Miesiąc: luty 2012

Ja i mój mały robaczek

Pełen werwy i energii zaczynam tworzyć 71 wpis. Co mi powie wordpress po opublikowaniu? Nie wiem.

Lady zGaga gra na Windows Media Playerze jako kolejna wylosowana piosenka.

„i’m your biggest fan, I’ll follow you until you love me. Papa-paparazzi”

Papa Lady zGago. Fajną płytę pierwszą nagrałaś ale ta nowa to niestety nie to. Powrót do lat 80-tych się nie udał.

Wczoraj wieczór bardzo udany. Towarzysko i w ogóle. Także niedziela bardzo leniwa.

Uprałem kurtkę puchową, żeby czystą i pachnącą odłożyć w próżniowy worek na zaś. I chyba to zaś nadeszło zanim się kurtka wysuszyła. Śnieg spadł znowu. Grr. Gdzie żeś ty wiosno pani?

Do Miasta wybieram się za 2 miesiące i jeden dzień. Eh, to tylko już 61 dni.

Przechodzę do rzeczy.

Wstałem rano i stwierdziłem, że czas w końcu do sklepu pojechać po żarówkę do okapu. Ale coś mi się wydawało, że jeszcze bardzo wczorajszym jest. To pomyślałem sobie, że do (je)Bie-dronki pójdę (co to dronka?). Wszyscy chwalą, że taki super sklep, że wszystko jest i w ogóle. Jajek nie mają okazało się! Koszyki mają bardzo duże, albo sklep jest bardzo mały, bo co chwilę się o coś lub o kogoś zaczepiałem.

Ale faktycznie tanio i nawet wybór nie taki ostatni. Mięsa w życiu tam nie kupię. Wyglądało tak, jakby chciało wyjść razem ze mną. Ananas mnie skusił. Tylko 3,99 zł. Mówiłem, że tanio. Przy kasie dowiedziałem się, że za kilogram i mój olbrzymek kosztował prawie 8 zł. No nic. Przynajmniej prawie dwie szklanki soku wyszły.

Przerwa na telefon. Pijany kolega dzwonił, że parówki cielęce zamówione. Będzie kolejna pychotka na kolejną nasiadówkę kulinarną.

Kupiłem parę rzeczy w Biedronce. Się nie wykosztowałem za bardzo.

Okazało się w domu, że z listków ananasa wybiegł sobie spanikowany karaluch! Długo nie pomieszkał u mnie ten mały robaczek. Szybki strzał i do kosza zwłoki.

A dziś Oskary. To już ponad 2 lata temu się przechadzaliśmy Hollywood Blv w LA. Eh, czas pędzi. Muszę w końcu zacząć czytać „Dlaczego życie płynie szybciej, gdy się starzejemy” pani/pana Douwe Draaisma. No dlaczego?

Gotye powróciło na szczyty. Po raz 17 na trójkowej liście oraz po raz 2 w UK-eju. Super! Szkoda, że w Stanach troszkę słabiej.

Kończę wpis i tu mi gra Młynarski play Młynarski w coverze „Lubię wrony”

„W berżeretkach, balladach, canzonach bardzo rzadko jest mowa o wronach. A ja mam taki gust wypaczony, że lubię wrony…”

Nie, nie przepadam. Straszne ptaszysko.

Lecę spać.

Ciekawe co mi napisze wordpress? 80, 90 czy 100 od razu?

oficjalne zafiksowanie się

 

 

 

W sobotę 5 razy z rzędu „Draw Your Swords”. W niedzielę, nie byłem gorszy. Dziś już lepiej. Jak na razie 9 odsłuchań plus z kilka razy „Yellow Brick Road”.

Popatrzmy co autor miał na myśli, bo jakiś to wysokich lotów tekst jest.

Yellow Brick Road – żółta brukówka

Just a spoon full of sugar makes the medicine go down (wystarczy łyżeczka cukru, żeby mikstura opadła na dno)
Sweet Mary-Jane won’t you lay me down (słodka Mary-Jane może byś mnie ułożyła)
Lost my heart in California, lost my mind (serce i rozum straciłem w Kaliforni)
Shot me down with a revolver, got me high (zastrzelono mnie z rewolweru, uniosłem się wysoko)
Then a “Heart of Gold” came on the stereo (wtedy “Heart of Gold” zagrało)
Mr Young made me cry (rozczulił mnie do łez Pan (Neil) Young)
Then all the colours of the rainbow fell in my eyes (a później do moich oczy napłynęły wszystkie kolory tęczy)
I lost my mind long ago down that yellow brick road (już dawno straciłem rozum, przechadzając się tą żółtą, brukowaną drogą)
Took a train to the river (wsiądź do pociągu ku rzece)  
Where I drove right in (dokładnie tam, gdzie ja dojechałem)
That skinny dippin’ girl made the blue bird sing (na widok tej drobnej i przemokniętej dziewczyny niebieski ptak zaśpiewał)

i tak dalej

Draw Your Swords – dobądź swych mieczy

See her come down, through the clouds (zobacz jak schodzi prosto z chmur)
I feel like a fool (czuję się jak głupiec)
I ain’t got nothing left to give (nie mam już nic do oddania)
Nothing to lose (i nic do stracenia)
So come on Love, draw your swords (no dalej kochanie, dobądź swoich mieczy)
Shoot me to the ground (przybij mnie do ziemi)
You are mine, I am yours (tyś moja, jam twój)
Lets not fuck around (potraktujmy to poważnie)
Cause you are the only one (ponieważ tyś mi pisana)
I see them snakes come through the ground (pełznących węży widzę pełno)
They choke me to the bone (duszą mnie do szpiku kości)
They tie me to their wooden chair (przywiązują mnie do ich drewnianego krzesła)
Here are all my songs (stąd pochodzą wszystkie moje pieśni)

 Zawsze byłem slaby z geografii. Tu California, tam podmiot liryczny, co autor miał na myśli, jakieś paralele i inne hiperbole i parabole.

Podsumowując oba teksty coś widzę, że poeta miał „wenę”. Ciekawe co artysta zażywał? Jak to czytam to na myśl przychodzi mi Jim Morrison siedzący na haju na pustyni i tworzący dzieła. No tak, the Doors kultowi są, a kto zna dziś Angusa i Julię Stone, i kto ich będzie pamiętał za 40 lat?

Kalifornia też mnie urzekła. Ale żeby zaraz tracić serce i rozum? No, hello!? Poza tym duet z Australii pochodzi. Tam też kraj ciekawy geograficznie i byłoby po czym jeździć i o czym śpiewać. Hm, ale latem to chyba im rzeki wysychają, więc pani do pociągu donikąd musiałaby wsiąść.

W tekstach autora zauważalne jest użycie dużej ilości spółgłosek. Mądrze zauważam, że nie jest to zgodne z panującym trendem wielkich i aktualnych hitów popowych perełek Brytnej czy RyjJany. Czyli hitem światowym małe szanse ma się stać.

W „Dobądź swych Mieczy” mam wrażenie, że to Mike Scott z Waterboys śpiewa, a czasem, przy tych zaciągnięciach, jakby zza światów sam Jeff Buckley się udzielał. No to duet jak dla mnie w sam raz i z serii „w-to-mi-graj”.

A z innych głupot, które człowiek pamięta, to właśnie to, że kiedyś z panem K. spisywaliśmy sobie tekst Ricky Martina “Livin’ la Vida Loca”. A później, przy pomocy koleżanki Urszuli, która zawitała kiedyś na ulicę 11 listopada braliśmy się za Marca Anthony’ego i jego “Need to Know”. Nieźle nam poszło. A to były czasy, kiedy jeszcze net nie był taki popularny i dostępny i nie lada problemem było ściągnięcie tekstu piosenki.

No pisałem przecie, że człowiek to pamięta naprawdę durne rzeczy.

Proszę o tusz! 70 wpis spełniony!

Szybciej, więcej czyli internetowy wyścig

WordPress się ewoluuje. Co chwilę zmienia wygląd, opcje. Jest niby bardziej przyjazny, pomocny. Zauważyłem ostatnio, że przy opublikowaniu postu pojawia się na szerokim lewym marginesie wielki komunikat odliczający

65-ty wpis, do 70 jeszcze 5

Wczoraj pokazało mi już 68. Jakiś stres mam odczuwać? Mam coś gonić? Ma być więcej i szybciej? Ale czy lepiej? Ilość przechodzić ma w nijakość? Chyba nie o to w tych komunikatach chodzi. „Sztuka jest sztuka” zacytuję sławnego klasyka z kultowego już filmu. I coś mi się udzieliło. Wiem, że jeszcze 2 wpisy i będzie upragnione (chyba tylko przez WordPress) 70 wpisów. Właściwie to jeszcze jeden, bo ten 69-tym postem popełnionym już będzie. A co później? Wysadzi w kosmos mój blog? Dostanę oklaski? Pewnie nie. Pewnie powie coś w stylu, że poszło mi świetnie ale mogę więcej i szybciej. Ale czy lepiej?

Do 100 już tylko 30. Dasz radę”.

Ale pewnie tego 100 mi nie zaproponują, bo się człowiek zrazi tylko. I jeszcze „writer block” może nastąpić, a tego to już bym nie chciał. Zakładam technikę małych kroków, czyli odliczą mi do 80, później do 90 i sam nawet nie zauważę, kiedy mi setka stuknie.

W sumie to mógłbym te 30 wpisów odfajkować, żeby do setki dojść. Ale później co? 150, 200,… Wpadnę w jakieś błędne koło. W sumie i tak o niczym piszę, więc co za różnica, czy gonić będę za jakimś wynikiem, czy nie.

Ale ja i tak wolę moje tempo. Czasem nie mam weny, a czasem nie nadążam spisywać myśli.

69 wpis! Ładna liczba. Taka odwrotnie symetryczna. Chyba się zagalopowałem z tym określeniem. Liczba 69 mnie prześladuje. Mam te cyferki obok siebie w numerze kadrowym w pracy, na mojej pierwszej karcie pracowej, na karcie do LuxMedu, w jakimś pinie. No ładne to 69 jest. Okrągłe, zgrabne i zabawne. Ciekawe nie tylko z punktu matematycznego. Przez 3 się dzieli, przez 1, przez 23 i przez samą siebie. Czyli jakaś nad-pierwsza jest. Supremacja wśród liczb. 68 już gorzej wygląda, a 70 też ni zdjął, ni przypiął.

Zakończmy wywody o 69.

Tak właściwie to stwierdzam, że mało coś tych wpisów mam. Odliczałem sobie dni przed najdłuższym urlopem w sierpniu 2009 roku. Podczas wspomnianego wypoczynku pisałem codziennie. Nawet jak nie chciało mi się pisać, bo nie było o czym, to pisałem, że nie ma o czym pisać albo, że strajkuję. A tych urlopowych dni tez było sporo. Hm, cos mnie WordPress oszukuje. Muszę sam policzyć moje wpisy. Najlepiej to liczyć na samego siebie.

 

Pogoda za oknem rewelacyjna. Chyba już naprawdę wiosna idzie. Czyli przedwiośnie jest. Do 21 marca jeszcze miesiąc i dwa dni, więc zima mogłaby już się spakować i pojechać na wakacje albo w interesach

Winter’s away on business – taka parafraza tytułu pieśni

Z tą rewelacyjnością to oczywiście ironizuje. Nie jest co prawda już pioruńsko zimno, śnieg nie sypie i sobie leży tu i tam. Ale pada deszcz, wieje i jest szaro, buro i zimno. Mam nadzieję, że to tylko oznaki nadejścia Pani Wiosny.

Sześćdziesiątkę dziewiątkę czas opublikować. Pełnym obaw… co to będzie?!

 

Gee…Glee

Hm, pogrzeb Whitney trwał ponad 3 godziny. Kościół New Hope w Newark. Oooo, to blisko Państwa. Mam nadzieję, że nikt z nudów nie umarł. Chociaż na wesoło było. Fajnie to wyglądało. Nie to, żebym oglądał, ale przełączałem sobie TV i padało parę razy to na CNN, to na TVN24, to na coś tam innego. Kevin Costner opowiedział kilka historyjek z czasów kręcenia „Bodygarda”. No na wesoło było.

– A wiesz, byłem na pogrzebie Whitney Houston.

– I jak?

– Boki zrywać

Alicii Keys już nie zniosłem. Nudne to wydarzenie, ale ogólnie wrażenie pozytywne. Ludzie wspominają ją, opowiadają historie z nią związane. Nie ma miejsca na lament i rozpacz. To ja też tak chcę. Chcę, żeby na moim pogrzebie grał Marillion albo Tom Waits i było wesoło. Ludzie mają się cieszyć i wspominać dobre i wesołe rzeczy i sytuacje związane ze mną. Mam nadzieję, że były jakieś.

– a wiesz byłem na pogrzebie mdobrogova

– i jak?

– czytali jego blog. Boki zrywać

Grrr, tak, to chyba nie chcę.

Podsumowując panią to powiem, że fanem nie byłem, płyt nie miałem. Ale za wcześnie. 48 lat!

VIVA TV dała ciała. Tydzień temu zrobili blok o niej. Napisali na ekranie „09.08.1963 – 11.02.2011”. No bo się mówiło, że 48 lat miała. Tylko nikt nie spojrzał, że 1963 + 48 to trochę nie ten rok. Lekkie faux pas, czyli błąd kroków.

Co ja o tej Whitney? A właśnie teraz mnie naszło, że jak Sylwestra spędzałem (jakie spędzałem? Sam zszedł), to pisałem, że „Bodygarda” oglądałem. Znak jakiś, omen znaczy! Ale pamiętam jedną rzecz. Pamięć do rzeczy głupich mam dobrą. Widziałem „The Bodyguard” w kinie. Wiem, wiem, wioska. Byłem w kinie „Pokój” z Ulą. Ciekawe czy to pamięta?

Co do innych telewizyjnych głupot, to muszę się przyznać do czegoś. „Glee” mi się podoba. Znany kolega fotograf mnie zaraził. Puszcza mi jakieś seriale podczas biesiad. I raz, ku mojemu zniesmaczeniu włączył „Glee”. No niezły koszmarek ale wciąga. Taki serial o młodzieży, która śpiewa. Nie wiem czemu i co mi, ale podoba mi się. Takie „Beverly Hills Tysiąc Pięćset Sto Dziewięćset”, tylko tyle, że śpiewają i jest dowcipnie. Odcinek z Gwyneth Paltrow fajny. Pani umie śpiewać. No w sumie z takim mężem przy boku, to wstyd nie umieć. Ale kto jeszcze lubi Coldplay? „Boże nie wiem dokąd zmierzam” – tak śpiewa w wersie Chris Martin. I jak powiedział Marek N, w Trójce – jest to najlepsza recenzja płyty. Niestety kwas wyszedł panom. Nie da się już tego słuchać.

Dla przeciwwagi powiem, że zafascynował mnie jeszcze serial „2 Broke Girls”. Taki o niczym, szybki i głupiutki. Dobre teksty, szybka akcja i fajny pomysł. Biedna pani spotyka w pracy spauperyzowaną ex-bogaczkę. Plus w towarzysze pracy to Ukrainiec i Koreańczyk. Bardzo zgrabny serial. Akcja się dzieje w Mieście w Williamsburgu na Brooklynie. Jak się tam znalazła biedna bogaczka? Wygooglowała sobie. „Miejsce, do którego bogaci nigdy nie zajrzą”. Polecam. I jeszcze mają ciekawą sąsiadkę. Emigrantkę z Warszawy.

Co do płyt, to zdobyłem sobie dziś Mark Lanegan Band i jego nowe dzieło „Blues Funeral” (co ja z tymi pogrzebami dziś!?). Porwało mnie od pierwszego odsłuchu.  Poleciłem od razu mojej znajomej pani inż. ze Szczecina. Powiedziałem, że jest takie cudo, że pan śpiewa, że nagrał tę płytę specjalnie dla niej. I jak pani inż. będzie słuchała albumu, to pan śpiewak ją wybatoży i sponiewiera swoim głosem. Nie myliłem się. A skąd się wziął ten pan? The Gutter Twins – jedno z projektów Grega Dulliego, czyli znane z tego blogu The Twilight Singers. Plus kilka fajnych płyt nagranych przez Marka z Isobelle Campbelle. 19 marca koncert w Prximie. Namawiam kogo się da, żeby pójść.

I jeszcze 8 marca, czyli tuż przed, Deus w Stodole!

Drugie cudo to Angus i Julia Stone i ich „Down the Way” z 2011 r. Kilka piosenek rozwala mnie. Dziś (nie)chcący słuchałem „Draw Your Swords” 5 razy z rzędu. A byłoby i więcej, tylko poszedłem palić i zapomniałem cofnąć „track”.

Do Smith and Burrows i ich “Funny Looking Angels” muszę się jeszcze przyzwyczaić. Thom Smith znany i lubiany z kapeli Editors, a Andy Burrows, to były perkusista grupy Razorlight. Czyli mieszanka w sam raz dla mnie.

Hm, czas odpalić pierwszy sezon „Glee”. Co za wstyd! A może lepiej wyjść na miasto i się od-Glee-zować? Gee… co za dylemat!

Hu hu ha nasza zima zła

No i przyszła, jest. Grudzień dosyć wiosenno-jesienny, dziwny, ale fajny i znośny. Już była nadzieja, że zaczniemy hodować cytrusy i inne pyszne owoce. Ale nie. Mrozy nadeszły i od dwóch tygodni trzymają. Przynajmniej insekty na lato zostaną skutecznie wybite.Hu hu ha. No zimno jest.

Oczywiście od dwóch tygodni nosze się z nieudanym zamiarem kupienia „long johnes’ów”, czyli naszych polskich kalesonów. No nózie zmarznięte, że aż brrr. Teraz to już w sumie czekam nie na mój rozmiar rzeczonej bielizny ale na ocieplenie. Czyli udało się po męsku znieść zimny dyskomfort.

 

„Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień,

Dla mnie też za długa zima i zła

Dla mnie też los cebula i krokodyle łzy

Przestań wyć, przestań wyć!”

 

To przestaję. Zima tak jak nadeszła, tak i odejdzie.

Ale te krokodyle łzy, to wstęp do tego co się wydarzyło. Zdetronizowali nam Gotye z trójkowej listy. Ale i tak, na szczęście wielki rekord Queen został przebity. Nie przepadam za dokonaniami Freddy’ego Mercury’ego & Co. Nie dla mnie ta muzyka była nagrywana, nie czekałem na ich płyty. Nie tylko to moja opinia. Jakoś w liceum znienawidzenie nadeszło, kiedy to nasz klasowy kolega miał fioła na punkcie Królowej. Po zejściu frontmana piosenka „These Are the Days of Our Lives” gościła na topie listy przez rekordowe 14 tygodni. Później już nawet prawdziwa Królowa Muzyki Pop nie dała sama rady. Jej „Frozen” „tylko” 11 tygodni szczytował. Wyczyn Queen nie do przebicia wydawałoby się był. Ale nie! Uf! jest taki pan. Belgo-australijczyk! W październiku przyczepiło się do mnie „Somebody that I Used to know” i nie może się odczepić do tej pory. Głosujemy sobie z panią inżynier ze Szczecina na to i patrzymy, czy wskrzeszone „Someone Like You” (tym razem w wersji live, bo studyjna wersja wyleciała z wielkim hukiem wcześniej, zaliczając tylko jeden tydzień) Adele, czy „Los Cebula i Krokodyle Łzy” Coma’y biorą górę nad Gotye. Raz biorą, raz nie biorą. Na szczęście już 16 tygodni na szczycie zaliczyli. Ale i tak głosujemy nadal, bo ta „Cebula” jakoś nas odrzuca.

Gotye poznałem w 2008 roku, kiedy to „Heart’s a Mess” grało. Kupiłem wtedy płytę i zostałem kibicem tego artysty.

Teraz, po podbiciu kilku rynków muzycznych „Somebody…” wspina się na listy UK i US. A jak wiadomo rynek amerykański to prawie 1/3 rynku światowego. Dorzućmy do tego Wyspy i prawie pół świata obecnie uzależniło się od tego hitu. Niech się zatem wspinają jak najwyżej. Ponad 66 milionów odtworzeń na JuTjubie. Nawet już żarty krążą.

– puk, puk

– kto tam?

– somebody that i used to know

A propos Królowej Muzyki Pop. Ktoś celnie skomentował jej nowy przebój – hej, czy widzieliście nowy teledysk 53-letniej Avril Lavigne? No Królowa się za wszelką cenę chce odmłodzić. Wzięła sobie do kolaboracji bardzo modną obecnie Nicki Minaj oraz bardzo ekscentryczną M.I.A’ę. Mnie ten hit nie przekonuje. Koszmarny trochę jest. „Y-O-U, you gonna, L-U-V, luv Madonna”. Senkju, nie tym razem. Koncert mnie wystraszył i zniesmaczył. A jej ubiegłoweekendowy występ podczas przerwy finału Super Bowl po raz kolejny pokazał, że Madge sama karykaturuje swoją karierę. Skutecznie. Większość pieje z zachwytu, ze to piękny show był. Mnie nie przekonuje. Szkoda, bo od zawsze ją lubiłem.

A co tam w liczbach. Hm, liczba dnia, to 75. Za tyle właśnie dób, będę na JFK robił sobie zdjęcie twarzy oraz oddawał odciski palców.

A nie tak dawno pisałem do koleżanki w Ameryce, że studniówka jest. Jak ten czas leci. Mam nadzieję, że tym razem odwiedzę i Boston, i Waszyngton. Ten raz niestety jakiś krotki będzie. Tylko dwa tygodnie, więc mądrze trzeba będzie wykorzystać.

Oj, to chyba mój pierwszy wpis w 2012 roku. Jest nieźle jak na razie. Żadnych infekcji. No może jedna ale ta zadebiutowała w Wigilię 2011, więc się nie liczy. Jakieś tam zapalenie oskrzeli. Liczba tego roku, to zapewne będzie 36. A dlaczego? Hm, odpowiedź jest prosta.

Ktoś w czwartek wygrał ponad 33 miliony złotych. Niestety, nie ja. Nie wierzę, że ci szczęśliwi ludzie istnieją. To zapewne jakaś propaganda, czy też skuteczny PR, mający na celu wydoić z nas kasę. Jak wygram kiedyś szóstkę w Totka to może zmienię zdanie.

Czas opublikować wpis i lecieć na zakupy i seans kulinarny.

Wczoraj pyszna kuchnia Azji – cà bung oraz krewetki z warzywami. Nie wiem dlaczego translator google’owy tłumaczy cà bung jako ekstrakt kawy. Było trochę boczku, trochę smażonego tofu. I pomidor się znalazł, i bakłażan. Kawy nie dosypywaliśmy. Hm, cos ta SłodkoKwaśna mnie oszukuje. Ale jedzenie smaczne jak zawsze. Przez to gotowanie i poznawanie kuchni Wietnamu stałem się wielkim łasuchem na sos rybny.

Dziś klasycznie i europejsko. Najpierw chleb robimy, a później pizzę. Czyli kuchnia polsko-włoska.

Lecę zatem.

 

PS. Przed wstawieniem wpisu zauważam, że 5 stycznia już coś nagryzmoliłem. Czyli to drugi wpis.

PS. Wspomniane liczby w poście – 11, 14, 16, 36, 53, 75. Czyżby moja szczęśliwa szóstka? To już teraz wiem czemu nie wygrywam

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑