Miesiąc: lipiec 2021

malowany dzbanku

wpis miał nosić inny tytuł, ale wczoraj jechałem rowerem i jakiś koleś zrobił na ścieżce rowerowej taką głupotę, że aż pomyślałem – co za dzban!

Automatycznie w mojej głowie pojawiła mi się piosenka pani Heleny Vondrackovej pt. Malowany Dzbanku. I od wczoraj do dziś sobie nucę! Natrętne to. Co chwila podśpiewuję malowany dzbanku, znasz ten czas, dobrze znasz ten czas. Pomocy!

Ikrzyska Olympijskie się zaczęły. No jakoś te zawody od pewnego czasu mnie ni ziębią, ni grzeją. Chyba z naciskiem na „nie grzeją”. Chyba od imprezy w Londynie, kiedy to nasza Isia Radwańska otrzymała ode mnie przydomek DNS (Definitywnie Niech Spier…ala). No wyszła na kort i pomachała sobie rakietką bez entuzjazmu, chęci, zaangażowania. Teraz w Tokyo to też jakiś kabaret w damskim tenisie. Nawet komentator Eurosportu pan Karol Stopa powiedział na wizji o tenisistkach, że „chuja kładą” [sic!]. Były również i inne niecenzuralne słowa. Pan redaktor nie zauważył, że ma mikrofon wciąż włączony.

Igrzyska mnie nie grzeją. Ale jest jeden wyjątek – kolarstwo górskie kobiet. Jestem pełen podziwu dla dziewczyn! Pamiętam jak 5 lat temu kibicowałem Mai Włoszczowskiej. Była blisko złota, ale skończyło się na srebrze. Trasa była jakaś taka płaska, ale mimo to piękny wynik osiągnęła. Teraz pani Maja startowała z dalszej pozycji. Jakaś konkurentka na sam przód wjechała jej w rower i musiała się wypiąć z pedałów i przez to straciła cenne sekundy. A jak się jest na końcu stawki, to niestety błoto się wkrada do przerzutek i nie ma tego efektu już. Ale 20 miejsce to i tak super wynik. Piękna kariera Mai Włoszczowskiej.

Także wczoraj oglądałem i byłem pełen szacunku dla dziewczyn. Trasa była jakaś kosmiczna. Lasy, górki, kamienie. Ponoć padało i było mokro, niebezpiecznie. Jak zobaczyłem, jak jedna z drugą skacze z kamienia, albo po kamieniu, w dół leci, prawie na twarz, to łapałem się za głowę. Drobne dziewczynki, rower tak prawie wielki jak mój. Szacunek! Zobaczę na weekend w Borach Tucholskich czy mój też tak umie skakać. Widziałem dwie dziewczyny, które zeszły z trasy. Japonkę zdejmowali z roweru. Cała w drgawkach była. A druga siedziała przy banerach i płakała. No weź tak jedź przez około 80 minut. Ja, jak po Wawrze lecę z 50 minut, to mam serdecznie dosyć, ale pyś się cieszy. Rower jest fajny. Sport jest ok.

Jeszcze a propos zawodów w Tokio, to donoszę, że trzymam kciuki za Zosię Klepacką. Poznałem ją kiedyś i miałem okazję porozmawiać. Bardzo fajna dziewczyna.

Kilka lat temu robiliśmy cykl spotkań z klientami. Bohaterką była właśnie Zosia. Na jednym ze spotkań okazało się, że wśród naszych zaproszonych gości-klientów jest inny zdobywca brązowego medalu w Rzymie w 1960 roku w kajakach, pan Władysław Zieliński. Zaprosiliśmy pana na przód i razem z Zosią opowiadali jakie to uczucie być na Igrzyskach i reprezentować ojczyznę. Szkoda, że Isia “DNS” Radwańska nie miała takiego podejścia do tematu.

Zosiu, życzę medalu!

Wpis miał nosić tytuł inny.

Dziś w Radio 3-5-7 pan powiedział, że w sumie żadnego wielkiego święta dziś nie ma. Ale drugi redaktor dorzucił – dziś tylko obchodzimy Dzień Kultu Masy Mięśniowej.

Heh. Masa mięśniowa. Hm, ponoć jest coś takiego. Ja u siebie nie zauważyłem. Ja mam ewentualnie mięsień piwny, bo jedyny siłowy sport, który ostatnio uprawiam to podnoszenie kufla piwa. No bo od roweru i biegania, to jakie to mięśnie? Łydka się ewentualnie wyrzeźbi. Ale to i tak trzeba zasuwać jak Maja Włoszczowska.

Nie informowałem wszem i wobec, ale zapisałem się w pracy na kartę MultiSport Premium. Mogę teraz mieć zniżkę na kometkę. Jak chodziliśmy, to pani zawsze pytała, czy mamy taką kartę, bo zniżka 15 zł jest. Nie mieliśmy. Teraz mamy, ale na bada już nie chodzimy.

W 2010 roku zapisałem się do Zdrofitu nieopodal. Obiecywali, że ktoś się mną zajmie i powie mi co i jak. Hm, po dwóch miesiącach podszedł do mnie chłopak i powiedział – źle pan to robi. Po trzech miesiącach siłki postanowiłem rzucić to, bo nastało lato i spróbować na zewnątrz. Mój trening wyglądał wtedy tak: godzina biegania na bieżni i pół godziny testowania wszystkich urządzeń. Dobrze mi się biegało. Bez problemu. Stwierdziłem więc, że po co płacić, skoro na podwórku mogę za darmo biegać. Mam już wprawę. Pamiętam pierwszy raz na dworze. Po 200 metrach myślałem, że płuca wypluję, umrę i kląłem pomysł biegania po podwórku. Ale później jakoś organizm się przyzwyczaił i teraz biegam 10 km bez problemu.

Poznałem ostatnio somsiada. Zaczął w okolicach French Open (przełom maja i czerwca) przychodzić do lokalnego baru. Sądząc po stroju i kasku i fakcie, że parkował rower przy wejściu, to widać było, że lubi dwa kółka. Po szybkim poznaniu się postanowiliśmy razem rowerować. Na siłownię też chodzi, czyli somsiad sportowiec. Opowiedziałem mu o swoich przygodach w Zdrofit (do którego i on chodzi) i o chęci powrotu. Obiecał, że pomoże, pokaże, doradzi. Także czekam na kartę. Ma niby być lada dzień i od 15 sierpnia mogę ją walidować.

Dzień Kultu Masy Mięśniowej, heh! Dobrego dnia wszystkim zatem. Kulturujmy się! Mięśniujmy się! Kultywatory Masy Mięśniowej wszystkich krajów, łączcie się!

 

Hej! Jen mi dudačku hrej…

od kamieni obolałe stopy mam

Karimata! Czyli „dzień dobry” po grecku (heheheszek taki). Ale w związku z tym, że jest późno, to powinienem zawołać „kalispera” (καλησπέρα).

Cykad na Cykladach nie widziałem. Co do owadów, to tylko muchy były. I to w cale nie w dużych ilościach. Dziś mi sąsiad powiedział, że dachy na niebiesko malują właśnie po to, żeby pozbyć się owadów. No coś w tej teorii może być.

Wróciwszy. Odprawy na lotniskach trwały krótko. Ze 30 minut w Warszawie i tyleż samo na Santorini.

Czwarta fala szaleje ponoć w Grecji. Mykonos od wczoraj z godziną policyjną. Zero zabaw, muzyki i takich tam. Na szczęście szczęśliwie wróciłem. Bez żadnych, mam nadzieję, fal.

W sobotę odwiedziliśmy Czerwoną Plażę. Nazwa wiadomo skąd się wzięła. Wysiedliśmy w Akrotiri. Skończyła się droga, skończyła się mapa. Przed nami tylko Morze … Kreteńskie? Egejskie? Egejska to jest ulica niedaleko mnie na Stegnach.

Do Firy poszedłem nogami (ok. 2,5 km), a reszta autobusem. Ładna ścieżka prowadzi do miasta.

 

Zajechaliśmy do Akrotiri i lekka konsternacja. Patrzymy dookoła i ni chu chu nie widać plaży. Po lewej jakoś ludzie wciśnięci na kamieniach. No słabo – pomyślałem sobie. Ale nie poddawałem się. Zauważyłem, że ludzie idą gęsiego na zachód. To ja za nimi. Za jedną górą, za tym samym morzem ujrzałem czerwone skały. Szybko wskoczyłem na sam koniec plaży i wlazłem do wody. Nie. No nie! Nie da się pływać. Nie da się wejść za bardzo do wody – stwierdziłem w załamaniu. Ale postanowiłem chociaż wejść po kolana i usiąść na kamieniu i pomyśleć co dalej z tym dniem. Auć, auć i auć. Oj cężko się idzie po kamieniach w wodzie. Plaża na szczęście ma takie małe kamyki, więc aż tak źle nie idzie iść. Ale od kamieni stopy mam obolałe. Masaż taki. Czyli zdrowo.

Jako że reszta wycieczki się nie za bardzo ogarnęła i została przy przystanku autobusowym, to postanowiłem wracać. Przed wejściem na górę zauważyłem ni to mini-zatokę, ni to plażkę.

Pisałem już, że pływak ze mnie żaden, że dawno tego nie robiłem, że plaża to raczej nie ja. Ale:

ja to nawet lubię skoczyć nad morze, jezioro
ale tylko sobie patrzę, unikam kontaktu z wodą
to dlatego że jest ciemna, nie dojrzysz gdzie jest dno
a tam żyją takie, owakie i mogą znienacka dotknąć

Szybkim, zgrabnym ruchem rzuciłem ręcznik na ziemię, oznaczyłem swój teren, tłoczno nie było, i wskoczyłem do wody. Kilka kroków po kamyczkach i później już piasek. I jakieś takie, owakie mnie dotykały. Ale jakoś przeżyłem. Ech! Morza szum. Te fale. Szybko wyskoczyłem z wody i zatelefonowałem do towarzystwa, żeby natychmiast tu przyszło. I się popluskaliśmy razem. W drodze powrotnej zasiedliśmy na lunch. Było tak gorąco, że wszedłem po raz pierwszy w życiu topless do lokalu gastro. Co prawda był to ogródek tawerny, ale zawsze to restauracja. Skarciłem się nawet sam za takie faux pas, ale było tak gorąco, że dyndało mi to. Konwersując z ludźmi otrzymałem sprzężenie zwrotne – don’t make a village. No to zarzuciłem koszulkę jednak.

Jedzenie jakieś takie wzięliśmy proste. Ja fish and chips, a reszta? Już nawet nie zapamiętałem. Nawet wszystkiego chyba nie obfotografowałem. Obsługa wyglądała tak, jakby za karę pracowali.

Autobus przyjechany punktualnie o 13.20 odprowadziliśmy wzrokiem. Zabrakło nam 2 minut. Następny był za 58. No to się umościłem w leżaku z grecką kawą i zacząłem konwersować z sąsiadem obok – John z Bostonu ze stanu Masauciechs.

O 14.20 poszliśmy wyglądać autobusu. Przyjechał o kwadrans spóźniony. Kierowca niefortunnie otworzył drzwi i zdążyło wsiąść 5 osób. Bileter krzyknął do kolegi, żeby zamknął drzwi środkowe i powiedział do nas – nie ma miejsc – po czym wskoczył do środka i odjechał.

Okazało się, że przy plaży jest też przystanek. Nie trzeba było wracać do punktu przyjazdu. Także autobus tam się zapakował i do nas podjechał pełen. Nie wiem w sumie po co zajeżdżał do nas. Wróciłem do Johna i wypiliśmy piwo. Nawet się sympatycznie pogadało. O Kamali i Bidenie też kilka słów padło. Czyli polityka jest dobrym tematem.

O 15.20 podjechał autobus – i hope not to see you soon – powiedziałem żartobliwie do pana z Ameryki i poszedłem pełen beznadziei, że wsiądziemy. John dał nam telefon do taxi, także gdyby nie zabrał nas ten o 15.20, to byśmy dzwonili po taxi. Ale zabrał nas.

W Fiera zrobiliśmy zakupy i już taksówką wróciliśmy do Imerovigli (czyli naszej miejscówki).

Resztę dnia spędziliśmy w hotelu. Coś się dymiło. Ponoć piasek znad Sahary przywędrował.

Ostatni zachód słońca podziwialiśmy z balkonu. Sąsiady z dołu też. Szykowali się do Anogi, ponoć najlepszej knajpy w okolicy. Nam też udało się zrobić rezerwację, ale dopiero na 22.00. Oktopusy poszły na 20.30. A skąd taka nazwa na sąsiadów? No Stefan na każdym kroku, jak mówił o knajpach, to mówił, że oni tylko oktopusy zamawiają. Anogi (jap. ta sprawiedliwość – tak dziś mówi google translator. Wczoraj ponoć pokazywał „to wszystko”) faktycznie popularne. Ludzie stojący i siedzący na zewnątrz, czekający na szczęście, że ktoś może wyjdzie wcześniej, albo ktoś nie przyjdzie.

 

 

 

Muszelki na parze były dla mnie ciut za kwaśne. Oktopus faktycznie smaczny. Chyba najlepszy jaki kiedykolwiek jadłem w knajpie. Na główne wzięliśmy golonkę. Bo obok taka mała, drobna chinka czikulinka się z nią mordowała i pachniało. W ogóle co chwilę kelnerzy golonki roznosili. Stefan akurat nas mijał, zapytał, czy oktopusa wzięliśmy i polecił jagnięcinę. Faktycznie obok kolanka wieprzowego, często z kuchni wychodziło coś przykryte liściem bananowca. Czyli jak się domyśliliśmy – owa jagnięcina. Golonka była pyszna, ale ziemniaki pieczone skąpane były chyba musztardą. Kwaśną musztardą. Nie dało się jeść. Obsługa w lokalu bardzo sympatyczna i miła. I liczna. Co chwilę podchodził do nas kto inny. Czułem się jak we włoskiej, rodzinnej knajpce.

Na koniec wyjazdu podziwiłem poświatę księżyca na morzu.

Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho

Dobrze mi, ach, jak dobrze mi

jestem pewien, że krawat po francusku jest rodzaju żeńskiego

Przebiłem dziś sąsiada Stefana i się wykąpałem w basenie o 7.40. Rześko!

Jechałem dziś do ruin, do starożytnej Firy (Ancient Thera).

I po drodze mijałem knajpę La Cravate. I przypomniało mi to lektorat z francuskiego. Cholera pamiętam kilka rzeczy z tych zajęć.

Po 1, primo, lektorka oświadczyła, że Arek-Zegarek świetnie zna język. Kolega biedny się zająknął i wyszedł mu czas przeszły, którego nie poznaliśmy jeszcze. Że li albo żee li – czyli czytam albo czytałem. Prawda, że zająknięcie może zmienić czas!?

Po 2, primo, Je me suis cassé ma jambe, czyli złamałem sobie nogę. To zdanie z użyciem czasu przeszłego pamiętam do dziś!

Po 3, primo, krawat jest rodzaju żeńskiego. No kurczaczki wbiłem to do łba! Bo tak mi się nie spodobało, czemu męska rzecz jest damska?

Starożytna część Firy jest … kompletną ruiną. Żar się dziś lał z nieba. Jak zawiało, to wszyscy odetchnęli z ulgą. I każdy, jak kania dżdżu, szukał cienia. Ja też. Lało się z pingwinka, oj lało.

Poznałem dwie pary z Niderlandów, nie mylić z Neverland. To pierwsze to do niedawna Holland się nazywało, ale się obruszyli, że do Poland podobne, a to drugie to ranczo tego ponoć pedofila, Króla Popu. Ale z Holendrami się pośmialiśmy i wyszło, że … Niemry kontra Reszta Świata, to … jakaś masakra już jest. Pierdyliard do zera.

Oh! Z góry Black Beach/Czarna Plaża wygląda jak wielki asfaltowy parking, c’nie?

Dzień był taki rozlazły. Ja ruszyłem zwiedzać, a inni nerdzili w hotelu. Ale udało mi się niektórych wyrwać do knajpy. I było jak zwykle pysznie. Wziąłem doradę, bo piątek. Pan zaoferował, że mi ją rozbierze. Zadziwił mnie. Powiedziałem mu, że nie trzeba, sam to zrobię. No to on się zdziwił.

Na kolację zjadłem jagnięcinę, bo zapomniałem wcześniej, że piątek. Oj pyszka! Chyba u Wielkiego Pe zrobimy na jesień Moją Wielką Grecką Ucztę. No mięsko przepyszne! Ładnie podane. Aż kazałem kelneru powiedzieć, żeby przekazał szefowi, że wow! A do tej jagnięciny to my … czegoż to my nie braliśmy. Piwo Metos, wino różowe, uzo! Oj. Zaszumiało lekko w głowie.

Wielki Pe ostrz noże. Mee i Bee będą biedne.

Ja nie chcę wracać! Ja chcę wygrać w euro jack pota i palić pota i zwiedzać świat!

Przecie te widoki z rana i wieczorem się nie mogą znudzić! Jest bosko! Choć pan kierowca dziś mówił, że od połowy listopada do końca lutego, to Kamari wygląda jak po inwazji zombie. Że fale zalewają miasto, psy biegają po ulicach. Hm, no cóż, to zostanę jeszcze chwilkę.

A kolejne wakacje to już w Polsce. Zaczekam, aż szanowna małżonka z córką nawiedzą Wielkiego Pe i wtedy doń wpadnę. Jakiś jazzowy festiwal ponoć gdzieś tam grają i niby mamy jechać. Wielki Pe mówi, że jakieś mecyje z tą szanowną małżonką. Ale to ponoć pół krwi Holenderka. No nie znam się. Dziś spotkałem ze dwie Dutch von De Klutch i były fajne.

Chyba zacznę się uczyć niderlandzkiego. Będzie hujowo, to znaczy dobrze.

ik wens je een goede nacht

A z ciekawostek powiem, że przez dwa i pół roku lektoratu francuskiego, ani razu pani magister nie zapisała na tablicy wyrazu „dzisiaj”. Też jakieś to ponoć hujowe słowo, aujourd’hui (czytamy ponoć ażurdłi). Co za (c)hujowe języki! Pardon my french.

no może na studiach robiłem to ostatni raz?

Bo wydawało mi się, że już nie umiem, nie potrafię.

Dziś miałem miły dzień. Tak miły, że mógłbym tu zostać dłużej.

Rano obudził mnie sąsiad z dołu. Pluskał się w basenie. Pomyślałem sobie na sam przód – chyba klepki panu się przestawiły, żeby przed 8 rano się pławić w basenie.

Ale po chwili podrapałem się po głowie, przymrużyłem lewe oko i skonstatowałem – czy ja wiem Maciek? To nie taki głupi pomysł.

Woda super miła i przyjemna. Lepsza niż o 18.00. Heh!

Aaaa, okazało się, że sąsiada mama jest/była z tej samej wsi, co … moja mama! Co za zbieg okoliczności?! Złotoria rules!

Miałem dziś miły dzień. Spotkałem miłych ludzi z UK i USA. Także Niemcy kontra Reszta Świata 0-3.

Z Brytolami schodziłem po krętych schodach do Starego Portu. Osiołkami schody obstawione. Donkey ride! Donkey ride! No może jedna osoba się skusiła.

Co do osiołka i wyrazu ezel (osioł po niderlandzku), to znam ten obcy wyraz z serialu Friends. Był taki odcinek, w którym główny bohater chciał podnająć mieszkanie od pani Holenderki i się uczył słówek. A w ich kawiarni ulubionej kelner Gunther chyba był o korzeniach holenderskich i wypalił do głównego bohatera „ezel”. Ten przewertował rozmówki i się zbulwersował. Także zapamiętałem ten wyraz.

Wielki Pe jest translatorem niderlandzkim. Kiedyś mu wypaliłem „ezel” i on zrobił taaaaaakie oczy, że warto było ten wyraz jednak zapamiętać. Kolega był przekonany, że ja znam ten język. No mina jego bezcenna. Tyle o ośle.

Fajni młodzi ludzie z UK. Się pośmialiśmy, pogadaliśmy. Okazało się, że z południa Wyspy są. A jak powiedziałem im, że na południu to ja byłem tylko w Bournemouth, to koleś mi koleżankę podsuną, bo ona stamtąd. To sobie powspominałem z nią wyjazd z 2006 roku.

Wycieczka miała być prosta – wulkaniczna wyspa i hot spring czyli gorące źródełko.

W porcie spotkałem 2 Nju Jorki i 1 Bostona. Się towarzystwo rozgadało.

Byłem przekonany, że wulkaniczna wyspa to jakaś atrakcja będzie, bo szumnie zapowiadali oglądanie krateru. Hm, no cóż, nie. Ale taki spacer pod górkę nawet miły. Zagadałem parę, bo pani się ledwo wlokła, a pan w klapkach szedł. I się okazało, że państwo z Arizony. Bardzo miłe Państwo. Także definitywnie Niemcy kontra Reszta Świata 0-3. Zdziwiłem się jakim cudem oni się w Europie znaleźli. Okazało się, że kilka krajów się otworzyło dla Ameryki. To czemu cholera ja nie mogę pojechać do moich Ul?

Ojej! Na łódce pogadałem jeszcze z Ukraińcami. Myślałem, że Ruskie, ale jak zagadałem po ichniemu, to poinformowali mnie, że z Charkowa. A oni znowu z tym „pan”. I weź im wytłumacz, że ja nie „pan”. Ja „ty” jestem. Także Germania vs Reszta Świata 0-4!

Po wyspie wulkanicznej nadszedł czas na gorące źródełka. Taka brązowa woda od siarki. Zatrzymali statek i powiedzieli, że kto chce to może skakać i podpłynąć do tych źródełek. Ze 30 metrów trzeba było płynąć. Miałem gatki kąpielowe, ale nie spodziewałem się, że to trzeba będzie wpław tam dotrzeć. Troszkę spanikowałem. Jako jedyny zszedłem po schodkach, reszta skakała z burty. Pan zaoferował mi … foam finger. Tak przynajmniej mi kolejna Amerykanka to określiła, kiedy zapytałem jej jak to się nazywa. But it’s not the offical name – ostrzegła. W każdym razie to była taka piankowa pałka. Nie wziąłem, bo się zawziąłem. Kilkanaście osób używało tego jednak. Pan w biurze sprzedającym bilety powiedział, że jak jest ta brązowa część, to już płytko i można iść. A my prawie przy tej strefie zatrzymaliśmy się. No to machnę raz rączką i nóżką i będę. I się cholera okazało, że nie! Na brąz wpłynąłem i nic nie czułem pod nogami. Poczułem jedyni panikę. Później się jednak przespacerowałem po kamienistym dnie. Auć! Wystraszyłem się jednak, że nie wrócę na łódkę! Przecie ja na studiach ostatni raz to robiłem! W Czarnej Białostockiej. Z Ulo, Monio i Gutkiem się wybraliśmy na pływanie. A pamiętam lata 80. kiedy rodzice nas na basen na Włókniarz ganiali. I zgrzyt był, bo to była niedziela i Robin Hood leciał! Trzeba było pod koniec odcinka lecieć na basen.

Także pływak ze mnie żaden, ale jak się dziś okazało, coś tam umiem.

Ale ta atrakcja z gorącymi źródełkami naprawdę pyszna! Ludzie się smarowali tym czymś z dna. Ja też się skusiłem, ale jakoś dziwnie to wyglądało i pachniało. Miałem też wrażenie, że ktoś kupę zrobił, bo błoto chyba nie pływa. No cóż, podróże kształcą.

Po tych żeglugach sąsiad Stefan zarekomendował, że idziemy na oktopus. No mnie dwa razy nie trzeba powtarzać. Było pysznie. Bo oprócz dania głównego zamówiliśmy sporo dodatków. Kolega nawet szklankę potłukł z wrażenia. Niestety moją szklankę. No cóż, zdarza się.

Gremialnie stwierdziliśmy, że nie wracamy tymi schodami, choć dziecko sąsiadów chciało na osiołku. Ale przetłumaczyliśmy, że szkoda zwierzątka.

Alternatywą był wyciąg gondolowy. Szast-prast i byliśmy na górze.

Jako jedyny postanowiłem wrócić do hotelu nogami. Reszta stwierdziła, że zmęczenie bierze górę i idą na PKS. Mnie zajęło 22 minuty. Im … 90. Jak wróciłem, to od razu zrzuciłem szaty i wskoczyłem do naszego basenu. I jak ta foka tam się pluskałem.

Na pierwszy rzut oka, nie widać cię foka – tak śpiewała chyba kiedyś Lukstorpeda.

Kurczaczki, bosko tu jest.

 

 

 

a nie zgadzam się …

 

A nie zgadzam się … z Lulumpusiem, który na moje stwierdzenie, że Grecy są mili odparł coś w stylu – bo ty jesteś turystą. Oni chcą twoich pieniędzy.

Nie, nie zgadzam się. Do końca się nie zgadzam. Podróżowałem to tu, to tam i jakoś mogę porównać miłość lokalsów do turystów. Grecy są naprawdę mili. Oczywiście są wyjątki, takie jak kierowcy autobusów lokalnych (i też nie wszyscy), ale gros ludzi jest przesympatycznych, życzliwych i miłych.

Z dołu nasi sąsiedzi Polacy okazali się być z … Białegostoku. Integracja nastała. Stefan mnie melonem poczęstował, a później dali nam spory kawałek pizzy. Czyli Polak za granicą umi się zachować.

Niemry już nie umijo. Obtańcowałem jakieś dwie germańskie lale w autobusie. Wsiedliśmy do PKS-u do Oia z miejscowości Thera (czyta się Fira). No i lalki zaczęły się rechotać. Z byle czego. Śmiechu kupa i komentarze. Po mojej uwadze jedna z turystek odrzekła – dziękuję, że zwróciłeś mi uwagę. Nie wiedziałam jak się zachowywać w autobusie. Oczywiście wszystko było podlane ironią. Zignorowałem idiotki, choć miałem szczerą ochotę powiedzieć im mach die Klappe zu. Na szczęście do końca podróży było już cicho.

W Thera na sam koniec podróży PKS-em miałem przesympatyczną rozmowę z dwiema dziołchami z Miami. Są już tu 6 dni i wszystko wiedzą i się bardzo chętnie podzieliły wiedzą. Czyli jednak Niemcy vs USA 0-1. Do przerwy zero jeden.

Pojechać dziś chcieliśmy do starożytnej Thery. Wywiedziałem się wszystkiego i już pędziliśmy do Kamari (południowy wschód wyspy). Hm, autobusy jeżdżą do starej części wyspy codziennie, oprócz … śród.

Heh. Przeszliśmy się po czarnej, kamienistej plaży i wsiedliśmy w autobus. Tu wszystko się zjeżdża i rozjeżdża do Thery. Taka funkcja jak Dworzec Centralny w komunikacji nocnej Warszawy. Postanowiliśmy pojechać na sam koniec północnej części wyspy, do Oia.

I powiem tak, o ile wczoraj pisałem, że Mykonos górą, to dziś cofam. Jednak Santorini.

A Oia jest bajkowa, malownicza, przecudna.

Chciałem dziś zamówić musakę, ale akurat wyszła, więc wziąłem jakiegoś prosiaka z kociołka. Była też carbonara i sałatka santoryńska. Mniaaaaaam.

Jutro czas na wyspę wulkaniczną i ciepłe źródła.

Co do słoneczka, co rozchmurzyło buzię, to powiem, że wszystko co mówili znajomi się sprawdza.

Nasmarowałem pysia, założyłem okular i kapelutek, a i tak mordka czerwona. Dodatkowo klata czerwona, a t-shirt nie był zdejmowany.

Teraz siedzę sobie nad basenem, podziwiam Oię z daleka oraz zatokę. Bryza mnie po buzi smyra i czuję, jak mnie lekko pali.

Słyszałem, że w Polsce żar się leje. Jak to dobrze, że mię tam nie ma.

moje wielkie greckie wakacje

No wieje! I rozwiewa mnie.

 

Zamierzam obejrzeć wszystkie filmy o Grecji. Grek Zorba. Moje Wielkie Greckie Wesele. Gladiator. Spartakus. Kleopatra. I takie tam.

Wszyscy mówili, że będzie piekło. No i mieli rację. Ale! Ale ja prędko nauczyłem się, że trzeba trzymać się nabrzeża, bo wieje. Bosko wieje. I rozwiewa mnie. Nawet można powiedzieć, że jest chłodno. Czmychając w głąb wyspy znowu czuje się żar i spiekotę. Można spłonąć. I faktycznie, nie czuć tego słońca. A jest i grzeje. Rozchmurzoną ma buzię nasze słoneczko.

 

Mykonos.

Przylecieliśmy z małą przygodą. Nie mogliśmy się oderwać … od rękawa. Zapewniali, że to wina nie samolotu. Dolecieliśmy szczęśliwie. Z lotniska do hotelu było za 15 euro. Odległość z 2 kilometry. Kolejne 600 metrów musieliśmy iść, bo w te wąskie uliczki nic już nie wjedzie. A przynajmniej taxi.

Miasteczko Mykonos mnie oczarowało. Te białe domki, ta niebieskość, te wyślizgane chodniki/uliczki. No uroczo.

Się zgapiliśmy wieczorem. Bo sobie sjestowaliśmy w pokoju. Patrzymy co chwila przez okno, że jeszcze widno jest. No to siedzimy dalej. W pewnym momencie mówię, że jest po 21. Postanowiłem wyjrzeć przez okno i zadrzeć łeb. Ciemne niebo. A na ulicy widno. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że naprzeciw jest sklep z duperelą, który ma mocne światło na ulicę. Sklepy mają czynne chyba do północy, bo tak w jednym powiedziała nam pani. Szarpnąłem się nawet na oryginalną grecką wełnę.

Santorini

Na kolejną wyspę przypłynęliśmy sporym statkiem. Ponad 2 godziny drogi. Na miejscu podbija do nas pan z pytaniem „taxi?”.

– ile? – się pytam

Pan nas prowadzi pod budkę z napisem „shuttle bus” i mówi:

– 100 euro ale zabierze nas do hotelu. 180 euro to ekskluzywnie zabierze nas do hotelu

– za drogo! – mówię mu

– 80 euro – pan schodzi z ceny

– zwariowałeś? – pytam się

– 60 euro – schodzi pan jeszcze bardziej

Odchodzimy od człowieka i szukamy normalnej taxi.

Podchodzi pan inny i się go pytam, czy są tu normalne taxi. Pan mówi „sure” i pokazuje nam … shuttle busy.

– 100 euro – mówi pan – skąd jesteście?

– z daleka – mówię już mocno podirytowany

Ogólnie miał nas zabrać transport z hotelu w ramach ceny za hotel, ale nasz statek miał w sumie opóźnienie 90 minutowe. Pan kierowca dzwonił do nas, ale w ogóle go nie mogłem usłyszeć. Pytam się kolegi, który organizował hotel i kierowcę, czy informował ich o opóźnieniu. Okazało się, że nie, no bo przecież hotel mógł sprawdzić, że nasz prom się spóźnia.

Wkurw mi urósł.

Oddzwaniam do kierowcy hotelowego i ledwo co udaje mi się usłyszeć, że nie czeka na nas już. Mamy wziąć taxi i nam zwrócą.

– skąd? Amerika? – pyta się pan w porcie

– nie. Przepraszam, ale mamy 90 minut opóźnienia. Nie mam czasu na rozmowy. Ile za taxi?

– 100 euro

– nie ma mowy

– a ile dacie? – dopytuje się

– 30 za wszystkich

– ok

Oj dobrze, że to auto z wypożyczalni zwróciliśmy. Oj dobrze. Dróżki wąskie, kręte, jak tu jechać? A nasz hotel dodatkowo w takim miejscu, że już się nie da podjechać. Ponoć nasze miejsce ma 11 kondygnacji. Jak wchodziliśmy od góry, to wydawało się, że to tylko kilka pokoi. Ale cóż, na zboczu stoi, więc pewnie z drugiej strony ma te 11 pięter. Mnie w sumie interesuje basen.

Jak na razie Mykonos mi się podoba bardziej. Ale zobaczymy później.

Grecy przemili. Jedzenie obłędne.

Sałatka grecka nabiera zupełnie innego wymiaru. Owoce morza też. W końcu feta zaczyna mi smakować. Pierwszy raz zjadłem fish egg salad, czyli taramasałatę. Mniam i mlask! Aha, miecznika już nigdy nie kupię w Carrefourze. Tu, to sama rybka rozpływa się w buzi.

W knajpach zaciągają plastikowe, transparentne ścianki, żeby nie wywiało gości i jedzenia za stolików. Tak wieje. Nam pan przyniósł rachunek zgnieciony i wciśnięty w kieliszek, który postawił dnem do góry. Trzeba sobie jakoś radzić.

A że słonko żarzy, to co ja na to poradzę. Muszę trzymać się morza. No wieje! I rozwiewa mnie.

Co do cen, to hmmm – kochane pieniążki przyślijcie rodzice.

Z ostatniej chwili. O 22.10 wrócili sąsiedzi z dołu. Tatuś włączył jakąś pod nózię muzę. Mamusia się wygina w krótkim tańcu, a córka w basenie się pluska z włączonym komunikatorem. Relacjonuje koleżankom, co robi w wodzie. Widać, że tak jak i my są w niebie. Państwo się odzywa, komunikuje ze sobą … po polsku … A to ci niespodzianka.

 

 

uberowe fatum z teksasu

5 dni temu minęło pół roku, jak zadebiutowało radio 357. Dziś mija rok, jak Nowy Świat zaistniał. Dziś mija pół roku, jak przestałem (regularnie) słuchać radio Nowy Świat. Czas leci!

A pani prezes zarządu Polskiego Radia pewnie ukontentowana, że Trójkę zniszczyła. Jak ktoś ładnie napisał o rządzącej. I jak trafnie zarazem! Z twarzy i z zawodu pani prezes. No buzię to ta kobieta ma bardzo … adekwatną do zawodu. Czyli komentarz w punkt.

 

Zadałem sobie bobu. Bo lubię. Wszystko zaczęło się w 2005 roku. Mieszkałem wtedy przy ul. Melsztyńskiej. Ja i 3 dziewczyny. Mieszkanie dwupoziomowe. Na górze mieszkałem z taką dziwną lokatorką. Potrafiła iść spać o 20.00. Gasiła światło i puszczała radio … Maryja. Na dole rządziły Monika i Maja. Takich flej w życiu nie widziałem. Wieczny syf w kuchni. Hitem był powrót Moni do domu ze wspólnego wyjścia całego domu. Koleżanka poczuła się źle, więc porozmawiała z Ralfem przez wielki biały telefon (Talking To Ralph On The Big White Phone). No cóż, niech ten pierwszy rzuci kamieniem, który nigdy nie rozmawiał z Ralfem. Ale! Bo zawsze jest jakieś ale. Tydzień później Maja chciała skorzystać z WC. Otworzyła drzwi i szybko je zamknęła komentując eksklamacyjnie – nie posprzątała! Na samo wspomnienie tej historii mam ochotę sięgnąć po telefon i zadzwonić do Ralfa. Brrrr!

Moja nawiedzona lokatorka z pięterka szybko zniknęła. Razem z nią jej ekstraordynaryjny chłopiec Damian, zwany przeze mnie Damn Ian. Koleś raz nie zamknął gazu w kuchence. A wielce lubił pichcić. Drugim razem wparował do łazienki, do kąpiącej się Moniki (nie jego dziewczyny) i zaproponował skosztowanie dania.

Wypierdalaj! – tak koleżanka odpowiedziała na taką ofertę (pardon my french).

No mlon, to znaczy Damn Ian!

Za ścianę wprowadził się Tomek i on właśnie po raz pierwszy zadał mi bobu! Ale pyszota. Od 16 lat czekam lata. A jem na różne sposoby – gotowany, rozgotowany, na parze. Uwaga! Proszę nie słuchać złych przepisów, że niby bób na parze to 15 min dochodzi. NIE! 4 wystarczą.

Dwa dni temu wyczytałem w internetach o czipsach z bobu. Podpowiedziałem Wielkiemu Pe o tym, a ten się uniósł. Okazywało się, że on te resztki-delicje dawał owieczkom w mordę!

A propos zero waste. Czytałem ostatnio „artykuł” o tym co zrobić z ogonkami po czereśniach. Że niby można je zaparzyć z herbatą. I jakie to zdrowie, i potencja, i siły witalne. Ktoś skomentował celnie:

Czyli jak wyrzucimy po zjedzeniu te ogonki, to jest WASTE. Ale jak ugotujemy herbatę i później wyrzucimy, to będzie ZERO WASTE, tak?

Ale w przypadku bobu, to nie ma mowy o jakimś quasi zero waste. Wszystko się zjada. Jak nie człowiek, to owieczki wsuną.

W związku z tym, że wczoraj miałem wychodne, to nie mogłem sobie tych czipsów przyrządzić. Podczas biesiady Wielki Pe podesłał mi fotkę z komentarzem.

Jakieś rodzynki mu wyszły.

Według receptury piecze się to 15 minut. Autorzy artykułu zaznaczyli jdnak, że krócej trzymali w piekarniku i nie do końca im wyszedł upragniony efekt. Kolega stwierdził, że 10 minut trzymał w piecu na turboobiegu. Oj, to zdecydowanie za długo. Takie łupinki to szybko się spieką.

Także wielki smutek mi uczyniła ta wiadomość od Wielkiego Pe, gdyż szczerze miałem nadzieję, że będzie delicja i zero waste.

Ale. Bo zawsze jest jakieś ale. Jak Maciuś do łba wbije coś, to nie ma zmiłuj. Jak miał być czips, to będzie czips!

Rano sobie nastawiłem. 4 minuty na turboobiegu zrobiło robotę. No może trzeba był potrzymać ze sześć, ale niektóre czipsy miały ten chrup! Co do smaku, to … ohyda.

bób czips

Może to kwestia doboru przypraw? Nie miałem czosnku granulowanego.

Wczoraj podczas kolacji zadzwonił mój najwspanialszy i najukochańszy chrześniak. Z Grecji dzwonił! A wybrał się z dziewczyną na zorganizowaną wyprawę na Korfu. Jego pierwsza podróż za granicę. Wujek hajsy posłał już wcześniej, także dziecko się bawi. Oczywiście Kubuś to taki mały sknerusek i kaskę chomikuje, bo na razie tylko magnes kupił, a powrót do domu dziś. Po mamusi widzę. Ale w sumie wycieczka all incusive, to na co tu wydawać? Ja mam wyjazd NOTHING inclusive, także będę chyba mój kantor w telefonie męczył co chwila.

Pytam się najukochańszego, najwspanialszego chrześniaka mego o wrażenia. Zachwycony. Zadowolony. Pytam, czy bawią się z pozostałymi członkami ekskursji, czy we dwójkę zwiedzają. No i młodzieniec już zweryfikował obraz Polaka za granicą. Zwiedzają we dwójkę i unikają rodaków. Hm, nie zdziwił mnie.

Ponoć gwoździem do trumny był fakt zamówienia u DJ piosenki Zenka Martyniuka. Kto słucha takiej „muzyki”? Urodziłem się i wychowałem w stolicy Disco Polo, ale my to Slayera, Metallica’y, The Cure, Sepultury, Depeche Mode słuchaliśmy. Żadne tam majteczki w kropeczki!

W niedzielę zaprosiłem młodego z jego towarzyszką na obiad. Niech się posilą przed powrotem do krainy Zenka.

 

Wczoraj się spotkałem z Ulą z Teksasu. U Gesslera w Warszawie Wschodniej. To już moja trzecia wizyta w jego lokalach. Ćma, Warszawski Sen i właśnie Warszawa Wschodnia. Muszę szczerze przyznać, że każdy lokal bardzo fajny i kompletnie inny. Warszawski Sen wydaje mi się, że jest bardziej kameralny, bo we Wschodniej, to stolik przy stoliku, ale kompletnie nie słychać sąsiadów, więc można swobodnie rozmawiać. Szkoda tylko, że klima nie wydolna (o ile jest). Tak się pysznie bawiliśmy, że Piątek ani razu przez ponad 4 godziny nie poszedł palić. Jedliśmy i piliśmy pyszności. Oczywiście tatary, śledź, Ula sznycel bez jajka, Piątek z jajkiem, a ja golonkę z dzika w otoczeniu pieczonego buraka. No py-szo-ta! Z dzikiem mam złe konotacje. W 2007 czy 8 roku pojechaliśmy na integrację z pracą. Do Białowieży. Na kolację był dzik z rożna. Kręcił się ponoć cały dzień. Nakroili nam po plasterku i dali na plastiki. Nie dało się tego jeść. Kompletnie bez smaku. Ależ koty miały wyżerkę. Spora część biesiadników kładło talerzyki pod ławkę. Kotki od razu wyczuły co się kroi. Wiadomo kotki są cwane i przebiegłe.

Pan obsługujący nas zarekomendował tego dzika. Powiedziałem mu, że mam złe wspomnienia. Jednak dałem się przekonać. I powiem tak – mmniaaaaam. A ten burak pieczony w smaku maminych buraczków!

Się nagadaliśmy, najedliśmy, nahahaliśmy i już Ubera czas nadszedł zamówić.

Dwa lata temu zamawiałem Ubera. Najpierw wysiadam ja, później Piątek i na końcu Ula. Czekamy. Widzę na ekranie, że już podjeżdża. Po sekundzie widzę, że już … odjeżdża … bez nas! Dodzwonić się nie dało do kierowcy. Gdzieś na Saską Kępę jechał. To kompletnie nie w stronę Piaseczna. Zamówić się drugiego Ubera nie dało, bo przecie ja oficjalnie byłem już w podróży. Odczekaliśmy aż niby my skończymy jechać i zamówiłem drugie auto. Oczywiście reklamację uznano piorunem.

Wczoraj podjeżdża Gruzin Nikoloz Kałmanawardze i już na dzień dobry nie przypadł nam do gustu. Po polsku ni chu-chu, po rosyjsku też bardzo nie za bardzo. Rejestracja auta nie zgadzała się z tym, co wyświetlało się na apce. Ale marka i kolor auta był ok. Człowiek kompletnie nie miał pojęcia o byciu kierowcą. Wpatrzony w ekranik telefonu. Nie zwracał uwagi na drogę. Skręć w prawo, to on skręcał w prawo, wjeżdżając na lewy pas. Przejeżdżając przez skrzyżowanie wjeżdżał prawie na przeciwległy pas.

Przypominał mi kierowcę Lyft’a. W 2016 roku jechałem od Uli z New Jersey na JFK. Lyft dawał 5$ off na 10 pierwszych przejazdów dla nowych klientów. Także jadę. Koleś kompletnie nie patrzył na drogę. Hitem było skręcenie w lewo (bo tak pokazywały i mówiły mapy google) na … parking! Skręt był 10 metrów dalej. Na bramce nie zadziałał kolesiowi E-Z Pass i się nie otworzył szlaban. Odkręcił szybę i zaczął wołać pana od bramek na autostradzie. Albo opuszczaliśmy, albo wjeżdżaliśmy na the Bronx. Milion aut, huk straszny, a ten pana woła. W końcu udało nam się przejechać. Ale cenne minuty stracone. Leciałem wtedy na południe – Karolina Południowa i … Gruzja (czyli Georgia). byłem pewny, że nie zdążę. Na szczęście okazało się, że wszedłem wprost do samolotu. I nawet kawę zdążyłem kupić w biegu. Wracając z Doliny Śmierci na lotnisku w LA też miałem, że wszedłem w ostatniej chwili. Już się rezerwowi pasażerowie zaczęli ustawiać do wejścia do samolotu. To wszystko przez wypożyczalnie. Miałem wyliczone co do minuty dojazd na lotnisko z hotelu. Ale nie przewidziałem jednego. O 6 rano wypożyczalnia była jeszcze nieczynna. Oczywiście to nie problem, bo jest drop off, ale problem był brak miejsc na parkingu. Jakby wypożyczalnia była czynna, to oddałbym przy wejściu do biura i już. A tak, to klops. Się pokręciłem trochę po parkingu. W końcu coś się zwolniło. Także do samolotu wpadłem z językiem na brodzie. Trzeci raz – wracałem do Polski (też chyba 2016 rok). Wiozła mnie ciemnoskóra kierowczyni Ubera. Śpiewała nie gorzej niż Rihanna, czy Beyonce. Było miło. Ale strasznie nie miło zrobiło się, jak do tunelu pod Hudson River wjeżdżaliśmy przez prawie 40 minut, a na Manhattanie korki gigantyczne. Walizkę oddałem na 5 minut przed zamknięciem bramki. Ufff. Wtedy właśnie postanowiłem nie latać już na JFK.

Wracając do naszego Gruzina. Biedakowi wycieraczka co chwilę się włączała. Ula zwróciła jeszcze uwagę, że ikonka silnika się świeci. Wystraszyliśmy się troszkę. Gdyby nie to, że koleżanka jechała najdalej, to może byśmy kontynuowali jazdę. Ale szczerze bałem się o nasze zdrowie. Także szybko zmieniłem adres na Sadybę. Dałem panu 1 gwiazdkę, żeby już więcej się nie spotkać. Koszmarny przejazd. Aha, Uber ma przewagę nad Boltem, że nie winszuje sobie opłaty za zmianę adresu podczas jazdy. Ostatnio jechałem Boltem i jak chciałem pojechać gdzie indziej, to zobaczyłem komunikat, że opłata 6 zł się należy. Także uwaga na to.

Pod blokiem Ula wyciągnęła telefon i nastawiła Ubera (opcja Uber x). Na moim pokazywało 22 zł, u niej – 35 zł. Powiedziałem jej, że jeśli ona zamawia, to może znowu trafić na naszego pirata drogowego. Wybraliśmy tym razem Uber Comfort (46 zł). Przyjechał … Gruzin. Ale na szczęście nie ten. Żegnając się z towarzystwem od razu zażądałem potwierdzenia dojechania do domu!

Coś dziwnego z tym Uberem. Coś dziwnego z tą pogodą. I zawsze takie anomalie jak Ula z Teksasu przyjeżdża, hmmmm 🙂

 

puknij się w głowę

Gdyby ktoś mi powiedział nie tak dawno – a może byś wyskoczył z nami do Grecji – to powiedział sobie – puknij się w głowę Maciek! Ale nie tak bardzo dawno zaproponowano mi wyskoczenie na Santorini i … nie puknąłem się w głowę. Jadę.

I się zaczęło. Słodkokwaśna mówi, że piekło. Pan od Państwa z Europy na K. doradza zabezpieczyć się, bo ponad 40 stopni. Koleżanka grozi, że w cieniu się nawet można usmażyć. Oj! Куда я попал!

 

Gdyby ktoś mi powiedział nie tak dawno temu – a może byś mi pomógł ścianę postawić – to powiedziałbym sobie – puknij się w głowę Maciek! Ale nie tak bardzo dawno Słodkokwaśna poprosił, żebym pomógł mu listwy przykręcić. No to pomogłem. Okazało się, że listwy ponad 4 metrowe trzeba było nieść na ramieniu, na piechotę, przez 2 i pół kilometra (tyle wynosi droga od Castoramy do nowego studia foto kolegi). Oczywiście oprócz listew trzeba było zrobić i inne rzeczy. Także ściana stoi. Jak na nasz pierwszy raz, to powiem, że całkiem ładnie nam poszło. Proszę się tylko nie opierać.

Tu tylko trzy fotki, ale pewnie na profilu kolegi więcej. Duma! To znaczy hasztag duma/pride.

Słodkokwaśna zapytał się jeszcze, czy kładłem kiedyś panele podłogowe. Odrzekłem, że nie, ale że chętnie się nauczę. Nie chciałem się jakoś pukać w głowę. Może czas się przebranżowić? Niektórzy w mojej pracy zaczynają „żartować”, że w Lidlu zaczynają płacić więcej niż w naszej pracy robocie.

 

Gdyby ktoś mi powiedział nie tak dawno temu, że Ula z Teksasu przyleci, to bym powiedział sobie – puknij się w głowę Maciek! Jak? W pandemii? Nie wpuszczą. Ale Ule są sprytne i udało się. Dziś mamy miting towarzyski. W ubiegłym tygodniu nawet zaoferowałem, że u mnie możemy się spotkać. Bym napichcił, ugościł, napoił. Ale po rozmowie z Piątkiem stwierdziliśmy, że lepiej do knajpy. Pukłem się w głowę, bo olśniło mnie – przecie w piątek jest żar niemiłosierny! Pogotujemy się u mnie w mieszkaniu. Także idziemy do Gesslera do Warszawy Wschodniej. Mniam! Mam nadzieję, że będzie pyszniej i taniej, niż sławny już na cały polski internet obiad Anny Muchy (tej aktorki). Trzeba tylko pamiętać, żeby nie brać ostryg. Na szczęście nasza trójka to tatara fany. Ula z Teksasu nawet w Teksasie zamawia i je. Ale Ula z New Jersey z kolei mówi, że w życiu nie zaryzykowałaby dania z surowego mięsa w Stanach. Cóż, jedna i druga żyje.

 

Gdyby ktoś mi powiedział dawno, dawno temu, że na zgodę Administracji na klimatyzację będę czekał 3 miesiące, to bym powiedział sobie – puknij się w głowę Maciek! Jakie 3 miesiące. Na pewno dłużej. Szybko proszę porachować. 2 marca uprzejmie zapytałem się w mailu, czy mogę. A 4 lipca dostałem na skrzynkę mailową i do skrzynki na listy odpowiedź. TAK, MOGĘ! Hurra. Był już dziś pan od klimy. Trzech innych też już zbriefowanych. Także czas podjąć decyzję komu wydać te parę złotych. Eh!

 

Nie tak dalej, jak w środę, jechałem do Lidla. A drogę sobie chciałem skrócić i tak na skuśki przez Orlen przejechałem. Za stacją paliw jest takie samotne drzewo. Zauważyłem konar, uchyliłem się. Wracając – już nie. Ale żem się puknął w głowę! Gdyby nie kask, to bym chyba zszedł na śmierć, bo mimo ochrony łba i tak gwiazdki zobaczyłem.

Na szczęście mam neurologa wśród znajomych, to poproszę, żeby mnie opukał i osłuchał. Który to już raz się … uderzyłem w łeb? Raz na żaglach bomem zaliczyłem, bo nasz sternik nie wydawał komend i sobie zrobił zwrot przez maszt. To nawet tomografię robiłem wtedy. Ze 4 lata temu na rowerze miałem kraksę. Eh. I teraz to cholerne drzewo. Już nawet chciałem zadzwonić do Piotra G., żeby piłę mechaniczną pożyczył, co by ściąć to cholerstwo!

A puknij się w głowę Maciek! Gdzie ty masz oczy?

© 2026

Theme by Anders NorenUp ↑