewnej Pani, co by nie była zdziwiona przesyłką.
Po tygodniu już mogłem oddawać się zwykłemu, codziennemu słuchaniu. Już bez białych koszul i krawatów, tylko tak po prostu i zwyczajnie.
“Ring Finger” zaczyna się tak spokojnie – no mam sobie tego małego paluszka doczepionego do trzeciego… a dzisiaj miałam ze pięć drzazg w paluszku numer 4. Nawet po hiszpańsku pani potrafi wyszeptać, że wie czego chce i wie co robić, żeby po chwili tak przejmująco się rozedrzeć i przyznać, że się boi.
No jest parę utworów, które powodują ciarki u mnie. Mam tej pani kilka pioseneczek i muszę przyznać, że ciekawa z niej wokalistka. Szkoda, że już zapomniana. A miała w USA wielki przebój w 1997 roku (chyba) “where have all the cowboys gone?”. Też urokliwe i nietuzinkowe.
Słucham teraz “i believe in love” to taki głosik popowaty może łudząco przypominać Angie Stone (odniesienie do pewnej myśli pewnej osoby, która porównała ten głos do Angie Stone). Poza tym straszny eklektyzm w twórczości tej pani. Wspomniane piosenki trzy są kompletnie różne stylistycznie i wokalnie.
Paula Cole “Ring Finger” (1998)
a kiedy mnie pytają co u mnie słychać, odpowiadam, że zależy gdzie przyłożyć ucho. Otóż od czwartku ciągam sobie nosem i „ssam” tabletki sam. Gardło trochę pali ale cóż, od tego się nie umiera. Tylko tyle, że dyskomfort.
Po prawie rocznej przerwie wróciłem sobie na kurnik w listopadzie roku ubiegłego. Gotuję sobie różne rzeczy i czas leci. Wczoraj wracałem sobie z takiego właśnie kulinarnego mityngu. Zimno, ciemno ale do domu na szczęście blisko.
No i jak to znowu, zasiadam sobie do kurnika z pewną panią doktor z miasta Łodzi. Gramy chyba dla podtrzymania kontaktu niźli z chęci grania. No bo tak sobie gramy i gadamy od listopada, że zrobiło się 853 zwycięstw dla mnie przy 393 porażkach i 9 remisach.
Mam w domu z 500 płyt ale oczywiście nie ma czego słuchać, więc sobie włączyłem Davida Bowie z lapsa. A tak dla relaksu, a tak dla chęci posłuchania klasyki. Słowa się układają i sobie gramy, aż tu nagle koleżanka krzyczy, że w Trójce nowy Marillion leci. No dobra, dwa razy nie trzeba powtarzać, jako żem fan. Nagranie okazało się nie nowe ale pochodzi z koncertu, którego premiera na DVD ma nastąpić wiosną. Pieśń znana („this train is my life”) ale wersja live zawsze nowa z każdym wykonaniem. No to wróciłem sobie do Bowiego ale po chwili znowu słyszę, że coś tam w 3 fajnego. No dobra, Bowie się wyłącza i wracam na fale eteru. I tak sobie słucham Minimaksu. W pewnym momencie pan zapowiada młodzieńca. Zawsze chciałem go posłuchać, bo jakoś mnie intrygował. Ze dwa tygodnie temu poczytałem sobie, że pewien pan pobił rekord w USA na liście Billboardu. Najsłabiej sprzedająca się płyta od 1991 roku, która zadebiutowała na 1 miejscu. Tylko 30 parę tysięcy egzemplarzy. Ale pan pobił po tygodniu kolejny rekord. Największy spadek z 1 miejsca. No, mistrz – myślę sobie. Ale 26 miejsce też nie jest złe.
No i ten pierwszy kawałek mnie rozwalił. Jak to mówią w Trójce – jeńców nie biorą. Pan z radia się rozochocił najwyraźniej bo drugą piosenkę zaprezentował. No wstęp cudo. Ale pierwszy wers śpiewu – oh, Dżizas. No, o Jesssu. Mam jedną płytę z gatunku Christian Rock, którą niechcący nabyłem na Amazonie. Dlatego też mogę stwierdzić, że nie jest to gatunek stworzony dla mnie. Na szczęście ten „Dżizas”, to tylko taka przyśpiewka. Uf. No i piosenka okazuje się być przednia. Szybki ruch na mozillę i googlujem pana. Debiut płyty w Polsce 14 lutego, czyli jutro. Hmmm, ale od czego net mamy. 3 min później radio wyłączone, a w zamian Windows media player odtwarza jutrzejszą nowość. Gram w literaki i słucham. No dupy jakoś nie urywa. Taki odnaleziony brat bliźniak Charlie Winstona. Panowie nawet w podobnym wieku. Bliźniacy?
I tak po pierwszym odsłuchu widzę się na werandzie w domku na prerii z whiskey w dłoni. Zmierzch, wiatr i nikogo dookoła. No dam płycie jeszcze parę szans, bo warto. Może i nie urywa niczego, a to dlatego, że pan nieodkrywczy w swoim rodzaju jest. Ale styl jak najbardziej na tak. Za 40 lat wraz z rzeczonym wcześniej bratem-bliźniakiem pewnie będą charczeć jak Tom Waits 😉
No zdolna ta młodzież.
Amos Lee „Mission Bell” (2011)